Recenzje tematycznie

sobota, 22 sierpnia 2020

67) O roli snów w życiu, czyli "Muza Koszmarów" Laini Taylor

  
  Sen mogący stać się koszmarem, lękiem przed ciemnością i mrokiem, zmierzeniem się z własnymi słabościami, czymś co paraliżuje i otacza jak klatka bez wyjścia, bez ratunku. Koszmar bez możliwości zbudzenia się...
   Laini Taylor kolejny raz zabiera nas w niezwykłą podróż. Pierwszy tom "Marzyciela" skupia się głównie na Lazlo Strange'u, dziecku-sierocie, który przypadkiem odkrywa w sobie niezwykłą magię, porywa czytelnika w wir uczuć za pomocą cudownej plastyki słowa ulepionego z boskiego mesartjum i poddanego woli pisarki. "Marzyciel" i jego przesłanie wciąż mi towarzyszą. Lazlo i jego życie pokazują wartość nadziei, miłości i dobroci oraz niezmierzoną siłę wyobraźni i marzeń, które stanowią motor napędowy życia samego w sobie. Czy "Muza Koszmarów", tom drugi, choć w połowie jest tak dobra jak część pierwsza? O kim opowiada?
   Jeśli już znacie historię Lazla i Sarai to wiecie kim jest tytułowa muza. Jeśli nie, to zdradzę Wam, że dziewczęciem, które potrafi zsyłać owe straszne sny, kontrolować je, wnikając w umysł ofiary, nie wypuszczając jej z klatki zbyt szybko.
   Książka opowiada o dalszych przygodach boskich pomiotów, ich zetknięciu się z nowym światem, światem ludzi ze Szlochu, ich strachem przed nimi, ale i nadzieją na lepsze jutro. Z jednej strony wspomnienie Rzezi, przelania krwi niewinnych dzieci, a z drugiej Wyzwolenie Szlochu spod panowania niebieskich bogów porywających ludzi i bawiących się nimi oraz ich życiem. Tragedia i nadzieja spotkały się w tym dniu, a ich przeznaczenia splotły się ze sobą, zasnuwając mgłą niepewności kolejne lata żywych i zmarłych, bo życie po życiu istnieje.
   Nad miastem unosi się cytadela z metalu, którą tylko Lazlo potrafi poruszyć siłą umysłu, otworzyć nieznane komnaty. Mesartjum poddaje się mu, tworzy z niego, co tylko chce. To kowal. Jednak w przeszłości ową twierdzą rządził ktoś inny, bezlitosny i chciwy Skathis. Ów podniebny statek podróżował przez światy, niosąc ze sobą przerażenie i chaos. Śmierć starego kowala przerwała pewien schemat. Nastało nowe. Niebieskie dzieci uczą się życia, a dowodzi nimi Minya, uparta i zawzięta, trzymająca w zanadrzu tajną broń, złapane dusze, poddane jej woli i zachciankom. Liczy się tylko przetrwanie. Pojawienie się Strange'a burzy ich ostoję bezpieczeństwa. Śmierć Sarai to tylko potwierdza. Szloch lub oni, tak rozumuje Minya. Łapiąc duszę Muzy Koszmarów, odnajduje słaby punkt Marzyciela. Może go szantażować, nie przewiduje jednak pomysłowości swoich podopiecznych.
   Chciałoby się jeszcze tyle rzec o treści książki, lecz nie zamierzam Wam odbierać przyjemności z lektury. Mocną stroną pierwszego i drugiego tomu jest plastyczna moc słowa, która otwiera przed nami bramy do innego świata, może nieco fantastycznego, ulepionego z wyobraźni, lecz tchnącego tymi samymi radościami i troskami, co nasz. Są i piękne opisy krajobrazów, sytuacji między bohaterami, ich rozterki i naturalne dialogi. Właśnie, ta powieść jest naturalna. Cudowny powiew świeżości! Nasi bohaterowie są tak różni, każdy z nich ma swoje własne małe marzenia. Każdy z nich tworzy osobliwą mieszankę dobra i zła. Lazlo czy Sarai budzą sympatię od razu, Eril-Fane może budzić współczucie, a Minya i Thyon potrzebują czasu na przemianę. Myślę, że chyba tych dwoje najbardziej mnie zdumiewa. Początkowo ich nastawienie wzbudza niechęć, niedowierzanie w takie wyrachowanie, złośliwość czy brak empatii. Jednak wnikając w ich historię, przeżycia, trzeba zrozumieć, że to życie i pewne zdarzenia ich ukształtowały. Thyon to narcyz zapatrzony w siebie, swoje zyski i pozycję, bo tak właśnie został wychowany i nawet nie podejrzewa, że może być traktowany inaczej niż złoty chrześniak, że ktokolwiek odważy się mu przeciwstawić. Z kolei niebieską dziewczynkę ukształtowała Rzeź, strach o inne maleństwa i chęć zemsty. To przez wszystkie lata dawało jej siłę. Nie zauważyła nawet, że to ją wyniszczało, krok po kroku, izolując nawet od czegoś tak prozaicznego jak spokojny sen. Dopiero Mesarthim pozwoliła jej poznać smak życia bez ciężaru na barkach, bez myśli o duchach, gdy świat nabrał nieco innych barw, nieco radośniejszych, bo nieskupionych już wokół zemsty jako celu życia. Postać piratki i Minyi ukazały kunszt autorki, jej drobiazgowe podejście do samej fabuły książki jak i poszczególnych bohaterów, ich charakteru i korzeni. Sarai również przechodzi tu przemianę. Jest nie tylko duchem, ale i na nowo odkrywa swój dar, stając się muzą snów nie tylko dla Lazla, ale i dla wszystkich zagubionych.
   Warto tu zwrócić również uwagę na umieszczenie historii w historii. Bajka o Korze i Novie, siostrach rozdzielonych przez niebieskich bogów, które były praktycznie jednością, ich rozpaczy i miłości, wzajemnych trudach i poszukiwaniach przykuwa uwagę i uczy. O miłości w rodzinie, sile przyjaźni i lojalności. Przestrzega też przed zaślepieniem, podążaniem za celem, który stracił już sens bytu i dążeniem do niego po trupach. Co było, to się nie odstanie, ale nie warto ciągle tego powtarzać. Przysparzanie cierpienia innym pozostawia głębokie rany, lecz można to przerwać, a nawet należy. Zresztą, dla boskich pomiotów to nie tylko bajka, lecz realne zagrożenie, choć oddzielone granicą świata.
   Taylor ukazuje nam potęgę przyjaźni i miłości, gdzie to, co sprzeczne, może być tożsame. Siła tkwi w najbliższych i wzajemnym zaufaniu. Ta wspólnota daje nadzieję, chęć do walki z przeciwnościami losu i wiarę w siebie. I szczęście też się za tym kryje. Autorka pokazuje, że czym innym jest samotność z wyboru, a czym innym ta narzucona jako wykluczenie z grupy. Nikogo nie można osądzać od razu, lecz dać drugą szansę, pozwolić dojrzeć i zrozumieć stare błędy, tak jak Sarai wyzwoliła oczyszczającą prawdę przez jedną z bliźniaczek. Świat dookoła nas nie jest tylko czarno-biały, ma całą gamę szarości. I w tym tkwi sens istnienia.
   "Muza Koszmarów" jest piękną powieścią, bardziej nostalgiczną niż tom pierwszy, przytłaczającą smutkiem, która stopniowo buduje napięcie. Trzyma czytelnika pod swym urokiem cały czas. W tym uniwersum się tkwi. Przeżywa się przygody bohaterów całym sobą, czuje się te same radości, troski i wątpliwości. Początkowo byłam przytłoczona brzemieniem cierpienia i rozterek postaci, lecz z czasem dojrzałam tam nadzieję na lepsze. Ta książka podbudowuje, że po mroku zawsze nastanie świt i skąpie świat w ciepłym świetle, gdzie zło nie ma już dostępu.
   Laini Taylor zastosowała otwarte zakończenie, pozwalając czytelnikom na dopisanie dalszej części przygód Lazla i spółki. Wyobraźnia rusza dalej, wiedząc już o sekretach serafinów, ich darach i niezmierzonych bezbrzeżach światów, które tylko czekają na odkrycie.
   "Muza Koszmarów" nie ma wad, jest według mnie cudowną opowieścią, świetnie napisaną, z genialną fabułą i bohaterami, dopracowanym światem i jego tajemnicami, rozbudzającą fantazję na każdym kroku, grającą na uczuciach i poruszającą każdą strunę duszy. Ta historia zostanie ze mną na długo. Pewnie jeszcze niejeden raz do niej wrócę.
   Książkę polecam z czystym sumieniem, tym małym i dużym, bo rzadko zdarzają się takie urocze i jednocześnie prawdziwe kwiatki jak "Marzyciel" i "Muza Koszmarów".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz