Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowianie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 marca 2023

162) "Szata z piór" Magdaleny Wolff

  Leśna głusza, szemrzący w oddali strumyk, odgłosy zwierząt. Cuda natury. Czego chcieć więcej? By życie w takim miejscu nigdy się nie skończyło, a ludzkie sąsiedztwo nigdy nie zawitało do naszego azylu. Takie marzenia tyczą się niejednego leszego i niejednej boginki, lecz ludzi jak na złość wszędzie więcej i więcej. Co począć? Jak temu przeciwdziałać? Jak zachować puszczę, taką pierwotną? Jednak czy wszyscy ludzie są tacy źli? Czy są tacy, co szanują leśne stwory i matkę ziemię? Czy potrafią przeciwstawić się swoim ziomkom i wytłumaczyć, by nie niszczyli darów przyrody?

   Tak mogłyby wyglądać rozważania mieszkańców słowiańskich lasów, gdyby rodzima wiara wciąż trwała. Czy byłby możliwy kompromis między nimi a ludźmi? Jak przebiegałaby taka koegzystencja? Co w razie naruszeń wspólnie poczynionych postanowień? Kto sądziłby rzezimieszków? Jakie byłyby kary?

   Mój świat stanął na głowie za sprawą powieści pasjonatki mitologii wszelakich, Magdaleny Wolff. Drugi tom serii "Moc Korzeni" pt. "Szata z piór" jest głęboko inspirowany i osadzony w słowiańskich realiach wierzeniowych, gdzie ludzie żyją obok stworza i bogów, wpływając na siebie wzajemnie. To świat, gdzie legendy i baśnie przeplatają się z rzeczywistością, a historia jest wielce poważana i stanowi punkt wyjścia dla wyobraźni autorki. Skąd jestem tego taka pewna?

   Na początek warto przyjrzeć się geografii uniwersum Wolff. Sławianie, ich zachodni sąsiedzi mocno podchodzący pod niemieckojęzyczne narody, północni - z ich pierwotnymi nordyckimi bogami oraz co ważne - aspekty religijne, tj. politeistyczni Sławianie i monoteistyczni mirianie. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Właśnie. Nasza własna historia, lecz czytelniku pamiętaj, to powieść fantastyczna, a nie historyczna.

  O czym opowiada "Szata z piór"? Warcisława, zwana również Wreną, wyłania się z lasu w towarzystwie Szarego i rusza ku swemu przeznaczeniu, by odzyskać odebraną jej podstępem ojcowiznę i pomścić śmierć najbliższych. W lesie przeszła już próby u Baby Jagi, pokonała liczne przeszkody, walczyła ze żmijem. Przeżyła. Co może ją spotkać wśród ludzi? Na kogo będzie mogła liczyć, a kto ją zdradzi? Kto stanie jej się powiernikiem i przyjacielem, a kto wrogiem? Dziewczyna musi udać się do Świerków, kuzynostwa, by zyskać wsparcie w swojej sprawie i udowodnić, że warto iść za nią. Poza tym czeka ją jeszcze podróż do kniazia Dargorada, najbardziej wpływowego pana po tej stronie puszczy. Co jeszcze kryje się za rogiem?

   Wacia dojrzała, wie, co jest jej celem, ale bywa zagubiona, niepewna siebie, musi zakładać maski wśród obcych, by chcieli ją wesprzeć. Jest młodą dziewczyną, którą los już srodze doświadczył. Nieszczęśliwe małżeństwo, śmierć bliskich, utrata domu i konieczność szybkiego dojrzenia do bardzo ważnych i odpowiedzialnych decyzji, brzemiennych w niespodziewane skutki. Jak na ten wiek to za wiele na jedną osobę, lecz przy pomocy prawdziwych przyjaciół ma szansę na powodzenie i zrozumienie samej siebie. Jej postać spina całą fabułę, jest barwna, niejednoznaczna, dająca się lubić i poznać. Jest kimś, komu warto zaufać, otworzyć się przed nią. Jest szczera i lojalna. O swoich walczy jak lwica.

  Jastrzębcówna to główna bohaterka kobieca, ale nie można pominąć pozostałych. Równie ważna jest Gerda von Hewen, na zewnątrz nieustępliwa, odważna, śmiało krocząca przed siebie, a w środku niepewna, łaknąca akceptacji i miłości. Warto też bliżej przyjrzeć się Mirce, kapłance i podopiecznej Pężyrki. Choć młoda i nieco zagubiona w swoich uczuciach, to wie, co ważne i dobre. Ma ogromne serce. Jest jedną z tych, która może pomóc Waci w powrocie do domu.

   Kobiety u Magdaleny Wolff są różnorodne. Jedne - pionki w grze mężczyzn, inne - same stawiają warunki i poruszają nitkami kukiełek. Jednak każda z nich ma własne marzenia, motywacje i lęki. W sytuacjach podbramkowych potrafią być silne, stanowić opokę dla innych, zepchnąć złe wspomnienia daleko i przemienić je w moc. Są potężne swoją kobiecością, nie ciałem, lecz duchem. Waleczne. Dążące do swoich racji. Wiele z nich jest godnych naśladowania.

   Spośród mężczyzn warto zwrócić uwagę na Snowida, Winanda i Lestka (sic!). Towarzyszą bohaterkom, są przyczyną ich trosk i radości. Bywają przyjaciółmi, kochankami i wrogami. Mają w sobie coś, co przykuwa uwagę i nie pozwala odwrócić od nich oczu. To mężczyźni z tajemnicą, z tzw. przeszłością. Choć są tak różni i odmienni od siebie... bez nich ta historia byłaby pusta. Są tym niespokojnym duchem, który napędza fabułę, może nawet nieświadomie, a przy okazji uczą. Otwierają przed czytelnikiem nowe horyzonty, nowe możliwe interpretacje ich zachowań i wpływu na Wacię, Mirkę oraz Gerdę. 

  "Szata z piór" to powieść wielowątkowa, skupiająca się przede wszystkim na międzyludzkich relacjach, które bywają trudne i skomplikowane, tak samo bolesne, co radosne, pełne uniesień i chwil zwątpienia. Jest tu miłość partnerka, hetero- i homoseksualna, pokazane podejście do niej, strach przed przyznaniem się do niej, przed opinią otoczenia, chęć dostosowania się do wymogów społecznych, które narzucają pewne schematy. Jest tu siła przyjaźni, która może przenosić góry i uskrzydlać, dawać oparcie i wiarę w siebie, nadzieję na wyjście z kryzysu, poczucie radości z tego, kim się jest i jaką ścieżkę się obrało. Jest tu mowa o ludzkiej dobroci i empatii, bezinteresownej pomocy, którą może otrzymać każda ofiara przemocy. Autorka pokazuje, że rodziną mogą być przyjaciele, a nawet obcy ludzie, którzy dadzą z siebie więcej dobra niż ci, z którymi łączą nas więzy krwi. Nie ma tu tematu tabu, nie ma lukru. Kobiety bywają przedmiotowo traktowane przez bliskich, jak towar wymieniane na inne dobro. Są bite, gwałcone. Noszą ślady po swoich oprawcach. Niektóre to złamie, podporządkują się, inne zawalczą o siebie, uciekną lub się przeciwstawią, powiedzą dość. U Wolff jest nawet takie specjalne miejsce, gdzie mogą znaleźć bezpieczną przystań. Ludzkie relacje to także zazdrość, zawiść, nienawiść, obłuda, dwulicowość, podszyte intrygami i podstępami. W tej powieści tego nie brakuje. Co rusz można natknąć się na ich przykłady. 

   Bywają sytuacje, gdy trudno okiełznać emocje. Skąd wiemy, co do kogo czujemy? Czy to na pewno to? Jak łatwo przejść z zakochania do nienawiści, ze słodkich słówek do złośliwych uwag? Bohaterowie tej książki bywają zagubieni, nie tylko w świecie zewnętrznym, ale i wewnętrznym, który bywa istnym labiryntem. Warcisława, Szary, Mirka, Lestek, Gerda, Winand i wielu innych. Każdy ma własne demony, z którymi musi zmierzyć się sam.

   Postacie ludzkie u Magdaleny Wolff są barwne, zróżnicowane, każda o własnej historii. Są niezwykłe. Należy zwrócić uwagę na to jak autorka zarysowała ich portret psychologiczny, jak wiele czasu musiała na to poświęcić i z jakim skutkiem. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

   Świat ludzi to i walka o władzę. Tu warto zwrócić uwagę na bogatą szatę intryg i strategii wojennych. Nie tylko knowania, ale i same przygotowania. Duża szczegółowość opisów pozwala na wyobrażenie sobie tego. Ponadto pisarka przedstawia przy tym funkcjonowanie możnych dworów, zarówno w dni powszednie, jak i świąteczne. Dzięki temu czytelnik może być uczestnikiem uczty, zwiedzić prywatne komnaty Wasi u Świerczyńskich i w Turzycach, może oglądać bitwę, a nawet opatrywać rannych. Przy poruszeniu kwestii politycznych mocno zaznaczane są zagadnienia finansowe, tj. przewidywanych zysków i strat, co przeważa na decyzje możnych. Można z kimś dobrze się bawić podczas uczt, ale to nie jest powód do podjęcia ryzykownych kroków. Potrzebne są dobre argumenty i konkretne możliwości. Przykładem wytrwanego gracza politycznego jest Dargorad i Snowid. Mają żyłkę do tego i rozeznanie w ludzkich charakterach.

   Do tej pory poruszyłam tylko ludzką warstwę powieści. Co z tą słowiańską, nadprzyrodzoną? Uniwersum M. Wolff tchnie tą starodawną magią, zaklętą w leśnych ostępach, promieniach słońca, kroplach deszczu, w ziemi i w ogniu, tą, która otacza nas każdego dnia, magią rodzimej wiary i wierzeń, która płynie w naszych sercach, wypita z mlekiem matki, przekazana z krwią przodków. W "Szacie z piór" znów można spotkać leszych, leśne panny, biesa. Pojawi się również wątek latawców. Jest nawet sam Boruta. Czytelnik może również spotkać bogów. Jest Perun pod postacią Jasza, Dziewanna, Marzanna, Nyja i Weles. Są tak samo realni jak ludzie. W tym tomie bardzo wyjątkową sceną są odwiedziny Nawii. Miejsce pełne metafor i symboli, o niezwykłej atmosferze, działające na wyobraźnię. Mówiąc szczerze to właśnie ta sfera mnie całkiem pochłonęła. 

   W tym momencie należy zwrócić uwagę na to jak ludzie podchodzą do wiary i bogów. Jedni bywają sceptyczni, inni - fanatyczni, lecz każdy szanuje tradycje przodków. Bogowie cieszą się szacunkiem. Na ziemiach Sławian powszechnie występują chramy i kąciny. Kapłani są poważani przez ogół społeczeństwa przez wzgląd na pełnioną funkcję. Kogoś, kto podniesie rękę na wizerunki bogów lub ich przedstawicieli czeka surowa kara. 

   Pomiędzy ludzkim a nadprzyrodzonym światem kręci się Szary, leszy, niezwykle ważna postać i jednocześnie ta, do której mam największą słabość. Kocha wolność, ale to miłość go napędza. Jest na rozdrożu, musząc wybrać, to, co najistotniejsze. Jego kreacja chwyta za serce. Ucieleśnia ducha tej powieści. Jest tym, czego szuka większość z nas. Ostoją, bezpieczeństwem, domem, portem, w którym zatrzymujemy się po morskim sztormie...

  Ta książka utkana jest z uczuć i wiedzy. "Kukuła i wrona" była świetna, ale "Szata z piór" jest doskonała, wybitna. Fabuła jest dokładnie przemyślana, rozpoczęte wątki łączą się w subtelną całość, krok po kroku pokazując czytelnikowi kolejne elementy układanki. Panuje tu równowaga pomiędzy akcją a przystankami spokoju. Napięcie przeplata wytchnienie. Czytelnik co rusz jest zaskakiwany pomysłowością autorki i postępkami bohaterów. Zakończenie potęguje ciekawość i wzmaga apetyt na kolejny tom. Po powyższym można wnioskować, że M. Wolff ma prawdziwy talent. Potwierdza to tylko styl i lekkie pióro, pełne poetyckości i plastyczności, które za pomocą słów rozpyla pełną paletę barw. Opisy są żywe, jakby wyjęte prosto z fantazji pisarki i postawione tuż przed nosem czytelnika. Cechuje je ogromna drobiazgowość. Są one ciekawym przerywnikiem akcji, a jednocześnie rozbudowują uniwersum.

   "Szata z piór" M. Wolff to przepiękna słowiańska fantastyka o sile miłości, przyjaźni i przeznaczenia, która krzewi rodzimą wiarę, przybliża ją czytelnikowi, a jednocześnie tworzy odrębną całość od naszej rzeczywistości. Autorka zgrabnie wplata elementy słowiańskiego dziedzictwa jak np. postać Wandy czy wyobrażenie zaświatów do swojej własnej powieści. Są one ze sobą tak mocno związane, że oddzielnie nie mogą funkcjonować, ponieważ obraz byłby niepełny. Porusza trudne tematy, często będące kulturowymi tabu. Pokazuje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy decyzją a konsekwencjami, tym samym zmuszając do głębszej refleksji o świecie i nas samych. To dzieło grające na strunach duszy zapomniane przez nas melodie. Budzi tęsknotę za dawną wiarą, jej siłą i magią. Jej rytm pobrzmiewa w uszach jeszcze długo po zakończeniu lektury. 

   Z całego serca polecam "Szatę z piór". Jestem pewna, że poruszy każdą osobę, dla której rodzima wiara i kultura są czymś ważnym, budującym tożsamość.

   Oby więcej takich książek na naszym rynku wydawniczym!

niedziela, 6 listopada 2022

152) "Słowianie" (tom I) - Robert Foryś

 Początki polskiej państwowości są niejasne, czasem przypominają błądzenie po ciemnym lesie w gęstej mgle. Pierwszym historycznym władcą naszego kraju był Mieszko I, ale kto panował przed nim? Źródła ościennych kronikarzy niewiele mówią nam na ten temat, a nasze rodzime trudno potraktować poważnie, raczej jako pamięć pokoleniową przekazywaną ustnie, której szczegóły mogły się zatrzeć, pozostały tylko strzępki w postaci imion, ludowych legend czy miejscowych nazw.

  Rynek wydawniczy coraz chętniej sięga do niszowego, jeszcze parę lat temu, tematu naszych słowiańskich korzeni. Sporą popularnością cieszą się książki z kręgu słowiańskiego fantasy o biesach, zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Rzadkością są za to powieści historyczne "twardo stąpające po ziemi", mające u swych początków dokładną kwerendę źródłową (czyli research). Do takich perełek z pewnością należy powieść Roberta Forysia pt. "Słowianie".

   To przygodowa powieść historyczna osadzona w X wieku na ziemiach Słowian ze szczególnym uwzględnieniem Połabia i Wielkopolski. Koncentruje się na przedstawieniu konfliktu na dworze ojca Mieszka I, walce o władzę między Piastowicem a przedstawicielami innych rodów (krótki wątek), podporach książęcej władzy, niespokojnych czasach wojen i zdobywania ziem oraz niewolników, ścierania się starej i nowej wiary, intrygach międzypokoleniowych dot. władzy i interesów kupieckich, podstawach ówczesnej gospodarki i zaufania społecznego. Książka wtajemnicza również nieco w polityczną sytuację na terenach będących pod władzą Ottona Wielkiego oraz margrabiego Gero. Sporo miejsca poświęca również stosunkom między samymi słowiańskimi plemionami. 

  Postacią wyrastającą na głównego bohatera jest Jaromir Pomrok, Czech, który w wyniku różnych komplikacji rodzinnych znajduje dom na dworze Siemomysła, władcy Polan. Zaprzyjaźnia się z Mieszkiem, stając się mu prawie bratem. Bystry, inteligentny, lojalny, pełen wewnętrznego uroku. Zdarza mu się działać pod wpływem impulsu, porywczo, czego dalekosiężne konsekwencje musi znosić mężnie. Życie pisze mu niełatwy los, pełen przygód i zasadzek, lecz tym samym historia widziana jego oczami staje się barwna, pełna energii i niespodziewanych zwrotów akcji. Może kocha go pech, może przygody. Pewne jest jedno. Na nudę nie może narzekać.

   Bohaterem zasługującym na szczególną uwagę jest sam Mieszko, którego poznajemy już w latach dziecięcych. Od małego ciekawy świata, chłonący jak gąbka wiedzę z obserwowanego otoczenia i podsłuchanych rozmów dorosłych, wyciągający wnioski, by nie powtarzać błędów innych. Rozsądny, szanujący tradycję i wartości rodzinne, cierpliwy, inteligentny, ceniący prawdziwych przyjaciół.

 W powieści odnajdziemy również historycznych przedstawicieli rodu Billungów, Stoigniewa - księcia Obodrytów, Tęgomira - księcia Stodoran, Bolesława Srogiego, Czcibora - brata Mieszka etc. Robert Foryś wykonał kawał dobrej roboty. Pięknie połączona wiedza i fakty znane z historii z fantazją. Dbałość o szczegóły, takie jak: wyposażenie domostw, kulinaria, ubiór czy ekwipunek woja. Warto również zwrócić uwagę na elementy kulturowo-religijne, nie tylko w zakresie oficjalnego kultu, ale i codziennych sytuacji, np. na dworze księcia czy w karawanie księcia Ottona. To drobiazgi, ale nadają smaczku autentyczności i pomagają wczuć się w klimat powieści. Myślę, że historycy będą ukontentowani. 

   Podczas lektury warto bliżej przyjrzeć się postaci saskiego poddanego z masakrowanego miasta. Jego perspektywa na toczące się konflikty ze względu na osobistą tragedię oraz bezpośredni w nich udział daje czytelnikowi wgląd w życie zwykłego szaraka. Jest to o tyle ważne, że X wiek widzimy nie tylko oczami dworu i jego przybocznych. Punkt widzenia maluczkich jest ważny, bo otwiera oczy na to jak naprawdę mogła wyglądać tamta rzeczywistość, z jakimi problemami mierzyli się ludzie, w jakich warunkach przyszło im żyć, a przede wszystkim - jak konflikty władców oddziaływały na poddanych. 

   Powieść porusza także temat roli kobiet w ówczesnym społeczeństwie, sprowadzającą się przede wszystkim do stereotypowego rodzenia dzieci i opieki nad domowym mirem. Matka i żona, uległa córka, której zdanie niewiele znaczy. Kobiety jako przedmiot handlu między mężczyznami, by potwierdzić układ. Jak sobie radziły, by przetrwać? Do czego się ubiegały w razie zagrożenia życia? Warto przyjrzeć się Gorce, Ludgardzie etc.

   Książka Roberta Forysia porusza również zagadnienie średniowiecznego niewolnictwa, wielkich targów im poświęconych oraz wojen w celu zdobycia nowego żywego towaru. Słowianie, podzieleni na wiele plemion, większych i mniejszych, nie mieli oporów, by polować i podbijać swoich współbraci, sprzedawać ich obcym, np. w Saksonii. Okrutny świat i okrutni ludzie. Autor nie boi się ukazania losu niewolników czy to na dworze Polan czy Saksończyków, ich wykorzystywania czy złego traktowania.

   Styl autora przykuwa uwagę. W barwny sposób maluje przygody bohaterów, odwzorowując fakty historyczne i wplatając w to własną wyobraźnię, by wypełnić luki. Jest drobiazgowy i szczegółowy. Bywa bardzo bezpośredni, nie oszczędzając mocniejszych i drastyczniejszych opisów przy scenach walki i przemocy. Gdy trzeba rzuca też wulgaryzmami. Dzięki temu czytelnik już wie, że to nie sielska bajeczka, a realistyczna powieść historyczna czerpiąca pełnymi garściami z życia, oddająca klimat średniowiecza.

   Pod względem fabuły, kreacji bohaterów, stylu i języka czy kwestii merytorycznych "Słowianie" Roberta Forysia to książka godna polecenia i uwagi miłośników historii oraz zapalonych mediewistów. Bogata treść poparta wyczuwalną kwerendą źródłową broni się sama. Naprawdę.

  Jednak, żeby nie było tak słodko i lukrowo strona techniczna, a raczej korektorska to jakaś pomyłka. Ogrom literówek, po kilka na każdej stronie, nieuwzględnianie dyftongów w odmianach przez przypadki to prawdziwa zmora. Ach, gdzie te nasze piękne "ą" i "ę"? Trafiły się też takie kwiatki jak "wierza" bramna (s.124) czy "tępo" (szkoda, że nie zanotowałam strony). Przestawianie liter w słowach "od" i "do" to już tradycja nagminna. Mimo to największym hitem jest powtórzenie treści - jakieś 1,5 strony, tj. od s. 192 (ostatni dialog) do s.194 "Margrabia uniósł do ust cynowy kufel". To naprawdę spora niedbałość ze strony wydawcy. Niestety, ale to wytrąca z równowagi w trakcie lektury i budzi jedno wielkie "grrr....", coś na kształt ataku furii Pomroka. I nie piszę tego złośliwie, ale jako wskazówkę na przyszłość dla wydawcy - tekst warto sprawdzić choćby jeden raz więcej, by uniknąć takich wpadek i błędów w druku.

   "Słowianie" Roberta Forysia są powieścią godną polecenia ze względów merytorycznych w zakresie historii ziem słowiańskich w X wieku oraz stosunków słowiańsko-sasko-wikińskich. Dbałość o szczegóły i świetnie oddany klimat, ciekawa fabuła, równomiernie rozłożona akcja, przygody i intrygi dworskie, różnorodna perspektywa na te same wydarzenia przyciągną konesera dobrej literatury. Zdecydowanym minusem jest techniczne wydanie tej książki pełne niedociągnięć. Jednak zapewniam, że treść to nadrabia i wynagradza po stokroć. 

poniedziałek, 31 października 2022

151) Czas pożegnań... "Dom na kurzych łapach" Sophie Anderson

 Z czym kojarzy się Wam wiedźma, czarownica? Stereotypowo to zła kobieta, stara, brzydka, negatywnie nastawiona do życia i ludzi, podstępna i złośliwa. Dawniej uważano ją za wiedzącą, obdarzoną wiedzą, mądrą, pomagającą ludziom. Dopiero z rozkwitem kultury chrześcijańskiej zaczęto takie osoby postrzegać pejoratywnie. W mitologii słowiańskiej pojawia się postać Baby Jagi, którą współczesna kultura utożsamia z przedstawieniem z opowieści o Jasiu i Małgosi, zjadaniem dzieci, wsadzaniem ich do pieca, twarzą pełną brodawek, długimi i zaostrzonymi pazurami etc. A kim jest tak naprawdę ta kobieta? Co sobą reprezentuje? Jaką rolę mogła odgrywać u Słowian? Była człowiekiem czy boginią, a może kimś pomiędzy? Interpretacji naukowych i literackich nie brakuje, a możliwych rozwiązań tejże zagadki sporo. Myślę, że warto zgłębić ten temat, bo jest to o tyle ciekawa postać, że niejednoznaczna, żyjąca na krawędzi światów, zawieszona pomiędzy tu a tam, nimi a nami, trudna do zdefiniowania. Czy my, współcześni, możemy czerpać z niej natchnienie dla własnego życia, jego kształtowania, ukierunkowywania i wzbogacania o nowe elementy, horyzonty? Uważam, że tak. Wystarczy tylko znaleźć własną drogę, posłuchać serca, spojrzeć na tę mądrą babę i ruszyć przed siebie.

   "Dom na kurzych łapach" Sophie Anderson to powieść przeznaczona dla młodszego czytelnika, należąca do fantastyki, wypełniona elementami z mitologii krain słowiańskich, tłumacząca pewne aspekty życia i śmierci, radzenia sobie z trudnymi sprawami.

   Bohaterką historii jest Marinka, nastolatka, marząca o bogatym życiu towarzyskim, skazana na życie na walizkach, tj. na ciągłe podróżowanie z babcią w samonośnym domku o magicznych właściwościach. Baba Jaga to niezwykła kobieta zajmująca się przeprowadzaniem na drugą stronę zmarłych i pilnowaniem Bramy. Jako Strażniczka między światami jest skazana na samotność, wystrzeganiem się kontaktu z żywymi i pilnowaniem codziennych nocnych przyjęć dusz. Marinka wychowywana jest na kolejną Jagę, ale czy ona tego chce? Czemu babcia ostrzega ją przed zbytnim oddalaniem się od domu, prosząc o rozwagę i próbę zaakceptowania przeznaczenia? Czy dziewczynka ruszy własną drogą i uzyska wolność czy przejmie schedę po Babie? Czy spotka żywych? Jakie decyzje podejmie?

  Z perspektywy osoby dorosłej na pierwszy rzut oka Marinka to postać bardzo irytująca, potrafiąca doprowadzić swoim zachowaniem do furii, nie mówiąc już o niektórych jej odzywkach do starszych z kręgu Jag. Wydaje się rozwydrzoną i rozpuszczoną nastolatką, która aż się prosi o porządną nauczkę. O losie przewrotny! Któżby się spodziewał, że tak szybko spotka ją kara i to w dodatku tak bolesna? Z drugiej strony - czuje się samotna, zagubiona, pozbawiona kontaktu z rówieśnikami, pozostawiona bez odpowiedzi na fundamentalne pytania, nierozumiejąca zbyt wiele z niedomówień babci, szukająca w życiu własnej drogi, innej, niestrażniczej. To tylko dziecko, które niewiele wie o życiu i ludzkiej naturze, pełna nadziei dla nieznanego i mocno uprzedzona do swej codzienności. To ją nieco rehabilituje w oczach czytelnika.

   Drugoplanową, ale równie ważną postacią jest Baba Jaga. Autorka świetnie tłumaczy jej rolę jako Strażniczki, wygląd opisany w legendzie Jagi Tatiany, pewne zachowania i rytuały, a ponadto charakter. W "Domu na kurzych łapach" to prawdziwa babcia o wielkim sercu, gotowa do wielu poświęceń dla dobra wnuczki, słuchająca i nade wszystko kochająca. Pełna ciepła i miłości, służąca dobrym słowem i radą. Nieco tajemnicza i nie zawsze szczera, ale mająca ku temu powody.

   Ta powieść dobrze ukazuje relację między Marinką a Babą Jagą, jej rozwój na przestrzeni dobrych i złych chwil, wszelkie wzloty i upadki, jej znaczenie dla wzrastającej dojrzałości dziewczynki. Czy tak właśnie tka się więź między babcią a wnuczką?

  Sophie Anderson dotyka problemu samotnych dzieci, które chcą, ale niekoniecznie potrafią nawiązać kontakt z rówieśnikami. Może poprzez lęk, zróżnicowany poziom społeczny czy materialny czy charakter. Takie osoby są wygłodniałe uwagi oraz uczuć, pakują się w nowe znajomości, nie patrząc na to, co one ze sobą niosą. Niewielu jest w stanie dostrzec toksyczność i zagrożenie. Dziecko bywa łatwym łupem. Tylko silny kręgosłup moralny, tj. zasady wpojone przez rodzinę/opiekunów pozwalają zobaczyć, że coś jest nie tak. Szczere relacje również się zdarzają, ale są rzadkie niczym diament.

   Pojawia się też wątek stereotypów, które krzywdzą młodych i starszych, gdzie głównym wyznacznikiem pozostaje wygląd. Jego zmiana może wywołać aprobatę lub dezaprobatę. Jednocześnie wywołuje to u ludzi konkretne reakcje. Kategoryzowanie według wyglądu może spowodować skrzywdzenie kogoś, bez zaglądania do wnętrza. Plotki idą w świat, opinia przylega, a prawda pozostaje uśpiona. Autorka dobrze oddaje to na przykładzie młodych i dobrze usytuowanych dziewcząt. Czy one wiedzą co robią i jak bardzo krzywdzą innych?

   Ważnym aspektem jest też stosunek do zwierząt, szacunek do nich, próba nawiązania więzi mimo braku werbalnego porozumienia. Najwyrazistszym bohaterem pod tym względem jest Kuba. Niezwykle rozumny, spostrzegawczy, wyrozumiały i cierpliwy dla swej ludzkiej przyjaciółki. Myślę, że i Benji zasługuje na nieco uwagi. Opieka nad zwierzęciem to nie chwila, a zobowiązanie na lata. To nie tylko trwanie przy nim na dobre, ale i na złe, w zdrowiu i chorobie, zawsze tuż obok. W sztucznym ludzkim świecie są one uzależnione od nas, chociażby by dostać się do jedzenia czy zaspokoić potrzeby społeczne. To więź pełna miłości i radości, ale i pracy. Tym ważniejsze jest wytłumaczenie tego dziecku, które powinno szanować i dbać o zwierzę, a nie traktować jak zabawkę dla uśmierzenia własnego ego. To równoprawny partner do dialogu. Może i każde z nas ma swoje języki, ale czy gesty i spojrzenia czasem nie wystarczą, by zrozumieć swego przyjaciela? Ewolucja postawy Marinki względem jej podopiecznych zasługuje na chwilę refleksji.

   Warto też zwrócić uwagę na przejście między światem żywych i umarłych, czego potrzebuje dusza, jakimi słowami są żegnane, co ofiarowują światu i Jadze, co po nich pozostaje... Gdzieś w tym wszystkim tkwi dom Jagi, żywy, pełen uczuć, samodzielnie myślący, wchodzący w dialog ze swymi lokatorami, czuwający nad Bramą. To symbol końca i początku, drogi, którą każdy z nas pokonuje.

   Lektura "Domu na kurzych łapach" pokazuje, że warto iść po swojemu przez życie, czynić dobro, kochać i pielęgnować swój świat, by odchodząc stąd, być spokojnym i spełnionym, nie żałować, a cieszyć się na nowe. Któż wie, co nas czeka tam za zakrętem? "Carpe diem" to piękne zawołanie, które warto wcielić w swoje życie, by uczynić je nieco łatwiejszym, milszym, bo nikt nie jest w stanie uchronić się przed bólem. Nawet taka Jaga.

  Ta książka oswaja ze śmiercią, tematem straty i rozstania z bliskimi. Pozwala zobrazować uczucia z tym związane, przeżyć je i zrozumieć. Zwłaszcza dzieciom. Droga przedstawiona przez Sophie Anderson łagodzi łzy i strach przed tym, co nieznane. Szczęśliwe przejście przez Bramę? Myślę, że dla wielu to kojąca nadzieja. I niech taką pozostanie.

  Bardzo pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie książki. Daje to wiarę, że przeznaczenie można zmienić, dostosować do swojego charakteru i marzeń, pozostając szczęśliwym i pełniąc swoją rolę. Nie trzeba być samotnym, wystarczy mieć blisko siebie rodzinę, nawet przyszywaną i przyjaciół. Wówczas świat staje się przychylniejszym miejscem.

   "Dom na kurzych łapach" Sophie Anderson to na poły magiczna baśń o życiu i śmierci, o przekraczaniu granic, o życiu na krawędzi, pomiędzy, przeznaczona dla młodszego, ale i starszego czytelnika, który odnajdzie tu opowieści swoich dziadków o Babie Jadze i pochodzie dusz, o przyjaźni i jej sile, o miłości w rodzinie, o wspieraniu się. Można odnaleźć tu słowiańskie akcenty, które dodają smaczku, ale ważniejsze pozostaje przesłanie.

   To lektura warta uwagi i poświęceniu jej kilku godzin, zwłaszcza dla rodziców i dzieci, by wspólnie wędrowali z Marinką i Babą Jagą, poznając siłę ich więzi i uroki tegoż świata.

sobota, 8 października 2022

149) "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" - Rafał Merski

   Rafał Merski to żerca i popularyzator wiedzy o Słowiańszczyźnie, zwłaszcza w jej duchowym wymiarze, biorąc głównie pod uwagę szeroko pojęte wierzenia i mitologię. Jedną z publikacji poświęcił "Słowiańskim wróżbom i wyroczniom". Temat niezwykle ciekawy, ale i trudny, bo wymagający sporej wiedzy. Jak autor poradził sobie z tym wyzwaniem?

   Książka R. Merskiego porusza cały szereg zagadnień od funkcji żercy i dziada wędrownego przez Welesa i pojęcia przeznaczenia uosobionego w Doli i Rodzanicach po znaczenie roślin i zwierząt w wierzeniach Słowian aż do tytułowych wróżb z najróżniejszych rzeczy i zjawisk. Rozpiętość spora, treść bardzo interesująca, poparta wieloma przykładami ze źródeł pisanych, archeologicznych oraz etnograficznych. Widać w tym ogromną wiedzę pisarza, jego przygotowanie do tematu i pasję.
 
  Szczególnie zajmujące są rozdziały dotyczące wróżenia z zachowania zwierząt oraz roślin. Pozwala to też na wyciągnięcie wniosków o wyjątkowym traktowaniu niektórych gatunków przez Słowian poprzez ich konotacje z bóstwami czy generalnie siłami nadprzyrodzonymi. 

   Od strony merytorycznej i przygotowania autora jestem pełna podziwu, ponieważ włożył w tę publikację wiele trudu i mogę ją polecić z czystym sumieniem.

   Gorzej rzecz ma się od strony technicznej. Ewidentnie brakuje tu dobrego korektora i redaktora, którzy wyłapaliby literówki, nieścisłości w zapisie cytowanych sporych fragmentów (np. wszędzie zaznaczone kursywą, wyśrodkowane itp.), ujednoliciliby przypisy (np. podania źródła cytatu - do przypisu, a nie zwartego tekstu). Ponadto, skoro książka ma wstęp, to przydałoby się i zakończenie. Bez tego "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" kończą się tak jakby ktoś wyrwał pracę z rąk żercy i nie pozwolił mu jej dokończyć. Dobrym dodatkiem jest bibliografia, ale warto byłoby dodać chociaż rok wydania książki, z której korzystał autor, bo niektóre prace naukowe z biegiem lat są aktualizowane razem z postępem badań, a tytuł pozostaje ten sam.

  "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" to przyjemna lektura, którą się wręcz pochłania, jeśli oczywiście jest się zainteresowanym przedstawionym tematem. Styl Rafała Merskiego jest lekki i klarowny, posługuje się językiem przystępnym dla laika, a trudniejsze pojęcia wyjaśnia, co jest ważne przy próbie dotarcia do jak najszerszego kręgu odbiorców.

   Moim zdaniem to pozycja, której warto poświęcić czas i uwagę ze względu na zawarty ładunek merytoryczny, a przymknąć oko na techniczne rozwiązania. Napisana z pasją i wiedzą może zarazić miłością do Słowiańszczyzny, a przy okazji przybliżyć mentalność i duchowość naszych przodków.

   

niedziela, 11 września 2022

146) "Wyspa słowiańskich bogów" - Janisław Osięgłowski

   Przeszłość pochłania, zwłaszcza jeśli opowieść się o niej tocząca dotyczy bliskich nam tematów. Wówczas nie sposób się od niej oderwać. Zapomina się o świecie dookoła i biegnie się torem wyznaczonym przez bajarza. Swoistym wehikułem czasu są książki, które zaklinają ją w słowa.

 Jedną z takowych pozycji jest "Wyspa słowiańskich bogów" Janisława Osięgłowskiego, wydana w 1971r. w serii "Biblioteczka Popularnonaukowa Światowid". Opowiada o Rugii, obecnie należącej do Niemiec, a kiedyś opanowanej przez żywioł słowiański. Raczej z serii popularyzujących historię i jej dokonań, choć i dobre słowo pada pod adresem archeologii.

   Autor podzielił swe dzieło na dziesięć rozdziałów, zaczynając od kwestii ogólnych, czyli historyczno-geograficznych, przedstawiając dzieje wyspy od czasów najdawniejszych po uwarunkowania geograficzne, które miały niebagatelny wpływ na losy wyspy. Jedną z najważniejszych kwestii tu poruszanych jest jej zasiedlenie przez Słowian, okres jej rozwoju pod ich rządami, znaczenie na arenie politycznej oraz to, co po nich pozostało. Osięgłowski drobiazgowo omawia kolejne lata, wskazując na najważniejsze wydarzenia, pokazując przy tym ich znaczenie dla poszczególnych części Rugii (samą wyspę można podzielić na kilka krain zupełnie odmiennych pod względem krajobrazu, gleby czy linii brzegowej). Wskazuje również na przyczyny powolnej germanizacji, pomimo czasowej podległości duńskiej.

  Jacy byli Rugianie? Z "Wyspy słowiańskich bogów" wyłania się obraz niezależnych Słowian, ceniących swoją wolność, dom, wierzenia. Byli waleczni i niepokorni. Chylili głowę, by zaraz ją podnieść i zrzucić obce jarzmo. Choć sami ukochali swoją samodzielność i wolność, nie przeszkadzało im to w napadach na sąsiadów. Autor przytacza konkretne przykłady jak drogą wodną Rugianie destabilizowali życie innych. Przeciwko nim wyprawiali się zarówno Sasi jak i Duńczycy. Ostatecznie udało się im ich okiełznać, ale jakimże to sposobem? Burząc to, co dawało im duchową siłę, czyli Arkonę, świątynię Świętowita i przymuszając do przyjęcia chrztu. Upadek pogaństwa oznaczał powolne odchodzenie od korzeni. Dotyczyło to przede wszystkim dynastii rządzącej i warstwy możnych. Najwięcej dawnych tradycji przechowało się wśród zwykłych chłopów, choć prawodawstwo coraz usilniej tępiło ich niezależność, spychając powoli na margines społeczeństwa, utrudniając normalne funkcjonowanie. Większość z nich poza wojaczką zajmowała się rybołówstwem i rolnictwem. W jednej z miejscowości zanotowano duży ośrodek handlowy.

  Słowianie przeciw Słowianom? Czemu nie? Tak to wyglądało m.in. podczas wypraw na Pomorze i podbijaniu południowego wybrzeża Bałtyku przez Danię. Wśród naszych pobratymców brakowało poczucia wspólnoty, jedności, która spajałaby te wszystkie ludy razem, czy to w razie zagrożenia militarnego czy klęski nieurodzaju. Być może w tym tkwi wyjaśnienie utraty Połabia przez Słowian w sensie przynależności politycznej i kulturowej?

   Co tak naprawdę zostało po słowiańskich Rugianach? Całkiem sporo nazw geograficznych brzmiących dla nas swojsko, nieliczne słowa w miejscowym narzeczu i mnóstwo zabytków, które jeszcze czekają na odkrycie.

   Z ciekawostek - warto zwrócić uwagę na dwie płaskorzeźby zwane kamiennymi babami. Jedna znajduje się w kościele w Altenkirchen (s. 222), przedstawia mężczyznę trzymającego róg. Druga jest w kościele w Bergen. Mężczyzna trzyma w dłoniach krzyż, choć jak podaje autor był to niegdyś róg. Istnieją hipotezy iż obydwa wizerunki miały przedstawiać samego Świętowita z Arkony. Dlaczego zatem pogański bożek znalazł się w chrześcijańskiej świątyni? Osięgłowski twierdzi, że "sposób wmurowania symbolizował zwycięstwo Boga chrześcijańskiego i upadek pogańskiego bałwana". Altenkirchen - rzeźba wmurowana poziomo - upadek; Bergen - rzeźba w pionie z krzyżem w ręku, czyli wygrana (s.226). 

  Ta książka pełna jest takich ciekawostek. To taki rodzaj kompendium wiedzy o Rugii i jej słowiańskim epizodzie. To już pięćdziesięcioletnia pozycja, choć część rzeczy na pewno się zdezaktualizowała, zwłaszcza w zakresie tematyki archeologicznej, ale zawiera podstawy, które wciąż mogą zaintrygować i skłonić do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Janisław Osięgłowski posługuje się tu bardzo klarownym językiem, tłumacząc w ciekawy sposób zawiłe kwestie historyczne. Ma lekki i plastyczny styl. Przez tę książkę się płynie, ciężko się od niej oderwać, a kilka godzin wystarczy na całość.

   "Wyspę słowiańskich bogów" polecam miłośnikom Słowiańszczyzny, historykom, osobom zainteresowanym Połabiem, Obecnie tę książkę można traktować jako formę ciekawostki, rozgrzewki przed lekturą knig naukowych. Naprawdę warto!

poniedziałek, 5 września 2022

145) "Słowiański szlak. Czas Bogini" - Ewa Kassala

   Co czaiło się w lasach za życia naszych przodków, gdy powszechnie wyznawano wiarę w wielu bogów? Jak wyglądała codzienność? Z jakimi problemami się borykano? Jak im zaradzano? Czy wierzenia miały istotny wpływ na życie? Jak wyglądała pozycja kapłanów i kapłanek w strukturze społecznej? Jak obchodzono poszczególne święta? Jakim bogom oddawano cześć? Jacy byli? Jakimi dziedzinami zarządzali? Jak wybierano władcę, kto podejmował wiążące decyzje? Czym była polityka rodu? Jakie znaczenie miał kraj Polan na arenie międzynarodowej jako obszar pogański? Czy przyjęcie chrześcijaństwa zmieniło je? Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego? Gdzie mogła znajdować się rodowa siedziba Piastów? W jaki sposób powstał Poznań? Co takiego znajdowało się w Gnieźnie? Pytań bez liku, odpowiedzi nieco mniej, ponieważ naukowcy wciąż poznają ową epokę naszego kraju. Specjaliści różnych nauk skupiają na odtworzeniu drobiazgów z tamtych czasów. W dużej mierze to historycy, archeolodzy, etnolodzy, lingwiści etc. Z dekady na dekadę nasza wiedza wzrasta, przeszłość odkrywa przed nami kolejne tajemnice, jedne hipotezy upadają, by inne mogły powstać. Jedno się nie zmienia, ciągnie nas ciekawość, chęć poznania własnych korzeni.

   Na niektóre z powyższych pytań odpowiada najnowsza powieść Ewy Kassali pt. "Czas Bogini", która rozpoczyna nowy cykl zwany Słowiańskim Szlakiem. Pierwszy tom został osadzony w czasach młodości Mieszka I, za panowania jego ojca w powieści zwanego Siemomysłem. Akcja kończy ok. roku 966 po przyjęciu chrztu przez władcę Polan. O czym opowiada? Kogo się tyczy? Kto odgrywa znaczącą rolę? Czy główny bohater to mężczyzna, czy tradycji stanie się zadość i kobiety pokażą swoją siłę?

  Książka została podzielona na trzy części. "Czas Siemomysła" oraz "Czas Strażniczki" skupiają się na przybliżeniu znaczenia pewnych aspektów kultury słowiańskiej, tradycji i wierzeń. Omawiają znaczenie Nocy Kupały, wspólnego świętowania, wyboru odpowiedniego miejsca do tego. Podają przykłady niektórych stworów typu latawiec czy rusałka. Przedstawiają nieco bliżej wybranych bogów, jak Weles, Dziewanna, Nyja. Informują czym różni się chram od kąciny. Natomiast "Czas Mieszka" kręci się wokół chrztu i wszelkich wydarzeń mających do niego przygotować. Jest wejściem w historyczny byt Polski.

  Warto podkreślić przygotowanie merytoryczne autorki, które widać na każdym kroku. Zaczynając od Jordana i jego historii, przez Wichmana i Gerona po samą Dobrawę. Czerpie ona ze źródeł, wykorzystuje znane fakty i umiejętnie wplata we własną opowieść o czasach minionych. Czytelnik niezaznajomiony z  tematem będzie miał problem z oddzieleniem ich od fikcji, a to nie lada sztuka. Szczególnie cenne są przypisy, które informują o archeologicznych aspektach powieści, np. o Poznaniu, szkieletach psów czy czaszce wiedźmy. Nie bez znaczenia są konsultacje ze znawcami tematu, co przebija się zwłaszcza w relacji z bitew, opisywaniu ówczesnego uzbrojenia, strategii wojennej, zachowaniach wrogów, np. Wieletów. Uzmysławia to czytelnikowi, ile jeszcze przed nim do odkrycia, ile rzeczy nie wie. Wczesne średniowiecze to nie epoka barbarzyńców z epoki neolitu, a rozwój silnych struktur społecznych, które uwarunkowały późniejszy rozwój państw europejskich w naszym rejonie. Owszem, duże znaczenie w tej mierze ma przyjęcie chrześcijaństwa i zasad kierujących światem zachodnim, ale nie należy pomijać miejscowych dokonań (można wziąć pod uwagę organizację Słowian Połabskich, np. Rugię). Pisarka pokazuje, że terytorium Polan rozwijało się. Tu również budowano grody, zabezpieczano miejscową ludność przed zewnętrznymi agresorami, doceniano kunszt militarny. Przy tym nie pomija tych mniej chwalebnych czynów związanych z handlem niewolnikami, tj. własnymi pobratymcami, omawiając szczegółowo skąd się brali, jak ich dzielono, dokąd trafiali i za ile, na co przeznaczano dochody z ich sprzedaży, wskazując na źródła. Podaje przykłady ich podróży docelowej.

Przed czytelnikiem Ewa Kassala odmalowuje niezwykle barwnie fizyczne otoczenie Polan. Zarówno grody, jak i bory, leśne trakty, okolice jezior, szuwary. Tkwi w tym magia. W tej książce można poczuć się jak w domu. Myślę, że docenią to zwłaszcza polscy czytelnicy spoza granic naszego kraju, którzy tęsknią za rodzimymi krajobrazami. Szczególnie w pamięć i w serce zapadł mi opis Ostrowa Tumskiego opasanego Wartą i Cybiną. To przepiękny rejon, a jak wspaniale musiał wyglądać w X wieku, gdy jeszcze wiele okolicznych terenów nie było tkniętych ludzką ręką. Jakich bogów wówczas czcili Polanie w okolicy? Gdzie mieściła się kącina? Jak wspaniale czyta się o znanych sobie miejscach. Równie dobrze autorka opisała Ostrówek, jakby raj na ziemi. Wspaniałe lasy, rzeka, źródełko i życzliwi mieszkańcy, od zwierząt po ludzi. Czytelnik powinien również zwrócić uwagę na szczegółowe przedstawienie architektury, zarówno miejscowej, jak i zachodniej. Kierując się wskazówkami archeologów, historyków i własnymi spostrzeżeniami na podstawie źródeł pisanych pisarka stworzyła słowny pomnik historii. Tak malowniczo oddane detale sprawiają, że wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach i widzi się je. Te słowa przenoszą do tamtego świata, pozwalają cofnąć się w czasie, obejrzeć te nieistniejące już krajobrazy.

   Książka jest bardzo przemyślana pod względem konstrukcji i planu wydarzeń. Myślę, że ten zabieg sprawia, że czytelnik ma czas na wniknięcie w klimat powieści, poznanie bohaterów, wyrobienie własnej opinii, a przede wszystkim zaznajomienie się z tematyką przygotowania do przyjęcia chrztu przez Mieszka I oraz przyczyn tego stanu rzeczy. 

  Ewa Kassala kreuje postacie, które są prawdziwe, ludzkie, mają swoje lepsze i gorsze dni, wzloty i upadki, co sprawia, że czytelnik odbiera je jako autentyczne. W sercu szczególnie zapada obraz Ragan. Historia tej starszej porusza do cna. Przeszła zbyt wiele w życiu, doznała wielu krzywd, a mimo to poszła drogą pomagania innym. Starała się być dobrym człowiekiem, lecz dla własnej córki miała jedynie w podarku dystans, nie potrafiła okazać jej miłości. Może to skutek przeszłości i tego co przeszła. Zamknęła się emocjonalnie na swoje potomstwo, ale jak wiemy dziś, to trauma, którą trudno przepracować i wymaga profesjonalnej pomocy. A wtedy? Wiedźma jej nie zostawiła, nie porzuciła, zapewniła jej podstawową opiekę, a ostatecznie oddała tam, gdzie wg niej miałaby najlepiej. Na swój sposób troszczyła się o nią. Młodsza Ragana, córka wilczycy, nie miała łatwo od samego początku. Najpierw odrzucenie ze strony jedynej bliskiej osoby, potem poświęcenie się w imię miłości. Wiecznie sama, choć otoczona kwieciem ludzi, a serce wielkie, łaknące ciepła i domowego ogniska. Tak wyglądają ludzkie dramaty po dziś. Mimo wszystko kobieta odnalazła się w swoim życiu, znalazła swoje powołanie, miejsce i działała. Nie poddała się, choć mogła. Ruszyła z podniesioną głową. Wiele poświęciła, ale również zyskała, choćby pod względem duchowym. 

Świętosława, matka Mieszka, to kobieta niezwykle silna. Zawsze wiernie trwała przy boku swego męża, wspierała go i motywowała do dalszej pracy. Była niezwykła. W powieści wrażenie robi podejście jej męża do niej po zachorowaniu. Można by sądzić, że sytuacja potoczy się zupełnie inaczej, a jednak miłość zwycięża.

Mira, Strażniczka Chramu. Jej pierwsza wycieczka do Gniezna i pierwsza samodzielna Noc Kupały pokazała, że ma swoje za uszami. Środki odurzające wydobyły z niej to, czego być może sama pragnęła i jaka była, niezwiązana żadnymi konwenansami i regułami. Starsza Mira to już osoba bardziej zrównoważona, patrząca szerzej, licząca się z konsekwencjami swoich działań. Zdrada ze strony bliskiej osoby musiała być dla niej bolesna, może nie mniej niż śmierć, a mimo to serce nie sługa. W końcu była posłanniczką miłości. Pochodziła z rodu panującego, pełniła ważną funkcję, a mimo to odnosiła się do ludzi jak do równych. Nie dzieliła ich wedle pochodzenia. Dola wyznaczyła jej trudną rolę przeprowadzenia wyznawców dawnych bogów przez nowe, przyjęcie chrztu i powolne „nawracanie” ludu na prawidła chrześcijańskie. Jej inicjatywa wspólnych kobiecych modłów, niosących miłość i wsparcie, robi niesamowite wrażenie. To kobieta trzeźwo myśląca, łaknąca nade wszystko pokoju, szacunku i miłości między pobratymcami. 

Z mężczyzn prym wiodą Siemomysł i Mieszko. Jestem pewna, że niełatwo było obmyślić ich kreację, by byli tak prawdziwi, ale udało się. Widać to zwłaszcza podczas ich rozmów, spotkań na polanie, ich wzajemnego odnoszenia się do siebie. To urodzeni władcy, którzy znają ciężar swoich obowiązków, ich ceny. To nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim odpowiedzialność, dalekosiężne przewidywanie skutków różnych decyzji i uprzedzanie ruchów potencjalnego wroga w obronie swoich poddanych. 

Moją uwagę przykuł Lubomir i Draga. Ten pierwszy z racji swego charakteru i pasji. Nawet samo imię oddaje sens jego jestestwa. Ten drugi - uwielbiam postacie bajarzy, którzy pod swoimi opowieściami kryją bezcenne wskazówki i wiedzę minionych pokoleń. Jego wersja o kwiecie paproci robi wrażenie. Nie tylko ze względu na główną bohaterką, ale nade wszystko jakie przesłania ze sobą niesie. I to zapytanie na końcu, które wskazuje jakim jest się naprawdę człowiekiem i co się liczy. Każdy odpowiada indywidualnie, sam sobie, w duchu, w ciszy. Miło też przeczytać o Lechu, Czechu i Rusie, tj. wspólnych korzeniach naszych narodów. Draga to postać intrygująca, kusząca, nieodgadniona. Czekam z niecierpliwością na kolejny tom, w którym, mam nadzieję, znajdzie się więcej szczegółów o nim. Ma ogromny potencjał. A ile historii może jeszcze opowiedzieć? Ile opowieści przedstawić złaknionej wieści z szerokiego świata publice?

Między bohaterami tej lektury zawiązują się relacje, które mają większe bądź mniejsze znaczenie dla fabuły. Nie ma tu przypadku. Każda postać odgrywa swoją rolę, a to tylko dowód, że są naprawdę dobrze przemyślane. Wzrusza wątek miłosny pomiędzy Raganą a Mieszkiem, Świętosławą a Siemomysłem, gdzie miłość gra pierwsze skrzypce, stawiając dobro ukochanego ponad własne, rozumiejąc czym jest poświęcenie, wsparcie, zaufanie i szacunek. Te relacje są tak prawdziwe i jednocześnie tak idealne. Myślę, że każda kobieta skrycie marzy właśnie o tak czystym i gorącym uczuciu, gdzie można stać się jednością również na poziomie duchowym i umysłowym, dosłownie odczytując po mimice czy drobnych gestach, a nawet spojrzeniu zamierzenie drugiej połowy. Zwracając uwagę na relacje rodzic – dziecko autorka postawiła na przeciwieństwa. Z jednej strony trudna miłość Ragany do córki, która źle się jej kojarzyła, a mimo to kochała ją na swój sposób, a z drugiej Świętosława, która swoim potomkom nieba by uchyliła (warto zwrócić uwagę na wspomnienia Mieszka z  okresu dzieciństwa). W tym przypadku warto jeszcze wspomnieć o Jagnie i jej poświęceniu się dla rodziny (jak inaczej to nazwać?). Mimo cierpienia, ugryzła się w język, by ratować bliskich. O przyszywanym rodzicielstwie można mówić w przypadku siostry Siemomysła i jej podopiecznej Mirze. Piastówna mimo braku matki zawsze mogła liczyć na ciotkę, jej wsparcie, dobre słowo i radę. Była obok, gdy tego potrzebowała. W powieści nie spotkałam się z przypadkiem prawdziwej przyjaźni, takiej na dobre i złe, ale prawdziwa nić porozumienia zadzierzgnęła się między Mieszkiem a Jordanem. Może to zależność, może ciekawość, ale koniec końców, obydwojgu zależało na tej znajomości. Warto zwrócić uwagę na ukazanie jej rozwoju od dzieciństwa księcia Polan po wiek dorosły, tj. stopniowo. Dzięki temu kapłan stał się naturalnym wyborem Piasta przy planowaniu chrztu i wprowadzenia chrześcijaństwa na swoje tereny. 

Powieść pokazuje wykorzystywanie przez mężczyzn swojej pozycji wobec kobiet. Jeden z nich postępował tak jak wielu przed nim i wielu po nim, ale jego przykład szczególnie porusza ze względu na kobietę, którą wybrał, a która naprawdę kochała męża i miała malutkie dzieci. Taki szantaż jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Jaki ona miała wybór? Praktycznie żaden. Oddała, co miała, swoje ciało, by ratować bliskich, a mimo to woj naruszył mir jej rodziny. Podobnie rzecz ma się z wiedźmą. Żadnych skrupułów. Tu dobrze sprawdza się powiedzenie, że karma wraca. 

    Jedna z bohaterek wypowiada pamiętne słowa: "(...) kobiet, które boją się się przyznać do tego, co je spotyka, jest więcej. Najczęściej nie mówią nikomu, co je trapi. Same dźwigają swój ból. Podziwiam, jak wiele potrafią znieść dla dobra bliskich. I jak umiejętnie ukrywają cierpienie." Jak bardzo są to aktualne słowa, jak niewiele się zmieniło w tej kwestii, ile dramatów rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami każdego dnia? Ile łez wylanych? Ile dziecięcego niezrozumienia i samoobwiniania się z powodu sytuacji między rodzicami? Ile ofiar mobbingu, przemocy domowej, wykorzystania seksualnego podają statystyki oficjalnie? Ile pozostaje w cieniu? Jak im pomóc? Jak dać siłę do przerwania błędnego koła? Dziś mamy na to prawne narzędzia, lecz czy są umiejętnie wykorzystane? Pytanie, na które każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Nie bez znaczenia pozostaje również zastosowanie przeciwieństw wśród kobiet. Mira to Słowianka, kapłanka, wolna, niezależna, odważna, samodzielna, szczera, jednocząca się z naturą, bez zahamowań w stosunku do mężczyzn, traktująca się z nimi na równi. Z kolei Dobrawa to czeska księżniczka, praktykująca chrześcijanka, które z całego serca wierzyła w swego Boga i stosowała się do jego reguł. Była cicha, spokojna, spolegliwa, pokorna, powściągliwa, znała swoje miejsce na dworze i w hierarchii, nie wychodziła przed szereg, wiele swych myśli ukrywała przed światem dookolnym, szła trasą wyznaczoną przez ojca i męża. Dopiero później pokazała swój charakter, pozwoliła opaść masce i wyzwoliła swoją energię. Małżeństwo wykrzesało w niej ogień. Dwie kobiety po dwóch stronach szali, inne charaktery, innej wiary, innych zasad, ale jednak łączyła je miłość do władcy Polan i wejrzenie na dobro poddanych, nade wszystko. Tym samym autorka udowodniła, że wspólne cele mogą jednoczyć osoby o kompletnie odmiennych wartościach. Wróg może stać się sprzymierzeńcem. 

W powieści Kassala podkreśla znaczenie kobiecości, jej unikatowej formy dla przyrody i życia w ogóle. Siłą płci żeńskiej jest niesienie i wychwalanie miłości pod każdą postacią bez względu na status społeczny czy wyznawaną wiarę. Jedność, wzajemna pomoc, nić porozumienia. Doskonale widać to na przykładzie funkcjonowania Chramu. Strażniczki czuwają nad stróżkami, uczą je i przygotowują do życia, szkolą, dają cenne wskazówki. Czuwają również nad kobietami z podległych sobie ziem, stając w ich obronie, gdy te o nią poproszą. Tak jak w poprzednich książkach istnieje kobiece miejsce mocy, miejsce odosobnione, gdzie mężczyźni na co dzień nie przebywają. Pisarka opowiada o kobiecym, boskim aspekcie, podkreślając fakt jedności we wszystkich wierzeniach, o dwoistości natury bogów.

"Czas bogini" jest osadzony w kraju Polan, za czasów gdy na nasze ziemie zaczęły przenikać idee chrześcijaństwa. Autorka świetnie ukazała zasady tej wiary, zachowania jej wyznawców na przykładzie Czechów czy Niemców. Pokazała świat oczami Jordana, który podporządkował swoje życie Bogu i żył w zgodzie z jego regułami, i to było niezwykłe doświadczenie. Ukazała również perspektywę Bolesława Okrutnego, jego postrzeganie kwestii grzeszenia i wybaczania, gdzie w drogę wchodzi podwójna moralność, charakterystyczna dla tych, którzy opacznie rozumieją podstawy chrześcijaństwa, dostosowując je do swoich potrzeb. Z jednej strony skromność w zachowaniu i prezentowaniu się, z drugiej – kosztowne kościoły, złoto i drogocenne dary dla Watykanu na spełnienie próśb o koronację oraz danina na rzecz państwa kościelnego. Dobry przykład na skorumpowanie tej instytucji podała Mlada, siostra Dobrawy, tłumacząc jej, że bez znajomości, darów i „wiedzy” niewiele się tam ugra. Ta powieść naprawdę dobrze pokazuje te wszystkie niuanse. 

   Jak Słowiańszczyzna to i wiara słowiańska, politeistyczna. Przedstawiono m.in. Noc Kupały i Dziady jesienne w uogólnionym zarysie, dając posmak świąt obchodzonych przez naszych przodków. Wspomniano również o tradycji malowania jaj podczas Jarych Godów czy topienia Marzanny. Poruszono temat Gniezna i jego religijnego znaczenia, umiejscowienia chramu, na który mogą wskazywać wykopaliska archeologiczne. Przedstawiono część bóstw, z czego szczególnie zapadła mi w pamięć wizja Ragany o Welesie. Kwestią kontrowersyjną są dla mnie słowa Miry: "Wszystkie boginie, bez względu na to, jak każdą z nich nazywamy, są jedną Boginią, a wszyscy bogowie są jednym Bogiem" (s. 105). Nie zgadzam się z takim pojmowaniem bogów słowiańskich. Na Bliskim Wschodzie funkcje bóstw się przenikały, a i sami wyznawcy ich łączyli. Tam było to możliwe, jednak czy u nas również? Wydaje mi się, że nie, ale to tylko moje zdanie. Warto w tym zakresie zasięgnąć opinii współczesnych rodzimowierców. Sprawa podobnie ma się z troistością bogini. Wiadomo, powieść to fikcja literacka i autorka kreuje swój własny świat przedstawiony. Warto zaznaczyć, że idea owej jedności bogów dobrze wpisuje się w schemat wszystkich książek tej pisarki jako motyw przewodni i pod tym względem to pasuje. Zastanawiam się też nad pewnym słowem, a raczej jego znaczeniem religijnym. Świętosława "nie życzyła sobie, żeby pod jej dachem wymawiano którekolwiek z imion Złego" (s. 50). Kim jest ów Zły? W dalszym kontekście trąci to mocno chrześcijańskim diabłem. Skoro matka Mieszka była poganką, to idea szatana raczej nie była jej bliska duchowo. Co zatem autorka ma na myśli, wkładając takie słowa w usta jednej z poganek? W powieści pojawia się również motyw czerpania wiedzy od duchów za pomocą zespolenia się z nimi, tak, w sensie dosłownym i przenośnym (s.190). To łączenie cielesności z duchowością, choć może być odbierane jako naruszenie pewnego sacrum. Czy człowiek mógł stać się bogiem nawet przez chwilę i właśnie w ten sposób? Kolejną kwestią jest zapis imienia jednego ze słowiańskich bogów, tj. Świętowita u pisarki przemianowanego na Świętowida. Jedna literka, a całkiem sporo zmienia, biorąc pod uwagę miejsce jego kultu i porównując jego imię do imion innych bogów, np. Jarowita, Rujewita etc. Ponadto nie jestem w stanie przejść obojętnie obok kolejnego w twórczości autorki opisu bestialstwa nad zwierzętami. Doskonale zdaję sobie sprawę, że kiedyś ofiary z nich były na porządku dziennym, ale czy naprawdę trzeba opisywać to w ten sposób? Można wspomnieć, przejść dalej do głównego wątku. Wrażliwszym nie polecam fragmentu o szczennych suczkach, zwłaszcza jeśli ma się w domu psiego przyjaciela, za którym wskoczyłoby się w ogień.

   "Czas bogini" cechuje lekki i przyjemny styl, pełen barwnych i plastycznych opisów, dzięki czemu czytelnik ma okazję przenieść się w czasie i poznać kulisy funkcjonowania kraju Polan na najwyższym szczeblu, zapoznając się z rodzimą dynastią, ich tajemnicami, uczuciami i postrzeganiem świata. Ewa Kassala porusza w tej powieści trudne tematy jak gwałt, przemoc, szantaż, trudne codzienne wybory, nieumiejętność okazania swojemu dziecku miłości. Jednak w tym wszystkim rodzi się również miłość i nadzieja, które są lekarstwem na wszystko, które dają siłę na walkę z przeciwnościami losu. Ta powieść to prawdziwy książkowy wehikuł czasu. Autorka pokazała czytelnikom swoją wersję narodzin naszego kraju, a jednocześnie słowami utkała przepiękną materię o słowiańskiej kobiecości, ukazując światu jednocześnie jej delikatność i siłę. I w tym tkwi klucz do zrozumienia tej książki. Ona przede wszystkim opowiada o kobietach, które miały wpływ na czas przejścia pomiędzy dwoma religiami, słowiańską i chrześcijańską, między starym a nowym, by ta zmiana dokonała się powoli acz bezkrwawo i bezboleśnie. Krew z wizji nie byłaby dobrą wróżbą dla raczkującego państwa na arenie międzynarodowej koalicji chrześcijańskich krajów. Świat przedstawiony w tej powieści jest pełen barw, trudnych wyborów, konsekwencji swoich decyzji, ale nade wszystko miłości. To ona jest motorem napędowym bohaterów i to ona stanowi o sile postaci. Ona i tylko ona. Im ktoś ma jej więcej w sobie, tym więcej dobrego uczynić może. Dla przyszłej Polski był to czas przełomu. Tu udało się to uchwycić.

   To powieść przede wszystkim dla osób zainteresowanych historią Polski, życiem Mieszka I i przejściem między pogaństwem a chrześcijaństwem. Wizja autorki to jedna z możliwych dróg. Ciekawa. Osoby skupione przede wszystkim na wierzeniach słowiańskich mogą tu odnaleźć elementy obchodów Nocy Kupały i Dziadów jesiennych, co nieco o tryźnie, znaczeniu Gniezna. O samych bogach czy stworach raczej tu niewiele informacji. Mam wrażenie, że są tylko tłem dla głównej fabuły, ciekawostką, ozdobnikiem. To element, którego mi tu zabrakło, ale może kolejne tomy to nadrobią?


PS Dziękuję wydawnictwu Sonia Draga oraz autorce, Ewie Kassali za egzemplarz książki.

sobota, 13 sierpnia 2022

143) "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego

  Rynek wydawniczy powoli wypełnia kolejne nisze nowymi tytułami, co dotyczy m.in. szeroko pojętej słowiańskości. Można spotkać książki naukowe, powieści, komiksy, różne poradniki inspirowane dziedzictwem kulturowym etc. Jednak czy w tym wszystkim udało się Wam spotkać publikacje dotyczące sfery czysto duchowej rodzimej wiary współczesnej? Ile z nich jest wiarygodnych? Ile może stanowić wskazówkę dla osób poszukujących swojej drogi, chcących wyłamać się ze schematu obecnie kultywowanego w naszym kraju?

   Przeglądając zasoby internetu, trafiłam na książkę Rafała Merskiego pt. "Modlitwy słowiańskie". Znając wcześniejsze utwory tego autora, zastanawiałam się czy są one bardziej ogólnikowe czy bardziej szczegółowe i dopracowane od tych pozostałych. Zaryzykowałam, zamówiłam i nie żałuję. Pozytywnie się zdziwiłam. Czemu?

  "Modlitwy słowiańskie" to obszerna publikacja podzielona na dwie części. Pierwsza szczegółowo omawia rodzaje, rolę i znaczenie modlitwy w słowiańskim społeczeństwie, również w kontekście mitologiczno-obrzędowym. Zawiera też całe bogactwo przytoczonych modlitw i zaśpiewek z sąsiednich obszarów. Jest to swego rodzaju niezwykłe doświadczenie, ponieważ ich echa pobrzmiewają do dziś w niektórych regionach, mając przełożenie na codzienne sytuacje i zachowania. Czasem to tylko przysłowie, czasem element tradycji skryty pod chrześcijańskim płaszczem, który zakrył dawne, pogańskie wierzenia. Ma to miejsce nie tylko w przypadku świąt i obrzędów, ale nawet w osobowościach świętych, np. św. Mikołaj to Weles, Eliasz to Perun etc. Wystarczy prześledzić zapisy etnograficzne, by uzmysłowić sobie, że święci chrześcijańscy charakteryzują się tymi samymi cechami, co bogowie Słowian. Nie warto zamykać się na nowe, trzeba pozostać otwartym, nie pozwolić wtłoczyć swego umysłu w ramy schematu i prostych archetypów. Często korzenie sięgają głębiej niż myślimy, a obecnie panująca religia niechętnie przyznaje się do wchłonięcia pogańskich elementów w celu szybszego przekonania do siebie większej ilości osób. Jak nie mieczem, to podstępem. Ale do rzeczy. Pierwsza część to kopalnia wiedzy i mnóstwo wskazówek. Druga część to już zbiór współczesnych modlitw uszeregowana wg tego, komu są dedykowane, dzięki czemu łatwo odnaleźć konkretny utwór potrzebny w danej chwili.

  Ta publikacja jest przemyślana, świetnie ułożona i zredagowana, dobrze przygotowana merytorycznie, z bogactwem przypisów i ciekawą bibliografią. Język jest klarowny, przystępny, a jednocześnie przenikający głęboko do serca. Zasiewa ziarno, które pod wpływem Dadźboga może przynieść obfite plony. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Tę książkę czyta się szybko, wręcz pochłania.

   Ponadto warto zwrócić uwagę na ilustracje, które okraszają drugą część lektury. Przedstawiają głównie bogów. Są przepiękne, dopracowane, drobiazgowe, tchną prawdziwe słowiańskim duchem. Klimat nie do przecenienia. Twarda okładka gwarantuje, że książki się nie zniszczy mimo wielokrotnego użytku. To wydanie naprawdę zachwyca.

   Czy "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego są dla każdego? Prawdziwą radość z lektury będą czerpać osoby zainteresowane szeroko pojętą słowiańskością, duchowością naszych przodków, słowianofile, a chyba przede wszystkim rodzimowiercy. Uważam, że może ona pomóc obrać zagubionym nową drogę. Może gdzieś wśród przytoczonych modlitw do bogów, któryś z czytelników odnajdzie treści, których sam nie umiał ubrać w słowa?

Według mnie recenzowana lektura jest godna uwagi i zasługuje na szersze komentowanie, zwłaszcza w gronie rodzimowierców z różnych stron Polski, co mogłoby skutkować jakąś konferencją lub zbiorową publikacją w tym zakresie. "Modlitwy słowiańskie" wypełniają pewną lukę w słowiańskiej niszy, ale to dopiero początek. Warto, by inni dorzucili swoją cegiełkę w tym temacie.

sobota, 6 sierpnia 2022

142) "Wanda" Witolda Jabłońskiego

   Legendy o państwie polskim, te, które budują nasze wspólne korzenie, te na których wychowały się pokolenia, zjednoczone wokół wspólnego języka, kultury i historii, a nade wszystko wartości, legendy, które są wciąż żywe i przekazywane z ust do ust, by pamięć o nich nie ustała. 

   Jedną z nich jest powieść o Wandzie, co Niemca nie chciała i śmierć w wodzie wolała. Wersji tegoż powstało już wiele, a mimo to wciąż stanowi źródło inspiracji. Owa kobieca postać tchnęła w Witoldzie Jabłońskim wenę do stworzenia własnej wersji mitu o Wandzie i jej rodzinie.

   "Wanda" to zwieńczenie trylogii słowiańskiej o Polsce przedhistorycznej z czasów legend o Piaście Kołodzieju i Złym Popielu, którego myszy miały skonsumować. To historia o zjednoczeniu kraju Polan i Wiślan, Gniezna i Krakowa, które stawiają zacięty opór przed cesarstwem niemieckim i Wielką Morawą ze Świętopełkiem na czele. Opowiada o czasach, gdy nasi ojcowie wierzyli w starych bogów, a demony były stałym towarzyszem ludzkiej codzienności. Mówi o tym, że czasem sięgano rady sił wyższych i pomocy, by utrzymać niepodległość. Poświęcano pewne rzeczy, a nawet życie w imię pewnych celów. Jak się wówczas egzystowało? Co było fundamentem społeczności? Kto je scalał? Komu oddawano cześć? Czym gardzono? Jakie niebezpieczeństwa czyhały za rogiem? Kim była, tak naprawdę, tytułowa Wanda?

   Główną bohaterką jest potomkini wodnych Wiślan. Za młodych lat silna, bystra, uparta i nieustępliwa, pełna wigoru, pomysłowości, pragnąca bronić swoich ludzi przed złem. W tej książce jest już trochę starsza, niby powinna być dojrzalsza i bardziej rozważna, ale wydaje mi się naiwniejsza, zbyt pewna siebie, dająca się podejść i zaskoczyć niczym nastolatka. Działa tak jakby nie była sobą, coś ją rozprasza, powoduje wolniejsze odruchy. Należy jej oddać przywiązanie do rodziny, bycie honorową i poświęcenie dla ojczyzny.

   Tytuł wskazuje Wandę, ale powieść tak naprawdę toczy się wokół następcy tronu, Ziemowita, który musi stawić czoła licznym przeszkodom i przygodom, by osiągnąć swój cel. To dobry kamrat, odważny, szczery i oddany przyjaciel, ale jeszcze niegotowy na swoją rolę życia. Kimże by był bez bliskich, którzy bez ustanku chronili go i wspierali? Kto naprostowywał jego lekkomyślne pomysły i ratował z opresji?

   W tle przewija się Rzepicha i Piast, których znamy już z wcześniejszej części. Ich zachowania mogą zaskakiwać, zwłaszcza matka Ziemka. Kobieta przewrotną i podstępną bywa. Ciekawa kreacja. Podobnie rzecz ma się z przyjacielem młodego Piastowica, Jaśkiem. Wzbudza największą sympatię i jest jedną z najbardziej autentycznych postaci pod względem charakteru, zachowania i reakcji na różne sytuacje.

   Najbardziej irytującą postacią jest Własta. Niestety, ale nie jestem w stanie jej zdzierżyć. Rozchwianie emocjonalne, toksyczna, pełna sprzeczności, niewzbudzająca zaufania ani szacunku. Nawet znając jej przeszłość, nie idzie jej w żaden sposób usprawiedliwić. 

   Akcja powieści jest przewidywalna, co chwilę zdradza ją narrator, uprzedzając fakty. Zastanawiam się nad tym zabiegiem, czy to ma wytłumaczyć fabułę czytelnikowi? Chyba nie w tym rzecz. Pewne elementy nie domykają się, np. przedstawienie pierwszego opisanego podopiecznego sługi Chorsa, po czym pozbycie się go, choć oczekiwałoby się wplecenia go w dalszą część powieści. Nie do końca rozumiem też działanie na własną szkodę owego sługi, który zamiast sprzyjać wyznawcom własnych bogów, lawiruje między obcymi potęgami, wystawiając własnych ludzi na szwank. 

   Prawdziwym rarytasem "Wandy" są słowa mistrza, jego niepowtarzalny styl, cudne opisy, wyczucie chwili, umiejętność wyczarowania klimatu ówczesnych czasów w wyobraźni czytelnika, lekkie pióro, mieszanie poezji i prozy w zrównoważonych proporcjach, dając wyborny posmak.

   W tej powieści uwielbiam kreację Baby Jagi, urok jej chatki, wolność na grzebiecie siwego rumaka, wspaniale ukazaną siłę przyjaźni i rodzinnych więzów, znaczenie zaufania, odmalowanie szczegółów życia, np. na dworze czy w taborze. Ukazany świat przedstawiony jest przebogaty, drobiazgowy, kryjący w cieniu jeszcze niejedną niespodziankę i tajemnicę.

   "Wanda" dotyka wielu ważnych spraw, m.in. przemocy wobec kobiet, ich niewolenia i wykorzystywania, traktowania wyłącznie przez pryzmat ciała. Przedstawia też problem manipulacji i tworzenia iluzji, by zło pokazywać jako dobro. Ukazuje jak łatwo budować pozory i jak trudno je przejrzeć, by dostrzec prawdziwą twarz wroga, jak przyjaciel może okazać się koszmarem. Gdzieś w tym tkwi kwestia zaufania, wśród bliskich i obcych, jak rozważnie należy do tego podchodzić, by nie stracić tego, co najcenniejsze. Ponadto pokazuje niuanse politycznych intryg, jak wiele znaczą drobne gesty i słowa, które łatwo przeoczyć, a mogą stać się ratunkiem, by wycofać się w odpowiednim momencie lub zabezpieczyć się przed katastrofą. Książka podkreśla też przynależność do danej kultury i identyfikowanie się z rodziną, poczucie odpowiedzialności za nią i rodaków.

  Z kwestii typowo słowiańskich można odnotować inspirację wspomnianymi już legendami. Pojawienie się Baby Jagi, górskiego węża, rusałek i wodników, odniesienia do pewnych rodzimych bogów. Warto zwrócić uwagę na skonfrontowanie chrześcijaństwa i wierzeń pogańskich, od obrzędowości, rytuałów po kapłanów i wiernych. Tu pewną ciekawostką może być pojawienie się wątku słowiańskiego obrządku chrześcijaństwa, który swe korzenie miał mieć u św. Metodego i Cyryla oraz na Wielkich Morawach. Nie bez znaczenia zostaje też pewne widzenie o przyszłości Polski i tłumaczenie decyzji Mieszka I.

   "Wanda" Witolda Jabłońskiego to powieść inspirowana jedną z najbardziej znanych legend, ukwiecona wyobraźnią autora, ciekawym pomysłem, ale nie do końca wykorzystanym potencjałem. Narrator zdradza zbyt wiele w nieodpowiednim momencie, niektóre zachowania kluczowych postaci irytują, fabuła doprasza się o rozbudowanie, jednak ta książka to bogaty świat przedstawiony, w który warto się zanurzyć, by zaczerpnąć oddechu słowiańskiego czaru wczesnego średniowiecza i niezwykłego stylu mistrza pióra. Przy tym należy docenić poruszone wątki i wplecione ciekawostki, które dla wielu mogą stać się wskazówką do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Z "Wandą" warto się zapoznać, dać jej szansę na bliższe zapoznanie się. Kto wie, może spośród kart wyłoni się Baba Jaga i ugości Was jakimś dobrym napitkiem i sutą strawą niczym strudzonych wędrowców? Warto spróbować :)