Recenzje tematycznie

niedziela, 14 lipca 2019

39) Podróż na Łysą Górę, czyli "Sub Rosa" Anny Jurewicz

   Czy jest ktoś, kto nie zna Harry'ego Pottera i nie kojarzy J. K. Rowling? Znacie? Wspaniale! Co powiecie na książkę, której akcja rozgrywa się w Polsce, na polskim uniwersytecie, a bohaterami będą studenci? Prawda, że zaczyna się ciekawie? Zatem czytajcie dalej.
   Anna Jurewicz to Polka, która na stałe mieszka we Francji, psycholog i początkująca pisarka. Własnym nakładem wydała swą debiutancką powieść "Sub Rosa" i to nią chciałabym się zająć. Czemu wspominam o autorce? Myślę, że wiele swoich doświadczeń i cech przelała na papier, dzięki czemu książka sporo zyskała na autentyczności, ale po kolei.
  Akcja powieści toczy się w Polsce, głównie na terenie uniwersytetu na Łysej Górze, choć mamy okazję również podróżować do Kielc, Warszawy, na Mazury czy do Krakowa. Rozpiętość niezwykła, acz urozmaicająca. Gdzie nie spojrzeć, tam słowiańska magia. Ukradkiem zajrzymy też do Paryża, ale tylko na chwilę, poznając jego czar i urok, choć nieco pozorny. Akcja dzieje się współcześnie, gdzie telefon komórkowy i internet to standard życia codziennego. Magia magią, ale ona wszystkiego nie zastąpi.
   Język powieści porywa i wciąga jak nurt górskiej rzeki. Nie mamy szansy przed nim uciec. Topimy się w nim, chłoniemy i cieszymy się naturalnością, niewymuszonymi żartami bohaterów, ich specyficznym humorem i powiedzonkami, ciepłem wzajemnych relacji, słownymi utarczkami. Kiedy trzeba, nie ma przebierania w słowach i karty zostają wyłożone na stół, lecz bez obaw. Nie zostaniemy porażeni podwórkową łaciną. Autorka ma wyczucie chwili i naprawdę dobrze operuje słowem. Ma lekkie pióro. Po drodze zdarzyło się kilka wpadek w postaci złej odmiany, literówki czy braku przecinka, ale na to można przymknąć oko, bo jest ich raptem kilkanaście.

  Czego dotyczy sama "Sub Rosa"? Opowiada o przygodach młodej wiedźmy, Róży Świętojańskiej, która po ukończeniu studiów językowych w Paryżu, postanawia wrócić do ojczyzny i rozwinąć swe umiejętności magiczne na Łysej Górze. Książka przedstawia nam jej pierwszy rok zmagań z nauką, tajemniczymi demonami słowiańskimi, które istnieć nie powinny, a należą jedynie do legend i poszukiwaniu złodzieja jej magii. Tak, dobrze zrozumieliście. Magię można komuś ukraść. Jednak kto by się na to poważył? Kto śmiałby uczynić tak drastyczny krok i dlaczego? Róża ma jedynie kilka wskazówek. Czy sobie poradzi i znajdzie odpowiedzi? Kogo spotka na swej drodze? O tym przekonacie się podczas lektury.

   Róża jest jedynaczką, ma talent do ładowania się w kłopoty i często bywa ofiarą losu. Na szczęście ma przyjaciół, którzy potrafią jej pomóc lub złagodzić zaistniałe problemy. Lubi się uczyć, oglądać seriale i czytać ckliwe romanse, by nieco urozmaicić swój wolny czas. Posiada też intuicję i niejakie zdolności w telepatii. Jest ciekawa świata, jednak podróże wymagają dobrej kondycji, a to nie idzie w parze z jej "miłością" do sportu. Ma skłonność do nadwagi i niechętnie spogląda w stronę diety. Za to jej włosy stanowią ciekawy przypadek. Są rude, może z lekka kasztanowe i kręcone. Żyją swoim życiem, nie ułatwiając swojej właścicielce egzystencji. Uwielbiają kraść różne przedmioty i niechętnie je oddają. Szczotki to ich wróg naturalny, który często ginie śmiercią męczeńską, a same wznoszą wówczas okrzyk triumfu i puszą się niemiłosiernie. Długie, kręcone, nieoswojone. Dzikie. Może na przekór swej właścicielce, która bywa zagubiona w sprawach sercowych. Róża wbrew pozorom ma powodzenie wśród mężczyzn, tyle, że nie do końca z nią szczerych. Jedno złe wspomnienie z Francji, a kilku następnych zainteresowanych w Polsce. Czasem jej zachowania i wybory irytują, bo jak dorosła kobieta może taka być? Jednak postawmy się w jej sytuacji, a zrozumiemy, że nie zawsze jest tak łatwo jak się wydaje i dopiero z perspektywy czasu widać, co zrobiło się źle. Różę da się lubić.
   Jonasz jest profesorem od czytania w myślach, ma 30 lat, jest niezwykle inteligentny i oczytany. Wobec studentów jest otwarty, pozwala sobie mówić po imieniu, udziela korepetycji w czasie dyżurów i nie wystrzega się przyjaźni z nimi. Ma niekonwencjonalne podejście do tematu, przez co bywa ofiarą plotek. Niejedna studentka wodzi za nim rozmarzonym wzrokiem, jednak on ma swoje zasady, których się mocno trzyma. Jego nastawienie zmieni nieco Róża, ale ona jest szczególnym przypadkiem. Mężczyzna lubi pomagać, mocno angażując się w to, co robi. Kocha swoją pracę. Można na niego liczyć. Czy irytuje? Nie. Gdyby choć połowa nauczycieli miała jego podejście, oświata w Polsce wyglądałaby zupełnie inaczej. Marzenie śniętej głowy...

  W powieści sporą rolę odgrywa też Wega i Corveusz. To przyjaciele Róży. Wega jest współlokatorką Świętojańskiej, ukończyła medycynę, chce leczyć za pomocą magii, a jednocześnie pragnie zostać wojowniczką, ninją. Uwielbia sport pod każdą postacią i próbuje zmobilizować przyjaciółkę do minimalnego wysiłku fizycznego. To wyzwolona kobieta, nie krępuje się flirtować z obcymi mężczyznami i korzystać z uroków życia, choć tego, na którym naprawdę jej zależy, ma tuż pod nosem. Corveusz to weteran uczelni, przez długie lata nie zdążył obronić tytułu, kocha sport i jedzenie, zawsze gotowy do pomocy, tajemniczy i zagadkowy. Kim naprawdę jest i czemu ukrywa swoje pochodzenie? Ma powody. Intrygująca postać. Myślę, że Róża jeszcze niejedno z nim przeżyje w trakcie wspólnych przygód.
   Mamy też całą masę pomniejszych bohaterów, znajomych Róży, jak: Namir, Jaspis, Agnieszka. Ich postacie są szczątkowe, jednak zarysowane wątki pozwalają wierzyć, że ich rola dopiero nadejdzie, np. tajemnicze badania Namira czy dziwne zachowania Jaspisa w leśniczówce. Z bohaterów najwięcej sympatii wzbudza młoda druidka Kemida, której styl waha się między boho a rockiem, bardzo zaintrygowaną życiem sercowym Róży, zawsze mająca bezcenną radę w zanadrzu. Mimo takich pozorów dziewczę  jest ogarnięte, inteligentne i niezwykle mądre. Ma zaczątki na dobrą przyjaciółkę.
   "Sub Rosa" jest lekką i przyjemną lekturą, nieco schematyczną, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wątek miłosny (telenowele Ameryki Płd nie poczułyby się gorsze w porównaniu do poplątań między bohaterami, np. Anna, Jonasz a francuski Antoni i Róża). Przyciąga uwagę główną bohaterką, jej humorem i przygodami. Nie ukrywam, że najbardziej zaciekawiły mnie jej powiązania z historią Słowiańszczyzny. Nieliczne demony jak chichoń czy ubożęta intrygują. Do tego tajemnicza Świątynia Światła czy też Słońca, poszukiwania miejsc mocy na odległych Mazurach wciąga bez reszty. Ostatnie sceny związane z Nocą Kupały i pojawieniem się pewnego bóstwa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Na to czekałam przez całą książkę. W końcu pomroki, dawne słowiańskie bóstwa przejmują pałeczkę. Szkoda, że tego tak niewiele, ale mam nadzieję, że kolejne tomy  zapewnią więcej dawki Słowiańszczyzny.
  Jedyne czego mogę się przyczepić to słowiańskie runy. Nigdzie takowych nie odnotowano, źródła historyczne o nich nie wspominają. Wiadomo, że nasz klimat nie sprzyja zachowaniu takich zabytków i wykluczyć tego nie możemy w stu procentach, lecz podstaw ku nim nie mamy. "Sub Rosa" jest powieścią z pogranicza obyczajówki i fantastyki, więc przymknę na to oko.
   "Sub Rosa" Anny Jurewicz to lektura do połknięcia na raz lub max. dwa dni. Niebezpiecznie wciąga i intryguje. Cieszy każdą stroną, humorem, dialogami i opisami. Chce się więcej. Liczyłam na nieco więcej słowiańskich motywów i demonów, lecz końcówka mi to nieco wynagrodziła. Ciekawy pomysł i wykonanie. Pozostaje tylko czekać na "Ad Astrę". Polecam, na letni urlop w sam raz.
PS Ciekawe z jakich źródeł korzystała autorka przy poszukiwaniu słowiańskich inspiracji.

niedziela, 7 lipca 2019

38) Słowiańskie klechdy, czyli "Ślad wody" Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek

   Kojarzycie grę "Stworze" o słowiańskich demonach? Cieszy się ona coraz większą popularnością wśród fascynatów tematu. Jej wydawca Underworld Kingdom postanowił iść za ciosem i we współpracy z Magdaleną Zawadzką-Sołtysek stworzyć serię opowiadającą o rodzimych pomrokach. "Ślady Leszego" mają liczyć od dziesięciu do dwunastu tomów, po jednym na każdy miesiąc roku obrzędowego Słowian. Zamysł ciekawy, acz jak z wykonaniem?

   Pierwszą część, "Ślad wody", można nazwać odcinkiem pilotażowym. To raczej krótkie opowiadanie, którego zadaniem jest wprowadzenie czytelnika w magiczny świat, gdzie pradawne zwyczaje mieszają się z szarą codziennością.
   Akcja utworu rozgrywa się w osadzie Krukowiec, niedaleko Opłotek, którą otaczają bagna i rozległa puszcza. W pobliżu przepływa rzeka Wesoła, będąca miejscem zamieszkania m.in. wodników, utopców i rusałek. Czas pozostaje bliżej nieokreślony, choć możemy przypuszczać, że to wczesne średniowiecze, gdy ziemie polskie były już opanowane przez Słowian.
   Osada Krukowiec tak naprawdę niewiele różni się od współczesnej wsi. Są możniejsi mieszkańcy, przywódca, baby co lubią razem usiąść i poplotkować, są i tacy których wytykają palcami, jest też żerca, który pod swoją opieką posiada kilka osad, a bywa pośrednikiem między ludźmi a bogami. W tej społeczności każdy ma jakąś rolę do odegrania.
   Główną bohaterką jest postać nietypowa, bo nieidealna. Gniewicha zalicza się raczej do puszystych, ma kaczkowaty chód, jest samotna, ale nie poddaje się tak łatwo. Mimo przeciwności losu potrafi zadbać o swój dom i byt. To utalentowana tkaczka, słynąca w okolicy ze swoich wyrobów. Jednak nie to jest najważniejsze. To kobieta z charakterem. Potrafi być bezpośrednia, nie przebiera w słowach, jest szczera i uczciwa, ma pazur. Przy tym cechuje ją odwaga i dobre serce. Gdy trzeba, potrafi się zamachnąć i przywalić wrogowi w łeb, a nawet go pozbawić. Prawdziwy skarb, o który Krukowiec powinien dbać i się nad nim rozpływać. Warto też zaznaczyć, że Gniewicha kocha lojalnie i mocno. Dziś można byłoby o niej powiedzieć "do tańca i do różańca". Postać nietuzinkowa, charakterna, wzbudzająca sympatię i podziw.

   Oprócz Gniewichy mamy okazję poznać miejscowego Jaryłę, Korzenia. Chłopak, mimo nieprzeciętnej urody i talentów wokalnych, uznawany jest za głupka. Boi się wody, lecz dlaczego? Jakie tajemnice kryją się za nim? Kim jest, skąd pochodzi, czemu milczy jak zaklęty?
   "Ślad wody" to nie tylko opowiadanie o zwykłych Słowianach, to zagadka kryminalna. Mamy trupy, zaginionych i seryjnego mordercę, lecz czy pochodzi on z tego świata? Kto atakuje i zwodzi na manowce młodzieńców? Kto ich mami i wyprowadza w głąb lasu? Kto sprzyja zabójcy? Czy pomroka jest za to odpowiedzialna? Która? A może to jakiś mieszkaniec wioski? Co nim kieruje? Co czai się po zmroku w leśnych i wodnych odmętach?

   Autorka daje nam drobne wskazówki, prowadząc nas po nitce do kłębka, przy okazji wprowadzając w świat Słowian, ich wierzenia i tradycje, napomykając o ówczesnej instytucji małżeństwa czy pogrzebie. Te drobiazgi budują magiczny klimat. Napięcie jest stopniowane, kryminał przeplata się z rzeczywistością za pomocą świetnie rozwiniętego warsztatu pisarskiego. Język jest prosty, klarowny i plastyczny, wzbogacony gwarą Gniewichy. Przykuwa uwagę. Opisy miejsc i stworzeń pobudzają wyobraźnię. Przypisy zachęcają do sięgnięcia do innych źródeł.
   Po stronie wydawcy na plus należy zaliczyć wygląd książeczki. Mistrzowska okładka, mieniąca się cudną zielenią, która wręcz zaprasza do sięgnięcia do środka, a tam cała masa klimatycznych i dopracowanych ilustracji. Trudno byłoby wskazać jedną ulubioną. Ponadto świetnie oddają one ducha opowiadania. Warto przy tym zwrócić uwagę na dużą i czytelną czcionkę.
   "Ślad wody" to twór dopracowany treściowo, graficznie i wydawniczo. Całość prezentuje się po prostu pięknie. Tu nie ma niedociągnięć. Czytelnik wędruje razem z Gniewichą po okolicy, walczy z codziennością i pomrokami. Tak przedstawiony świat słowiański pochłania bez reszty. Żałuję tylko, że to takie krótkie. Ach, zapomniałabym. LESZY. Proszę o więcej, bo to naprawdę intrygujące stworze, które wręcz domaga się poznania bliżej.

   Książka uczy tolerancji inności, pokazuje czym może skończyć się wykluczenie społeczne, problemy samotnej kobiety, jej rolę w społeczeństwie itd. Pod tłem zagadki kryminalnej czają się też zwykłe ludzkie dramaty i sposoby radzenia sobie z nimi (tu radzę zwrócić uwagę na zachowanie Gniewichy i jej wewnętrzne monologi).
   "Ślad wody" Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek to książka, która jest warta poznania i polecenia, z czystym sumieniem. Słowiańska w 100%. I postać Gniewichy - bije na głowę niejedną popularną bohaterkę. Genialnie zarysowana. Gwarantuję Wam, że obok niej nie przejdziecie obojętnie. Czytajcie i pochłaniajcie! Ja już z niecierpliwością czekam na kolejne tomy "Śladów Leszego" i ich demonicznych bohaterów, o których pamięć żywa jest po dziś.

niedziela, 30 czerwca 2019

37) Bajania Witolda Jabłońskiego w "Darach bogów"

   Mimo licznych prób rekonstrukcji słowiańskich wierzeń liczba możliwych interpretacji wcale się nie zmniejsza. Wszystko jest zależne od wiedzy i wyobraźni badacza, który narzuca sobie pewne założenia i według nich realizuje zamierzony temat.
   Posiadamy nieco źródeł historycznych, zwłaszcza z okresu późnej starożytności i wczesnego średniowiecza, lecz na ogół pochodzą one z innej kultury, np. rzymskiej czy chrześcijańskiej. Dysponujemy także nieco szerszą i ciekawszą literaturą z XVIII i XIX wieku, gdy zajęto się spisywaniem ludowych wierzeń, zabobonów, zwyczajów itp. To w tych etnograficznych relacjach tkwi nasze główne źródło poznania. W nich pobrzmiewają echa naszych przodków. Część z nich przeniknęła i do współczesnego życia, stopiła się ze zwyczajami chrześcijan, którzy przygarnęli je jako własne, chcąc tym samym zaprząc Słowian w okowy własnej wiary, przy okazji i zupełnie bezinteresownie zagarniając całe połacie ziem i bogactw, narzucając daniny i inne zobowiązania finansowe. XX i XXI wiek przyniosły ze sobą chęć odnalezienia korzeni w postaci już naukowych lub popularnonaukowych opracowań, mocno rozszerzając temat. Już nie tylko wierzenia, ale i życie codzienne, gospodarka, powiązania między poszczególnymi ludami zaczęły mieć istotne znaczenie. Zaczęło pojawiać się coraz więcej inspiracji słowiańskimi motywami w sztuce i kulturze. Film, muzyka, gry komputerowe, literatura - jak wielki potencjał tkwi w słowiańskim dziedzictwie wiedzą twórcy i ich odbiorcy, a rynek kwitnie. Ponadto część osób rozczarowana współczesnością powraca spojrzeniem w stronę rodzimych wartości i przyjmuje je jako te priorytetowe.
   Jedną z osób, która przyjęła wyzwanie niszy rynkowej pt. "wierzenia Słowian" jest Witold Jabłoński. Stworzył on "Dary bogów", które są zbiorem czternastu opowieści o dawnych czasach. Usłyszymy tu m.in. o początku świata, powstaniu gatunku ludzkiego, zmaganiach między bogami, zaistnieniu pór roku z Marzanną i Dziewanną na czele, o porach dnia dzielonych między Swarożyca i Chorsa, o podstępach Welesa, miłości silniejszej od śmierci śmiertelnej niewiasty do Trzygłowa, o Wyraju i Nawii, O Babie Jadze i rybaku Gastku. Zostały one podzielone na trzy księgi: świt bogów, światło i mrok, półbogowie, olbrzymy i ludzie.
   Narratorem "Darów Bogów" jest bajarz, wędrujący przez bezkresne ziemie Słowian, od wschodu do zachodu, z północy na południe, wzdłuż i wszerz, zbierający skrzętnie okoliczne opowieści i zamykający je we własnej pamięci, by następnie racząc się gościną przy ogniu gospodarzy, bawić się snuciem legend o bogach i ich wpływie na świat, gdzie miłość i śmierć, radość i cierpienie, uśmiech i ból przenikają się, a ich losy są tak samo pokrętne jak ludzi. Bajarz nie jest wszechwiedzący i nieomylny. Sam przyznaje się, że gdzieś zasłyszał pewne opowieści, ale mogą mieć one inną wersję w innej części świata, a pewnych spraw człowiek nie zrozumie, bo są boskie, a tu logika wymyka się ludzkiemu rozumowi. Próba ich zgłębienia może się skończyć szaleństwem. Radzi, by przyjąć sprawy takimi jakimi są i cieszyć się dobrą bajką.
   Nie będę ukrywać, że styl bajarza oczarował mnie od samego początku. Plastyczne opisy, poetyckie porównania, łatwość doboru niecodziennych skojarzeń czy niezwykły klimat opowieści przykuwają uwagę. Chce się czytać i słuchać tego głosu sprzed setek lat, który pośredniczył między bogami, przodkami a nami, jakby należał do kogoś nie z tego świata, kogoś w nim zakochanego, jego historii, a mimo to wciąż nim dziecięco zadziwionego i zaintrygowanego. Wykreowana przez Jabłońskiego postać narratora pozwala czytelnikom na zanurzenie się w świecie przedstawionym w pełni, tak iż odrywamy się od naszej rzeczywistości i zapominamy się w lekturze.
   "Dary bogów" to swoisty wehikuł czasu, który pozwala na podróż w zamierzchłe i już nieco zapomniane czasy, które budzą nostalgię albo wręcz tęsknotę. Dzięki tej książce odkopujemy artefakty przeszłości, stajemy się archeologami słowa minionego, historii i wierzeń, które płyną w naszych żyłach, powoli budząc się do życia. Przedstawione podania nieco zabarwione fantazją i polotem W. Jabłońskiego, oparte w całości na źródłach historycznych, odkrywają przed nami sekrety przodków i ukazują świat takim, jakim oni go widzieli. Dzięki temu dostrzegamy nową perspektywę i możemy inaczej interpretować rzeczywistość, np. śmierć w przyrodzie jest początkiem czegoś nowego, niezbędnym etapem nowego życia; nie ma tylko dobra i zła, są ich szarości, które posiada każda żywa istota; każdy z nas ma swoją dolę, ale ma prawo walczyć o swoje szczęście, a ciężka praca może zmienić przeznaczenie. Tych czternaście opowieści porusza niezliczoną ilość wątków w przebogatej oprawie. Twór wyjątkowy.
  
   Jak już wspomniałam, język "Darów bogów" jest magiczny, plastyczny, co sprawia, że książkę dosłownie łyka się w ciągu kilku godzin, a i tak pozostaje spory niedosyt, bo chciałoby się więcej i więcej. Kolejne podejścia do tego zbioru mogą być już dłuższe i pozwolą na rozkoszowanie się nim. Powieści można analizować, wyciągać własne wnioski. Prawdziwe bogactwo treści.
   "Dary bogów" mają bogaty wstęp autorstwa samego Jabłońskiego, który odwołuje się do źródeł historycznych, porównuje niektóre wątki z ich odpowiednikami z innych kultur, krótko wskazuje i odwołuje się do najciekawszych opracowań tematycznych. Pozwala sobie także na ukazanie wieloaspektowości wierzeń słowiańskich, "reinkarnacji" bogów, bogatej interpretacji przyrody przedstawionej w wersji uosobionych bóstw. Najważniejszym elementem pozostaje udowodnienie, że chrześcijaństwo zagarnęło ogrom dawnych tradycji i kultów pod własne skrzydła i odpowiednio je zmodyfikowało, chcąc w pewien sposób unieszkodliwić bóstwa i demony. Dawna słowiańska obyczajowość widoczna w opowieściach niewiele różni się od dziesięciu przykazań bożych, wykazując się jedynie większą tolerancyjnością. Książka zawiera także dodatek o słowiańskich bóstwach, które występują w przytoczonych powieściach oraz kalendarz obrzędowy Słowian opracowany przez Ratomira Wilkowskiego. Jedno i drugie przybliża nam kulturowe dziedzictwo Słowiańszczyzny, pozwala odnaleźć jej pokłosie we współczesnych tradycjach. Jak widać, nasze korzenie sięgają naprawdę głęboko. Myślę, że również warto zwrócić uwagę na bibliografię, która odsyła do arcyciekawych pozycji. Sama po niejedną z nich sięgnę w najbliższej przyszłości.
  
  Bajania starego bajarza okraszone są klimatycznymi ilustracjami Bernadety Leśniewskiej-Gustyn. Przepiękne, czarno-białe, lecz jakże wymowne. Idealnie komponują się z treścią. Wydanie książki zachwyca obwolutą, stroną redakcyjną, graficzną i merytoryczną. Tu wszystko zapięte jest na ostatni guzik.
   "Dary bogów" Witolda Jabłońskiego są książką ponadprzeciętną, wyjątkową pod każdym względem. Krzewią nie tylko rodzimą kulturę, zachęcają do poznania słowiańskiej i polskiej historii, zmuszają do refleksji i zastanowienia się nad własną hierarchią wartości, wskazują na ukryte  w dawnych opowieściach próby tłumaczenia świata przez naszych przodków, ale też przenoszą w czasie i przestrzeni do minionych lat, powodując iż stajemy się świadkami cudu. Oto przed nami, przy ognisku, w pewną ciepłą letnią noc przysiada stary bajarz, strudzony podróżą, ale kochający życie i jego tajemnice, zaczyna swoją opowieść, tłumacząc nam zawiłości świata bogów i zasad nim rządzących. A my jak zaczarowani słuchamy i czytamy jego słowa, wyryte od setek lat w naszych duszach, które uśpione tylko czekały na odpowiedni moment, by wyjść z ukrycia i wrócić do korzeni. Magia bajarza trwa i trwać będzie, bo jego historia nigdy mieć końca nie będzie. Przyjdą kolejne pokolenia, a opowieść z ust do ust będzie podawana, zgodnie z jego przykazaniem: "otwórzcie serce, odkryjcie własne korzenie, wsłuchajcie się w głosy przodków...", bo to w nich kryje się wasza siła i możliwość sprostania wszelkim przeciwnościom.
  
 "Dary bogów" Jabłońskiego polecam z czystym sumieniem wszystkim. To lektura dla każdego. To magia sama w sobie, której dziś tak brak. To prawdziwy dar który trzeba docenić.

PS Dziękuję Panu Witoldowi za wspaniałą prelekcję i panel dyskusyjny w Biskupinie 15 czerwca. Słuchanie Pana wywodów o pisarstwie i kwerendach źródłowych było czystą przyjemnością.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

36) Powstanie Pieśni nad Pieśniami, czyli o relacji łączącej Salomona i Makedę wg "Królowej Saby" Ewy Kassali

   Świat mieni się tysiącami barw. To w nich odbija się jego piękno, lecz w czym ono tkwi? To nie tylko wygląd rzeczy materialnych jako arcydzieł wykonanych w złocie, srebrze czy ozdobionych kamieniami szlachetnymi. To umiejętność cieszenia się z małych rzeczy, codziennych, co nadaje temu sens. Miłość, mądrość - tego poszukujemy w życiu, to jest piękno, o które warto i trzeba dbać.

    Ewa Kassala w swoich powieściach stara się unaocznić te prawdy czytelnikowi. Trylogia egipska, zwłaszcza Hatszepsut i Nefertiti, ukazują silne kobiety, które mimo trudów rządzenia i niełatwych decyzji, dążyły w życiu do harmonii. Były kapłankami miłości i mądrości. Starały się, jak mogły, by to one wskazywały im drogę w ciemnościach. Stanowiły niejako drogowskaz. Czy tylko egipskie królowe stawiały je na piedestale wartości? Myślę, że nie. Wychodząc naprzeciw tym wątpliwościom autorka przeniosła akcję w rejony przedstawiane przez Biblię. Nową serię rozpoczyna, nie kto inny jak sama, Królowa Saby, Makeda. Kim była tak naprawdę? Co o niej wiemy ze źródeł historycznych?
   Makeda, zwana również Bilkis, Córą Księżyca, była pierwszą znaną nam Królową Saby. Jej królestwo obejmowało część Półwyspu Arabskiego oraz dzisiejszej Etiopii. Największe miasta jej doby to Marib i Aksum. Z relacji biblijnych i m.in. źródeł etiopskich (tu warto zapoznać się z Kebra Nagast, która znacząco rozwija opowieść ze Starego Testamentu) wiemy, że ok. X wieku p.n.e ta niezwykła kobieta odbyła podróż do Izraela, do króla Salomona. Podróż miała mieć spore znaczenie gospodarcze, przypieczętowując umowy handlowe, zabezpieczając szlaki karawan etc. Ponadto wyprawa zaowocowała narodzeniem dziecka Salomona i Makedy, Menelika, którego uważa się za pierwszego cesarza Etiopii i założyciela dynastii, która zginęła razem z Haile Selassie I. Warto przy tym dodać, że Menelik wg podań miał wywieźć z Jerozolimy Arkę Przymierza prosto do Saby, której niektórzy poszukują do dziś. Wiele luk i niewiadomych, które tylko czekają na uzupełnienie. Prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza dla literatury pięknej, inspirującej się przeszłością.

   "Królowa Saby" Ewy Kassali ukazuje nam portret niezwykłej kobiety. Makeda od dziecka była odpowiednio kształcona i wychowywana. Na dworze króla Nikala nie było przypadków. Wszystko trzymał w ryzach, nie pozwalając wymknąć się niczemu spod kontroli. Dzięki temu dziewczynka wiedziała, co w życiu ważne. Cechowała ją odwaga, pewność siebie i swego, ponad wszystko ceniła szczerość i lojalność. Wychowanie pomogło utemperować jej temperament, ukrywać emocje i dobierać słowa odpowiednio do sytuacji i rozmówcy. Jako dorosła osoba oczekiwała od swych współpracowników uczciwości i zaangażowania. Kochała piękno, dobro, a nade wszystko umiłowała mądrość i dążenie do wiedzy wszelakiej. Świat pełen zagadek był fascynujący i tylko czekał na okazanie mu zainteresowania i miłości.
   Makeda nie była zwykłą królewską córką. Od najmłodszych lat Pani Księżyca, jedno z bóstw Saby, zsyłała jej wizje prorocze. Jej kapłanki rozsuwając zasłonę czasu, pomagały jej je interpretować. Dar ten budził się w wyjątkowych chwilach życia. Stąd m.in. słynne przepowiednie Królowej Saby, zesłane przez Jahwe.
   Królowa Saby to tylko jedna z jej ról. Była też wspaniałą przyjaciółką, kochanką, matką dla syna i całego swego ludu. Pełniła też funkcję duchowej przewodniczki swych rodaków, uczyła tolerancji i wyrozumiałości, nawet dla wrogów. Jednocześnie potrafiła wyznaczyć granice, których nikt nie powinien przekraczać. Niedopuszczalnym aktem były ataki na bliskie jej osoby. Wówczas odzywała się w niej natura wojowniczki, gotowej poświęcić się, by osiągnąć sukces i zapewnić Sabejczykom spokój, bezpieczeństwo i dobrobyt.
   Makeda zasługuje na podziw także dlatego, że potrafiła częściowo zrezygnować z własnego szczęścia i przyziemnych przyjemności, by zapewnić odpowiednie warunki rozwoju swego państwa. Wzięła całkowitą odpowiedzialność i całe brzemię władzy na własne barki, gotowa na najtrudniejsze decyzje i poświęcenie w imię wyższego dobra, by kolejne pokolenia miały szansę na godne życie.
   Umiłowanie dla wiedzy, ksiąg i mądrości to coś, co przykuwa uwagę. Rzadko spotykane zjawisko, a jak pożądane wśród władców. Zdobycie mądrości to cel i droga ku lepszemu, do życia w harmonii, radowania się nim oraz odnajdywaniu się nawet w trudnych chwilach. To nauka miłości życia i doceniania drobnostek, bo jesteśmy tu tylko na moment, ledwie mgnienie oka. Nie warto tracić wiary i nadziei, trzeba odnaleźć swój cel, coś co przyniesie ukojenie w cierpieniu i zwątpieniu, coś co nada sens naszemu istnieniu, da motywację i radość. I życie Makedy tego dowodzi.

   Ewa Kassala ukazała nam nie tylko Bilkis, ale i samego króla Salomona oraz jego dwór w Jerozolimie. Syn Dawida kojarzy nam się z mądrością i sprawiedliwością, jakby był mitycznym bogiem zaklętym w ludzkim ciele. Autorka ukazała nam jego bardziej człowieczą stronę. Pozwoliła nam wniknąć do jego życia rodzinnego, poznać relacje między poszczególnymi osobami, poznać podejście do Boga i ludzi, dóbr materialnych i duchowych oraz, co najważniejsze, powolną przemianę - od genialnych i wspaniałych początkowych lat rządów aż do powolnego upadku jego autorytetu i stopniowego oddalenia się od Boga, wyznawanych wartości ku bożkom rozpusty i złotego cielca.
   Główną osią fabuły jest uczucie łączące królową Saby i władcę Izraela. Dzięki wzajemnej fascynacji poznajemy drogę rozwoju ich miłości, przywiązania i oddziaływania. Ich przypadek udowadnia, że miłość może przetrwać nawet lata rozłąki, bo wspomnienia zawsze z nami zostają, a odpowiednio pielęgnowane potrafią uszczęśliwić. Są siłą, której nie można nas pozbawić.
   Wracając do bohaterów, to owszem, pierwsze skrzypce należą do pary królewskiej, lecz na nich świat się nie kończy. W powieści występuje również: wierna i oddana całym sercem Makedzie hemet Seszep, kobieta silna i niezwykła, każdego dnia walcząca ze stereotypem słabej płci, główna kapłanka Pani Księżyca, kupiec Tamrin, doradcy oraz wojskowi Salomona, matka króla Izraela Batszeba etc. Naszych głównych bohaterów kreuje także ich otoczenie (decyzje, rady, zachowania, wzajemne animozje). Każda postać jest szczegółowo zarysowana. Ich charaktery mają odniesienie w życiu codziennym, tj. przy wyborze ścieżki kariery, życia prywatnego czy przy nawiązywaniu kontaktu z osobą innego wyznania. Większość postaci jest albo względnie dobra albo zła. Brakuje tych pomiędzy, a przecież nikt nie jest idealny, tak skrajny. Mimo to bohaterowie są realni. Wierzą w to, co robią, wierzą w bogów, swój los i przeznaczenie. Łatwiej im zaakceptować pewne decyzje władców, bo są oni namaszczeni przez bóstwa, są wybrańcami, przemawiają do nich. Lud to docenia, bo widzi w tym łaskę i przyszły dobrobyt. Dzięki temu choć odrobinę łatwiej zrozumieć nam ówczesne społeczności, sposób rządzenia nimi, a zarazem ich sposób postrzegania rzeczywistości i samych siebie. To niełatwe zadanie dla pisarza, ale uważam, że tu Pani Kassala naprawdę dobrze sobie poradziła (zarówno u Sabejczyków, jak i u Izraelitów).

   Akcja powieści naprzemiennie dotyczy Saby i Izraela, co pozwala nam lekko liznąć tamtejszego klimatu. Dlaczego tylko liznąć? Tym razem pisarka skupiła się głównie na bohaterach i to im poświęciła najwięcej miejsca. W tle, owszem, przemykają opisy architektury, wystroju wnętrz i krajobrazów, ale jest ich ledwie kapka. Brakuje mi tych charakterystycznych dla Pani Kassali plastycznych opisów, którymi czarowała w egipskiej trylogii.
   Język powieści jest bardzo plastyczny, czasem spoetyzowany, kuszący naturalnością dialogów i bogatym opisem życia wewnętrznego bohaterów. Narratorką części o Makedzie jest hemet Seszep, zaufana królowej od dziecka. Natomiast o Salomonie opowiada nam ktoś z zewnątrz, osoba wszystkowiedząca. Zabieg udany i urozmaicający lekturę.
   W powieści "Królowa Saby" najbardziej podoba mi się podejście bohaterów do wyznawanych wartości. Są im wierni aż do końca (wyjątkiem jest zagubiony Salomon). Hołd dla miłości i mądrości, hołd dla wiedzy i rodziny, to, co w życiu najważniejsze. Ponadto książka kusi licznymi cytatami ze źródeł pisanych, nie tylko biblijnych, ale i etiopskich. Przypisy są czystą rozkoszą dla zainteressowanych tematem, bo pozwalają na jego dalsze samodzielne zgłębianie. Warto też zwrócić uwagę na zaznaczenie silnej pozycji kobiety i jej wewnętrznej charyzmy, która odpowiednio ukierunkowana ma zdolność zmieniania świata. Ewa Kassala daje tym samym kobietom na całym świecie nadzieję na lepsze życie i czyni krok w ich stronę, mówiąc, że są piękne, mądre, zdolne i gotowe do podbicia świata. Muszą tylko pokochać siebie i uwierzyć we własne możliwości. To fundament wszystkiego. I w tym miejscu Makeda spełnia się idealnie. Jest przykładem godnym naśladowania, przewodniczką, za którą warto podążać.
   Myślę, że warto tu też poruszyć temat wiary. Być może została potraktowana lekko po macoszemu, nie tłumacząc dokładnie roli poszczególnych bóstw Saby, skupiając się przede wszystkim na Pani Księżyca i jej roli jako przewodniczki kobiet oraz bogini odkrywającej przyszłość przed swymi wyznawczyniami. Żałuję, że ten element nie został nieco bardziej rozbudowany, bo na pewno uatrakcyjniłoby to treść i podniosło jej walory edukacyjne. Najwięcej uwagi autorka poświęciła Jahwe i biblijnym przypowieściom. Czy Bóg zawsze był tak miłosierny? Czemu Żydzi zostali narodem wybranym? Co Jahwe ma wspólnego z egipskim Atonem? Czemu Salomon był tak mądry? Jakie dary otrzymał od Boga? Jakie wizje zesłał Makedzie? Na te wszystkie pytania odpowiedź można znaleźć w "Królowej Saby". Przy okazji Kassala porusza bardzo ciekawe zagadnienie wieloaspektowości bóstw. Jedno może być przejawem drugiego i nie ma w tym żadnej sprzeczności. Podobnie tłumaczyła to Makeda Salomonowi. Pani Księżyca może być częścią Jahwe, jego kobiecą emanacją, która istniała od zawsze, tylko bywała różnie nazywana. Mam wrażenie, że właśnie w ten sposób mógł narodzić się kult maryjny. Jahwe był bogiem mężczyzn, patriarchą, a kobiety potrzebowały swojej przewodniczki, tak samo wrażliwej i jednocześnie silnej jak one, która by je zrozumiała i dała otuchę. Żydzi i ich wiara oraz samo chrześcijaństwo są naładowane wartościami innych kultur, ich dziedzictwem, np. opowieść o potopie, bożym ulubieńcu mają swe źródło w historii Mezopotamii i Egiptu. To, czym tak bardzo gardzili, przyjęli jako własne i niewiele zmodyfikowali. Kto od kogo mógł się uczyć tolerancji? Kto od kogo przywłaszczył sobie spisane zasady moralne? Czasem warto pogrzebać nieco w przeszłości, bo można dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy.
   Powieść "Królowa Saby" porusza interesujące kwestie jak: wiara, hierarchia wartości, siła prawdziwej miłości i przyjaźni, odpowiedzialność władcy, brzemię samotności i wykluczenia, pozycja kobiety w starożytności na Bliskim Wschodzie, stanowienie i egzekwowanie prawa, bezpieczeństwo podróżnych wzdłuż szlaków. Obok tego nie da się przejść obojętnie. Książka bawi, wzrusza, choć i czasem irytuje (chodzi tu głównie o sceny rytualne z udziałem zwierząt dla Pani Księżyca, dla mnie zbyt brutalne i zbyt szczegółowe; takie bestialstwo zasługuje na równoważną karę zgodnie z Kodeksem Hammurabiego - oko za oko, ząb za ząb. Inne czasy, inne zwyczaje, rozumiem, ale nie akceptuję). Świat przedstawiony jest przemyślany i dobrze wykreowany. Umiejętnie połączono fakty historyczne z wyobraźnią autorki. Zręcznie wypełniła luki. Postacie, dialogi, sytuacje - bez zarzutu. Jedyne, czego mogę się przyczepić, to ledwie zarysowane tło życia dnia codziennego ówczesnej epoki. Dominującym wątkiem pozostaje miłość Makedy i Salomona. Wszystko krąży wokół tego i pozostaje niewiele miejsca do rozdysponowania, np. roli kapłanek Srebrzystej Matki w życiu Sabejczyków, form wyznawania kultu, kultury tamtejszej społeczności, form współżycia miejscowych i migranów etc.

  "Królowa Saby" to książka godna polecenia i bliższego zapoznania się z nią. Porusza temat wyjątkowy i niełatwy do interpretacji. Pani Ewie Kassali udało się z tego wybrnąć bez szwanku. Gratuluję wyobraźni i umiejętnego wykorzystywania źródeł. To walor nie do podważenia tej publikacji. Fascynaci tematu będą mieli niemałą ucztę dla duszy i umysłu (tu zachęcam do zajrzenia do dodatku, który sporo zawiłości tłumaczy i przemyca intrygujące ciekawostki, np. o mieście Kassala na terenie Saby, w którym miała znajdować się świątynia Pani Księżyca). Jest kilka drobnych "ale", lecz nie przesądzają one o całości. Ta powieść wzbudza ciekawość czytelnika tematem, jak i dalszą twórczością autorki, m.in. o Marii Magdalenie (jaką rolę odegra przy Jezusie? Kim stanie się w rękach Ewy Kassali?) i Semiramidzie. Starożytności, trwaj i inspiruj, chce się rzec i niech tak się stanie.

poniedziałek, 20 maja 2019

35) Słowianie w natarciu, czyli o "Plemionach" Łukasza Radeckiego ("Wojna bogów" i "Próba bogów")

   Pyrkon 2019 zapisał się w kalendarzu jako poszukiwania książek. Klucząc między kolejnymi wystawcami, udało mi się trafić na stanowisko Wydawnictwa Nowa Baśń, przy którym odbywało się spotkanie z Łukaszem Radeckim. O "Plemionach" słyszałam już wcześniej wiele dobrego, a to była idealna okazja do powiększenia własnej biblioteczki i zamiany kilku zdań z autorem.
   Łukasz Radecki jest nauczycielem polskiego i historii, muzykiem, tłumaczem i recenzentem. Zaplecze idealne do tworzenia powieści z wątkiem inspirowanym historią. Przed pisaniem nasz autor zrobił porządną kwerendę źródłową. Już na wstępie mogę Wam zdradzić, że naprawdę udało mu się przelać posiadaną wiedzę na papier. 

   "Plemiona" opowiadają o trójce rodzeństwa, które na co dzień drze ze sobą koty, mając niewiele wspólnych zainteresowań. Nastolatki jakich pełno. Weronika - garnąca się do nauki i zakochana w hokeju, Zbyszek to amator elektroniki, kendo i lenistwa, a Kacper - miłośnik fantasy i gier komputerowych. Dzieciaki udają się na szkolną wycieczkę do Biskupina. Miało być ach i och, lecz większość niezainteresowana, nudzi się wierutnie. Wera odrywa się od grupy i postanawia sama pozwiedzać. Odnajdując Światowida, nie domyśla się, że życie jej i braci zaraz ulegnie gwałtownej zmianie. Dziewczyna jest świadkiem niecodziennej rozmowy niezwykłych osób. Powiedziałabym, że nawet bardzo niezwykłych. Po chwili rozpętuje się burza, piorun uderza w posąg. Światy się przenikają, a dzieciaki trafiają do alternatywnej rzeczywistości. I tu zaczyna się właściwa akcja.
   Rodzeństwo znajduje się w świecie dawnych Słowian, gdzie magia, demony i bogowie są czymś naturalnym, nieodłączną częścią rzeczywistości, o której wiedzą wszyscy. Bóstwa, wnuki Światowida, przegrywają bitwę z Czarnobogiem, który pragnie przejąć władzę nad Prawią, Nawią i Jawią. Jednak to nie koniec zmagań. Światowid, chcąc ukarać swoich potomków, nauczyć ich współpracy i wzajemnego szacunku, tworzy układ z Czarnobogiem. Cztery zmagania, cztery walki, lecz nierówne. Już nie bogowie będą walczyć ze swym wrogiem, a sami ludzie, najlepsi z najlepszych, przedstawiciele dwudziestu plemion słowiańskich, a najlepszy stanie przed obliczem czarnego bóstwa. Tym samym stanie się on bohaterem lub polegnie.
   I tom "Wojna bogów" opowiada nam o przygotowaniach do pierwszych zmagań oraz dostosowywaniu się dzieciaków z przyszłości do życia wśród Słowian, a dokładniej: Goplan, Radoszan i Gnieźnian. II tom "Próba bogów" powiela ten schemat, ponieważ znów razem z bohaterami oczekujemy na drugie zmagania, jednocześnie borykając się z podjazdami armii Czarnoboga.

    Akcja powieści toczy się wokół zmagań, to one nakreślają główny nurt fabuły, ale to tylko pierwsze wrażenie. Im dalej w las, tym więcej coraz ciekawszych wątków wyłania się nam zza rogu. Im ktoś ma bystrzejsze oko, tym więcej dostrzeże. 
   Kwestia najważniejsza - Słowianie, ich codzienne życie, zwyczaje, tradycje i wierzenia. Autor naprawdę przyłożył się do kwerendy źródłowej i czuć to na każdym kroku. Mamy okazję rozsmakować się w jadle dnia zwykłego oraz świątecznego, dowiedzieć się co nieco o obchodach Szczodrych i Jarych Godów, a nawet Dziadów. Czy wiecie ile chrześcijaństwo przejęło od Słowian tradycji w związku z Bożym Narodzeniem, Wielkanocą czy Dniem Wszystkich Świętych? Skąd się wziął zwyczaj dwunastu potraw wigilijnych, zostawianie pustego talerza, sianka pod obrusem, symbol jajka i zająca wielkanocnego? Skąd zwyczaj palenia zniczy na grobach zmarłych? Chrześcijanie zaadoptowali do swojej wiary to, co zastali na "podbijanych" ziemiach do własnych celów, ale nie zapominajmy skąd się wywodzą nasze korzenie i jak historia kształtowała los tych obszarów. Wracając do meritum, Łukasz Radecki w "Plemionach" zdradza nam tajniki tychże świąt, oprowadzając nas po słowiańskim świecie. Ponadto odkrywa przed nami sekrety bóstw i pomrok, tłumacząc czym się zajmowały, jak wyglądały, skąd mogły brać się ich nazwy. Warto też zwrócić uwagę na fragment w drugim tomie, gdy okazuje się, że każde plemię mogło mieć swoje nazwy na poszczególne demony. Występowały one czasem na ograniczonym terenie, nie będąc znane powszechnie. To tłumaczyłoby różnorodność wierzeń i samego nazewnictwa. W czasach starożytnych i wczesnego średniowiecza ziemie te były porośnięte gęstą puszczą, a kontakt między poszczególnymi plemionami musiał być ograniczony, co zapewne skutkowało wyżej wymienionym. Autor starał się również jak najdokładniej odmalować codzienność tamtych czasów, m.in. obowiązki kobiet, mężczyzn, formy architektury, planowanie osady czy sposoby obrony przed wrogiem. Szczególne zaś upodobanie odnalazł w przedstawianiu walk i opisywaniu broni, odczuwane zarówno w nazewnictwie jak i samych detalach. Dla mnie to wątek najciekawszy i świetnie dopracowany.
   Wątek przeniesienia się do przeszłości alternatywnej... to już było w literaturze i w filmie, ale od samego autora zależy jak to poprowadzi. Świadkowanie rozmowy bogów czy burza są elementem ciekawym, acz odgrzewanym. Mam nadzieję, że autor w ostatnim tomie nas zaskoczy i w niebanalny sposób domknie ową klamrę. Oby.

   Naszych bohaterów poznajemy jako dzieci, uczniów podstawówki (a dla roczników 90. to lata gimnazjalne), którzy oderwani od współczesności i jej dóbr, wygód, pomocy rodziców są zdani sami na siebie. Nagle te wszystkie rady internetowe, mapy satelitarne, szkolna nauka idą w las. Liczy się tylko to, co ma się w głowie i co się potrafi, jak szybko można dostosować się do otaczających warunków i ludzi. Nagle życie okazuje się trudne i pełne pułapek, gdzie trzeba brać odpowiedzialność za siebie i swoje czyny, gdzie trzeba liczyć się z drugą osobą, okazywać innym szacunek i tworzyć grupę, bo samemu można zginąć. Weronika, Zbyszek i Kacper dorastają i dojrzewają na naszych oczach, zmieniając się o 180 stopni. Wnikliwa analiza psychologiczna bohaterów jest na dobrym poziomie. Najbardziej zaskakującą przemianę przeszedł Zbyszek. Z totalnego cwaniaka i drania przeistoczył się w troskliwego i czułego młodzieńca, który dla rodziny zrobiłby wszystko. Zgodnie z powiedzeniem "Bóg, honor, ojczyzna" Zbigniew właśnie tym zaczął się kierować. Lojalny, honorowy, pełen pokory wobec życia i szacunku dla najbliższych, pomocny dla plemienia, gotowy do poświęceń i odpowiedzialny. Postawa godna naśladowania. Największym rozczarowaniem okazał się Borzywoj i jego postępowanie po zmaganiach. Nie tego się po nim spodziewałam. Jego wątek mógł być trochę inaczej poprowadzony, tym bardziej po podniesieniu się z samego dna i pokazania jego walki z depresją, by dać nadzieję na wygraną. 
   Łukasz Radecki w "Plemionach" nie ucieka od trudnych tematów jak: uzależnienie od alkoholu, depresja, odrzucenie inności, wątek adopcji, nietolerancja, nienawiść, choroby psychiczne, samotność czy wykluczenie społeczne. Mamy tu ich cały wachlarz, z którymi autor poradził sobie w mniejszym lub większym stopniu. I właśnie dzięki temu świat przedstawiony zyskuje dodatkowy walor. Okazuje się, że tego nie trzeba się bać, te problemy można oswoić i sobie z nimi poradzić, lecz nie wolno się poddać nawet na chwilę. Powtarzając za Welesem: "najtrudniejsza walka jest ze sobą samym i wyrzucenie całej tej nienawiści do świata i siebie z siebie, by stać się naprawdę wolnym i móc iść dalej, kroczyć własną ścieżką".

    Powieści są napisane językiem prostym i klarownym, odpowiednim dla młodzieńczego czytelnika. Autor swobodnie lawiruje między nazwami świąt i demonów słowiańskich, wszystko jasno tłumacząc. Dialogi są naturalne, opisy - plastyczne, a ich wielkość wyważona, tzn. nie ma przerostu formy nad treścią. Pióro autora przyciąga uwagę, m.in. dlatego, że łatwo przeskakuje z gwary do języka współczesnego, różnicuje sposób wysławiania się przez dzieci i dorosłych, a także ze względu na miejsce pochodzenia.
   Czy zauważyłam jakieś błędy, niedociągnięcia? Zdarzały się czasem drobne literówki, ale czy jest jakakolwiek książka ich pozbawiona? W kwestii redaktorskiej nie mam nic do zarzucenia. Co do fabuły i treści - jak już wspomniałam, wątek Borzywoja mógł być lepiej rozbudowany i przemyślany oraz ryzykowny element alternatywnej przeszłości. Ponadto "Wojna bogów" i "Próba bogów" w niewielkim stopniu traktuje o Kacprze, bardziej skupiając się na bliźniakach i ich przeżyciach. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach okularnikowi zostanie poświęcone nieco więcej miejsca, bo wydaje się intrygującą postacią, która może jeszcze sporo namieszać w boskich planach.
    "Plemiona" Łukasza Radeckiego, tom I i II, są książkami godnymi polecenia dla małych i dużych czytelników. Dzieci odnajdą tu zabawę, przygodę, słowiańskich superbohaterów, a dorośli odkurzą nieco swoje wspomnienia z dzieciństwa o walkach na miecze, a przy okazji odkopią drugie dno tych powieści. Tutaj nie ma tylko przygody. Radecki stawia na przyjaźń, lojalność, braterstwo, więzy krwi, wzajemny szacunek, poszanowanie historii i tradycji. "Plemiona" rozbudzają wyobraźnię i ciekawość. Przypominają o własnych korzeniach, które w szkole są pomijane, a są tak bardzo interesujące. Słowianie, ich kultura i wierzenia do dzisiaj funkcjonują wokół nas, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, może w nieco zmienionej formie, ale jednak to wciąż żywy element kultury. To nie tylko powiedzenia, przesądy, elementy języka mówionego, ale część nas samych. Nie wypierajmy się tego. Bycie katolikiem etc. nie wyklucza poszanowania i podziwu dla naszych przodków. Radecki do swoich powieści wplótł elementy edukacyjne, pouczające w sposób nienarzucający się czytelnikowi, ciekawy i godny podziwu. Takie książki chce się czytać. Osobiście proszę o zdecydowanie więcej. Czy wrócę do świata dawnych Słowian? Jestem tego więcej niż pewna.
   Autorowi szczerze gratuluję pomysłu i wykonania, a Was zachęcam do lektury. Naprawdę warto.

1) PS Panie Łukaszu, serdecznie dziękuję za pyrkonowe autografy.

2) PS Zieleń drugiego tomu skradła me serce. Przepiękna, soczysta, typowo letnia ;)

3) PS Pozdrawiam serdecznie z iście majowej Wielkopolski.

sobota, 11 maja 2019

34) "Amulet Jaśminy" Adrianny Trzepioty

   Biorąc do ręki ostatnią część trylogii o Jaśminie, zachwycam się okładką, która pochyla się nad związkiem człowieka i natury, emanując spokojem i czymś ulotnym, nieuchwytnym. Może tajemnicą?

   Poprzednie części "Zwilczonej" Trzepioty ukazują czytelnikom Jaśminę jako kobietę odkrywającą od nowa swoją kobiecość, dążącą do niezależności mimo trudnego położenia, niedającą się dłużej tłamsić przez męża alkoholika, poszukującą swojej własnej drogi do szczęścia, gdzie przewodnikiem całej tej przemiany staje się wilczyca.
   W "Zwilczonej" i "Sekretnej zimie Jaśminy" autorka pokazuje nam mazurskie lasy, prawdziwą szeptuchę, próbuje wyjaśnić sekret rodziny kobiety sprzed lat, a wszystko przy pomocy plastycznych opisów i filozoficznych przemyśleń bohaterki. "Amulet Jaśminy" jest książką zgoła odmienną od swoich poprzedniczek. Narratorem zostaje Jaśmina, wszystko poznajemy z jej punktu widzenia od samej przeprowadzki do Warszawy, nową pracę aż do szczegółów znajomości z poszczególnymi mężczyznami. Książka koncentruje się wokół bohaterki cały czas, bez chwili wytchnienia. 

   Ta powieść mnie gorzko rozczarowała. Dlaczego? Zacznijmy od lżejszego kalibru.
   Warszawa to miasto kipiące życiem, gdzie mamy ogrom możliwości podjęcia pracy. A co bohaterka znajduje? Pracę na czarno w telewizji. Wszystko byłoby ok, ale zastanawia mnie fakt, że nikt, dosłownie nikt z inspekcji pracy, urzędu skarbowego czy innej instytucji nie sprawdził tej firmy. Czy naprawdę taka sytuacja jest możliwa w stolicy? Jako polonistka z zacięciem pisarskim Jaśmina mogła poszukać pracy w branży wydawniczej, jako copywriter, freelancer, cokolwiek legalnego, dającego wolną rękę, ale to? Dla mnie mało wiarygodne, ale sam pomysł ciekawy.
   Kobieta, która samotnie wychowuje dziecko, mieszka bokiem u koleżanki, ma pieniądze na to by jadać na mieście i kupować niepotrzebne drobiazgi, mając jeszcze dom na Mazurach na utrzymaniu? W jaki sposób?
   Jaśmina kocha naturę, swoje zwierzęta. A co robi? Ucieka do miasta, zostawia swoje ukochane zwierzaki pod opieką starszego sąsiada, który ma już lekkie problemy ze zdrowiem. I to nie jest jedno zwierzę, ale cała gromadka. W dodatku ta wspaniała miłośniczka zwierząt, wracając ze stolicy do domu, zapomina, że zostawia u koleżanki kotkę z młodymi. Przypomina sobie o niej dopiero w momencie, gdy Zosia ją odwozi. Tak, odpowiedzialność pełną gębą. 
   Jaśmina, samotna matka, dla której dobro dziecka jest najważniejsze. Wspaniała, cudowna kobieta, która potrafi: na dobrych kilka dni podrzucić córkę do sąsiada, zapomnieć, że dziecko zostawia w samochodzie albo tak pogrążyć się w rozpaczy z powodu nieszczęśliwej miłości, że dziecko jest głodne i zziębnięte. Nauczycielka i pedagog, która powinna dbać o własne potomstwo, a przez całą lekturę "Amuletu" ma się wrażenie, że Marysia to jedynie zbędny balast.

   W "Zwilczonej" i "Sekretnej zimie" bohaterka dążyła do samodzielności, samoakceptacji, pokochania samej siebie i odnalezienia swojej drogi. W "Amulecie" dostajemy Jaśminę napędzaną hormonami, popadającą ze skrajności w skrajność. Raz zakochana po uszy i rzucająca się na faceta, innym pogrążona w czarnej otchłani rozpaczy, bo wybranek jej nie chciał. Zamiast dorosłej kobiety dostajemy nastolatkę, która sama nie wie czego chce.
   Wątek pochodzenia Jaśminy, tajemnicy jej dziadka, ukrytej talii tarota, księgi babci, listu z przeszłości są zaledwie w 30-40% wykorzystane. Pomysł bardzo dobry, ale wątki autorka pozamykała jakby na siłę, nawet do końca nie są one wyjaśnione, część urwana w połowie. Potencjał idei spalony. 
   Mężczyźni. Jaśmina klei się do nich, bo tylko w ich spojrzeniu czuje się kobieca. Dziki brutal kontra mąż alkoholik kontra maczo sędzia. O litości!!! O ile rozumiem postać Bojana i Joachima, o tyle Krzysztof mi kompletnie nie pasi. Który sędzia ryzykowałby podrywanie jednej ze stron, której rozwód prowadzi i w to tak bezpośredni i nachalny sposób?
   Wilki. To jedno co mi się podoba w "Amulecie". Przedstawienie tych zwierząt to jeden z lepszych wątków tej serii. Mam małe "ale". Czemu Jaśmina nagle zmienia swojego przewodnika z wilczycy na wilka? Wcześniej podkreślanie płci tego zwierzęcia miało ogromne znaczenie, bo kobieta się z nim utożsamiała, a teraz co? Nagle zmiana frontu?
   Brakuje mi w tym wszystkim logiki. W "Amulecie Jaśminy" panuje totalny chaos w porównaniu do poprzednich części. Nie ma kontynuacji. Jaśmina to zupełnie inna osoba, uzależniona od seksu, nieodpowiedzialna, zapatrzona w siebie, trochę narcystyczna, nieprzejmująca się tak naprawdę córką i swoimi zwierzętami. Myśli wyłącznie o swoich cielesnych przyjemnościach, ukrywając to pod pseudoposzukiwaniem siebie. Ona przeczy sama sobie. Brak tu jakiejkolwiek konsekwencji.
   Ta książka nie jest zła. Jest przeciętna. Czyta się ją naprawdę szybko, ale ten chaos w fabule powoduje, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy autor przed wydaniem tego nie powinien sobie odświeżyć poprzednich części i raz jeszcze przemyśleć całości. 
   Liczyłam na to, że "Amulet Jaśminy" powali mnie na kolana. Powalił, ale z zupełnie z innych powodów niż miałam nadzieję. Szkoda, bo powieść jako trylogia miała ogromny potencjał, ciekawe wątki, które poprowadzone w trochę innym kierunku i bardziej rozwinięte mogłyby spowodować, że ta historia byłaby świetna. A tak pozostaje mi tylko niesmak i rozczarowanie.
   Mam szczerą nadzieję, że Adrianna Trzepiota zaskoczy nas, ale pozytywnie, wracając do Mazur i wilków, w lepszym, bardziej przemyślanym świecie przedstawionym, gdzie zostanie zachowany związek przyczynowo-skutkowy, a czytelnik nie będzie co chwilę dziwił się, że bohater przeczy sam sobie.

niedziela, 7 kwietnia 2019

33) Kiślowersum, czyli "Oczu urocznych" czar w wykonaniu Marty Kisiel

  
  "Oczy uroczne" Marty Kisiel stanowią kontynuację udanej serii "Dożywocia". W pierwszej i drugiej części poznaliśmy Konrada Romańczuka i jego dożywotników, czyli całą plejadę stworzeń niezwykłych o całym przekroju temperamentów. Prym wśród nich wiódł anioł stróż Lichotki, Licho, śmieszne i kochane, nieco pedantyczne. Zgraja, którą ma się ochotę przygarnąć pod własny dach. Marta Kisiel w opowiadaniu "Szaławiła" przedstawiła nam dalsze losy terenu, na którym dawniej stała Lichotka. Nowa właścicielka, nowy dom i nowe stworzenia do zaadoptowania. I właśnie to jest moment, w którym zaczyna się przygoda "Oczu urocznych", ponieważ stanowią one niejaką kontynuację przytoczonego opowiadania.
   Zatem, Panie i Panowie, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, gdzieś w odległym kraju Polan, na uboczu, na leśnej polanie, wygodne i ciepłe gniazdko uwiła sobie wiła, nie taka byle jaka, bo sama szaławiła, co swym gniewem wiatr wzywała i do spustoszeń go nagabywała. Oda Kręciszewska. Wile pomóc musi nie kto inny jak sam chmurny syn pogody, co ze żmijami w nieboskłonach walczy, silny i roztropny płanetnik, Roch Kusy. Jakby tego mało było, do duetu niecodziennego dołącza trójnogi pies Kuleczka i pomiot piekielny, co ludzi na manowce zwodzi, czort Bazyl we własnej osobie, "czo prafdę mófiąc mosze na szam szczyt dobłoci wżnieszcz nawet czałne szerce". Dom wiły na leśnej polanie stoi, lecz nie tak zwykłej. Piwniczne odmęty wrota do piekieł skrywają, gdzie tatuś Bazyla się czai, lecz to już nie małe czarcię, lecz diabeł potężny, co zło wyrządzać potrafi i dzikim śmiechem się zanosi na samą myśl o ludzkim cierpieniu. Las też takim zwykłym nie jest, stary cmentarz z demonem skrywa i staw, co wodnicom dom zapewnia.
   Piękną i szczęśliwą historia być by mogła, lecz zło nigdy ślepiów nie zamyka. W cieniu skryte, hen za rogiem, chwili odpowiedniej wyczekuje, by z impetem zadać ból i ludzki los w ciężką niedolę zamienić. Śmierć czy życie, znaczenia to nie ma. Im więcej zła i cierpienia, tym większa satysfakcja. 
   Rymów i wersów układem, Szczęsnym natchnionych, wystarczy. Przejdźmy do prozy, co łatwiej ocenę wystawić pomoże i w argumentów walce zwycięskie miejsce obrać. 

   Mamy walkę dobra ze złem. Wiła i płanetnik w okresie przesilenia zimowego, czyli świąt Bożego Narodzenia, gdy ziemia zamiera w oczekiwaniu na ponowne narodziny, zmuszeni są do stawienia czoła niebezpiecznemu wrogowi, który właściwie w swej istocie pozostaje nieznany. Atakuje ludzi z miasteczka, atakuje sny naszych pomrok, wzbudza strach i niepokój, a przy tym zastawia sidła, w które łatwo wpaść. Wilk przybiera skórę owieczki i udaje przyjaciela. Można popaść w obłęd.
   Cała akcja książki rozgrywa się w przeciągu kilkunastu dni. Mamy tajemnicze ataki, dziwne zachowania bohaterów, którzy są jakby pod wpływem hipnozy, nie są sobą. Coś lub ktoś wpływa na ich podświadomość. Świat dookoła się zmienia. Ponadto pojawiają się ogniska chorób zakaźnych, które już od lat wydawały się opanowane szczepionkami. Och, jak łatwo ulec iluzji bezpieczeństwa. A zło tylko na to czeka. Tylko prawda chroni, lecz ludzkość wypiera ją, nie ufając nauce i wiedzy, ucieka w mrzonki szarlatanów.
   "Oczy uroczne" są może dramatem, kryminałem, bo śmiechu w nich niewiele. Może i momenty Bazyla i Michałka bawią, ale to tylko wysepki na oceanie mroku, jaki skrywa się w tej książce. Styl "Oczu urocznych" różni się diametralnie od "Dożywocia" i "Siły Niższej". Marta Kisiel, idąc za ciosem "Pierwszego Słowa" odkrywa w sobie pokłady zamiłowania do ciemności, niepokoju, tak bardzo kojarzonego z kryminałem czy thrillerem. "Oczy uroczne" są inne i nie wiem czy ta zmiana stylu w tej samej serii jest dobrym posunięciem. Mi to nie odpowiada, lecz nie zaprzeczam, że książka jest dobra. Gdyby była oddzielną częścią, całkiem nowym cyklem, nie miałabym nic przeciwko, ale w tej sytuacji... po prostu nie.
   Oda, Roch czy nawet Krzyś zachowują się irracjonalnie, naiwnie, jak małe dzieci. Domyślam się, że to celowy zabieg autorki, by ukazać siłę wpływu ciemności. Jednak czy ludzie i pomroki aż tak się zmieniają? Bazyl i Michałek to najlepszy duet, obydwaj tak samo dziecinni i szaleni, ale w tym tak uroczy i sympatyczni, że obojętnie przejść się obok nich nie da. Ossa, choć przerażająca, to troskliwa i myślę, że godna rozwinięcia jej wątku dalej. Nietuzinkowa postać.

   Punkt kulminacyjny i praktycznie wszystkie zagadki rozwiązują się na ostatnich trzydziestu - czterdziestu stronach. Jak tak można? Liczyłam, na co najmniej sto dwadzieścia kolejnych stron, by to wszystko miało ręce i nogi. Odniosłam wrażenie, że autorka miała odgórnie narzuconą liczbę stron i wszystkie swoje pomysły musiała dosłownie upchać, a końcówka to typowe wciskanie jak największej ilości treści w jak najmniejszej ilości słów. To woła o pomstę do nieba, znając talent Kisiel. Dlaczego? Wiem, jestem złośliwa, ale po "Dożywociu" i "Sile Niższej" wymagania co do autorki były, są i będą wysokie. Pisarka narzuciła sobie wysoką poprzeczkę, pokazała, że umie, więc i wymagania są. Z bardziej takich prozaicznych uwag - Bazyl był bezpieczny z Michałkiem, Oda gdzieś tam zawsze się kręciła, po lesie czy wśród ludzi, a co z Kuleczką? Trójnogi pies sam o siebie dbał? Czemu nie trafił pod opiekuńcze skrzydła mamy Rocha w tych niebezpiecznych chwilach? 
   Język autorki pozostał tak samo cięty i sarkastyczny jak dawniej, więc chwała jej za to. Styl mroczniejszy i pomysły coraz ciekawsze.
   Przy "Oczach urocznych" głowa pracuje, szuka rozwiązania zagadki, dwoi i troi się nad zrozumieniem kwestii Bazyla i brnie w odmęty zimowej polany, by na końcu głośno powiedzieć: "Jak to? Już koniec? Tylko to? Niemożliwe!". Nowa książka Marty Kisiel jest naprawdę dobra, ale w porównaniu z pierwszą i drugą częścią chowa się. Przykro mi, ale moje serce wybiera Licho i dożywotników Konrada. Tamten klimat, humor i postacie są mi bliższe. Magia ich rodziny przyciąga. A kogo zaczarowały "Oczy uroczne" Ody? Komu dały większą satysfakcję i zdetronizowały Licho?

A to tak w ramach smaczku, by pokazać jak m.in. działa zło. Jak? Oda w końcu jest lekarzem, więc jak jej zrobić na złość? Przeczyć jej wiedzy i umiejętnościom. Brrr ;)