Recenzje tematycznie

niedziela, 29 września 2019

43) "Więź" Anny Lewickiej, czyli o mieszance wierzeń

   Na rynku wydawniczym mamy ostatnio wysyp książek, które w jakiś sposób nawiązują do mitologii słowiańskiej. Z dobrym bądź marnym skutkiem. Jak Anna Lewicka wybrnęła z postawionego sobie wyzwania?
  
 "Więź" to pierwszy tom nowego cyklu mającego łączyć w sobie wierzenia słowiańskie i nordyckie, przyprawione wątkiem miłosnym głównych bohaterów i ich perypetii. Wszystko to sprawia, że czytelnik z chęcią sięga po tę książkę, mając ochotę na zasmakowanie nowych połączeń w lekkiej formie. I co otrzymuje? Przywołując tu kiślowersum i zawołanie Licha trzymającego się za głowę: "ojoj, ojoj...".
   Główną bohaterką "Więzi" jest Alicja, studentka pierwszego roku informatyki, nieco odseparowana od towarzystwa ze względu na swoje zainteresowania i niezwykłe umiejętności. Samotniczka, wydająca się nieco zagubiona w świecie dorosłych, czasem naiwna i dziecinna, innym - zbyt poważna. Chyba szukająca swego miejsca na świecie, chcąca zaimponować siostrom.
   Alicja udaje się w podróż w Bieszczady, by odnaleźć jakiś cenny  i magiczny artefakt. Czemu? Jej rodzina składa się z wiedźm, kobiet wyznających dawne wierzenia, potrafiących "czynić magię", tę dobrą. Jedna z jej ciotek podczas dalekiej podróży odkryła księgę, bardzo cenną, więc Ala chce powtórzyć jej wyczyn. Dziewczyna kieruje się wahadełkiem, zapominając o podstawowych środkach ostrożności i naraża swe życie na niebezpieczeństwo. Ratuje ją, jakżeby inaczej, mężczyzna z krwi i kości, mieszkaniec pobliskiej miejscowości, zawsze trzymający się na uboczu.
   Wiktor ratuje Alicję, pielęgnuje we własnym domu, podczas gdy na dworze szaleje straszna śnieżyca, uniemożliwiająca wyjście poza bezpieczne mury domu. Tych dwoje spędza ze sobą sporo czasu, lepiej się poznaje, mając wrażenie iż znają się od zawsze. Idylla trwa, miłość kiełkuje, istny raj na ziemi. Czy będzie tak już zawsze?
   Wątek miłosny to odgrzewane kotlety z oczywistą rolą przeznaczenia. Tych dwoje musiało się spotkać i już. Są w stanie sobie wszystko wybaczyć, krzywdzące czyny i słowa. Liczy się tylko ich miłość. Ona wiedźma, on berserk, niepotrafiący zapanować nad swoim szałem. Jakie to romantyczne i... patologiczne. Naprawdę chcielibyście się związać z kimś, kto wpada w "białą gorączkę" i lubi popijać? Z kimś takim zakładać rodzinę? Ryzykować i narażać dziecko oraz siebie?
   Postacie wydają się rozplanowane z większym rozmachem. Poznajemy rodzinę Alicji i ich przeszłość oraz fragmenty wspomnień Wiktora i jego znajomych. Bohaterowie nie są płascy, niosą ze sobą bagaż doświadczeń, ale dla mnie nie są do końca wiarygodni. Czasem ich zachowanie przeczy im samym, jakby do końca nie zdawali sobie sprawy z tego, co robią.
   Autorka dobiła mnie wątkiem przywiązania Wiktora do zwierząt. Kiedy mężczyzna zderzył się z jeleniem, nawet nie zwraca uwagi na zwierzę i jego stan, przejmuje się tylko swoim samochodem. Ma wezwać odpowiednie osoby, jednak sprawa urywa się w połowie, bo Wiktor przypomina sobie o czymś innym. Ponadto warto zwrócić uwagę, że gdy berserka ogarnia szał i ma zamiar zaatakować dziewczynę, między nimi staje Dzikun (pies samotnika). Mężczyzna nie patrzy jakie zadaje ciosy, przyczyniając się do śmierci swego przyjaciela. Owszem, rozpacza po nim dzień lub dwa, lecz dalsza część lektury pozostawia wrażenie, że nie za bardzo przejął się swoim czynem. Czytając to, trafił mnie szlag, bo jak tak można?! Żadnej kary? Nic? Zdecydowanie nie rozumiem zamysłu autorki co do tych scen i co tak naprawdę mają one sobą reprezentować. 
   Wątek mitologiczny to wrzucenie do jednego kotła Słowian, Wikingów i jeszcze jakiś nawiązań do bliskowschodnich tradycji. Powstaje z tego papka, z której trudno wydobyć jakiś sens. Mamy opowieść o początku świata, tej o Perunie, Welesie i Mokosz, nazwy świąt wywodzące się (o ile się nie mylę) z nordyckiego kręgu wierzeń, rusałki, czarownice, berserków, magię splatającą cały świat, zgrupowania kobiet w uświęconej liczbie 9, tatuaże nordyckie i słowiańskie, magiczne artefakty i rytuały, których korzeni nie wiadomo, gdzie właściwie szukać. Wszystko jest wymieszane, autorka dodała do fabuły to, co było jej potrzebne, nie zważając do końca na logiczny sens powiązania tych elementów.
   "Więź" czyta się szybko, wystarczy parę dobrych godzin. Anna Lewicka ma raczej lekkie pióro, ale moim zdaniem powinna przysiąść nad dopracowaniem planu powieści, zanim weźmie się za pisanie kolejnej części. Niech to ma jakiś sens, trzyma się kupy (mówiąc już kolokwialnie) i logiczne wytłumaczenie. Sam wątek miłosny i sceny fizycznej bliskości między głównymi bohaterami nie są w stanie zatuszować niedociągnięć tej książki. Promowanie toksycznych związków, okrucieństwa wobec zwierząt - NIE podoba mi się to i więcej nie sięgnę po "Więź". Jeden raz mi wystarczył i wywarł dostatecznie złe wrażenie.
   "Więź" Anny Lewickiej odradzam osobom, które wymagają od lektury czegoś więcej niż tylko lekkiej formy rozrywki, o której następnego dnia już się nie pamięta. Być może znajdą się fani tej historii, ale do mnie zdecydowanie nie przemawia. Może to już nie ten wiek, że człowiek ślepo i naiwnie wierzy w wielką miłość, diametralną zmianę drugiej osoby i zawsze szczęśliwe zakończenie.

środa, 4 września 2019

42) Obraz polskiej wsi z lekko słowiańską nutą, czyli "Dobra-noc" Sabiny Waszut

   I połowa XX wieku, niewielka wieś otoczona lasem, znajdująca się parę godzin jazdy od Częstochowy. Współczesna wiedza tocząca batalię z tradycją. Rytm życia wyznaczony przez pory roku i prace rolnicze. Prosta, nieskomplikowana codzienność, gdzie każdy ma swoje miejsce i rolę do odegrania. Jednak to tylko złudzenie

   Sabina Waszut, pisarka i recenzentka, autorka kilku poczytnych tytułów i zdobywczyni Pióra na Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach, przenosi nas w książce "Dobra-noc" do niewielkiej wsi Dobra. Nazwa powinna oddawać charakter miejsca, jednak czasem bywa tak na pozór. To, co dobre na zewnątrz, jest zgniłe od środka i odwrotnie. Wystarczy tylko wytężyć wzrok, poobserwować i wyciągnąć wnioski.
   Prolog "Dobrej-nocy" wprowadza nas w słowiańskie klimaty, traktując o jednej z pomrok. Przytacza najbardziej znane informacje na jej temat, starając się unaocznić czytelnikowi, jakie zagrożenie ze sobą niesie. Kto? Zmora. Potępiona dusza, która nie pozwala spokojnie zmrużyć oka, bo jeśli tylko jej ofiara  to zrobi, ona przystępuje do pracy - wysysa siły życiowe, a w końcu dusi. Człowiek będący pod jej wpływem budząc się, nie może się poruszyć, nie panuje nad swoim ciałem, staje się jego więźniem. Zmora... być może właśnie w ten sposób dawniej tłumaczono paraliż senny, duszności itp.
   Kolejna część książki dotyczy 1933 roku, gdy na świat przychodzi główna bohaterka powieści. Siódme dziecko, siódma córka. Jadwiga i Michał Pecynowie oczekiwali syna, który odziedziczyłby gospodarkę, pomógł im na starość. A córka? Wyjedzie wraz z mężem i tyle ją widzieli. Kochają swoje dzieci nad życie, ale co przyniesie im ta siódma? Następne części opowiadają już o latach 50. XX wieku, gdy najmłodsze Pecynówny stoją już u progu dorosłości. Co przez te wszystkie lata działo się u nich? Kim stała się główna bohaterka?
   Siódma córka Pecynów, Krysia, to dziewczę ciche, spokojne, nauczone szacunku wobec innych, pracowite, ułożone, miłe. Samotniczka, trzymająca się na uboczu i unikająca ludzkich spojrzeń. To brunetka o ciemnych oczach i zrośniętych brwiach, a pozostałe jej siostry to typowa słowiańska krew, blondynki o niebiesko-zielonych oczach, które wdały się w ojca. Krystyna jako jedyna wybrała geny matki. Jej wygląd i charakter nie pozostają niezauważone przez wieś. Dziewczyna jest obca, inna, ale dlaczego? Przy jej porodzie asystowała babka, wiejska znachorka, która wiedzę i i doświadczenie łączyła ze starymi wierzeniami. Siódma córka... na usta cisnęło się jedno słowo. Babka wykonała prawie wszystkie zabiegi magiczne, jakie znała, by uchronić dziecko od przeznaczenia. Jednak odcisnęło to piętno na matce dziewczyny. Jadwiga przez całe dzieciństwo córki miała przed oczami to jedno słowo. Bała się, okropnie się bała. Chciała chronić dziecko i wieś. Jaki to dało efekt? Krysia w swoim nastoletnim życiu przechodzi całkiem sporo. Izolacja od ludzi daje jej złudne uczucie bezpieczeństwa, praca na roli - wytchnienie od własnych pragnień i marzeń. Ucieka sama przed sobą, by zastygnąć, by bezpiecznie wpisać się w schemat roli, jaką jej narzucono. Ale nie na tym polega życie. Sytuacja zaczyna się zmieniać, gdy siostra najmłodszej Pecynówny, Pelagia, szykuje się do ślubu. Narzeczeni, chcąc korzystać z uroków młodości, udają się na wiejską zabawę. Chcąc, nie chcąc, Krystyna trafia na potańcówkę, gdzie spotyka znajomego z dzieciństwa, bratanka młynarza.
   Jurek, wychowany w mieście, nie potrafi zrozumieć sytuacji na wsi i takiego wyobcowania młodej i atrakcyjnej dziewczyny. Nie daje wiary wioskowym plotkom, brnie w znajomość, dając Pecynównie oparcie i budząc w niej chęć do życia. Silny charakter z dobrym sercem, ktoś kto może odmienić los na lepsze. Jura jawi się nam, współczesnym, jako rycerz na białym koniu, co zaraz uratuje księżniczkę zamkniętą w wieży i pokona złego smoka. Problem polega na tym, że ową wieżę i smoka dziewczyna posiada również w swoim umyśle, blokadę narzuconą przez otaczające ją społeczeństwo.

   Książka "Dobra-noc" Waszut porusza temat wiary w zabobony i ich piętno odciskające się na niewinnych osobach. Połowa XX wieku, a wiara w zmory, topielce i południce trwa dalej w najlepsze gdzieś na obrzeżach cywilizacji. Nie sposób wyrwać się schematom narzuconym przez lokalną społeczność, które niszczą nie tylko psychicznie jednostkę, której się tyczą, ale również jej najbliższych i więzi z nimi. Osłabia moc rodziny i przyjaźni. Wystawia je na próbę, a presja społeczna jest czasem zbyt duża, by się jej przeciwstawić i odeprzeć z całą siłą. Ile osób w ten sposób zostało przypartych do ściany i nie znajdując innego rozwiązania, żegnało się z tym światem? Ile osób popadło w depresję i inne choroby? Jak wielka jest cena akceptacji przez otoczenie? Zabobony panujące w Dobrej są tylko pretekstem do unaocznienia problemu jaką jest chęć bycia akceptowanym przez ogół. To piętno naszych czasów widocznie m.in. wśród młodzieży, która ceni się nie na podstawie tego jaka jest, ale ile like'ów ma pod zdjęciem, ilu znajomych ma na portalach społecznościowych, ilu obserwujących. Czasy i warunki mogą się zmienić, ale sedno problemu pozostaje to samo.
   Wracając do książki - mamy parę dobrze zarysowanych postaci, które są klamrą powieści. Wokół nich mamy najwięcej szumu, ich losów jesteśmy najbardziej ciekawi. Jednak autorka nie poszła na łatwiznę. Postacie drugoplanowe i ich historie są równie intrygujące oraz pełne zagadek. Warto bliżej przyjrzeć się Jadwidze, kobiecie, która uległa stereotypom i po prawie dwudziestu latach zrozumiała swój błąd, przyznając się do niego; Michałowi, który powinien stanowić wzór ojca dla wszystkich, jego opanowaniu i miłości do córek; krewkiemu Cieśli i jego synowi Jankowi, którzy przez lata borykali się z tajemnicą, która zaważyła na ich życiu; Peli, która w trudnej chwili swojego życia dała ponieść się fali lokalnych plotek i odepchnęła siostrę, by potem tego gorąco żałować; babce-znachorce, która była lekarzem i psychologiem w jednym, doradzając okolicznym mieszkańcom. Sabina Waszut dała swoim bohaterom duszę, sprawiając, że zżywamy się z nimi mimowolnie.

   Autorka sprawnie i lekko operuje słowem, przez co powieść czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Niejednokrotnie padają słowa regionalne bądź nazwy typowo związane z pracą na roli, które mogą sprawić lekki problem czytelnikowi, lecz na pomoc spieszą przypisy, jasno tłumaczące ich znaczenie. Tytuł książki "Dobra-noc" to gra językowa. To nie tylko fonetyczne brzmienie życzenia komuś dobrej nocy czy kolorowych snów, ale również by ta noc w Dobrej naprawdę była dobra, bez odwiedzin tych, co wyłaniają się po zmroku i atakują niewinnych ludzi bez ostrzeżenia. Mieszkańcy Dobrej bali się nocy i ciemności, ciemnego lasu, dlatego pragnęli spokojnej, dobrej nocy. Ale czy to nie oni sami nakręcali tę spiralę? W Dobrej panuje noc myśli i wierzeń, mimo postępu cywilizacyjnego, bo nowe to gorsze.
   Sabina Waszut podarowała czytelnikowi pozornie prostą historię, lecz z każdym kolejnym akapitem bardziej wciągającą i skłaniającą do refleksji. Tu nic nie jest proste, każde zachowanie ma jakąś przyczynę i czasem opłakane skutki, ale warto uczyć się na błędach. Z historii należy wyciągać wnioski i nie powtarzać jej błędów. Historia Krysi uczy, by nie dawać wiary plotkom, dociekać prawdy, nie stosować ostracyzmu wobec najsłabszych członków społeczności, lecz ich wspierać. To, co inne, nie zawsze jest złe, wystarczy dać mu tylko szansę na pokazanie siebie. Nic więcej. Szansę warto dać każdemu. "Dobra-noc" to książka godna polecenia dla osób ceniących sobie powieści z przesłaniem.

niedziela, 25 sierpnia 2019

41) Drogą natury, czyli "Mądrość wilków" E. H. Radinger

   Na świecie coraz więcej mówi się o potrzebie bycia ekologicznym, biopodejściu do różnych spraw. Segregacja śmieci, zamiana plastiku na szkło lub metal, materiały z odzysku, naturalne kosmetyki, sprzątanie świata, sadzenie drzew czy drobne gesty, by chronić rodzimą przyrodę - robimy tyle, ile możemy. Jednak czasem wystarczyłoby się zatrzymać i przyjrzeć dzikiej naturze, jej odwiecznemu rytmowi i temu jak dostosowuje się do nowych warunków.
   Elli H. Radinger jest z wykształcenia prawnikiem, lecz codzienne nurzanie się w ludzkiej zuchwałości i gnuśności zniechęciło ją do wykonywania tego zawodu. Zamiłowanie do zwierząt i miłość do wilków sprawiły, że postawiła wszystko na jedną kartę, poświęcając swe życie obserwacji tych niezwykłych istot.

   Książka pt. "Mądrość wilków" jest zbiorem wspomnień i obserwacji autorki na temat tychże zwierząt. Mamy i historie wzruszające, pełne egzaltacji, jak i bardziej brutalne, bo podszyte walką o przetrwanie. Radinger ukazuje nam przekrój życia wilków od narodzin aż do śmierci, od zabawy i przekomarzania się z członkami rodziny aż do walki o terytorium i życie bliskich, gdy obca wataha naciera na dom. Dzięki niej mamy wgląd w codzienne podejmowanie przez nie decyzje, nawiązywanie nowych relacji, wybór przywódców stada, współpracę międzygatunkową m.in. z krukami.
   "Mądrość wilków" aż kipi od emocji i szczegółów. Radinger oprowadza nas po parku Yellowstone i Niemczech, wskazując poszczególne watahy i ich rytuały, stajemy się niemym świadkiem ich wzlotów i upadków, cichymi obserwatorami życia nieokiełznanej przez człowieka przyrody, która wzbudza jednocześnie zachwyt i przerażenie. Wilki są jej nierozerwalną częścią. Są piękne, charakterne, pełne życia. Na podstawie przytoczonych przykładów wiemy, że nie sposób opisać typowego wilka i jego sposobu zachowania, bo każdy ma inny charakter, talent w innej dziedzinie i inną rolę do odegrania w stadzie. To wielkie indywidualności o niezwykle silnym poczuciu przynależności do rodziny i gotowe do najwyższych poświęceń w jej imieniu. Najpierw rodzina, potem ja. Wilki są takie jak my. Przeżywają żałobę i utratę bliskich, lecz potrafią się po tym podnieść i ruszyć dalej z rytmem watahy, choć niektóre jednostki poddają się "złamanemu sercu" za utraconym partnerem i umierają z żalu (Radinger opisała taki przypadek. Zupełnie zdrowy basior umarł niedługo po swojej wieloletniej przyjaciółce). Są niezwykle inteligentne, myślą strategicznie, opiekują się chorymi i starszymi członkami rodziny, bo są oni cenni ze względu na swoją wiedzę i doświadczenie życiowe. To zwierzęta społeczne, które przechodzą proces socjalizacji, co widać zwłaszcza porównując wilki dzikie i wychowane w niewoli. Przywiązują się do swojej rodzinnej ziemi.

    To książka o wydawałoby się prozaicznych sprawach, prozaicznym temacie, ale przy analizie lektury ujawnia się jej głębsze znaczenie. Zasady wilków możemy przekuć do własnego życia i dzięki nim się odnaleźć. Nie musimy gnać za pieniędzmi, brać udziału w wyścigu szczurów. Możemy nieco zwolnić i zobaczyć, co tak naprawdę się liczy, żebyśmy na samym końcu swej drogi nie żałowali, że zmarnowaliśmy tyle szans, tyle chwil. 
   Język Radinger jest prosty i klarowny, nie narzuca nam jakiegoś naukowego slangu, dzięki czemu rozumiemy zachowania zwierząt czy zwiedzany Yellowstone bez potrzeby zaglądania co chwilę do słownika. To książka skierowana do  szerszego kręgu czytelników, nie tylko zaawansowanych zwierzolubów, ale może przede wszystkim dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z przyrodą. 
   Przedstawiona historia biegnie swoim rytmem, od narodzin do śmierci, przeplata radość i cierpienie, ukazuje koleje życia, nie lukrując go w żaden sposób. To studium życia dzikiego wilka obserwowanego przez człowieka z pasją, który nie wtrąca się w jego sprawy. Jest ciekawa i intrygująca, każdy rozdział czyta się lekko i przyjemnie, oczy biegają po stronach, bo wciąż łaknie się więcej.





   Zżywamy się z wilkami, czysto platonicznie, ale poznając ich losy, trzyma się za nie kciuki, docenia każdy najmniejszy gest, chwilę, którą możemy z nimi przeżyć. Są nauczycielami życia. Z ich postaw możemy garściami czerpać inspiracje, a nawet spróbować naśladować m.in. w oddaniu dla rodziny, bronieniu swej niezależności, rozwijaniu talentów czy szacunku wobec starszych.
   Wydawnictwo Czarna Owca spisało się na medal. Książka w twardej oprawie, pięknie ilustrowana, wydrukowana na papierze przywodzącym na myśl starodruki. I okładka!!! Majstersztyk. Minimalistyczna, prawdziwa kwintesencja treści - wilk i las, dzika przyroda, która buzuje w żyłach tych zwierząt, zachwyca i budzi podziw. 

   Według mnie "Mądrość wilków" jest pozycją godną uwagi, bo odkrywa prawdy zakryte przed współczesnymi ludźmi. Otwiera nas na to, czym jest życie i na czym polega, co stanowi jego wartość co jest naprawdę ważne. To nie tylko powieść o wilkach i przyrodzie, to historie o nas samych. O naszych problemach, może w nieco innej formie, ale sens pozostaje ten sam, np. utrata bliskich, walka o przetrwanie, wychowanie młodego pokolenia, więzy rodzinne, radzenie sobie z wrogami, siła przyjaźni i miłości, przywiązanie do tradycji itd. To istna kopalnia inspiracji. Kto szuka, ten znajdzie tu dla siebie wskazówki na co dzień. Wystarczy zagłębić się w lekturę i oczami wyobraźni przenieść się w gęste odmęty lasu, by wyruszyć z watahą wilków na przygodę swego życia i dowiedzieć się czym ono tak naprawdę jest. Wilki uczą jak je przeżyć, a nie przewegetować. Ono jest jedno i mamy tylko jedną szansę do wykorzystania, powtórki nie ma. Nie czekajmy, "Mądrość wilków" jest warta tych paru godzin, by inaczej spojrzeć na świat i przebudzić się ze snu o wyścigu szczurów. Nie poddawajmy się, żyjmy!

niedziela, 11 sierpnia 2019

40) Egipt w Okresie Późnym, czyli "Droga Królewska" Aliny Zerling-Konopki

   Dolina Nilu upaja i kusi podobnie jak pustynia Setha. Niektórzy śmiałkowie pomyślnie przejdą próby bogów Egiptu, inni zginą śmiercią tragiczną w odmętach piasku jak armia Kambyzesa. Skąd to porównanie? Alina Zerling-Konopka stworzyła Drogę Królewską właśnie dotyczącą tego okresu. O czym ona jest? Z czym to się je? Jak fakty historyczne mają się do treści? Co zaskakuje, a co irytuje? Jak autorka poradziła sobie z tematem?

   Akcja książki rozgrywa się w VI w. p.n.e.  na terenie Egiptu i Persji. Autorka początek fabuły umieściła podczas rządów dynastii saickiej, za faraona Amazisa i jego syna Psametycha III. Co się wówczas tak naprawdę działo w kraju piramid zgodnie ze źródłami historycznymi? Amazis przejął rządy w państwie w wyniku buntu żołnierzy niezadowolonych z władzy króla Apriesa. Wojsko ogłosiło generała nową głową Egiptu. Przyjął on imię tronowe Chenemibre oznaczające tyle, co obdarzony siłą woli Re. Apries trafił do niewoli. Ok. 569 r. p.n.e. Nabuchodonozor próbował go uwolnić, jednak sam zginął. Mimo niesubordynacji Amazis wyprawił Apriesowi pogrzeb godny następcy Horusa. Nowy faraon zapewnił Egiptowi rozkwit gospodarczy poprzez rozwój handlu w obrębie basenu Morza Śródziemnego. Stawiał on na przymierze grecko-egipskie, co skutkowało zawarciem współpracy m.in. z lidyjskim Krezusem i Polikratesem z Samos oraz nadaniem licznych przywilejów Naukratis, greckiej kolonii w Delcie. Po Amazisie tron przejął jego syn, Psametych III. Jego rządy nie były już tak szczęśliwe. Zaraz po przejęciu władzy musiał zmierzyć się z perską potęgą. W 525r. p.n.e. pod Peluzjum starły się wojska Kambyzesa i egipskie. Kemet poniosła druzgocącą klęskę, faraon uciekł do Memfis, gdzie nie był w stanie długo się bronić. Bitwa pod Peluzjum zapoczątkowała perskie rządy nad Nilem. Kambyzes nacieszył się z nowej satrapii niecałe trzy lata, w międzyczasie tłumiąc bunty, zarówno na terenie samej Persji (Gaumata, Smerdis), jak i w Egipcie. Jego rządy bywają różnie oceniane przez źródła historyczne. Niektóre przedstawiają go jako brutalnego i nieco szalonego, nieznającego pojęcia świętości, rabującego świątynie. Wg nich miał także zabić Apisa, żywe wcielenie boga oraz skalać mumię Amazisa. Z kolei biografia jednego z przybocznych Kambyzesa, kapłana i lekarza Udżahorreseret, przedstawiała go jako tego, który wspierał egipską kulturę, wykazywał się tolerancją, wręcz dążył do rozkwitu. Poświadcza to m.in. fakt ufundowania sarkofagu Apisa w 525 r. p.n.e., branie udziału w uroczystościach religijnych. Czarna Ziemia rozkwitała. Bardzo często wspomina się też o wielkiej wyprawie wojennej Kambyzesa na oazę Siwa, w której miała zginąć praktycznie cała jego armia. Ile w tym prawdy? Piaski wielkiej pustyni, co jakiś czas odsłaniają swoje tajemnice i archeolodzy donoszą o nowych odkryciach, prawdopodobnie z czasów perskich. Trudno dziś powiedzieć czy rzeczywiście armia Persa została pogrzebana żywcem przez chamsin. Po śmierci króla królów władzę w Persji przejął Dariusz I. Sam odwiedził Egipt tylko raz, ale stale nadzorował rządy w swej najbogatszej satrapii. Dbał o rozwój egipskiej kultury, m.in. przez rozbudowywanie Domów Życia (szkół, bibliotek), restauracje świątyń, kodyfikację prawa itd. Generalnie władza saicka i perska przyczyniła się do ponownego rozkwitu Egiptu, kulturalnie i gospodarczo. Powrócono do starych tradycji, inspirowano się sztuką Starego i Średniego Państwa, wyłuskując z niej to, co najlepsze. Państwo na tym na pewno nie straciło. Zainteresowanych odsyłam do ciekawych, acz prostych w odbiorze: Dzieje starożytnego Egiptu N. Grimala oraz Starożytny Egipt H. A. Schlögla (dzieło Niemca jest zaktualizowane). Warto też zajrzeć do Powstanie i upadek starożytnego Egiptu T. Wilkinsona oraz Starożytnego Egiptu B. J. Kempa.
   Autorka przyjęła za wyznacznik osi fabuły relację Herodota. Pojawia się tam także postać Fanesa z Halikarnasu, który wg ojca historii miał zdradzić Kemet na rzecz Persji właśnie w bitwie pod Peluzjum, sam będąc dowódcą greckich oddziałów najemnych. Zerling-Konopka czerpała inspirację pełnymi garściami z Dziejów, co nieco w nich zmieniając. Z jakim efektem?

   Głównym bohaterem Drogi Królewskiej jest Fanes z Halikarnasu, syn Amaris, pół Grek pół Egipcjanin. Wychował się w Grecji, lecz po śmierci ojca i zatonięciu w długach udał się z matką w jej rodzinne strony. Egipcjanie początkowo nieufnie się do nich odnosili, z czasem docenili, lecz Amaris zaczęła trudnić się wróżbiarstwem i leczeniem, co nie było pomyślnie odbierane przez społeczeństwo. Strach i niewiedza kazały się trzymać ludziom od nich z daleka. W przetrwaniu pomagał im kochanek Amaris, żołnierz Spiros. Pewnego razu przypadkiem kobieta spotkała nad rzeką samego Amazisa, któremu wpadła w oko. To był początek splotu owych przypadków, dzięki którym Fanes zawsze znajdował się w centrum wydarzeń. Młodzieniec nie miał łatwego życia, co go nieco zahartowało. Kochał matkę całym sercem, za przyjaciół oddałby życie, próbował pozostać wierny swoim ideałom, lecz nie zawsze mógł sobie na to pozwolić. Szybkie zmiany sytuacji politycznej wymagały od niego dostosowywania się do warunków i przysięgania wierności temu, który panował, choć czasem odbywało się do wbrew woli własnego sumienia. Myślę, że w ten sposób autorka chciała nieco usprawiedliwić Fanesa z relacji Herodota, choć w książce to nie on zdradził Egipcjan, a wręcz odniósł niebezpieczne rany w starciu ze słoniem. Młody żołnierz bywał porywczy, temperamentny. Zdarzało mu się szybciej działać i mówić niż pomyśleć. Starał się jednak nad tym pracować. Był bystry, inteligentny, żądny wiedzy. Hartował się umysłowo i fizycznie. Chciał być przydatny dla swojej drugiej ojczyzny. Fanes jak każdy dwudziestoparolatek bywał nadmiernie kochliwy (np. Efferi, Danisa, Dafne). Uroda, koneksje, status żołnierza przyciągały do niego niewiasty, które nie mogły mu się oprzeć. Miał powodzenie bez dwóch zdań. Zawsze wychodził obronną ręką z wszelkich opresji, znajdował rozwiązania problemów, bywał w centrum wydarzeń. Taki szczęściarz. Aż do bólu schematyczny męski Mary Sue. Dopiero sama końcówka książki to nieco złagodziła.
   Poboczne postacie jak Spiros, Nefru, Kambyzes, Dariusz czy saiccy faraonowie zostali przedstawieni pobieżnie, bez zagłębiania się w ich motywację i uczucia. Kambyzes i Psametych III to rządni władzy, posłuszeństwa królowie, okrutni, bezlitośni, z nutką szaleństwa, skoncentrowani na sobie i swoich potrzebach. Amazis i Dariusz I to postacie pozytywne. Władcy, dla których liczyło się przede wszystkim dobro państwa i ludu, ceniący wiedzę i silną armię, wspomagający kulturę. Spiros i Nefru to dwaj najbliżsi przyjaciele Fanesa. Największą sympatię wzbudza właśnie ten grecki żołnierz. Spiros był człowiekiem z krwi i kości, miewał dni lepsze i gorsze, wiedział co ważne i dążył do tego. Był przyjacielem na zawsze i w każdej sytuacji. Takim, z którym zjadłoby się beczkę soli. Do tańca i do różańca. Jemu można by zaufać bezgranicznie.
   Zerling-Konopka poświęciła też trochę miejsca kobietom. Amazis, matka Fanesa, skakała z kwiatka na kwiatek, choć szczerze kochała jednego mężczyznę. Uwielbiała piękne stroje, biżuterię, aplauz tłumu i zainteresowanie własną osobą. Nieco narcystyczna. Jednak trzeba jej oddać, że potrafiła zadbać o siebie i syna w trudnych chwilach. Lekka panikara. Danisa to Medyjka, córka lekarza i praktykantka tegoż zawodu. Dziewczę piękne, inteligentne, mądre, twardo stąpające po ziemi i wierne swoim ideałom. Dotrzymująca danego słowa. Jej postać zasługiwałaby na nieco więcej uwagi, choćby ze względu na Fanesa. Perska królowa Atossa to postać szablonowa. Kochająca matka i żona, rozważna, dobra, mądra i piękna, stanowiąca przeciwwagę dla niezrównoważonego małżonka. Kobiety nie mają tu zbyt wiele do powiedzenia. Są raczej pionkami w męskiej grze.


   Książka sprawia wrażenie pisanej naprędce. Akcja goni akcję, nie ma chwili wytchnienia. Bohater jest ciągle w centrum wydarzeń. Fabuła goni na łeb na szyję, a chyba nie o to chodzi w powieściach historycznych. Wartka akcja może być plusem, ale umiejętnie zastosowana, opleciona dodatkową treścią. Niektóre zwroty akcji były jakby wciśnięte na siłę, np. romans z Dafne, uwięzienie Atriona, uwolnienie Guriona, wątek Aiszy czy Kandu, tajemnicze rytuały pod grobowcem Cyrusa. One są, ale po co? Nic z nich nie wynika dla fabuły. Właśnie to mnie strasznie irytowało przez całą lekturę. 
   Jeśli chodzi o warstwą historyczną to pozwolę sobie na krytykę dwóch elementów. Autorka w okresie rządów XXVI i XXVII dynastii posługuje się tym terminem swobodnie, wkładając je do ust narratora, choć powszechnie wiadomo, że podziału na owe dynastie i ich numeracje dokonał dopiero Manethon za czasów Ptolemeuszy, czyli ponad dwieście lat później. Ponadto Egipcjanie czy Grecy nie określali władców symbolami liczbowymi, bo one wtedy po prostu nie istniały. Faraonowie byli rozpoznawani przez imiona własne i tronowe. Jeśli chodzi o interpretację wydarzeń historycznych - mamy różne źródła a fikcja literacka może je dowolnie wykorzystać.
   Rzeczą karkołomną i nie do wybaczenia jest zmiana wydarzeń i imion bohaterów, a właściwie sroga pomyłka autorki. Po pierwsze: Kambyzes zdobywając Sais miał pozbawić życia całą rodzinę Psametycha III, czyli na samym początku najazdu. W dalszej części książki dowiadujemy się jednak, że nastąpiło to po dłuższym czasie, gdy w Egipcie wybuchło powstanie przeciw Persom. Jakim cudem? Nie wiem. Po drugie: Kambyzes wziął do swego haremu wybrankę Fanesa. Na samym końcu autorka twierdzi jednak, że był to Psametych i to na jego cześć kobieta nadała imię swemu dziecku. Jak można pomylić faraonów? Nastąpiła zamiana miejsc Persa i Egipcjanina, ich rządów i całego sensu lektury. Jak mogła tego nie zauważyć autorka, korekta i redakcja? W tym momencie lektury zalała mnie krew, delikatnie mówiąc. Tym bardziej, że ma to kolosalne znaczenie dla fabuły. Przy tym pewne fakty z końcówki książki nie zgadzają się z resztą. To wygląda tak jakby ten nieszczęsny koniec napisał ktoś kompletnie nieznający powieści i stworzył to na odczepne. Kopiuj - wklej bez zagłębiania się w treść. Nie wiem czy śmiać się czy płakać.
   Narratorem Drogi Królewskiej jest Fanes. To z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. Jego język jest prosty i klarowny, a koncentracja na dynamicznych wydarzeniach może być tłumaczona jego żołnierskim wychowaniem. Może stąd brak bogatszych opisów czy przemyśleń. Świat przedstawiony nie rzuca na kolana. Jest oszczędny. Tu liczy się wojna, spiski i intrygi, na tym wszystko się opiera. Dosłownie.
   Powieść Droga Królewska Aliny Zerling-Konopki jest książką na maksymalnie jedno popołudnie. Czyta się szybko. To raczej przygodówka nastawiona na szybką akcję niż porządną fabułę, która ewidentnie wykazuje braki związków przyczynowo-skutkowych. Główny bohater ma farta i na tym opiera się jego strategia. Pojawiają się błędy merytoryczne, które błagają o naprawę. Podsumowując, autorka utonęła w piaskach pustyni jak armia Kambyzesa, chcąc zdobyć oazę Siwa. Przykro mi, bo zapowiadało się naprawdę dobrze, ale im dalej w las, tym ciemniej. Może Bes tu namieszał, chcąc nieco rozśmieszyć egipski panteon? Może... Nie polecam, choć fanom przygodówek i szybkiej akcji może się spodobać.

niedziela, 14 lipca 2019

39) Podróż na Łysą Górę, czyli "Sub Rosa" Anny Jurewicz

   Czy jest ktoś, kto nie zna Harry'ego Pottera i nie kojarzy J. K. Rowling? Znacie? Wspaniale! Co powiecie na książkę, której akcja rozgrywa się w Polsce, na polskim uniwersytecie, a bohaterami będą studenci? Prawda, że zaczyna się ciekawie? Zatem czytajcie dalej.
   Anna Jurewicz to Polka, która na stałe mieszka we Francji, psycholog i początkująca pisarka. Własnym nakładem wydała swą debiutancką powieść "Sub Rosa" i to nią chciałabym się zająć. Czemu wspominam o autorce? Myślę, że wiele swoich doświadczeń i cech przelała na papier, dzięki czemu książka sporo zyskała na autentyczności, ale po kolei.
  Akcja powieści toczy się w Polsce, głównie na terenie uniwersytetu na Łysej Górze, choć mamy okazję również podróżować do Kielc, Warszawy, na Mazury czy do Krakowa. Rozpiętość niezwykła, acz urozmaicająca. Gdzie nie spojrzeć, tam słowiańska magia. Ukradkiem zajrzymy też do Paryża, ale tylko na chwilę, poznając jego czar i urok, choć nieco pozorny. Akcja dzieje się współcześnie, gdzie telefon komórkowy i internet to standard życia codziennego. Magia magią, ale ona wszystkiego nie zastąpi.
   Język powieści porywa i wciąga jak nurt górskiej rzeki. Nie mamy szansy przed nim uciec. Topimy się w nim, chłoniemy i cieszymy się naturalnością, niewymuszonymi żartami bohaterów, ich specyficznym humorem i powiedzonkami, ciepłem wzajemnych relacji, słownymi utarczkami. Kiedy trzeba, nie ma przebierania w słowach i karty zostają wyłożone na stół, lecz bez obaw. Nie zostaniemy porażeni podwórkową łaciną. Autorka ma wyczucie chwili i naprawdę dobrze operuje słowem. Ma lekkie pióro. Po drodze zdarzyło się kilka wpadek w postaci złej odmiany, literówki czy braku przecinka, ale na to można przymknąć oko, bo jest ich raptem kilkanaście.

  Czego dotyczy sama "Sub Rosa"? Opowiada o przygodach młodej wiedźmy, Róży Świętojańskiej, która po ukończeniu studiów językowych w Paryżu, postanawia wrócić do ojczyzny i rozwinąć swe umiejętności magiczne na Łysej Górze. Książka przedstawia nam jej pierwszy rok zmagań z nauką, tajemniczymi demonami słowiańskimi, które istnieć nie powinny, a należą jedynie do legend i poszukiwaniu złodzieja jej magii. Tak, dobrze zrozumieliście. Magię można komuś ukraść. Jednak kto by się na to poważył? Kto śmiałby uczynić tak drastyczny krok i dlaczego? Róża ma jedynie kilka wskazówek. Czy sobie poradzi i znajdzie odpowiedzi? Kogo spotka na swej drodze? O tym przekonacie się podczas lektury.

   Róża jest jedynaczką, ma talent do ładowania się w kłopoty i często bywa ofiarą losu. Na szczęście ma przyjaciół, którzy potrafią jej pomóc lub złagodzić zaistniałe problemy. Lubi się uczyć, oglądać seriale i czytać ckliwe romanse, by nieco urozmaicić swój wolny czas. Posiada też intuicję i niejakie zdolności w telepatii. Jest ciekawa świata, jednak podróże wymagają dobrej kondycji, a to nie idzie w parze z jej "miłością" do sportu. Ma skłonność do nadwagi i niechętnie spogląda w stronę diety. Za to jej włosy stanowią ciekawy przypadek. Są rude, może z lekka kasztanowe i kręcone. Żyją swoim życiem, nie ułatwiając swojej właścicielce egzystencji. Uwielbiają kraść różne przedmioty i niechętnie je oddają. Szczotki to ich wróg naturalny, który często ginie śmiercią męczeńską, a same wznoszą wówczas okrzyk triumfu i puszą się niemiłosiernie. Długie, kręcone, nieoswojone. Dzikie. Może na przekór swej właścicielce, która bywa zagubiona w sprawach sercowych. Róża wbrew pozorom ma powodzenie wśród mężczyzn, tyle, że nie do końca z nią szczerych. Jedno złe wspomnienie z Francji, a kilku następnych zainteresowanych w Polsce. Czasem jej zachowania i wybory irytują, bo jak dorosła kobieta może taka być? Jednak postawmy się w jej sytuacji, a zrozumiemy, że nie zawsze jest tak łatwo jak się wydaje i dopiero z perspektywy czasu widać, co zrobiło się źle. Różę da się lubić.
   Jonasz jest profesorem od czytania w myślach, ma 30 lat, jest niezwykle inteligentny i oczytany. Wobec studentów jest otwarty, pozwala sobie mówić po imieniu, udziela korepetycji w czasie dyżurów i nie wystrzega się przyjaźni z nimi. Ma niekonwencjonalne podejście do tematu, przez co bywa ofiarą plotek. Niejedna studentka wodzi za nim rozmarzonym wzrokiem, jednak on ma swoje zasady, których się mocno trzyma. Jego nastawienie zmieni nieco Róża, ale ona jest szczególnym przypadkiem. Mężczyzna lubi pomagać, mocno angażując się w to, co robi. Kocha swoją pracę. Można na niego liczyć. Czy irytuje? Nie. Gdyby choć połowa nauczycieli miała jego podejście, oświata w Polsce wyglądałaby zupełnie inaczej. Marzenie śniętej głowy...

  W powieści sporą rolę odgrywa też Wega i Corveusz. To przyjaciele Róży. Wega jest współlokatorką Świętojańskiej, ukończyła medycynę, chce leczyć za pomocą magii, a jednocześnie pragnie zostać wojowniczką, ninją. Uwielbia sport pod każdą postacią i próbuje zmobilizować przyjaciółkę do minimalnego wysiłku fizycznego. To wyzwolona kobieta, nie krępuje się flirtować z obcymi mężczyznami i korzystać z uroków życia, choć tego, na którym naprawdę jej zależy, ma tuż pod nosem. Corveusz to weteran uczelni, przez długie lata nie zdążył obronić tytułu, kocha sport i jedzenie, zawsze gotowy do pomocy, tajemniczy i zagadkowy. Kim naprawdę jest i czemu ukrywa swoje pochodzenie? Ma powody. Intrygująca postać. Myślę, że Róża jeszcze niejedno z nim przeżyje w trakcie wspólnych przygód.
   Mamy też całą masę pomniejszych bohaterów, znajomych Róży, jak: Namir, Jaspis, Agnieszka. Ich postacie są szczątkowe, jednak zarysowane wątki pozwalają wierzyć, że ich rola dopiero nadejdzie, np. tajemnicze badania Namira czy dziwne zachowania Jaspisa w leśniczówce. Z bohaterów najwięcej sympatii wzbudza młoda druidka Kemida, której styl waha się między boho a rockiem, bardzo zaintrygowaną życiem sercowym Róży, zawsze mająca bezcenną radę w zanadrzu. Mimo takich pozorów dziewczę  jest ogarnięte, inteligentne i niezwykle mądre. Ma zaczątki na dobrą przyjaciółkę.
   "Sub Rosa" jest lekką i przyjemną lekturą, nieco schematyczną, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wątek miłosny (telenowele Ameryki Płd nie poczułyby się gorsze w porównaniu do poplątań między bohaterami, np. Anna, Jonasz a francuski Antoni i Róża). Przyciąga uwagę główną bohaterką, jej humorem i przygodami. Nie ukrywam, że najbardziej zaciekawiły mnie jej powiązania z historią Słowiańszczyzny. Nieliczne demony jak chichoń czy ubożęta intrygują. Do tego tajemnicza Świątynia Światła czy też Słońca, poszukiwania miejsc mocy na odległych Mazurach wciąga bez reszty. Ostatnie sceny związane z Nocą Kupały i pojawieniem się pewnego bóstwa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Na to czekałam przez całą książkę. W końcu pomroki, dawne słowiańskie bóstwa przejmują pałeczkę. Szkoda, że tego tak niewiele, ale mam nadzieję, że kolejne tomy  zapewnią więcej dawki Słowiańszczyzny.
  Jedyne czego mogę się przyczepić to słowiańskie runy. Nigdzie takowych nie odnotowano, źródła historyczne o nich nie wspominają. Wiadomo, że nasz klimat nie sprzyja zachowaniu takich zabytków i wykluczyć tego nie możemy w stu procentach, lecz podstaw ku nim nie mamy. "Sub Rosa" jest powieścią z pogranicza obyczajówki i fantastyki, więc przymknę na to oko.
   "Sub Rosa" Anny Jurewicz to lektura do połknięcia na raz lub max. dwa dni. Niebezpiecznie wciąga i intryguje. Cieszy każdą stroną, humorem, dialogami i opisami. Chce się więcej. Liczyłam na nieco więcej słowiańskich motywów i demonów, lecz końcówka mi to nieco wynagrodziła. Ciekawy pomysł i wykonanie. Pozostaje tylko czekać na "Ad Astrę". Polecam, na letni urlop w sam raz.
PS Ciekawe z jakich źródeł korzystała autorka przy poszukiwaniu słowiańskich inspiracji.

niedziela, 7 lipca 2019

38) Słowiańskie klechdy, czyli "Ślad wody" Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek

   Kojarzycie grę "Stworze" o słowiańskich demonach? Cieszy się ona coraz większą popularnością wśród fascynatów tematu. Jej wydawca Underworld Kingdom postanowił iść za ciosem i we współpracy z Magdaleną Zawadzką-Sołtysek stworzyć serię opowiadającą o rodzimych pomrokach. "Ślady Leszego" mają liczyć od dziesięciu do dwunastu tomów, po jednym na każdy miesiąc roku obrzędowego Słowian. Zamysł ciekawy, acz jak z wykonaniem?

   Pierwszą część, "Ślad wody", można nazwać odcinkiem pilotażowym. To raczej krótkie opowiadanie, którego zadaniem jest wprowadzenie czytelnika w magiczny świat, gdzie pradawne zwyczaje mieszają się z szarą codziennością.
   Akcja utworu rozgrywa się w osadzie Krukowiec, niedaleko Opłotek, którą otaczają bagna i rozległa puszcza. W pobliżu przepływa rzeka Wesoła, będąca miejscem zamieszkania m.in. wodników, utopców i rusałek. Czas pozostaje bliżej nieokreślony, choć możemy przypuszczać, że to wczesne średniowiecze, gdy ziemie polskie były już opanowane przez Słowian.
   Osada Krukowiec tak naprawdę niewiele różni się od współczesnej wsi. Są możniejsi mieszkańcy, przywódca, baby co lubią razem usiąść i poplotkować, są i tacy których wytykają palcami, jest też żerca, który pod swoją opieką posiada kilka osad, a bywa pośrednikiem między ludźmi a bogami. W tej społeczności każdy ma jakąś rolę do odegrania.
   Główną bohaterką jest postać nietypowa, bo nieidealna. Gniewicha zalicza się raczej do puszystych, ma kaczkowaty chód, jest samotna, ale nie poddaje się tak łatwo. Mimo przeciwności losu potrafi zadbać o swój dom i byt. To utalentowana tkaczka, słynąca w okolicy ze swoich wyrobów. Jednak nie to jest najważniejsze. To kobieta z charakterem. Potrafi być bezpośrednia, nie przebiera w słowach, jest szczera i uczciwa, ma pazur. Przy tym cechuje ją odwaga i dobre serce. Gdy trzeba, potrafi się zamachnąć i przywalić wrogowi w łeb, a nawet go pozbawić. Prawdziwy skarb, o który Krukowiec powinien dbać i się nad nim rozpływać. Warto też zaznaczyć, że Gniewicha kocha lojalnie i mocno. Dziś można byłoby o niej powiedzieć "do tańca i do różańca". Postać nietuzinkowa, charakterna, wzbudzająca sympatię i podziw.

   Oprócz Gniewichy mamy okazję poznać miejscowego Jaryłę, Korzenia. Chłopak, mimo nieprzeciętnej urody i talentów wokalnych, uznawany jest za głupka. Boi się wody, lecz dlaczego? Jakie tajemnice kryją się za nim? Kim jest, skąd pochodzi, czemu milczy jak zaklęty?
   "Ślad wody" to nie tylko opowiadanie o zwykłych Słowianach, to zagadka kryminalna. Mamy trupy, zaginionych i seryjnego mordercę, lecz czy pochodzi on z tego świata? Kto atakuje i zwodzi na manowce młodzieńców? Kto ich mami i wyprowadza w głąb lasu? Kto sprzyja zabójcy? Czy pomroka jest za to odpowiedzialna? Która? A może to jakiś mieszkaniec wioski? Co nim kieruje? Co czai się po zmroku w leśnych i wodnych odmętach?

   Autorka daje nam drobne wskazówki, prowadząc nas po nitce do kłębka, przy okazji wprowadzając w świat Słowian, ich wierzenia i tradycje, napomykając o ówczesnej instytucji małżeństwa czy pogrzebie. Te drobiazgi budują magiczny klimat. Napięcie jest stopniowane, kryminał przeplata się z rzeczywistością za pomocą świetnie rozwiniętego warsztatu pisarskiego. Język jest prosty, klarowny i plastyczny, wzbogacony gwarą Gniewichy. Przykuwa uwagę. Opisy miejsc i stworzeń pobudzają wyobraźnię. Przypisy zachęcają do sięgnięcia do innych źródeł.
   Po stronie wydawcy na plus należy zaliczyć wygląd książeczki. Mistrzowska okładka, mieniąca się cudną zielenią, która wręcz zaprasza do sięgnięcia do środka, a tam cała masa klimatycznych i dopracowanych ilustracji. Trudno byłoby wskazać jedną ulubioną. Ponadto świetnie oddają one ducha opowiadania. Warto przy tym zwrócić uwagę na dużą i czytelną czcionkę.
   "Ślad wody" to twór dopracowany treściowo, graficznie i wydawniczo. Całość prezentuje się po prostu pięknie. Tu nie ma niedociągnięć. Czytelnik wędruje razem z Gniewichą po okolicy, walczy z codziennością i pomrokami. Tak przedstawiony świat słowiański pochłania bez reszty. Żałuję tylko, że to takie krótkie. Ach, zapomniałabym. LESZY. Proszę o więcej, bo to naprawdę intrygujące stworze, które wręcz domaga się poznania bliżej.

   Książka uczy tolerancji inności, pokazuje czym może skończyć się wykluczenie społeczne, problemy samotnej kobiety, jej rolę w społeczeństwie itd. Pod tłem zagadki kryminalnej czają się też zwykłe ludzkie dramaty i sposoby radzenia sobie z nimi (tu radzę zwrócić uwagę na zachowanie Gniewichy i jej wewnętrzne monologi).
   "Ślad wody" Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek to książka, która jest warta poznania i polecenia, z czystym sumieniem. Słowiańska w 100%. I postać Gniewichy - bije na głowę niejedną popularną bohaterkę. Genialnie zarysowana. Gwarantuję Wam, że obok niej nie przejdziecie obojętnie. Czytajcie i pochłaniajcie! Ja już z niecierpliwością czekam na kolejne tomy "Śladów Leszego" i ich demonicznych bohaterów, o których pamięć żywa jest po dziś.

niedziela, 30 czerwca 2019

37) Bajania Witolda Jabłońskiego w "Darach bogów"

   Mimo licznych prób rekonstrukcji słowiańskich wierzeń liczba możliwych interpretacji wcale się nie zmniejsza. Wszystko jest zależne od wiedzy i wyobraźni badacza, który narzuca sobie pewne założenia i według nich realizuje zamierzony temat.
   Posiadamy nieco źródeł historycznych, zwłaszcza z okresu późnej starożytności i wczesnego średniowiecza, lecz na ogół pochodzą one z innej kultury, np. rzymskiej czy chrześcijańskiej. Dysponujemy także nieco szerszą i ciekawszą literaturą z XVIII i XIX wieku, gdy zajęto się spisywaniem ludowych wierzeń, zabobonów, zwyczajów itp. To w tych etnograficznych relacjach tkwi nasze główne źródło poznania. W nich pobrzmiewają echa naszych przodków. Część z nich przeniknęła i do współczesnego życia, stopiła się ze zwyczajami chrześcijan, którzy przygarnęli je jako własne, chcąc tym samym zaprząc Słowian w okowy własnej wiary, przy okazji i zupełnie bezinteresownie zagarniając całe połacie ziem i bogactw, narzucając daniny i inne zobowiązania finansowe. XX i XXI wiek przyniosły ze sobą chęć odnalezienia korzeni w postaci już naukowych lub popularnonaukowych opracowań, mocno rozszerzając temat. Już nie tylko wierzenia, ale i życie codzienne, gospodarka, powiązania między poszczególnymi ludami zaczęły mieć istotne znaczenie. Zaczęło pojawiać się coraz więcej inspiracji słowiańskimi motywami w sztuce i kulturze. Film, muzyka, gry komputerowe, literatura - jak wielki potencjał tkwi w słowiańskim dziedzictwie wiedzą twórcy i ich odbiorcy, a rynek kwitnie. Ponadto część osób rozczarowana współczesnością powraca spojrzeniem w stronę rodzimych wartości i przyjmuje je jako te priorytetowe.
   Jedną z osób, która przyjęła wyzwanie niszy rynkowej pt. "wierzenia Słowian" jest Witold Jabłoński. Stworzył on "Dary bogów", które są zbiorem czternastu opowieści o dawnych czasach. Usłyszymy tu m.in. o początku świata, powstaniu gatunku ludzkiego, zmaganiach między bogami, zaistnieniu pór roku z Marzanną i Dziewanną na czele, o porach dnia dzielonych między Swarożyca i Chorsa, o podstępach Welesa, miłości silniejszej od śmierci śmiertelnej niewiasty do Trzygłowa, o Wyraju i Nawii, O Babie Jadze i rybaku Gastku. Zostały one podzielone na trzy księgi: świt bogów, światło i mrok, półbogowie, olbrzymy i ludzie.
   Narratorem "Darów Bogów" jest bajarz, wędrujący przez bezkresne ziemie Słowian, od wschodu do zachodu, z północy na południe, wzdłuż i wszerz, zbierający skrzętnie okoliczne opowieści i zamykający je we własnej pamięci, by następnie racząc się gościną przy ogniu gospodarzy, bawić się snuciem legend o bogach i ich wpływie na świat, gdzie miłość i śmierć, radość i cierpienie, uśmiech i ból przenikają się, a ich losy są tak samo pokrętne jak ludzi. Bajarz nie jest wszechwiedzący i nieomylny. Sam przyznaje się, że gdzieś zasłyszał pewne opowieści, ale mogą mieć one inną wersję w innej części świata, a pewnych spraw człowiek nie zrozumie, bo są boskie, a tu logika wymyka się ludzkiemu rozumowi. Próba ich zgłębienia może się skończyć szaleństwem. Radzi, by przyjąć sprawy takimi jakimi są i cieszyć się dobrą bajką.
   Nie będę ukrywać, że styl bajarza oczarował mnie od samego początku. Plastyczne opisy, poetyckie porównania, łatwość doboru niecodziennych skojarzeń czy niezwykły klimat opowieści przykuwają uwagę. Chce się czytać i słuchać tego głosu sprzed setek lat, który pośredniczył między bogami, przodkami a nami, jakby należał do kogoś nie z tego świata, kogoś w nim zakochanego, jego historii, a mimo to wciąż nim dziecięco zadziwionego i zaintrygowanego. Wykreowana przez Jabłońskiego postać narratora pozwala czytelnikom na zanurzenie się w świecie przedstawionym w pełni, tak iż odrywamy się od naszej rzeczywistości i zapominamy się w lekturze.
   "Dary bogów" to swoisty wehikuł czasu, który pozwala na podróż w zamierzchłe i już nieco zapomniane czasy, które budzą nostalgię albo wręcz tęsknotę. Dzięki tej książce odkopujemy artefakty przeszłości, stajemy się archeologami słowa minionego, historii i wierzeń, które płyną w naszych żyłach, powoli budząc się do życia. Przedstawione podania nieco zabarwione fantazją i polotem W. Jabłońskiego, oparte w całości na źródłach historycznych, odkrywają przed nami sekrety przodków i ukazują świat takim, jakim oni go widzieli. Dzięki temu dostrzegamy nową perspektywę i możemy inaczej interpretować rzeczywistość, np. śmierć w przyrodzie jest początkiem czegoś nowego, niezbędnym etapem nowego życia; nie ma tylko dobra i zła, są ich szarości, które posiada każda żywa istota; każdy z nas ma swoją dolę, ale ma prawo walczyć o swoje szczęście, a ciężka praca może zmienić przeznaczenie. Tych czternaście opowieści porusza niezliczoną ilość wątków w przebogatej oprawie. Twór wyjątkowy.
  
   Jak już wspomniałam, język "Darów bogów" jest magiczny, plastyczny, co sprawia, że książkę dosłownie łyka się w ciągu kilku godzin, a i tak pozostaje spory niedosyt, bo chciałoby się więcej i więcej. Kolejne podejścia do tego zbioru mogą być już dłuższe i pozwolą na rozkoszowanie się nim. Powieści można analizować, wyciągać własne wnioski. Prawdziwe bogactwo treści.
   "Dary bogów" mają bogaty wstęp autorstwa samego Jabłońskiego, który odwołuje się do źródeł historycznych, porównuje niektóre wątki z ich odpowiednikami z innych kultur, krótko wskazuje i odwołuje się do najciekawszych opracowań tematycznych. Pozwala sobie także na ukazanie wieloaspektowości wierzeń słowiańskich, "reinkarnacji" bogów, bogatej interpretacji przyrody przedstawionej w wersji uosobionych bóstw. Najważniejszym elementem pozostaje udowodnienie, że chrześcijaństwo zagarnęło ogrom dawnych tradycji i kultów pod własne skrzydła i odpowiednio je zmodyfikowało, chcąc w pewien sposób unieszkodliwić bóstwa i demony. Dawna słowiańska obyczajowość widoczna w opowieściach niewiele różni się od dziesięciu przykazań bożych, wykazując się jedynie większą tolerancyjnością. Książka zawiera także dodatek o słowiańskich bóstwach, które występują w przytoczonych powieściach oraz kalendarz obrzędowy Słowian opracowany przez Ratomira Wilkowskiego. Jedno i drugie przybliża nam kulturowe dziedzictwo Słowiańszczyzny, pozwala odnaleźć jej pokłosie we współczesnych tradycjach. Jak widać, nasze korzenie sięgają naprawdę głęboko. Myślę, że również warto zwrócić uwagę na bibliografię, która odsyła do arcyciekawych pozycji. Sama po niejedną z nich sięgnę w najbliższej przyszłości.
  
  Bajania starego bajarza okraszone są klimatycznymi ilustracjami Bernadety Leśniewskiej-Gustyn. Przepiękne, czarno-białe, lecz jakże wymowne. Idealnie komponują się z treścią. Wydanie książki zachwyca obwolutą, stroną redakcyjną, graficzną i merytoryczną. Tu wszystko zapięte jest na ostatni guzik.
   "Dary bogów" Witolda Jabłońskiego są książką ponadprzeciętną, wyjątkową pod każdym względem. Krzewią nie tylko rodzimą kulturę, zachęcają do poznania słowiańskiej i polskiej historii, zmuszają do refleksji i zastanowienia się nad własną hierarchią wartości, wskazują na ukryte  w dawnych opowieściach próby tłumaczenia świata przez naszych przodków, ale też przenoszą w czasie i przestrzeni do minionych lat, powodując iż stajemy się świadkami cudu. Oto przed nami, przy ognisku, w pewną ciepłą letnią noc przysiada stary bajarz, strudzony podróżą, ale kochający życie i jego tajemnice, zaczyna swoją opowieść, tłumacząc nam zawiłości świata bogów i zasad nim rządzących. A my jak zaczarowani słuchamy i czytamy jego słowa, wyryte od setek lat w naszych duszach, które uśpione tylko czekały na odpowiedni moment, by wyjść z ukrycia i wrócić do korzeni. Magia bajarza trwa i trwać będzie, bo jego historia nigdy mieć końca nie będzie. Przyjdą kolejne pokolenia, a opowieść z ust do ust będzie podawana, zgodnie z jego przykazaniem: "otwórzcie serce, odkryjcie własne korzenie, wsłuchajcie się w głosy przodków...", bo to w nich kryje się wasza siła i możliwość sprostania wszelkim przeciwnościom.
  
 "Dary bogów" Jabłońskiego polecam z czystym sumieniem wszystkim. To lektura dla każdego. To magia sama w sobie, której dziś tak brak. To prawdziwy dar który trzeba docenić.

PS Dziękuję Panu Witoldowi za wspaniałą prelekcję i panel dyskusyjny w Biskupinie 15 czerwca. Słuchanie Pana wywodów o pisarstwie i kwerendach źródłowych było czystą przyjemnością.