Recenzje tematycznie

niedziela, 16 maja 2021

93) Zwierzęta w naszym życiu, czyli "Pies to też ktoś" Piotra Kordy

 
 Są książki, które zapadają w pamięć, mimo lat i zatarcia szczegółów, gdzieś tam w środku wywołują ciepłe wspomnienia. Jedną z takich lektur jest dla mnie "Rudogrzywa, córka Wadery" Piotra Kordy. Pamiętam piękną wilczycę i jej rodzinę, chyba z epoki neolitu. Historia i przyroda. Miałam może z dziesięć lub jedenaście lat. Znalazłam ją wśród zbiorów mamy, wciąż jest na regale, na honorowym miejscu. Pochłonął mnie tamtejszy świat i styl autora. Postanowiłam zmierzyć się ze wspomnieniem, wynajdując w jednym z antykwariatów internetowych "Pies to też ktoś" tegoż autora.

   Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to zbiór drobnych opowiadań, które przedstawiają relacje człowiek - zwierzę, ludzkie spojrzenie na ich świat, ich znaczenie na świecie. Ta niepozorna książeczka udowadnia, że zwierzęta są najlepszymi przyjaciółmi człowieka i lekarstwem na samotność na starość, nadają sens życiu, radość każdej chwili. Z drugiej strony autor ukazuje bezmyślność naszego gatunku, głupotę bez granic i okrucieństwo, gdy te wspaniałe stworzenia traktuje się przedmiotowo, krzywdząc je, nie zapewniając im bezpieczeństwa i lekceważąc ich potrzeby.

   Opowiadania zostały napisane uroczym, prostym i lekkim piórem, przekazując obrazowo treść i znaczenie. Bez zbędnych upiększaczy. Tak, aby wydobyć głębię z psich zachowań, spostrzeżeń ich ludzkich towarzyszy. Proste, nieprzekombinowane, ale naprawdę dobre. Przykuwa uwagę i zostaje w pamięci. Jak wspomnienie ciepłego, letniego deszczu i ostrzeżenie rodzicielki, by się nie przeziębić.

  Piotr Korda jako weterynarz i hodowca zwierząt interesował się zoopsychologią, co widać w tym krótkim zbiorze. Miał łatwość przełożenia swojej wiedzy na bardziej przystępny sposób.

   W pamięci najbardziej utkwiło mi to tytułowe opowiadanie, podkreślające, że pies to też ktoś, że powinien mieć prawo dziedziczyć i być traktowany przez prawo na równi z człowiekiem. Czemu? Dlatego, że psica (wg bohatera suka to pejoratywne określenie) opiekowała się swoim człowiekiem, gdy niedomagał pilnowała dobytku, ogrzewała zimą, dawała całą siebie. Dla Wiktora, prostego człowieka, było nie do pomyślenia, by ktoś inny mógł odziedziczyć jego dobra. W końcu to jego jedyna rodzina, jaka mu została. To pokazuje jakim szacunkiem ją darzył, jak bardzo ją kochał i się o nią troszczył. Tak właśnie powinna wyglądać relacja człowieka ze zwierzęciem. Pełna ciepła, troski, owego szacunku i zaufania, bo to istota, która myśli i czuje.

   Zbiór opowiadań Piotra Kordy "Pies to też ktoś" porusza w lekki sposób ważne tematy i problemy. Autor jako znawca owego zagadnienia przekazał go w sposób zapadający w pamięć i w sercu dla tych, którym los naszych mniejszych braci nie jest obojętny. Piękny, wzrusza. Właśnie taka powinna być historia o zwierzakach!

   Polecam z całego serca!

PS Wspomnienie z dzieciństwa potwierdziło się. Zatem powinnam sięgnąć po pozostałe tytuły tegoż autora. Nowa ścieżka czytelnicza odkryta ;)


Ważny cytat do przemyślenia...

niedziela, 2 maja 2021

92) "Bajarz z Marrakeszu" - Joydeep Roy-Bhattacharya

   Czy kusi Was atmosfera z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy? Czy kiedykolwiek zaczarowała Was opowieść o Alladynie i dżinie? Czy lubicie arabskie bajania i hipnotyzującą moc opowieści z przeszłości? Z czym Wam kojarzy się smak miętowej herbaty? Czy ożywia Wasz umysł czy usypia czujność? Jak daleko dajecie się poznać narratorowi oraz czy Wasza wyobraźnia ma granice? Czy dajecie się porwać w podróż w nieznane i pozwalacie, by książki Was oprowadzały po świecie? Czy analizujecie każdy krok, czy jednak czasem przymykacie na to oko i w wolnym czasie stajecie się być bardziej spontaniczni, wolni? Jeśli na którekolwiek z początkowych pytań odpowiedzieliście twierdząco to "Bajarz z Marrakeszu" będzie książką dla Was.

   Joydeep Roy-Bhattacharya to pochodzący z Indii filozof, politolog i specjalista od stosunków międzynarodowych, którego kultura arabska zainspirowała i porwała rwącym strumieniem w głąb swej historii, by odkryć przed nim swe tajniki, by on mógł nimi czarować ludzkość. "Bajarz z Marrakeszu" jest jego drugą książką ukazującą świat muzułmański z jego tradycjami o wręcz starożytnym rodowodzie.

  Wspominam o tej starożytności, ale może powinnam użyć słowa odwiecznej, prehistorycznej, biorąc pod uwagę, że bajanie jest nieodłączną cechą każdej kultury, każdego pokolenia, które pragnie łączyć przeszłość i przyszłość. Jak inaczej nazwać malowane historie w jaskiniach ludów prehistorycznych dot. m.in. polowań, prób utrwalenia własnego istnienia? W każdym plemieniu, społeczeństwie była przynajmniej jedna osoba strzegąca pamięci przodków. Tradycja ustna w końcu przemieniła się w pisemną, ale owo bajanie nigdy nie zaniknęło. Ludzie po ciężkim dniu pracy zawsze wysłuchiwali dobrej opowieści na dobranoc, by móc nieco oderwać się od codzienności. W ten oto nieco starodawny sposób strażnicy pamięci przeszłości zamieniali się w bajarzy, trubadurów, dających pofolgować swojej fantazji. Przechodząc do meritum, czemu tyle o bajaniu mówię? Głównym bohaterem i narratorem książki jest tytułowy bajarz z Marrakeszu, który rozsiadając się na placu Dżama al-Fna, co noc opowiada niezwykłe historie. Miesza prawdę z fikcją, inspiruje się wszystkim, co go otacza, korzysta z powieści swoich przodków, tworzy nowe, uważnie obserwuje i kreatywnie opisuje świat, tworząc swoistą magię słowa, która hipnotyzuje i przyciąga słuchaczy bez względu na wiek czy pochodzenie. Jak? Plastycznością opisu i poetyckim językiem, niebanalnymi uwagami i frazesami, które można wykorzystać w życiu jako wskazówki w trudnych sytuacjach.

   Czas i miejsce książki to czasy nam współczesne, Marrakesz, a właściwie to jedna noc, podczas której trwa sesja bajania Hasana. Niezwykłość całej sytuacji polega na tym, że bohaterami swej powieści czyni dwójkę cudzoziemców, którzy kilka lat wcześniej zaginęli, a każdy słuchacz może aktywnie przyłączyć się do opowieści, dokładając swoją cegiełkę i przekazać swoje wspomnienia o tychże małżonkach. Hasan jako narrator łączy owe strzępki w jedno w nienachalny sposób, dając szansę każdemu rozmówcy. Ta historia tworzy się sama, jest żywa, a jej postacie żyją swoim życiem w pamięci ludzi. Każda relacja dodaje nowy szczegół, który może rozwikłać zagadkę niepojętą nawet dla policji.

   Wątek zaginionej pary jest tylko przyczynkiem do ukazania kultury tamtejszego rejonu. Jako czytelnicy mamy wgląd również w życie prywatne i zawodowe opowiadaczy, reguły jakie panują w ich domach, kto stanowi głowę rodziny, w jaki sposób wychowuje się dzieci, jak przyucza się do rodzinnego zawodu, jak traktuje się odejście od tradycji, jakie podejście mają Arabowie wobec kobiet, jak reagują na cudzoziemki i ich sposób bycia.

   Świat przedstawiony jest bogaty, mimo niewielkiej objętości książki i stosunkowo jednostajnej akcji. Język narratora czaruje i wciąga jak przystało na arabskiego bajarza, choć moim skromnym zdaniem lekturę należy sobie dawkować, bo sporo tu smutnych wniosków, co w  rezultacie daje cierpki posmak i pozostawia nas z nutą zgorzknienia. Nie jest to lektura łatwa, bo wymagająca, skłania do refleksji i na długo pozostaje w pamięci. 

   Książkę mogę polecić koneserom orientalnych klimatów, wymagających od lektury czegoś więcej niż czystej rozrywki. Tu nie ma słodyczy, tu życie pozostawia cierpki smak, ukazując swoje ciemne i mroczne oblicze. To powieść dobra na długie, zimowe wieczory, by blask ognia z hasanowego ogniska i podmuch z pustyni nas nieco rozgrzał, ale i uwrażliwił na to, co pozostaje poza naszą sferą komfortu. 

niedziela, 25 kwietnia 2021

91) Inspiracje historią... czyli "Połączeni" Colleen Houck (tom trzeci "Strażników Gwiazd")

   Żyć, być, kochać... Egipt ma tyle odcieni historii, barw ukrytych wśród mitów i podań, skrzących się w hieroglifach, czarujących swą tajemnicą każdego, kto się nad nimi pochyli... Egipt, kraj skrajności, biedy i bogactwa, miejsce połączenia przeszłości i przyszłości, gdzie duchy minionych dni przyglądają się biegowi codziennego życia, choć czy ono aż tak bardzo się zmieniło przez te kilka tysięcy lat, nie wliczając w to współczesnych gadżetów? Rolnictwo, rzemiosło, sztuka - wciąż te same procesy wykonywane przez ludzi, by przeżyć, zaistnieć, pozostawić po sobie jakiś ślad. 

   "Połączeni" to trzeci tom cyklu "Strażnicy Gwiazd" Colleen Houck, opowiadający o przygodach młodej Amerykanki, Lily Young, wplątanej w aferę walki o przetrwanie świata, gdzie egipscy bogowie okazują się prawdziwi, a ich działania mają realny wpływ na świat ludzi.

   Ta powieść rozpoczyna się od amnezji głównej bohaterki na temat ostatnich nadprzyrodzonych wydarzeń, których mimo interwencji swojej babci, archeologa Hassana i dwóch przyjaciółek, lwicy i wróżki, kompletnie nic nie pamięta. Jej świat to roztrzaskane puzzle, których jeszcze nie potrafi ułożyć. Brakuje jej pewnych składowych elementów, bez których reszta pozostaje niezrozumiała. Musi wierzyć na słowo, choć to trudne. Mija dzień za dniem, gdy nieoczekiwania wizyta zmienia wszystko, a dziewczyna staje na progu przygody, która całkowicie odmienia jej los.

   Jest to młodzieżowa fantastyka zainspirowana historią, nie tylko Egiptu, choć wątków z nim związanych jest całkiem sporo. Zatem czas przymknąć oko na pewne nadużycia, takie prawo fikcji literackiej i cieszyć się fabułą (choć nie przychodzi mi to łatwo).

   Główne bohaterki, czyli Lily, Tia i Asleigh nieco dojrzały, stały się bardziej świadome siebie i swoich mocy, ucząc się na swoich błędach, czerpiąc naukę od mądrzejszych, wsłuchując się w otoczenie, nasłuchując melodii świata. Czasem ponosi je brawura, może zauroczenie mocą, może impuls. Są sympatyczne, znają wartość przyjaźni i miłości, walczą do końca i się nie poddają, gotowe do poświęceń w imię wyższego dobra, ceniące ponad siebie dobro ogółu, lojalne i pełne wewnętrznego ciepła, choć nieco zagubione. Mimo wszystko dla mnie nie do końca autentyczne, w czepku urodzone, ratowane z opresji przez książąt z bajki. Bardzo podobnie można określić Synów Egiptu. Może schemat przyporządkowania kobiety do mężczyzny (lub odwrotnie) ma podkreślić wątek yin i yang, udane dwie połówki, prawdziwą miłość? Może.

   "Połączeni" to nie tylko wątek miłosny, sześciokąt (bo jak inaczej w sumie to nazwać?). To historia o sile prawdziwej przyjaźni i miłości, przede wszystkim tej siostrzanej, trzech niespokrewnionych ze sobą istot, które zawsze się wspierają, rozumieją, a dla szczęścia pozostałych są w stanie zrezygnować z własnego. Walczą o świat, ale nie zapominają o sobie, nie popadają w samo zachwyt i pychę, pamiętają swoje początki. Jest też owa miłość między kobietą a mężczyzną, czy to między głównymi bohaterami, bogami, a tymi drugoplanowymi postaciami, często najeżona licznymi przeszkodami, ale dążąca do zjednoczenia we wspólnym szczęściu czy uśmiechu. Ta książka pozwala wierzyć, że marzenia mogą się spełnić, ale trzeba o nie walczyć, ciężko pracować na nie. Jednocześnie wskazuje ścieżkę jak się odnaleźć, wiarę w siebie i swoje umiejętności, jak nie dać się przeciwnościom losu.

   Sama fabuła jest naprawdę ciekawa, widać tu kreatywność autorki, jak chociażby wątek dwóch węży, światów pomiędzy, więzienie Seta etc. Akcja jest tu bardziej równomierna niż w drugim tomie. Dzięki temu wszystkie wątki są jasno zaakcentowane, klarownie łączą się, przeskakując z jednego na drugi, udzielając czytelnikowi odpowiedzi na rodzące się pytania na bieżąco. Sam styl pisarki uległ wyraźnej poprawie, zarówno w opisach, dialogach jak i jasności wypowiedzi.

   Po "Strażników Gwiazd" sięgnęłam tylko przez nawiązania do Egiptu. Mimo istotnych walorów literackich trzeciego tomu, ciekawej fabuły, intrygujących pomysłów, nie do końca przypasowały mi owe utarte schematy miłosne, nieco naiwne zachowania bohaterów. Nie odnalazłam tu tego, co by mnie przyciągnęło na dłużej. Warta przeczytania, na raz, choć przyznaję, że miłośnicy gatunku mogą się tu świetnie odnaleźć, bo powieść ma wszystkie pożądane elementy.

   Cóż więcej rzec? Tak jak bardzo kocham starożytny Egipt i jego historię, tak więcej nie wyruszę w podróż z Lily i Amonem. Nie czuję ich świata, ich bogowie nie są tymi, których już poznałam, ich piaski pustyni, ich Nil nie są tymi, które mnie urzekły. Egipt ma wiele odcieni i historii, ta Colleen Houck nie jest tą, z którą mi po drodze. Jestem już za stara na takie bajki, z takimi schematami, zbyt wiele wiem i wymagam od powieści o tej cywilizacji. Niestety, choć wierzę, że dla wielu "Strażnicy Gwiazd" mogą stać się początkiem pięknej przygody z literaturą zainspirowaną przeszłością. 

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

90) O wąpierzach futurystycznie... "Dzieci Nocy" Witolda Jabłońskiego

 

  Przyszłość to jedna wielka zagadka. Nikt z nas nie wie, co czeka ludzkość w najbliższym dziesięcioleciu, a co dopiero za kilka stuleci. Oczywiście są pewne analizy, przewidywania, ale tak naprawdę to nic więcej. Nie ma stu procentowej pewności. Zagadka pozostaje. Stanowi to idealne tło dla literatury. Fantazja autora nie jest ograniczona żadnymi granicami czy stereotypami. Pisarz może popłynąć na całego.

  Powieść tego typu stworzył jeden z moich ulubionych autorów, Witold Jabłoński. Do tej pory znałam go z książek tematycznie oscylujących wokół historii. "Dzieci Nocy", bo to o nich mowa, są dla mnie swoistą niespodzianką. Zostały wydane w 2001r. nakładem wydawnictwa SuperNowa. Moim zdaniem to powieść futurystyczna, osadzona w XXV wieku, której główna akcja toczy się na terenie Europy. Do gatunku dołożyłabym jeszcze urban fantasy ze słowiańskim sznytem. 

   Powieść skupia się na przygodach petersburskiego detektywa Azimowa, którego celem jest odnalezienie pewnej zaginionej osoby.  Kola musi wyrwać się ze swojej bezpiecznej oazy i ruszyć w świat, sam jak palec, by zrealizować powierzone mu zadanie. Jak się z tego wywiąże? Kogo spotka po drodze? Jakie tajemnice pozna? Przy okazji zostaje wplątany w sam środek międzynarodowych porachunków politycznych Dzieci Nocy, które rządzą światem. Kim one są? Tak, wampirami, które gardzą zwykłymi ludźmi, choć razem z nimi współegzystują na ziemi.

   Niezwykła atmosfera tej powieści polega na wymieszaniu różnych elementów w odpowiednich proporcjach. Garść przyszłości, szczypta słowiańskości, trochę kryminału, łyżka ironii z odrobiną niebanalnych pomysłów. Co pod tym rozumiem?

   Ujęcie rządów i sytuacji politycznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Te wszystkie machlojki ciemnej strony mocy. Nadużywanie władzy. Sterowanie i manipulowanie potrzebami słabszych poprzez dobór odpowiedniej strategii psychologicznej. Rozrywki możnych a klasy niższej. Chęć upodobnienia się do Dzieci Nocy, przechodzenie transformacji, zmiana trybu życia i przyzwyczajeń. Poświęcenie własnego "ja" w imię wyższej ideologii. Dążenie do zgubnej doskonałości. Gra pozorów. Uwodzenie piękną otoczką z gnijącym wnętrzem. Świat priorytetów wywrócony do góry nogami. Właśnie tak jawi się zakątek naszego globu w XXV wieku. Nieco przerażające, ale myślę, że już dziś widoczne w niektórych sferach życia.

   Pod pojęciem kryminału mieszczą się owe poszukiwania i przygody w "drodze do celu" Azimowa. Detektyw ma ich całkiem sporo, zgrabnie ujętych na dwustu stronach, ciekawych i zaskakujących z pewnymi wskazówkami w międzyczasie od autora. Zagadki, "przypadkowe" spotkania, zdobycze nowoczesnej technologii. Przy tym sporo krwi i trochę przemocy od płci obojga (pod tym względem pisarz pilnuje równowagi). 

   Ironią zaprawiona jest cała fabuła, konstrukcja postaci, narracja i opisy. Cudowne łączenie postrzegania przeszłości z przyszłością, czyli XIX czy XX wiek w ramach zamierzchłej starożytności, odległej epoki, gdy świat  przedstawiony dopiero się kreował w umysłach wielkich przedstawicieli Dzieci Nocy. Autor ma świetne wyczucie z rzucaniem owej ironii, doprawiając nią tekst tak by smakował czytelnikowi z tym charakterystycznym dla niego pazurem, a raz go posmakowawszy, szukać co krok, co stronę i zbierać w pamięci jako najlepszą odtrutkę na codzienność, by zbudzić samodzielne myślenie i zdrowy rozsądek. 

   I ach, ta słowiańskość! Tu Witold Jabłoński pokazał w całej krasie na co go stać i do czego się przymierzał w kolejnych latach. Po prostu cud, miód i orzeszki. Oczywiście najważniejsze są wampiry, występujące tu też pod nazwą wąpierzy, strzyg, zmór oraz... tiomników. Polska, Rosja, Rumunia aż się od nich roją. A wszystko miało swój początek od niejakiego Zoltara. Powieść krok po kroku ujawnia ich mroczne sekrety, od codziennych zwyczajów poczynając, a kończąc na luksusowych zabawach wybrańców losu i ich wygórowanych ambicjach. Mamy Adama Jarowita (jakże trafne nazwisko), Borutę Twardowskiego (we własnej osobie), wampira na... tronie w Krakowie (ale tu już nie zdradzę nic więcej, bo zepsułabym lekturę; autor bardzo pozytywnie zaskoczył mnie tym pomysłem). Pojawiają się tiomniki naczelne i pomniejsze. Potrafią funkcjonować w warunkach, które za Draculi były nie do pomyślenia. Przyciągają jak magnes, choć są niebezpieczne jak żmija, ukąszą nie wiadomo kiedy i z której strony i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Słowiańskość to nie tylko wąpierze. To również wilkołaki, żądne krwi i pomsty za swój los, przebiegłe i sprytne. Wyborna dawka futurystycznej słowiańskości z fantastycznym rytem.

   Autor to znawca i miłośnik kultur starożytnych, używa i ich naleciałości w tej książce. Pozwolę sobie na wspomnienie tych mi najbliższych. Pojawiają się nawiązania do Ozyrysa i Izydy w kontekście zmartwychwstania (a być może i spłodzenia Horusa), niebezpiecznej lwiogłowej Sachmet jako bogini nasyłającej choroby i uzdrawiającej z nich. Jest nawet miejsce dla sekty bazującej na kulturze starożytnego Egiptu z Wielkim Koftą na czele, który co miasto zmienia tożsamość. Ważną rolę odgrywają dwie kobiece postacie, powiązane z kulturą rzymską, Selene i Hekate. 

   Witold Jabłoński jest obdarzony darem, dzięki któremu potrafi uważnie obserwować świat i przekuwać to na fikcję literacką z charakterystycznym dla siebie sznytem. Pod wielobarwną powłoką tkwią głębokie treści, które każdy czytelnik może zinterpretować po swojemu. Autor nie narzuca swoich poglądów, przedstawia zawsze kilka perspektyw  wg swoich bohaterów, nadając tym samym swemu dziełu autentyczności. Postacie są rozbudowane psychologicznie, z każdym rozdziałem dochodzą nowe szczegóły pozwalające je lepiej zrozumieć. Pisarz daje tylko wskazówki, nie podając wszystkiego na tacy. Zmusza do myślenia i logicznego wiązania faktów. W "Dzieciach Nocy" przedstawia futurystyczną wizję fantastycznego świata, która ma swoje podłoże we współczesnym nam świecie i niebezpiecznie zbliża się do owego kastowego podziału ludzi, który może grozić cofnięciem cywilizacyjnym w równouprawnieniu prawnym, społecznym i ekonomicznym. Przy okazji pojawiają się nawiązania do korzeni europejskiej kultury i swojskiej słowiańskości, które tylko ubarwiają powieść.

   Uważam, że lektura "Dzieci Nocy" Witolda Jabłońskiego to nie tylko rozrywka, ale i nauka związków przyczynowo-skutkowych, która powinna zmusić do głębszej refleksji nad sobą, swoim jestestwem, co jest dla nas najważniejsze oraz otoczeniem i wzajemnym oddziaływaniem. Ponadto warto poznać tego autora i w takim wydaniu. Polecam z czystym sumieniem.

niedziela, 28 marca 2021

89) O wilkach mowa będzie, czyli "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa

    Zwierzęta są nieodłącznym elementem naszego środowiska. Każde z nich jest niezwykłe, wspaniałe i wyjątkowe na swój sposób. Każde odgrywa ważną rolę w ekosystemie. Jedne żyją w pobliżu ludzi, inne w dzikich ostępach przyrody, korzystając z wolności. Literatury o nich jest naprawdę sporo na rynku wydawniczym, od typowo naukowych po powieści. Co kto lubi, od wyboru do koloru.

   Moją słabością są wilki. Dzikie, nieujarzmione, chodzące swoimi drogami, bardzo rodzinne i terytorialne, bystre i bardzo inteligentne. Na przykładzie parku Yellowstone widać jak ich powrót do tamtejszego ekosystemu pozytywnie wpłynął na całe środowisko, one naturalnie uregulowały liczebność roślinożerców (należy zaznaczyć, że wilki głównie polują na starsze, schorowane lub samotne osobniki), co pozwoliło florze na odbudowę swego królestwa. Pojawiły się nowe gatunki fauny. Wilki przywróciły równowagę. O tej ich roli nieraz wspomina polski filmowiec przyrody i miłośnik lasu Marcin Kostrzyński. 

  Parę miesięcy temu w poznańskim Arsenale na Starym Rynku natknęłam się na książkę Nicka Jansa pt. "Wilk zwany Romeo". Na okładce widnieje krajobraz rodem z Alaski i czarnym wilkiem. Opis od wydawcy Marginesy również przykuwa uwagę. Obiecuje historię o pewnym starszym psim bracie, który zjawił się w latach 2000 w pobliżu lodowca Mendenhalla i miasta Juneau. Wilk był sam, być może szukał swojej watahy albo nowego terytorium. Niby nic dziwnego, a jednak. Basior zaczął towarzyszyć ludziom, a raczej ich psom w codziennych zabawach i spacerach. Był łagodny i cierpliwy. Jak do tego doszło? Ile lat Romeo towarzyszył mieszkańcom Juneau?

   Nick Jans na prawie 350 stronach opowiedział czytelnikom historię niezwykłego czarnego wilka o wyjątkowym charakterze, który niejeden raz udowodnił jak bardzo był inteligentny, jak doskonale rozróżniał ludzi i psy, dzieląc ich na tych przyjaznych i tych, których lepiej unikać. Romeo to przykład, jakie są te zwierzęta, jak działają i jak się zachowują. Jednocześnie autor jako znawca przyrody na kartach książki przestrzega jak powinien zachowywać się człowiek w ich stosunku dla dobra tych stworzeń, by nie wzbudzać ich zbyt dużej poufałości, ponieważ niektórzy przedstawiciele naszego gatunku mogą to wykorzystać przeciw nim. Opowiada o bezmyślności rodziców i właścicieli psów, nie kontrolując swoich pociech czy pupili w kontakcie z dzikim zwierzęciem. Należy zaznaczyć, że wina najczęściej leży po stronie głupiego i bezmyślnego człowieka, ale cenę za to płaci niewinne zwierzę, które tylko się broni. Jans zdradza nie tylko szczegóły z życia Romea, ale i zwierząt z Alaski w ogóle, warunków i sposobów przetrwania, spotkań międzygatunkowych, a także o prawie i instytucjach, które powinny chronić dziką przyrodę, a najczęściej nabierają wody w usta i siedzą cicho aż nie zdarzy się tragedia.

   Romea pokochałam całym sercem. Dzięki tej książce mogłam choć trochę przybliżyć się do owego cudownego zwierzęcia, poznać nieco jego charakter, metody działania, reakcje na otoczenie, spróbować zrozumieć jego motywacje. Może psy były dla niego namiastką utraconej watahy, a niektórzy ludzie z czasem przyjaciółmi, jak to miało miejsce z Harrym? Czarny wilk z Juneau udowodnił, że zwierzęta mają uczucia, indywidualne cechy charakteru, osobowość i myślą logicznie.

   Niestety, owa historia nie kończy się happy endem. Mordercy Romea, znani z imienia i nazwiska to kłusownicy, którzy nie ponieśli odpowiedniej kary za swój czyn. Mimo dowodów zgromadzonych przez przyjaciół Romea, organy władzy część spraw zatuszowały, wyroki złagodziły oraz pozwoliły na dalsze niecne czyny tych oprawców, a zwierzętom nikt życia nie przywróci...

   Sprawa kłusownictwa, znęcania się nad zwierzętami, mordowania w bestialski sposób czy torturowania... serce krwawi na samą myśl. Prawo wciąż jest za mało surowe, nieegzekwowane. Ofiara cierpi, kat się śmieje. Zwierzęta czują i myślą tak samo jak ludzie. Moim zdaniem kara powinna być tylko jedna. Oko za oko, ząb za ząb. Kara grzywny czy kara więzienia w zawieszeniu etc. nie zmieni bestii. Może kolejny potwór zastanowiłby się kilka razy zanim dopuściłby się takiego czynu, bojąc się utraty własnego życia? Zwierzęta zabijają, by przetrwać, a ludzie dla przyjemności... i kto tu jest dziką bestią bez serca?

   "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa to obowiązkowa lektura dla każdego miłośnika przyrody ciekawego wilczego życia. To świat pełen emocji, barw, bogaty i nie do podrobienia. Pozwala lepiej zrozumieć faunę, ten niedostępny dla większości z nas świat. Otwiera oczy i uwrażliwia, przewartościowuje priorytety i każe zastanowić się nad tym kim są ludzie, ile krzywdy i chaosu wprowadzają w tym świecie. W imię czego? Własnego poczucia wyższości, narcyzmu? A wystarczy spojrzeć tylko w oczy zwierzaka i otworzyć się na empatię. One są takie jak my, mają swój język i kulturę, tylko my ich nie rozumiemy w swoim ograniczeniu. One w swojej mądrości i inteligencji próbują nas i nasz sztuczny świat zrozumieć i dostosować się. To my zabieramy im przestrzeń życiową, niszcząc co i jak się da. Wystarczy tylko przestać być egoistą i spojrzeć nieco dalej. Niech Romeo będzie przykładem, że ludzie i zwierzęta mogą razem egzystować. Wystarczy wzajemne zrozumienie i odpowiednie działanie.

niedziela, 21 marca 2021

88) Ana Veloso - "Zapach kwiatów kawy", czyli wyprawa do Ameryki Południowej

   Była kolonia portugalska, Brazylia, wyrosła na wielobarwne kulturowo państwo z niezwykłą mozaiką krajobrazów i narodowości. Prawdziwy tygiel wywodzący się z czasów kolumbijskich, gdy do obu Ameryk zaczęto ściągać całe rzesze niewolników z Afryki. Coś, co przyniosło światu wiele cierpienia, ale i przyczyniło się do powstania kultury latino.

   Ana Veloso w "Zapachu kwiatów kawy" przenosi nas do XIX w., do Brazylii w okolice doliny Paraiby i Rio de Janeiro. Świat poznajemy poprzez obserwacje bogatych panów i niewolników. Te różnorodne perspektywy stanowią atut książki.

   Fabuła toczy się wokół życia Vitorii de Silva, najmłodszej córki fazenderów, czyli wielkich baronów kawowych, którzy zarabiali krocie na uprawie tejże rośliny, jak również na niewolnictwie. Cały ówczesny system opierał się na darmowej sile roboczej. Vita, dorastała na wsi, uczona szacunku do pracy, dobrze wychowana, doceniająca dobrą służbę, ale i surowa w osądach, gotowa do poświęceń w imię rodziny, sumiennie wypełniająca swoje obowiązki. Zbiór cnót, ale... pozory czasem mylą. Takie życie byłoby nudne, więc od czasu do czasu warto je urozmaicić tańcami, drobnym przyjęciem wśród znamienitych gości. Czasem z wielkiego miasta z wizytą wpadał Pedro de Silva ze znajomymi, m.in. żydowskim prawnikiem Aaronem, lekarzem Joanem i abolicjonistą Leonem Castro. To właśnie te odwiedziny miały odmienić los całej rodziny, ponieważ między Leonem a Vitą zrodziła się wątła nić porozumienia, pomimo istotnych różnić w światopoglądzie, pochodzeniu i sposobie życia. I tu zaczęła się właściwa historia, która już toczy się wedle schematu długo i szczęśliwie na końcu, lecz z wielkimi przebojami po drodze, by nie było za nudno.

   Sam zarys fabuły godny polecenia. Brazylia budząca się do decyzji o odrzuceniu niewolnictwa i dania wolności każdemu mieszkańcowi. Czytelnik ma możliwość obserwacji sposobu funkcjonowania fazend, traktowania niewolników, odmawiania im prawa do nauki (wiadomo, że ciemnotą łatwiej manipulować), pomiatania nimi i braku szacunku wobec ich ciężkiej pracy. Widać powolny upadek moralny kolonizatorów i ich potomków, stopniowe popadanie w pułapki bogactwa jak: alkoholizm i hazard. Upadek latyfundiów kawowych wymusza nowy sposób radzenia sobie z rzeczywistością całej rzeszy społeczeństwa. Zmienia się cały krajobraz Brazylii po uwolnieniu mas. Wsie pustoszeją i niszczeją, a miasta przeżywają oblężenie i stają się niebezpieczne po zmroku.

   Jak już wspomniałam, świat obserwujemy oczami bogaczy i niewolników. Spośród bogaczy to przede wszystkim Vita i jej matka Alma oraz brat Pedro. Kobiety z wyższych sfer miały zarządzać domem, być dobrze wychowane i umieć poruszać się w towarzystwie, będąc ozdobą dla swego męża. Mimo wolności, pieniędzy i pozycji tak naprawdę miały ograniczony wybór, tj. mąż, klasztor lub staropanieństwo na łasce rodziny. Silne i samodzielne jednostki istniały, ale ciągle spotykały się z problemami i uprzedzeniami. Nie oszczędziło to nawet Vity. Natomiast mężczyzna był zobowiązany do utrzymywania rodziny oraz pomnażania majątku. Miał wolność, co do wybory swej kariery zawodowej i rozwijania talentów. Nie ograniczało go nic poza finansami. A jak to było z niewolnikami? Głównym narratorem w tej kwestii stał się Felix, domowy służący de Silvów, niemowa, ale bardzo inteligentny. Dzięki pomocy pewnego człowieka nauczył się czytać i pisać, a koleje jego losu pokazały, że ciężką pracą można naprawdę wiele osiągnąć. Soavista, fazenda Vitorii, słynęła z dobrego i łagodnego traktowania niewolników, jak w przypadku Luizy czy Zelii. Jednakże Veloso wspomniała, że były to wyjątkowe sytuacje, bo większość białych panów źle obchodziła się ze "swoją darmową siłą roboczą", nie traktując ich jak ludzi, lecz jak przedmioty bez uczuć (np. rozdzielając rodziny, sprzedając ich w różne zakątki kraju). Pośrodku tego układu pojawił się Leon Castro. To właściciel fazendy, którą uprawiali wolni Murzyni. Sam głosił poglądy abolicjonistyczne, najpierw przedstawiając całą sprawę w Brazylii, a potem w USA i Europie. To jak walka z wiatrakami, ale możliwa do wygrania. Castro podczas swoich podróży zauważył pewien paradoks. Brytyjczycy potępiali niewolnictwo w Brazylii, ale nie widzieli niczego złego w tym, że ich rodacy we własnym kraju ciężko pracowali za grosze, nie mogąc wyżywić rodziny, snując się po ulicach miast, a malutkie dzieci wykorzystywano jako tanią siłę roboczą w kopalniach. Stary Kontynent nie stanowił dobrego wzoru. Czarno-biały świat nie istniał. Zawsze pojawiały się szarości i wyjątki. Podział na panów i niewolników był tylko umowny do czasu aż stary układ kolonizatorów się posypał. Siły się zmieniły, świat ewoluował, a ludzie musieli się dostosować. I to właśnie jest siłą napędową tej książki. Ona obnaża czytelnikowi ten układ, pokazując jego uczestników z różnych stron.

   Słabą stroną powieści są bohaterowie. Vita i Leon denerwują. Sami przeczyli swoim wartościom, czasem zachowywali się jak rozkapryszone dzieci, nie do końca świadome tego, co robią. Dziewczyna na początku wydawała się dojrzała nad wiek, poważna, rozsądna, może i uparta, ale dążąca do celu, szczera, bezpośrednia i lojalna. Jednak im dalej, te cechy się w niej rozmywały. Stała się gwałtowna, wybuchowa, zimna, wyrachowana, czasem działająca wbrew logice i swoim postanowieniom. Zamiast dojrzeć, wróciła do bycia typową nastolatką. Umiejętność zarabiania dużych pieniędzy w jej przypadku nie była wyznacznikiem poziomu dorosłości. A Leon? Poważany dziennikarz, polityk, abolicjonista. W życiu prywatnym - dziecko, które łase było na żarty i to głupie, rzucał nieprzemyślanymi i raniącymi tekstami w stronę ukochanej. Swoim zachowaniem przeczył wyznawanym ideom. Vita i Leon dorównali sobie poziomem wzbudzanej irytacji u czytelnika i niedojrzałością. 

   Książka została napisana pięknym i plastycznym językiem. Opisy krajobrazów zachwycają i przenoszą na pola kawowe, pozwalają wdychać słodki aromat dzikiej przyrody, podziwiać zachody słońca, a nawet szalejące burze nad doliną Paraiby. Dialogi postaci są naturalne, pozbawione sztucznych frazesów. Jednak to nie ratuje przed schematycznością. To moja trzecia książka tej autorki i za każdym razem bohaterka to kobieta silna, musząca walczyć o swoje miejsce w społeczeństwie, przeżywająca perypetie miłosne, postawiona przed próbą samotnego wychowywania dziecka. Veloso stosuje tą samą konstrukcję, osadzając ją w innych realiach czasoprzestrzennych. Przedstawione epoki i problemy są ciekawe, ale schemat psuje wrażenie. To trochę jak odgrzewane kotlety. Za którymś razem przestają smakować i przydałoby się wprowadzić nieco urozmaicenia, może nowych przypraw?

   "Zapach kwiatów kawy" porusza ważne problemy dot. m.in. niewolnictwa, próbie jego zniesienia oraz skutkach tego dla gospodarki Brazylii, obraz XIX-wiecznego społeczeństwa rodzącej się kultury latynoskiej, (np. muzyka, taniec capoeira), zmieniającej się mentalności i uwrażliwienia na kwestie równouprawnienia, pozycję i znaczenie kobiety w społeczeństwie. Pod tym względem to powieść godna polecenia, ale radzę uważać na schematyczność, która w pewnym momencie może znużyć. Książka na raz. Nie więcej. 

niedziela, 7 marca 2021

87) W poszukiwaniu wiosny, czyli podróż do Portugalii... Ana Veloso "Bądź zdrowa, Lizbono"

   Są książki, które zawierają w sobie część duszy autora, który przelewa na ich karty swoje wspomnienia, przeżycia, marzenia lub, co bardziej prawdopodobne, zasłyszane opowieści bliskich czy przypadkiem napotkanych osób. Ana Veloso w swoich utworach przemyca miłość do ojczyzny, czyniąc ją głównym miejscem akcji lub drugorzędnym tłem. W "Woalu" zachwyca, umiejętnie łącząc kulturę Indii i Portugalii, skupiając się na kolonialnej Goa i jej mieszkańcach. Jaka jest jej kolejna książka, którą udało mi się przeczytać?

   "Bądź zdrowa, Lizbono" opowiada o losach trzech pokoleń wywodzących się z ciepłego południa Portugalii na przestrzeni XX wieku. Tak, można rzec, że to saga rodzinna, lecz skomplikowana, o wielu zakamarkach i labiryntach, o których główni bohaterowie dowiadują się po kilkudziesięciu latach. Czytelnik ma okazję obserwować ich dorastanie, od dziecka aż po grób, widzieć wpływ otoczenia i zwyczajów na podejmowanie decyzje i ich konsekwencje, nie zawsze dobre, towarzyszyć w dobrych i złych chwilach, być świadkiem momentów załamania i radości, chwil intymnych i bardziej oficjalnych. Dzięki bezstronnemu narratorowi można poznać myśli bohaterów, ich świat wewnętrzny, bogaty, złożony, różnorodny. I to jest piękne.

   Ana Veloso przedstawia nam całą panoramę ówczesnego społeczeństwa. Od małego, nic nieznaczącego rolnika po wielkiego pana, właściciela latyfundium, od konserwatywnego mieszkańca wsi po swobodnego mieszczanina, od komunisty po demokratę, od człowieka religijnego po totalnego bezbożnika, od szarej myszki po najpospolitszego drania, od szpicla i donosiciela po generała wojsk, od brazylijskiego emigranta po niemieckiego Żyda uciekającego przed wojną. Mamy wgląd w cały przekrój, nie pozostając przy tym obojętnym. Bohaterowie "Bądź zdrowa, Lizbono" są żywymi ludźmi, z krwi i kości, z trudną przeszłością o skomplikowanych charakterach, masą doświadczeń. Autorka nie bawi się w schematy. Zaskakuje znajomością ludzkiej psychiki. Chociaż, jedynym schematem, który można jej zarzucić to powtórka losów matki i córki, zbieżność ich wyborów, podobne nastawienie, choć nie łączy je zbyt silna więź. Wydaje mi się, że Veloso chce przy tym podkreślić znaczenie więzów krwi i przeznaczenie.

   Największą sympatię spośród postaci książki wzbudza we mnie Fernando i Mariana. Ona jest siostrą jednej z głównych bohaterek. Ciepła, troskliwa, bezpośrednia, ciekawa i bystra, choć nieliczni to dostrzegają. Udowadnia, że pozory mogą mylić. To rodzina jest dla niej najważniejsza, jej dobro. Miłość ją napędza i uskrzydla. Mariana to wzór dobrej przyjaciółki, siostry, matki i żony. Kogoś, kogo chciałoby się mieć przy sobie w trudnych chwilach, gdy szuka się pocieszenia i ostoi, domu. A kim jest Fernando? Głównym bohaterem, szaleńczo zakochanym w Juju, dziewczynie z wyższych sfer, choć sam wywodzi się z chłopstwa. To nie tylko mężczyzna o zniewalającym spojrzeniu zielonych oczu, lecz przede wszystkim niezwykły umysł, przed którym przedmioty ścisłe nie mają tajemnic. Genialny konstruktor, matematyk. Zawsze rzeczowy i twardo stąpający po ziemi, wierny swoim zasadom, lojalny, godny zaufania, pełen żaru i pasji, szczerze oddany rodzinie. Gotowy do poświęceń, walki z uprzedzeniami, dążący do spełnienia marzeń. Mężczyzna, za którym niejedna kobieta przeszłaby pół świata. Ale nie Juju, której oddał swoje serce, która niejednokrotnie stawia go w trudnej sytuacji, zmusza do niebywałych wyborów. Czego to człowiek nie zrobi dla miłości? 

   Prawdziwym czarnym charakterem Veloso uczyniła Paulo, wnuka Juju. Wredna szumowina, gotowa utopić w łyżce wody własną matkę, byle tylko odnieść korzyść. Sprzedawczyk, szpicel, donosiciel, tajny współpracownik PIDE (coś na kształt KGB czy naszego UB). Nie ma wyrzutów sumienia, szantażuje kogo i jak się da, tortury przynoszą mu niemałą satysfakcję. Wyrachowany od dziecka. Z wiekiem to mu się tylko nasila.

   Wątki historyczne poruszone w książce takie jak: zmiana władzy w Portugalii, reżim Salazara, obydwie wojny światowe czy lot na księżyc są tylko delikatnie zarysowane. To tło dla fabuły książki, ale ważne, które wpływa na losy bohaterów. Veloso nie zarzuca czytelnika zbędnymi szczegółami. Ona tylko sygnalizuje pewne fakty. I chwała jej za to. Kto zaciekawiony, sam zgłębi temat. Reszta przejdzie nad tym do porządku dziennego. Świetna równowaga.

   Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami jak: nieślubna ciąża, samotne wychowywanie dziecka, uzależnienie od alkoholu czy hazardu, fanatyzm religijny, nietolerancja, rozwarstwienie społeczne, trudne relacje rodzinne, swobodne zwyczaje seksualne, homoseksualizm w XX wieku, wojny kolonialne. Podobnie jak w przypadku wątków historycznych tu również Veloso wykazuje się wyczuciem smaku. Nie ma tu przejaskrawień, treści są wyważone. Żaden wątek nie przejmuje dominacji nad pozostałymi. Każdy jest ciekawy i dobrze przedstawiony.

   Powieść prowadzi trzecioosobowy narrator. Posługuje się lekkim i prostym językiem. Opisy są plastyczne i przenoszą czytelnika do innego świata, dzięki czemu czytelnik może zwiedzać XX-wieczną Lizbonę, portugalskie winnice, gorące i rolnicze południe, chłopskie i pańskie domy. Dialogi są naturalne, jakby żywcem wyjęte z naszej rzeczywistości. To sprawia, że powieść czyta się szybko i płynnie. Stylowi autorki nic nie można zarzucić. Ma sporą wyobraźnię, dzięki której może wykorzystać swą wiedzę i tworzyć nowe historie.

   Polskie wydanie "Bądź zdrowa, Lizbono" ma ponad 520 stron, znajduje się w nim kilkanaście drobnych literówek, lecz niewybaczalnym jest mylenie imion bohaterów. W kilku sytuacjach Ricardo zostaje nazwany przez narratora Fernandem. Jest to jednoznaczna pomyłka tłumacza lub redaktora. Kontekst sytuacji jasno wskazuje na młodszego mężczyznę. Jak zdanie po zdaniu można zmienić imię? I nie, nie ma tu mowy o pomyłce schorowanej Mariany. Takie błędy niepotrzebnie wytrącają z równowagi.

   Do autorki mam tylko jeden zarzut, a mianowicie, głównych bohaterów, Fernanda i Julianę od połowy książki zaczyna traktować nieco obcesowo, poświęcając im coraz mniej uwagi. To właśnie ich poznajemy na samym początku, z nimi się zżywamy i mamy nadzieję na więcej. Im dalej biegnie fabuła, tym ich mniej. Młodsze pokolenia przejmują schedę, lecz starszym też należy się szacunek. Im starszy bohater, tym więcej może nauczyć czytelnika, bo ma większe doświadczenie życiowe, ciekawsze przemyślenia, dojrzalsze podejście do różnych spraw. Śmierć kobiety jest potraktowana po macoszemu. Nie wiadomo jak reaguje na to jej rodzina, jak wygląda pogrzeb. Podobnie ma się sprawa z życiem Fernanda na emeryturze w Alentejo. Przydałoby się więcej szczegółów, anegdot. I nie byłoby to przegadanie książki, lecz dodanie jej wartości.

   "Bądź zdrowa, Lizbono" Any Veloso jest powieścią o życiu, dosłownie i w przenośni. Oczami XX-wiecznych Portugalczyków widzimy powolny upadek jednej z kolonialnych potęg. Obserwujemy wpływ światowych wydarzeń na życie mieszkańca prowincji, choćby w cenach żywności i podstawowych produktów. Poznajemy intrygi i waśnie rodzinne zwykłych ludzi, tak nam bliskich. Mamy możliwość wniknięcia w ich życie, poznanie rządzących nimi pobudek i pragnień. Veloso pokazuje nam jak jedna decyzja może wpłynąć na losy całych pokoleń. Daje też sygnał, żeby się nie poddawać i kierować się swoim zdaniem, nie zawsze licząc się z opinią otoczenia, "bo co inni powiedzą". To nasze życie, a nie tej reszty. Nikt go za nas nie przeżyje, nikt za nas nie będzie cierpiał ani śmiał się. Warto być sobą i wyzwolić się z okowów społecznego schematu, tak jak robi to Laura i Ricardo. Warto walczyć o swoje marzenia, realizować pasje, znaleźć cel i sens istnienia. Pieniądze to nie wszystko jak pokazuje życie Juju. One nie zapełnią samotności i pustki. One mogą pomóc, ale nie są najważniejsze.

   Veloso ma dar opowiadania trudnych historii w plastyczny i przykuwający uwagę sposób. Jej powieść "Bądź zdrowa, Lizbono", tak jak "Woal", zahipnotyzowała mnie i jeszcze długo zostanie w mojej pamięci. Sądzę, że to książka godna polecenia i warta przeczytania. Otwiera oczy.