Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Jabłoński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Jabłoński. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2022

142) "Wanda" Witolda Jabłońskiego

   Legendy o państwie polskim, te, które budują nasze wspólne korzenie, te na których wychowały się pokolenia, zjednoczone wokół wspólnego języka, kultury i historii, a nade wszystko wartości, legendy, które są wciąż żywe i przekazywane z ust do ust, by pamięć o nich nie ustała. 

   Jedną z nich jest powieść o Wandzie, co Niemca nie chciała i śmierć w wodzie wolała. Wersji tegoż powstało już wiele, a mimo to wciąż stanowi źródło inspiracji. Owa kobieca postać tchnęła w Witoldzie Jabłońskim wenę do stworzenia własnej wersji mitu o Wandzie i jej rodzinie.

   "Wanda" to zwieńczenie trylogii słowiańskiej o Polsce przedhistorycznej z czasów legend o Piaście Kołodzieju i Złym Popielu, którego myszy miały skonsumować. To historia o zjednoczeniu kraju Polan i Wiślan, Gniezna i Krakowa, które stawiają zacięty opór przed cesarstwem niemieckim i Wielką Morawą ze Świętopełkiem na czele. Opowiada o czasach, gdy nasi ojcowie wierzyli w starych bogów, a demony były stałym towarzyszem ludzkiej codzienności. Mówi o tym, że czasem sięgano rady sił wyższych i pomocy, by utrzymać niepodległość. Poświęcano pewne rzeczy, a nawet życie w imię pewnych celów. Jak się wówczas egzystowało? Co było fundamentem społeczności? Kto je scalał? Komu oddawano cześć? Czym gardzono? Jakie niebezpieczeństwa czyhały za rogiem? Kim była, tak naprawdę, tytułowa Wanda?

   Główną bohaterką jest potomkini wodnych Wiślan. Za młodych lat silna, bystra, uparta i nieustępliwa, pełna wigoru, pomysłowości, pragnąca bronić swoich ludzi przed złem. W tej książce jest już trochę starsza, niby powinna być dojrzalsza i bardziej rozważna, ale wydaje mi się naiwniejsza, zbyt pewna siebie, dająca się podejść i zaskoczyć niczym nastolatka. Działa tak jakby nie była sobą, coś ją rozprasza, powoduje wolniejsze odruchy. Należy jej oddać przywiązanie do rodziny, bycie honorową i poświęcenie dla ojczyzny.

   Tytuł wskazuje Wandę, ale powieść tak naprawdę toczy się wokół następcy tronu, Ziemowita, który musi stawić czoła licznym przeszkodom i przygodom, by osiągnąć swój cel. To dobry kamrat, odważny, szczery i oddany przyjaciel, ale jeszcze niegotowy na swoją rolę życia. Kimże by był bez bliskich, którzy bez ustanku chronili go i wspierali? Kto naprostowywał jego lekkomyślne pomysły i ratował z opresji?

   W tle przewija się Rzepicha i Piast, których znamy już z wcześniejszej części. Ich zachowania mogą zaskakiwać, zwłaszcza matka Ziemka. Kobieta przewrotną i podstępną bywa. Ciekawa kreacja. Podobnie rzecz ma się z przyjacielem młodego Piastowica, Jaśkiem. Wzbudza największą sympatię i jest jedną z najbardziej autentycznych postaci pod względem charakteru, zachowania i reakcji na różne sytuacje.

   Najbardziej irytującą postacią jest Własta. Niestety, ale nie jestem w stanie jej zdzierżyć. Rozchwianie emocjonalne, toksyczna, pełna sprzeczności, niewzbudzająca zaufania ani szacunku. Nawet znając jej przeszłość, nie idzie jej w żaden sposób usprawiedliwić. 

   Akcja powieści jest przewidywalna, co chwilę zdradza ją narrator, uprzedzając fakty. Zastanawiam się nad tym zabiegiem, czy to ma wytłumaczyć fabułę czytelnikowi? Chyba nie w tym rzecz. Pewne elementy nie domykają się, np. przedstawienie pierwszego opisanego podopiecznego sługi Chorsa, po czym pozbycie się go, choć oczekiwałoby się wplecenia go w dalszą część powieści. Nie do końca rozumiem też działanie na własną szkodę owego sługi, który zamiast sprzyjać wyznawcom własnych bogów, lawiruje między obcymi potęgami, wystawiając własnych ludzi na szwank. 

   Prawdziwym rarytasem "Wandy" są słowa mistrza, jego niepowtarzalny styl, cudne opisy, wyczucie chwili, umiejętność wyczarowania klimatu ówczesnych czasów w wyobraźni czytelnika, lekkie pióro, mieszanie poezji i prozy w zrównoważonych proporcjach, dając wyborny posmak.

   W tej powieści uwielbiam kreację Baby Jagi, urok jej chatki, wolność na grzebiecie siwego rumaka, wspaniale ukazaną siłę przyjaźni i rodzinnych więzów, znaczenie zaufania, odmalowanie szczegółów życia, np. na dworze czy w taborze. Ukazany świat przedstawiony jest przebogaty, drobiazgowy, kryjący w cieniu jeszcze niejedną niespodziankę i tajemnicę.

   "Wanda" dotyka wielu ważnych spraw, m.in. przemocy wobec kobiet, ich niewolenia i wykorzystywania, traktowania wyłącznie przez pryzmat ciała. Przedstawia też problem manipulacji i tworzenia iluzji, by zło pokazywać jako dobro. Ukazuje jak łatwo budować pozory i jak trudno je przejrzeć, by dostrzec prawdziwą twarz wroga, jak przyjaciel może okazać się koszmarem. Gdzieś w tym tkwi kwestia zaufania, wśród bliskich i obcych, jak rozważnie należy do tego podchodzić, by nie stracić tego, co najcenniejsze. Ponadto pokazuje niuanse politycznych intryg, jak wiele znaczą drobne gesty i słowa, które łatwo przeoczyć, a mogą stać się ratunkiem, by wycofać się w odpowiednim momencie lub zabezpieczyć się przed katastrofą. Książka podkreśla też przynależność do danej kultury i identyfikowanie się z rodziną, poczucie odpowiedzialności za nią i rodaków.

  Z kwestii typowo słowiańskich można odnotować inspirację wspomnianymi już legendami. Pojawienie się Baby Jagi, górskiego węża, rusałek i wodników, odniesienia do pewnych rodzimych bogów. Warto zwrócić uwagę na skonfrontowanie chrześcijaństwa i wierzeń pogańskich, od obrzędowości, rytuałów po kapłanów i wiernych. Tu pewną ciekawostką może być pojawienie się wątku słowiańskiego obrządku chrześcijaństwa, który swe korzenie miał mieć u św. Metodego i Cyryla oraz na Wielkich Morawach. Nie bez znaczenia zostaje też pewne widzenie o przyszłości Polski i tłumaczenie decyzji Mieszka I.

   "Wanda" Witolda Jabłońskiego to powieść inspirowana jedną z najbardziej znanych legend, ukwiecona wyobraźnią autora, ciekawym pomysłem, ale nie do końca wykorzystanym potencjałem. Narrator zdradza zbyt wiele w nieodpowiednim momencie, niektóre zachowania kluczowych postaci irytują, fabuła doprasza się o rozbudowanie, jednak ta książka to bogaty świat przedstawiony, w który warto się zanurzyć, by zaczerpnąć oddechu słowiańskiego czaru wczesnego średniowiecza i niezwykłego stylu mistrza pióra. Przy tym należy docenić poruszone wątki i wplecione ciekawostki, które dla wielu mogą stać się wskazówką do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Z "Wandą" warto się zapoznać, dać jej szansę na bliższe zapoznanie się. Kto wie, może spośród kart wyłoni się Baba Jaga i ugości Was jakimś dobrym napitkiem i sutą strawą niczym strudzonych wędrowców? Warto spróbować :)

niedziela, 16 stycznia 2022

116) "Księga Welesa" w tłum. Witolda Jabłońskiego

  "Księga Welesa" to dość kontrowersyjny twór. W pewnej rosyjskiej rodzinie znaleziono jej pierwowzór, tj. drewniane deseczki z dziwnym alfabetem. Informacje o jej istnieniu wypłynęły w trakcie I Wojny Światowej w czasie przeszukiwań domów. Zainteresował się nią pewien żołnierz, amator archeologii i zagadek historii. Od tego momentu księga stała się celem sporu badaczy Słowiańszczyzny. Czemu? Ze względu na swoją treść, ale o tym za chwilę. Jedni twierdzą, że jest świetnym XIX-wiecznym fałszerstwem, inni - cudem zachowaną księgą spisywaną przez pokolenia Słowian, prawdziwą i godną uwagi ze względu na swoje walory literackie i poznawcze dla epoki. Trudno jednoznacznie orzec, choć wydaje mi się, że w naszym klimacie niełatwo byłoby zachować drewniany zabytek o tylu wiekowej tradycji w dobrym stanie z dostępem do wilgotnego powietrza. Ponadto sama struktura językowa i większość przytoczonych wydarzeń stawia pod znakiem zapytania jej autentyczność. Jeśli to falsyfikat, a wiele na to wskazuje, to od stworzenia liczy około dwustu lat, a to oznacza, że już można ją zaliczyć choćby do zabytków literatury. Warto się jej przyjrzeć.

   "Księga Welesa" w tłumaczeniu Witolda Jabłońskiego jest prawdziwą literacką ucztą dla zmysłów. Pisarz kolejny raz ukazał swoje talenty i zaczarował słowa. Czasem poetycko, czasem prozaicznie, wszystko zależnie od przekazywanych informacji. Czytelnik wgłębia się w dzieje Słowian, a dokładniej Rusów. Księga opowiada o ich wędrówkach przez kolejne ziemie, prowadzone wojny i konflikty. Znaleźć tu można także co nieco o zwyczajach i tradycjach związanych z codziennym życiem jak oddawanie czci bogom i przodkom, wiara w życie pozagrobowe, organizacja pogrzebu, przygotowanie świętego napoju etc.

  Najciekawszym elementem są odwołania do słowiańskich bóstw. Natkniemy się tu m.in. na Peruna, Welesa, Mokosz, Dadźboga, Swaroga czy Swarożyca. Może i nie byłoby w tym nic zaskakującego, ale są one zestawione z imionami bogów znanych z hinduizmu. Nieraz pojawia się gromowładny Indra, władca podziemi Jama, oświecony Wisznu, słońce-Suria czy ogniowładny Agni. Autor tekstu czasem wymienia nazwy słowiańskie na hinduskie, a czasem twierdzi, że Indra jest ojcem Peruna. Mamy tu naprawdę ciekawy zabieg ukazujący wspólne korzenie indoeuropejskie, wspólne korzenie wiary. Do tego należy jeszcze dodać święty napój. W "Księdze Welesa" zwany suricą, a w Indiach - somą. Surica to woda zmieszana z miodem i innymi ziołami, wystawiona na działanie promieni słonecznych. Suria w Indiach to bóg słońca, skojarzenie jego imienia i napoju jest oczywiste.

   Dla historyków również sporo tu poszlak do odnalezienia jak choćby szlaki wędrówek ludów, tj. Wielka Wędrówka Ludów, która miała miejsce między IV a VII, a nawet VIII wiekiem naszej ery. To powolny upadek Rzymu (wspomnienie Odoakera) oraz słabnąca władza Konstantynopola przez coraz silniejszą emigrację wojowniczych ludów ze Wschodu. Pewne pokłosia tego słychać na kartach owej księgi. Pozwala ona nam wejrzeć na sposoby radzenia sobie Słowian z wędrówką ludów, do której oni sami w końcu dołączyli. Warto zwrócić uwagę na mnogość historycznych imion, wzmianki geograficzne jak nazwy rzek, opisy ukształtowania terenu czy nazwy plemion. Jest tu także swego rodzaju historia Rusów i wewnętrznych podziałów. Zakładając, że to falsyfikat, daje intrygującą wręcz możliwość wejrzenia w umysł XIX-wiecznego twórcy, tego jak postrzegał proces wędrówki, mechanizm oddziaływania tego zjawiska na społeczeństwo, a może przede wszystkim budowanie jedności przyszłej                    państwowości ruskich Słowian i znaczenie w tym przeszłości, korzeni własnego narodu.

   Myślę, że fascynaci Słowiańszczyzny odnajdą tu dla siebie prawdziwe rarytasy. I naprawdę warto docenić kunszt literacki tłumacza. Czapki z głów i wielkie brawa, bo czyta się znakomicie (po "Darach bogów" przepadłam i jestem nieobiektywna)! Warto! Osobom, które rozkminiają prawdziwość "Księgi Welesa" - zostawmy to specjalistom. Przy samej krytyce i analizie źródeł pracuje całkiem sporo specjalistów z różnych dziedzin i myślę, że można im pod tym względem zaufać. Sama, będąc z wykształcenia historykiem i archeologiem, powiem, że historia bywa płynna, a hipotezy stawiane przez obecnych naukowców, mogą zostać obalone przez kolejne pokolenia w wyniku nowych odkryć źródeł pisanych czy też materialnych. Zatem warto pozostawić otwarty umysł i nie zamykać się na nowe tezy, choć nie należy tracić logicznego i zdroworozsądkowego podejścia do takich kwestii. 

niedziela, 24 października 2021

110) Zagubienie się we własnych uczuciach... dokąd iść? "Gorące uczynki" Witolda Jabłońskiego

    Świat literacki jest tak różnorodny, tak bogaty... każdy znajdzie coś dla siebie, co lubi, wedle swego gustu i zainteresowań, w dodatku w języku w jakim chce i jaki zna (nie ma to jak dobra kwerenda w internecie). Perełek i nie perełek tam bez liku.

   W jednym z antykwariatów udało mi się znaleźć i kupić debiut Witolda Jabłońskiego pt. "Gorące uczynki" wydane w 1988 roku przez Wydawnictwo Łódzkie. Bardzo cenię tego autora, jego wiedzę i kunszt literacki, niebanalny styl i umiejętne łączenie historii z fantazją. Powyżej wymieniona książeczka zawiera wszystkie te cechy. Co jednak z samą fabułą? O czym mówi? Kogo dotyczy?

   Ech, gdyby to wszystko było takie proste. Na pierwszy rzut oka ta powiastka dotyczy trójki młodych ludzi, tj. muzyka, tancerza i scenografki będących w relacji przyjaźniano-miłosno-seksualnej z mocnym akcentem na ten ostatni element. Książka ukazuje ich problemy z odkrywaniem własnej tożsamości płciowej i potrzeb cielesnych, związanych z tym wątpliwościami i wszelkiej maści rozterek, reakcji otoczenia na ich "wyskoki", wzajemne stosunki. W tle pojawiają się zagadnienia dotyczące prawdy, przyjaźni, miłości, prawa do szczęścia, społecznej akceptacji, tematów tabu. Jedne wydarzenia są całkiem realne, inne - sprawiają wrażenie wizji.

   Książka jak na 1988 rok była odważna, wówczas pewnie budziła spore kontrowersje, poruszając temat homo- i biseksualizmu, pozwalająca na nabranie sił do coming outu. Dla wielu pewnie wyzwalająca, otwierająca nowe drzwi, powiew wolności.

   Tak jak bardzo cenię Witolda Jabłońskiego i jego dorobek literacki, tak jego debiut mnie, niestety, nie porwał. Nie czuję tej historii, bohaterów, strzępkowej fabuły, powyrywanych z kontekstu scen, które razem stanowią zlepek nie do końca dla mnie zrozumiały. Domyślam się, że taka konstrukcja jest sumiennie realizowanym zamysłem artystycznym autora, który ma przybliżyć czytelnikom perspektywę bohaterów, zagubionych w rzeczywistości, borykających się z określeniem własnej osobowości, dopiero odkrywających siebie na nowo. Być może ten chaos ma odzwierciedlać stan ducha postaci. 

   "Gorące uczynki" Witolda Jabłońskiego to krótka historia młodych dwudziestoparolatków zagubionych między społecznym tabu a własną orientacją, tym co wypada, a jest. Gdzieś pomiędzy pojawiają się aluzje, głębsze przemyślenia narratora związane z uniwersalną tematyką, np. o miłości czy prawdzie. Może to powiastka, może pastisz. W tym debiucie widać charakterystyczne elementy pisarstwa autora i moim zdaniem ów styl to największy atut tej lektury. 

   Niestety, ale taka literatura to nie moja bajka, nie przemawia do mnie taka forma, ale myślę, że dla wielu będzie lekturą ważną, chociażby ze względu na poruszone tematy, śmiałość w wyrażaniu poglądów jak na czasy wydania, zabawę konstrukcją tekstu, ale również próbą odnalezienia swojej drogi, gdy idzie się pod prąd wyznaczonym schematom. 

    Z "Gorącymi uczynkami" warto się zaznajomić chociażby ze względu na pisarza, by móc prześledzić rozwój jego warsztatu, stylu. Ja potraktowałam je jak podróż w czasie, bardzo ciekawą, pouczającą i różnorodną. Może treściowo to nie mój świat, ale cała reszta to zapowiedź owej wisienki na torcie literatury fantastyczno-historycznej.  

niedziela, 20 czerwca 2021

97) O Piastach z nutą przeszłości... "Ślepy demon. Zbigniew" Witolda Jabłońskiego

   Dolo, ma Dolo, gdzieżeś była, gdy Rodzanice przędły nici mego żywota, wplątując weń tyle bólu, cierpienia i goryczy, podszywając ulotne szczęście fałszem, a przyjaźń kaźnią krwi? Trwasz przy mnie, czyżeś swe imię na Niedolę zmieniła? Dokąd mnie prowadzisz? Gdzież ma ostoja i przeznaczenie? Cóż bogowie zamyślają wobec mnie?

   Tymi słowami mógłby dociekać sensu swego istnienia małoletni Zbigniew, bohater najnowszej książki mistrza pióra, Witolda Jabłońskiego, pt. "Ślepy demon. Zbigniew". Jest to powieść historyczna z elementami fantastycznymi, osadzona w XI wieku głównie na obszarze Polski i Rusi, od panowania Bolesława Śmiałego po rządy Władysława Hermana z elementami ich polityki zagranicznej, przystrojona słowiańską magią, biesami i bogami. Soczysta i pożywna mieszanka.

   Bolesław Szczodry poczyna sobie coraz śmielej na tronie, po niepowodzeniu misji na Rusi i zdradzie wuja, mści się na swoich wojach, co go przedwcześnie opuścili, zabierając majątki, nakładając nań surowe kary. Przy jego boku ponownie zjawia się Krystyna, chcąc lśnić niczym klejnot. Powoduje to, że dworskie intrygi rosną w siłę, wzbudza niesnaski. Gdzieś na obrzeżach królestwa czai się Sieciech, mający chrapkę na władzę, posługując się pionkiem, Władysławem Hermanem, bratem Bolesława. W tle wyrasta nowe pokolenie Piastów, Mieszko Bolesławic i Zbigniew, pierworodni, o odmiennych charakterach i usposobieniach, jednakowo uwikłani w dynastyczną politykę o skomplikowanej historii. Szalone czyny Śmiały przypieczętowuje zabójstwem biskupa Stanisława ze Szczepanowa, odstąpieniem od kościoła i ucieczką z kraju. Scena wolna. Czas na młodszego brata, skupionego na zagraniach umysłowych, a nie na wojaczce. Nowe układy, nowe przymierza, stare problemy, które rozwikłać mają kolejne małżeństwa. Kolejni pretendenci do tronu. Czy walka o władzę musi skończyć się bratobójstwem? Czy starszeństwo bądź przymioty ducha nie mogą stać ponad zawiścią i zazdrością?

 Witold Jabłoński osadza swą powieść w historycznych ramach, trzymając się znanych ze źródeł faktów. Kto interesuje się średniowieczem polskim, ten zarys fabuły zna. To pewien schemat, lecz nie dajcie się zwieść. Autor to prawdziwy mistrz pióra i nigdy nie stawia na łatwe rozwiązania. Zaprasza czytelnika na prawdziwą ucztę zmysłów, rozkosz dla podniebienia miłośnika przeszłości. Znane fakty uzupełnia niebanalnymi pomysłami, bohaterami i wątkami. Ze słów tka gobelin o Piastach, używając do tego najdroższych materiałów. Wyborna jakość, bez dwóch zdań. Wystarczy znać ogólne opracowania na temat XI wieku, by dostrzec ile pracy i wiedzy włożył autor w powstanie tej książki. Na te kwestie jestem szczególnie wyczulona i doceniam tak genialne wykorzystanie historii jako literackiej inspiracji w zgodzie z jej naturą.

   "Ślepy demon. Zbigniew" przedstawia nie tylko życie średniowiecznych elit dworskich skupionych w zamku władającego. Ukazuje też szarą codzienność wojów, zakonników oraz mieszczańskich rzezimieszków, nie oszczędzając szczegółów o ich przyzwyczajeniach, oczekiwaniach, odczuciach etc. Bogata fasada skrywa bogate wnętrze. Bohaterowie nie są kukiełkami losu, mają głębokie życie wewnętrzne, rozterki duchowe, wielość problemów, spore doświadczenie życiowe. Rys psychologiczny to ważny element wskazujący na świetny warsztat pisarza. Postacie tej książki zaskakują, wzruszają, wywołują złość lub uśmiech. Jednych się kocha (jak Synów Drzew), innych nienawidzi (np. Korgsa), choć poznając bliżej pewne historie i dramaty można się przekonać, że nie ma skutku bez przyczyny. Ludzie się zmieniają pod wpływem nowych doświadczeń, zewnętrznych bodźców. Ktoś kto doświadcza ciągłych upokorzeń, zsuwania na dalszy plan, wyśmiewania, podnosi się silniejszy lub upada całkowicie, lecz nigdy nie wybacza/zapomina swym prześladowcom doznanych krzywd. Uważam, że postać Zbigniewa świetnie ilustruje ową zależność w stosunku do dwóch mistrzów, prawdziwego i fałszywego.

   Wracając do meritum, powieść odsłania kulisy życia codziennego ludzi z różnych warstw społecznych. Mężczyzna to urodzony woj, strażnik bezpieczeństwa domowników, zapewniający trwanie. Ten pozbawiony tej iskry wojennej swą dolę odnaleźć może przy świętych księgach, zdobywaniu wiedzy i przekazywaniu jej innym. Są też ci, co trudnią się pracą rąk własnych, nie mniej chwalebnym zajęciem od pozostałych. Kobiety też odgrywają tu ważną rolę. To matki, opiekunki domowego ogniska, zielarki. Z jednej strony Ragana z Boraną, a z drugiej niemiecka Judyta czy Krystyna. Każda inna, lecz zabezpieczająca swych bliskich. Autor postanowił odnieść się do pozycji i znaczenia kobiety w średniowieczu. Krystyna chce wyzwolić się spod męskiej władzy, stać się niezależna, wolna, sama dyktować warunki. Rozdawana i traktowana jak przedmiot, ucieleśnienie męskich żądz, czuje się zniewolona. Czeska Jutta całkiem zdaje się na wolę ojca i męża. Za to jej niemiecka imienniczka gra pozorami, by rządzić jako szara eminencja, by mężczyzna stał się jej zabawką i robił dokładnie to, czego ona zażąda. Która gra pierwsze skrzypce z wszelkimi tego konsekwencjami? To już pokazuje fabuła. Dzieci możnych wcale nie mają lepiej. Pierworodny dziedziczy, a pozostali skazani są na zakon lub życie najemnego woja, szukającego swego szczęścia w świecie albo przejmującego schedę po teściu. W domach panujących córki to możliwość zawarcia sojuszu, synowie - pokusa o walkę po śmierci rodziciela, swady i wewnętrzne rozdarcie dynastii. I tak źle i tak niedobrze. Ludzka przypadłość.

   Warto zwrócić również uwagę na przedstawioną codzienność wojaków, co pisarz ilustruje na podstawie drogi Polaków na Ruś. Spalone wsie, problemy z wykarmieniem i napojeniem takiej zgrai ludzi i zwierząt, choroby, wycieńczenie, złe warunki bytowe, nieprzychylność miejscowych, pułapki. To także strach podbijanych, przed gwałtem, śmiercią, niewolą. Jedni i drudzy boją się, co będzie dalej, co jeszcze ich spotka. Każdy walczy o siebie i bliskich, o przetrwanie. Z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami.

   W całym tym zamieszaniu doskonale widać na czym polega polityka i dworskie intrygi, dwulicowy świat, pełen fałszu i zakłamania, udawania przyjaźni i dobrych rad, wbijania noża w plecy ofierze, będącej niczym rodzony brat, satysfakcji z bólu drugiej osoby, uciekania się do podstępnych sztuczek. Polityki o nieczystych zagraniach, pustych frazesach, przesiąkniętą chorą ambicją, złem, wykorzystującą do cna słabe strony przeciwnika, idącej po trupach do celu. Gdzie śmierć to siła nośna władzy, a nowe życie to strach o własne cztery litery. Warto przyjrzeć się grze Kościeja, Sieciecha czy nawet pozornie niewinnego Władysława Hermana. Polityka to brudna gra, w której zwycięża najbardziej inteligentny, silny i podstępny, bez uczuć. Bez empatii, litości i współczucia.

   Autor ukazuje również kulisy szaleństwa towarzyszącego władzy, czy to na polskim Wawelu czy w ruskim zakonie, gdzie słabsi muszą dostosować się do decyzji silniejszych, choć niekoniecznie mądrzejszych. Bolesław morduje biskupa, choć wie, że niszczy to podwaliny jego rządów, wynosi kochankę nad żonę, choć to tylko przysparza mu wrogów, ruga wojów, mimo iż są jego podporą. Emocje przesłaniają zdrowy rozsądek. Nie lepiej sytuacja ma się w Monasterze Pieczerskim, gdzie przemoc to codzienność, jakby opętanie przez złego demona, nieliczni pozostali przy zdrowych zmysłach kryją się po kątach, oczekując zmiany na lepsze, bojąc się opuścić swój jedyny dom. Pisarz nie boi się trudnych scen czy tematów, porusza je i przedstawia, nieraz ze szczegółami, by uzmysłowić czytelnikowi z czym borykali się ludzie tamtych czasów. Szalony władca, eksperymenty drążycieli wiedzy - wszystko kosztem poddanych, słabszych jednostek, niechronionych przez kogokolwiek i cokolwiek. Świat pełen bólu, niesprawiedliwości i łez. Prawdziwy.

   Przeciwwagą dla okrucieństwa jest ukazanie niezłomnej przyjaźni Boran, nieposkromionej miłości bez narzucania pęt moralnych kościoła, taką żywą między dorosłymi, kochającymi się ludźmi, szczerym oddaniem między zwierzęciem a człowiekiem (Pukis i Andaj), więzi między matką a dzieckiem, mistrzem a uczniem etc. Każda relacja nie pozostaje bez wpływu na inne sfery życiowe czy też stosunki międzyludzkie.

  Na przykładzie Zbigniewa można obserwować dojrzewanie nieopierzonego dziecka w niebezpiecznego młodzieńca, który dzięki opiece Kościeja radzi sobie coraz lepiej, swą dolę odnajdując w zdobywaniu wiedzy, choć nie zawsze w sposób łatwy i bezkrwawy. Każde doświadczenie odbija się w psychice Piastowica, wpływa na jego decyzje, wybory, tym samym kształtując go. Od zahukanego kociaka po przyczajonego rysia, gotowego do ostatecznego skoku. Tak moim zdaniem wygląda jego ewolucja, coraz bardziej świadomego swoich wad i zalet, a przede wszystkim posiadanych umiejętności. Świadomość swego jestestwa, przeznaczenia - to jego tajna broń. Tak jak wyciąganie wniosków z błędów innych, by samemu się ich ustrzec. 

   Wspominałam, że autorowi świetnie wychodzi zabawa historią. Zwróćcie na to uwagę przy postaci Martina Galla. Coś Wam to mówi? Ze szkoły? Mi intuicja podpowiada, że w życiu Piastów, bohaterów W. Jabłońskiego, jeszcze nieźle namiesza. Smakowity wątek dla miłośników przeszłości. Warto też wspomnieć o napomkniętym konflikcie papieża Grzegorza VII z cesarzem Henrykiem IV (tzw. spór o inwestyturę), który unaocznia władzę średniowiecznego kościoła na politykę Europy i dynastie rządzące. Podobnie jak konflikt Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem. Takich kąsków jest więcej.

  Zarówno "Słowo i miecz", jak i "Ślepy demon. Sieciech" opierały się na walce chrześcijaństwa z pogaństwem, wiarą w jednego z tą w wielu, gdzie ci z pozoru miłosierni i dobroduszni, kryli za skórą diabła. Kościół w powieści dąży do przejęcia władzy, uzurpuje ją sobie poprzez macki Gladius Dei, nie mając skrupułów przed sięganiem do czarnej magii i konszachtów z ciemną stroną, morderstwami etc. Kościół grabi mienie, gwałci nieletnich, fałszuje dokumenty, sieje zamęt i zniszczenie. Słowo Boże głosi poprzez siłę miecza i przelaną krew. Zamiast miłości wzbudza lęk. Lokalne tradycje przyobleka w swoje strojne szaty. Wymazuje historię poprzez uśmiercanie tych, co są żywą pamięcią ludu. To kłębowisko żmij, które patrzą tylko na to komu jeszcze wstrzyknąć swój jad, czego dobitną metaforą jest dół z biesami czy też robactwem w podziemiach monasteru. I to nie tylko XI wiek, wystarczy spojrzeć tysiąc lat później. Czy coś się zmieniło? Jest lepiej? Raczej nie, choć ludzie mają nieco większą odwagę do tego, by głośno się sprzeciwić, krytykować i nie liczyć się ze zdaniem owych czerńców. My mamy wybór, w średniowieczu za samodzielne myślenie i podążanie za własnym sercem wykonywano wyrok śmierci.

   Czy poganie w tej powieści są lepsi? Wydaje mi się, że nie. Też grają na dwa fronty, zabijają, zadają ból i cierpienie, ale nie udają. Wyznają bogów podobnych do siebie, oddają im cześć, składają nieraz krwawe ofiary, ale są sobą. Nie zakładają maski bogobojnych wyznawców Chrystusa, którzy tylko się umartwiają, a cierpienie traktują jak dar. Oni cieszą się życiem, biorą je jakim jest, nie nawracają innowierców na swą modłę, są bardziej tolerancyjni dla inności. Ich świat jest prostszy, bardziej logiczny, choć okrutny.

   Na kartach tej książki Witold Jabłoński przemycił sporo słowiańskich elementów. Są bogowie jak Mokosz, Chors czy Weles we własnej osobie, kontaktujący się z niektórymi ludźmi. Są pomroki takie jak wiły, bobo, wilkołaki, skrzaty, banniki. Są rytuały i obrzędy, jest magia - Luby, Kościeja czy Zbigniewa. Jest wreszcie i wędrówka do Nawii, która uczy jak odróżnić prawdę od kłamstwa, piękną maskę od wewnętrznej zgnilizny, jak obrać własną drogę, że prawdziwy dar zawsze ma swoją cenę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To fragmenty, które idealnie wkomponowują się w fabułę, nie są konkurencją dla głównej osi, lecz jej uzupełnieniem, dopełnieniem. Dzięki szeroko pojętej słowiańskości powieść zyskuje świeżość, intrygujący posmak przygody, trwania tradycji, przodków, niemożliwość zamazania kart historii własną wersją wydarzeń, ponieważ przeszłe echa wybrzmią w końcu w pełnej krasie z całą mocą. Tego głosu nie da się zagłuszyć, zwłaszcza przy pomocy obcych naleciałości, czego najlepszym przykładem jest Zbigniew. Mimo surowości obejścia bogów rodzimych, mimo ich intryg, autor przedstawia ich jako istoty nam bliskie, które możemy zrozumieć. Magiczne, bliskie, z lędźwi tych ziem zrodzone. Własne. Jak my. 

   Przy okazji warto zwrócić uwagę na obrane drogi i opiekuńcze bóstwo. Rozważania Zbyszka nad ścieżką Chorsa i Welesa zmuszają do głębszej refleksji nad własnym życiem, pasjami. Każda decyzja niesie brzemię konsekwencji, dlatego należy być świadomym i nie dążyć po omacku do celu. Iść świadomie, z rozwagą. Najdobitniej uwidacznia się to w poczynaniach Luby. Samo życie.

   Witolda Jabłońskiego cechuje lekkie pióro o magicznych walorach malowania słowem klimatu przeszłości, łączącego fakty historyczne z bogatą fantazją, dając wyborną ucztę czytelnikowi. Zróżnicowane, naturalne dialogi, plastyczne opisy, inteligentny narrator, charakterne i skomplikowane postacie z głębokim rysem psychologicznym, każda o indywidualnej historii, niecodzienne rozwiązania fabularne, akcja trzymająca w napięciu, bogate treści filozoficzne, czasem wręcz egzystencjalne, różnorodny świat przedstawiony, a to wszystko zilustrowane przy pomocy całej palety środków stylistycznych, poetyckich wersów etc. Magia słowa pochłaniająca bez reszty.

   W odniesieniu do dwóch pierwszych tomów "Ślepy demon. Zbigniew" to godny następca, domykający sporo starych wątków, lecz jednocześnie otwierający drzwi dla nowych pytań i domysłów. Pozostaje mi mieć nadzieję, że powstanie kolejna część o przygodach Zbyszka i Bolka Krzywoustego aż do nieszczęsnego testamentu z rozbiciem dzielnicowym w konsekwencji.

   Jedyne czego mi brakowało to większej ilości Boran, poznania tajemnicy Wsiewołoda czy oddziaływania Chorsa i Welesa na młodego Piastowica. Powieść ma nieco ponad 550 stron, a mi i tak mało. 

   Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego to majstersztyk, obok którego trudno przejść obojętnie. Przedstawia rządy dwóch braci, jakże odmiennych, lecz obydwoje skazanych na niepowodzenie za zdradę przodków na własnej wierze, wyparciu się bogów, zabijaniu żerców. Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem i własną drogą. Ciemność może wskazać ścieżkę do światła i rozwiązania problemów. Ta książka przestrzega przed chorobliwym pięknem, które może nieść w sobie zdradę i śmierć. Udowadnia, że każda decyzja to konsekwencje, przyczyna wywołuje skutek. Mówi też o tym, że każdy kij ma dwa końce, przed wydaniem końcowej oceny, warto zapoznać się z racjami z każdej ze stron. Na cenne rzeczy trzeba sobie zapracować tak jak Zbigniew. Udowadnia też siłę prawdziwej przyjaźni, na dobre i złe, która ratuje z każdej opresji. "Ślepy demon. Zbigniew" ukazuje dualizm świata, dobre i złe strony, zarówno kościoła jak i pogaństwa. Nie ocenia, a jedynie przedstawia fakty, dając czytelnikowi wybór. To powieść łącząca historię i fantazję autora w harmonijną całość. 

   Już dawno przepadłam w zachwycie nad piórem i inteligencją Witolda Jabłońskiego. Ta książka jedynie potwierdza jego umiejętności i wiedzę, a dla mnie jest dowodem na to, że się nie pomyliłam. Kto kocha historię lub jest miłośnikiem średniowiecza odnajdzie tu to, co tak ceni, tj. inspirację, zgodność z faktami, szczegóły codzienności i mentalności, fantastyczne słowiańskie elementy i kunszt autora, spajający owe treści w jedno.

   Czekam z niecierpliwością na nowe dzieła mistrza!

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

90) O wąpierzach futurystycznie... "Dzieci Nocy" Witolda Jabłońskiego

 

  Przyszłość to jedna wielka zagadka. Nikt z nas nie wie, co czeka ludzkość w najbliższym dziesięcioleciu, a co dopiero za kilka stuleci. Oczywiście są pewne analizy, przewidywania, ale tak naprawdę to nic więcej. Nie ma stu procentowej pewności. Zagadka pozostaje. Stanowi to idealne tło dla literatury. Fantazja autora nie jest ograniczona żadnymi granicami czy stereotypami. Pisarz może popłynąć na całego.

  Powieść tego typu stworzył jeden z moich ulubionych autorów, Witold Jabłoński. Do tej pory znałam go z książek tematycznie oscylujących wokół historii. "Dzieci Nocy", bo to o nich mowa, są dla mnie swoistą niespodzianką. Zostały wydane w 2001r. nakładem wydawnictwa SuperNowa. Moim zdaniem to powieść futurystyczna, osadzona w XXV wieku, której główna akcja toczy się na terenie Europy. Do gatunku dołożyłabym jeszcze urban fantasy ze słowiańskim sznytem. 

   Powieść skupia się na przygodach petersburskiego detektywa Azimowa, którego celem jest odnalezienie pewnej zaginionej osoby.  Kola musi wyrwać się ze swojej bezpiecznej oazy i ruszyć w świat, sam jak palec, by zrealizować powierzone mu zadanie. Jak się z tego wywiąże? Kogo spotka po drodze? Jakie tajemnice pozna? Przy okazji zostaje wplątany w sam środek międzynarodowych porachunków politycznych Dzieci Nocy, które rządzą światem. Kim one są? Tak, wampirami, które gardzą zwykłymi ludźmi, choć razem z nimi współegzystują na ziemi.

   Niezwykła atmosfera tej powieści polega na wymieszaniu różnych elementów w odpowiednich proporcjach. Garść przyszłości, szczypta słowiańskości, trochę kryminału, łyżka ironii z odrobiną niebanalnych pomysłów. Co pod tym rozumiem?

   Ujęcie rządów i sytuacji politycznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Te wszystkie machlojki ciemnej strony mocy. Nadużywanie władzy. Sterowanie i manipulowanie potrzebami słabszych poprzez dobór odpowiedniej strategii psychologicznej. Rozrywki możnych a klasy niższej. Chęć upodobnienia się do Dzieci Nocy, przechodzenie transformacji, zmiana trybu życia i przyzwyczajeń. Poświęcenie własnego "ja" w imię wyższej ideologii. Dążenie do zgubnej doskonałości. Gra pozorów. Uwodzenie piękną otoczką z gnijącym wnętrzem. Świat priorytetów wywrócony do góry nogami. Właśnie tak jawi się zakątek naszego globu w XXV wieku. Nieco przerażające, ale myślę, że już dziś widoczne w niektórych sferach życia.

   Pod pojęciem kryminału mieszczą się owe poszukiwania i przygody w "drodze do celu" Azimowa. Detektyw ma ich całkiem sporo, zgrabnie ujętych na dwustu stronach, ciekawych i zaskakujących z pewnymi wskazówkami w międzyczasie od autora. Zagadki, "przypadkowe" spotkania, zdobycze nowoczesnej technologii. Przy tym sporo krwi i trochę przemocy od płci obojga (pod tym względem pisarz pilnuje równowagi). 

   Ironią zaprawiona jest cała fabuła, konstrukcja postaci, narracja i opisy. Cudowne łączenie postrzegania przeszłości z przyszłością, czyli XIX czy XX wiek w ramach zamierzchłej starożytności, odległej epoki, gdy świat  przedstawiony dopiero się kreował w umysłach wielkich przedstawicieli Dzieci Nocy. Autor ma świetne wyczucie z rzucaniem owej ironii, doprawiając nią tekst tak by smakował czytelnikowi z tym charakterystycznym dla niego pazurem, a raz go posmakowawszy, szukać co krok, co stronę i zbierać w pamięci jako najlepszą odtrutkę na codzienność, by zbudzić samodzielne myślenie i zdrowy rozsądek. 

   I ach, ta słowiańskość! Tu Witold Jabłoński pokazał w całej krasie na co go stać i do czego się przymierzał w kolejnych latach. Po prostu cud, miód i orzeszki. Oczywiście najważniejsze są wampiry, występujące tu też pod nazwą wąpierzy, strzyg, zmór oraz... tiomników. Polska, Rosja, Rumunia aż się od nich roją. A wszystko miało swój początek od niejakiego Zoltara. Powieść krok po kroku ujawnia ich mroczne sekrety, od codziennych zwyczajów poczynając, a kończąc na luksusowych zabawach wybrańców losu i ich wygórowanych ambicjach. Mamy Adama Jarowita (jakże trafne nazwisko), Borutę Twardowskiego (we własnej osobie), wampira na... tronie w Krakowie (ale tu już nie zdradzę nic więcej, bo zepsułabym lekturę; autor bardzo pozytywnie zaskoczył mnie tym pomysłem). Pojawiają się tiomniki naczelne i pomniejsze. Potrafią funkcjonować w warunkach, które za Draculi były nie do pomyślenia. Przyciągają jak magnes, choć są niebezpieczne jak żmija, ukąszą nie wiadomo kiedy i z której strony i to nie tylko w dosłownym znaczeniu. Słowiańskość to nie tylko wąpierze. To również wilkołaki, żądne krwi i pomsty za swój los, przebiegłe i sprytne. Wyborna dawka futurystycznej słowiańskości z fantastycznym rytem.

   Autor to znawca i miłośnik kultur starożytnych, używa i ich naleciałości w tej książce. Pozwolę sobie na wspomnienie tych mi najbliższych. Pojawiają się nawiązania do Ozyrysa i Izydy w kontekście zmartwychwstania (a być może i spłodzenia Horusa), niebezpiecznej lwiogłowej Sachmet jako bogini nasyłającej choroby i uzdrawiającej z nich. Jest nawet miejsce dla sekty bazującej na kulturze starożytnego Egiptu z Wielkim Koftą na czele, który co miasto zmienia tożsamość. Ważną rolę odgrywają dwie kobiece postacie, powiązane z kulturą rzymską, Selene i Hekate. 

   Witold Jabłoński jest obdarzony darem, dzięki któremu potrafi uważnie obserwować świat i przekuwać to na fikcję literacką z charakterystycznym dla siebie sznytem. Pod wielobarwną powłoką tkwią głębokie treści, które każdy czytelnik może zinterpretować po swojemu. Autor nie narzuca swoich poglądów, przedstawia zawsze kilka perspektyw  wg swoich bohaterów, nadając tym samym swemu dziełu autentyczności. Postacie są rozbudowane psychologicznie, z każdym rozdziałem dochodzą nowe szczegóły pozwalające je lepiej zrozumieć. Pisarz daje tylko wskazówki, nie podając wszystkiego na tacy. Zmusza do myślenia i logicznego wiązania faktów. W "Dzieciach Nocy" przedstawia futurystyczną wizję fantastycznego świata, która ma swoje podłoże we współczesnym nam świecie i niebezpiecznie zbliża się do owego kastowego podziału ludzi, który może grozić cofnięciem cywilizacyjnym w równouprawnieniu prawnym, społecznym i ekonomicznym. Przy okazji pojawiają się nawiązania do korzeni europejskiej kultury i swojskiej słowiańskości, które tylko ubarwiają powieść.

   Uważam, że lektura "Dzieci Nocy" Witolda Jabłońskiego to nie tylko rozrywka, ale i nauka związków przyczynowo-skutkowych, która powinna zmusić do głębszej refleksji nad sobą, swoim jestestwem, co jest dla nas najważniejsze oraz otoczeniem i wzajemnym oddziaływaniem. Ponadto warto poznać tego autora i w takim wydaniu. Polecam z czystym sumieniem.

sobota, 13 lutego 2021

85) Proroczy sen? "Miasto Nawiedzonych" Witolda Jabłońskiego

   Są książki, które zadziwiają, intrygują i zabierają w podróż dziwną, niezwykłą, szaloną, niezrozumiałą, wciągając w świat przedstawiony... Do tego grona zdecydowanie należy powieść Witolda Jabłońskiego pt. "Miasto Nawiedzonych". 

   Tegoż autora poznałam poprzez fantastykę historyczną, w której jest mistrzem. Ta pozycja jest zupełnie inna, zarówno pod względem fabuły jak i stylu. Czemu?

   Do Miasta przyjeżdża Niemka z Argentyny, dziedziczka rodu Herzenglasów (ach, ta gra słów! Doceni każdy znający nawet trochę ten język), kamienicy i fabryki. Chcąc odzyskać swoje, musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, tj. niechętnymi jej lokatorami, biurokracją władz, układami kościoła i polityki. Sama panna Lilli kryształowa nie jest. Swoje za uszami ma, chętnie z paskudnych forteli korzysta, by dopiąć swego. Typowy czarny charakter w dodatku powiązany z magią nie do końca służącą dobru lokatorów kamienicy. A któż ją zamieszkuje? Zgraja osobliwości, które lubi się mniej lub bardziej. Niemka budzi dawne koszmary, demony przeszłości I i II wojny światowej, zagrzebane wspomnienia, które za wszelką cenę chcą się uwolnić i powrócić, burząc dotychczasowy ład. Naprzeciw nim stoi owa wcześniej wspomniana zgraja, która pod przewodem Opiekuna walczy o swoje oraz zachowanie czystości Źródła, czymkolwiek ono było i jest. Szalony świat...

   Wykreowani przez Witolda Jabłońskiego bohaterowie są inni, dziwni, skomplikowani, jedyni w swoim rodzaju, nieco szaleni, może czasem zagubieni, ale intrygujący, nieco przejaskrawieni, ale uważam, że to celowy zabieg mający podkreślić osobowość danej jednostki i jej roli w powieści, np. silne zaznaczanie na każdym kroku dewocji Aurelii czy bezmózgiego działania Bolka i Lolka. To chodzące stereotypy ożywione wyobraźnią autora z domieszką ekstrawaganckich pomysłów. Tygiel osobowości, różnorodny, acz świetnie podany.

  To nie tylko powieść o Mieście i jego ciemnych stronach jak brudne ulice, urzędowy nepotyzm, zaniedbane dzielnice, ogłupieni mieszkańcy. Ona przedstawia dramat osieroconych dzieci i ich zmagań, a może skutków życia w patologii, samotne starsze panie uciekające w bezpieczny i znany sobie świat, Boga i wróżb, niespełnioną miłość nieheteronormatywną, poszukiwanie swojej drogi, obsesyjną miłość rodzica, strach przed utratą władzy, uzależnienie się od niej, toksyczne zależności między kościołem a polityką, omamianie nieświadomych ludzi i żerowanie na ich naiwności, ciemne interesy medycyny i branży funeralnej. Ukazuje cierpienia dawnych mieszkańców, Żydów, dzieci i kobiet, wykorzystywanych przez miejscowych notabli wedle własnych potrzeb. Świat bez prawa, sprawiedliwości, empatii. Można liczyć tylko na siebie i swoich przyjaciół, bo reszta liczy tylko na zyski. Pełno tu niemego bólu, zawodu, rozczarowania, choć tli się iskierka nadziei, że prawda zatriumfuje, a miłość oczyści ten padół. 

   Autor opowiada o tym między wierszami, gdzieś pomiędzy zawieszając niewypowiedziane prawdy, brnąc przez dialogi i opisy, przeskakując z wątku na wątek, ukazując różne perspektywy. Jak świat widzi młody artysta, starsza pani, dziedziczka fortuny i niepełnosprawny Żyd? Każdy ma inną historię, inne doświadczenie, inną wiedzę. Ich światy są różne, choć są w tym samym Mieście, w tej samej przestrzeni, w tej samej kamienicy, w tym samym czasie. Ich perspektywa to ich odbicie lustrzane. Widzą świat poprzez własną historię, szukając punktu zaczepienia. Gdy znajdą podobny ogląd u kogoś innego, staje się on bliski. Rodzi się powolnie wspólnota doświadczeń, nawiązuje się więź. Przyjaźń i zaufanie. Na wszystko potrzeba czasu, ale co gdy go nie ma? Co gdy prawda ujawnia się zbyt późno?

   "Miasto Nawiedzonych" jest pełne niedomówień, krzyków nanizanych na otoczkę ciszy, specyficzne, inne, na swój sposób wyjątkowe. Być może dla autora była to zabawa pisarska, próba nowego gatunku, wg mnie bardzo udana, bo wiele można z niej wyciągnąć dla siebie. Świetnie skonstruowana, wykreowana i napisana. 

   Ponadto to powieść bardzo aktualna, jakby prorocza. Wydana w 2013r., a mam wrażenie, że pisana pod obecną sytuację polityczną z owym Ojcem Dobrodziejem, Prezydentem Miasta i eksperymentami pewnego doktorka. Dobrze oddaje przywary naszego narodu, sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej zakorzenionej głęboko w przeszłości naszej mentalności.

   Wielu może uznać, że to książka-wybryk, żart, ale wg mnie ma ona swoje drugie dno, nad którym warto się pochylić i zastanowić. Choć fabuła wciąga, warto rozglądać się uważnie dookoła, by nie przegapić tych drobnostek, pewnych wskazówek, zostawionych przez pisarza dla czytelnika.

   Dziwna, inna, niezwykła, może nieco szalona, ale istotna, ważna. Taka, po którą warto sięgnąć, by zrozumieć świat dookoła siebie. "Miasto Nawiedzonych". A może już Kraj Nawiedzonych? Czy to nie poszło już o krok dalej? 

niedziela, 31 stycznia 2021

84) "Ślepy demon. Sieciech" Witolda Jabłońskiego, czyli buntu pogan ciąg dalszy


  Koło dziejów biegnie, mijają pokolenia, zmienia się wiara i zwyczaje, stare przemija, nowe nastaje... Tylko czas wciąż płynie tak samo, nieubłaganie...

   Witold Jabłoński jako miłośnik rodzimej, słowiańskiej kultury dał już temu wyraz w niejednej ze swych książek. W ostatniej przeczytanej przeze mnie pt. "Ślepy demon. Sieciech" ukazuje to szczególnie, łącząc to z perspektywą upływającego czasu.

   Akcja powieści rozgrywa się średniowiecznej Polsce za rządów Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmiałego. Główny wątek fabuły opiera się na walce chrześcijan z poganami, ukazanej nie tylko na tle dynastii Piastów, ale również Jadźwingów, zamieszkujących lasy na wschód od Mazowsza oraz spory na tronie kijowskim. Wielość sytuacji, a problem tak naprawdę jeden: kto ma władzę świecką, zyskuje również władzę nad duszami poddanych, decydując o wierze dominującej. Nie musi to być bezpośrednie zarządzenie, wystarczą tylko umiejętnie dobrane pionki, którymi łatwo da się manipulować. Jak z tym walczyć? Otwarcie czy pod maską? Dostosować się? Przyjąć nowe rozwiązania, nową wiarę?

   Głównym bohaterem powieści teoretycznie jest tytułowy Sieciech. Wywodzi się z rodu Toporczyków, szanowanego i poważanego. Mimo trudnego dzieciństwa wyrasta na rozsądnego, silnego i ambitnego mężczyznę, jednak gdzieś pod spodem przebija się chęć zemsty, pomszczenia doznanych krzywd i odzyskania wolności dla wiary przodków. Wie, czego chce, jednak pewnej osobie łatwo na niego wpłynąć samymi obietnicami, przez co staje się bezwolną kukiełką w rękach wytrawnego gracza. 

   Sieciech jest jeden, ale to niejedyna postać, która wybija się na pierwszy plan. Trafia się tu jeszcze nie przez przypadek sam Kościej Nieśmiertelny. Czarodziej, wyznawca i posłannik Chorsa, ciemnych mocy, obudzony ze snu po wielu latach przez upiory krwawą ofiarą, by dokonać zemsty na krystowiercach, pomieszać ich szyki i wzbudzić na nowo chwałę dawnych bogów. Mężczyzna z kosturem, kryjący się pod niedźwiedzim futrem z nieodgadnionym wyrazem oczu, czający się z boku, by dopaść nieświadomą ofiarę i zmanipulować ją. Potrafi też zmieniać swą postać, z łatwością się kamufluje, wtapia w otoczenie, choć jest coś, co go zdradza. Gra na gęślach, zna się na ziołach, prowadzi konszachty z pewną damą oraz nagle znika. Kto uważny, może pozna się na jego naturze, lecz tym samym jego życie zagrożone. Działa sobie tylko znaną logiką, czasem jego czyny zdają się nietrafione, lecz kto wie, co czyha za rogiem przyszłości?

   Luba i Krystyna grają tu chyba tylko epizodycznie, są ozdobą, siłą napędową niesnasek między mężczyznami. Znają się na ziołach, mają intuicję, lecz nic ponad to. W tle wydarzeń rozmywają się i  nikną. Jako wyznawczynie starej wiary, muszą kryć się z tym, by nie popaść w niełaskę otoczenia. Ich świat mija, powoli, lecz nieubłaganie.

   Nie można też zapomnieć o dwóch najważniejszych postaciach historycznych, Bolesławie Śmiałym i Władysławie Hermanie. U Jabłońskiego dwie skrajności, choć bracia. Jeden piękny, silny, ambitny i charakterny, drugi - brzydki, słaby, chorowity i bezrozumnie dający sobą manipulować. W rodzinnym łonie tkwi zarzewie nieszczęścia Polski. Konflikt o władzę, kobietę, może dary Doli. Jednak nie można dać się zwieść na manowce. Bolesław nie jest tak idealny, a Władysław tak zły. U tego pisarza nie spodziewajcie się łatwych schematów. Do jasnych i ciemnych charakterów dolewa szarości, przez co kreacja bohaterów zyskuje i staje się bardziej autentyczna, a najlepiej zobaczycie to właśnie na przykładzie tych dwóch Piastów.

   Powieść skupia się wokół, już wspomnianego, konfliktu chrześcijaństwa i pogaństwa. Obydwa nie stronią od przemocy i przelewu krwi. Krystowiercy pod maską miłości i miłosierdzia nawracają mieczem, wybijając nieraz całe rodziny. Poganie walczą między sobą o ziemie oraz przeciw nowej wierze. Bez względu na przypisanie się do konkretnej grupy, ludzie są tacy sami, kieruje nimi ten sam instynkt, te same potrzeby. Braciszek Terlik, Otto a Kościej - jak niewiele trzeba, by wmieszać się w tłum. Ponadto spójrzcie na zachowanie księdza Stanisława czy jego niemieckich przyjaciół. O czym prawią? Co jest dla nich najważniejsze? Władza czy ludzie? Jak chcą osiągnąć swoje cele? Tak, w tym momencie otwierają się oczy. To nie tylko wyobraźnia autora, takie rzeczy działy się przez całe wieki i zapewne dziś nie są odosobnione. Jak świat światem, chciwość ludzka nie zna granic.

   Lud Słowa, czyli Słowianie muszą ukrywać swą wiarę, jeśli chcą żyć. Ostatkiem sił walczy Arkona, gdzie chronią się niedobitki żerców i współplemieńców, ostoja dawnych dni i wartości. Świat, który gnie się pod mieczem krzyża. Przeszłość ustępuje, lecz nie poddaje się tak łatwo. Słowiańska wiara, kultura, zwyczaje... w powieści Jabłońskiego to naprawdę bogaty wątek. To nie tylko Arkona, ale i zwyczaje codzienne jak przygotowywanie wywarów, zbieranie ziół, ludowe przyśpiewki, czasem pewne elementy opieki nad kobietą w połogu czy noworodkiem. Jest też składanie ofiar, przywoływanie bogów, np. Żemine, Swarożyca, Chorsa czy Welesa. Pojawiają się także biesy, m.in. wilkołak, strzygoń, zmora, wiła, utopiec, upiór i kilka innych, nienazwanych bezpośrednio.

   Autor próbuje tu też rozstrzygnąć zagadnienie zemsty. Czy oprawca nie wydaje sam na siebie wyroku? Czy zawsze jest tak słodka jak mówi przysłowie, czy jednak może mieć gorzkawy posmak? Mści się Kościej, Krystyna, Sieciech i Boranie, lecz dokąd ich to prowadzi? Czy sami siebie nie skazują na zgubę? Urażona duma czy honor domagają się pomsty, lecz czasem cena jest zbyt wysoka, więc lepiej zastanowić się nawet dwa razy.

   Kolejne rozdziały przeplatają życie Sieciecha, wątki kijowskie, dworskie, leśne Jadźwingów, przeskakując między nimi. Pozorny chaos, krok po kroku, rozjaśnia się, prowadząc do klamry fabuły, jaką jest Zbigniew, potomek Władysława Hermana. To, co pozornie odległe, zaczyna się łączyć dzięki niemu. Chors wiedzie ku niemu. Co planuje dla Piastów? Czym chce ich uraczyć?

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura napisana charakterystycznym dla Witolda Jabłońskiego stylem, ale mam wrażenie, że jest inna od pozostałych jego książek, tzn. dosadniejsza, brutalniejsza, ukazująca podłość ludzkiego charakteru w pełnej krasie. Występują tu wspaniałe opisy krajobrazów, bogata kreacja bohaterów, wielowątkowość, naturalne dialogi, poetyckie pieśni, tajemnicze rytuały, ale pod skórą czuje się zimny powiew wiatru zwiastującego kłopoty, wewnętrzny niepokój, jakby ktoś nas obserwował i czyhał na nasze najmniejsze potknięcie. Ten pisarz umie budować klimat i wie jak grać emocjami czytelnika.

   Samą książkę czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania, lecz odnoszę wrażenie, że niektóre z poruszanych wątków mogłyby być szerzej omówione, np. zmiana wierzeń Gandów, więź między Kościejem a Zbigniewem, ludowe zwyczaje Luby, tajemna gra Kościeja na gęślach, opanowany przez złe siły "klasztor" w Kijowie. Jednak jest nadzieja, ponieważ zapowiada się kolejny tom, gdzie być może część z tych zagadnień zostanie rozwiązana. 

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura z pogranicza fantastyki i przygodówki, inspirowana rodzimą historią i wiarą, którą spotkać można co krok. Warto wniknąć w bogaty świat malowany słowami Witolda Jabłońskiego, by choć trochę zrozumieć przed jakimi dylematami moralnymi stawali nasi przodkowie, będący na rozdrożu między pogaństwem a chrześcijaństwem, między młotem a kowadłem... To świat brutalny, pełen bólu i cierpienia z niewielką domieszką szczęścia i uśmiechu. Tu miłośnicy Słowiańszczyzny odnajdą coś dla siebie, tj. dawne zwyczaje i wartości, bogów i biesy, elementy świata minionego, nawet takie o których nie chce się pamiętać, ale i takie, które próbuje się reaktywować. Konflikt Piastowiców jest tylko tłem do znacznie poważniejszych spraw, których waga jest aktualna do dziś. Zatem, warto się pochylić nad tą pozycją pisarza i poświęcić jej nieco uwagi. Może ktoś odnajdzie tu wskazówkę dla siebie? Inspirację? Wg mnie takie książki uczą i nie pozostawiają obojętnym na poruszane kwestie. Dlatego, choćby tylko po to, warto po nie sięgnąć i zatopić się w świecie przedstawionym, by wyłowić te perełki i przemielić je tak, by wnioski z nich zastosować we własnym życiu i uniknąć błędów, nieraz bardzo kosztownych, bohaterów.

niedziela, 24 stycznia 2021

83) Bunt pogan... krótko o historii Miecława wg Witolda Jabłońskiego w powieści "Słowo i miecz"

   

   Ciemne, obce, niebezpiecznie wirujące słowa w ustach dziwnych ludzi, którzy krzyczą, wymachują jakimś amuletem, a za nimi wojowie z podniesionym orężem. Ledwie rozumiesz tę nieskładną mowę z ciężkim niemieckim akcentem. Co to jest ten grzech i męki piekielne? O jakich diabłach on mówi? Czemu ci za nim coś mruczą i podnoszą miecze? Kim są i czego od nas chcą? O jakim nawróceniu plotą? Każdy jest wolny i wierzy w co i kogo chce, bogów ci u nas pod dostatkiem, a ten gada i gada o jednym bogu w trójcy objawionym? Sami swego boga ukrzyżowali i tym się chwalą, nosząc te amulety na szyjach?

   Właśnie takie myśli mogły przychodzić naszym przodkom do głowy, gdy na obszary obecnej Polski zaczęli docierać księża nowej zachodniej wiary. Kto z tych zwykłych, często parających się rolą lub handlem ludzi rozumiał ich przemowy? Jak mogli pojąć definicję miłosiernego i kochającego boga, gdy jego wyznawcy jednocześnie wybijali całe miejscowości, zostawiając za sobą morze krwi i trupi odór? Jak mogli chcieć przyjąć ich pod swój dach i bez dyskusji zacząć wyznawać obce bóstwo, wyrzekając się własnej historii i tradycji? Tylko pod przymusem... Nowa wiara zaczęła się od nawracania przemocą i gwałtem.

   Niełatwą pierwszą połowę XI wieku odmalował w swym dziele mistrz fantastyki historycznej, Witold Jabłoński, główną oś powieści zahaczając o Mazowsze i tajemniczego Miecława oraz rządy kilkorga Piastowiców, od Mieszka I do Kazimierza Odnowiciela, chcąc przedstawić z własnej perspektywy "nawracanie" rzeszy pogan na chrześcijaństwo przy pomocy odpowiedniej perswazji, bunt Słowian przeciw tak jawnemu braku poszanowania dla historii, tradycji i przodków oraz żywe aspekty "wiary słowiańskiej". 

 "Słowo i miecz" to powieść wielowątkowa, zróżnicowana ze zbiorowym bohaterem w tle. Każdy jest inny, ma swoje własne motywacje i cele, do których dąży ponad wszystko, pragnąc się spełnić i zrealizować swoje własne życie zgodne z własnym sumieniem, priorytetami i wartościami, bez narzucania ich z góry przez kogokolwiek. Niestety, przybysze nie chcieli o tym słyszeć i dali się ponieść nauce, która od małego nie dawała im możliwości samodzielnego myślenia, dzieląc wszystko na dobre lub złe, bez żadnych odcieni szarości. Opozycja my - wy z wartościowaniem już na samym wstępie bez lepszego poznania i próby zrozumienia. Szalony świat, koło, które mieli do dziś...

   Wydaje się, że główną żeńską postacią jest Dziewanna z rodu Liwów, która przez nieszczęsne zbiegi okoliczności doświadcza chrześcijaństwa z jak najgorszej strony, będąc wychowaną w duchu wolności i tolerancyjności poganką. Ukochana przez Mokosz, obdarzona jej siłą, stara się na wszelkie możliwe sposoby przywrócić porządek dawnych dni, knując i siejąc intrygi, choć nieraz wystawia swe życie na niebezpieczeństwo. Przeszłość kształtuje jej przyszłość, rzucając w wir międzynarodowych konfliktów religijno-politycznych. Z niewinnej istoty musi przekształcić się w wyrachowaną, pewną siebie, charyzmatyczną i niebojącą się trudnych decyzji kobietę, walczącą o swoją rodzinę i lud. Postać złożona, skomplikowana, w której jasność i ciemność równoważą się, tworząc jej specyficzny urok, kusząc nie tylko powabami ciała, ale przede wszystkim umysłu.

   Spośród męskich bohaterów na większą uwagę zasługuje Syn Drzew, zwany Andajem. Należący do plemiona Jadźwingów, służący przyrodzie i wolności, wyznający wiarę w naszego Swarożyca, oprócz przymiotów ciała i ducha cechuje się niezłomnym charakterem, jaśniejąc w ciemnościach jak słońce. Przyjaźń i miłość, lojalność i szczerość to jego priorytety tak jak szacunek do tradycji i przodków oraz natury. Z obcego staje się swój. Okazuje się niezachwianym filarem niebezpiecznej wyprawy ku samej Ciemności. Oddany sprawie do samego końca. Takich jak on jest niewielu, a taki przyjaciel to skarb.

   Witold Jabłoński ukazuje w swej powieści cały szereg postaci, a każda ma ważną rolę do odegrania. Na przykładzie Piastów odmalowuje odejście od rodzinnych zwyczajów, uzależnienie od władzy oraz kościoła, częściowy brak autonomii we własnym kraju ze względu na zobowiązania wobec tych, którzy ową władzę iluzorycznie podtrzymywali swym błogosławieństwem. Ukazuje powiązanie losów państwa z decyzjami władcy, które mogły przynieść urodzaj lub klęskę i niewolę. Braciszkowie Lucjusz i Aron są wspaniałym przykładem dwulicowości kościoła w średniowieczu, gdzie owieczkom mówiło się o dobroci Boga, umiłowaniu bliźniego i jedynej, słusznej wierze wybawiającej od piekła, podczas gdy sami parali się czarną magią, torturami i znęcaniem się nad innymi, intrygami dworskimi, kłamstwem, zdobywaniem wpływów i pieniędzy. Mówienie jednego, robienie drugiego - taką wizję kreśli autor. Wiele z tych rzeczy było na porządku dziennym i stanowiło tylko preludium do czasów inkwizycji i powszechnego stosowania stosów. Żywia z Widunem i Mścigniewiem to echa przeszłości, wciąż żywe, lecz coraz bardziej spychane na margines. Słudzy dawnych bogów i obrzędów, życie w zgodzie z naturą i umiłowaniem życia. Ich walka to zapalczywa próba przetrwania tradycji, by nie ulec zapomnieniu w mroku dziejów. Obrazują sobą Słowiańszczyznę, to co nasi przodkowie cenili i kochali, czemu oddawali cześć, czego się bali.

   XI wiek w Polsce to etap przechodzenia z pogaństwa na chrześcijaństwo, dobrowolnie lub pod przymusem, choć jak było w istocie, domyślać możemy się sami. Dla ludzi spoza dworu panującego musiało to być niełatwe, porzucić korzenie i przyjąć nowe, nieznane i nie do końca zrozumiałe. Może dlatego kościół pewne dawne elementy miejscowej kultury przyswoił i dołączył do swoich świąt, by pozyskać jak najwięcej wiernych, dając złudzenie swojskości. Mimo wszystko, jak wspomniałam, w swoich praktykach nawracania nie znał litości i tolerancji dla inności, robiąc marionetki z podległych sobie władców, zapewniając im wsparcie i siatkę wywiadowczą. "Słowo i miecz" dobrze obrazuje to na przykładzie Kazimierza Odnowiciela, który jest nieodrodnym dzieckiem kościoła, idącym ślepo za jego wskazówkami, dla którego krew pobratymców ma mniejsze znaczenie od chwały waleczności wojsk krystowierców. Jabłoński świetnie ukazuje mechanizm manipulacji i pisania historii przez zwycięzców. Okrutne, ale jakie prawdziwe. Życie...

  Ta powieść to 648 stron wypełnionych od A do Z słowiańskością. Pojawiają się tacy bogowie jak m.in. Dziewanna, Żywia, Marzanna, Mokosz, Swarożyc, Perun, Weles, Chors, Czarnobóg czy  Strzybóg. Jest całe mrowie biesów takich jak: wilkołaki, strzygi, zmory, utopce i inne leśne licha. Autor zdradza jak mogły wyglądać przygotowania do Nocy Kupały, Szczodrych Godów i powitania wiosny. Przedstawia również ostatnią drogę pogan "ogniem i wodą". Ukazuje ową magię czerpaną z sił natury, inspirację jej korzeniami. Wierzenia, obrzędy, zwyczaje... pisarz rekonstruuje ze sporą dawką własnej fantazji dawne dzieje. Robi to tak, że czytelnikowi zapiera dech. Słowiańskość w jego wydaniu zachwyca, czaruje i uzależnia. Jak? Drobiazgowością, dbałością o szczegóły, barwnością i różnorodnością, od pańskiego stołu, chaty rolnika po wycieczkę do Nawii Chorsa czy spotkanie w cztery oczy z Welesem, spacer po chmurach pod opieką płanetników, odwiedziny u okrutnej królowej Wenedy czy spotkanie towarzyskie z wikingami zbratanymi ze sługami Strzyboga, lubujących się w ucztach i biesiadach. Pomysłowość w ukazaniu różnych aspektów owej słowiańskości jest zaskakująca. To ciągła przygoda, w której chce się uczestniczyć z pełnym zaangażowaniem.

   Rozdziały w książce są ułożone naprzemienne, tzn. jak jeden przedstawia pogańską perspektywę, to następny - chrześcijańską. Występują też skoki czasowe. Nie utrudnia to odbioru treści, powiedziałabym, że wręcz ją wzbogaca, ponieważ czytelnik ma czas na przemyślenie poruszanych kwestii i zobaczenia ich z różnych pkt widzenia. Nie jest to powieść jednostronna, broniąca pogaństwa za wszelką cenę. Warto zwrócić uwagę na postać brata Arona, jego niełatwą historię, charakter i szczere wątpliwości, co do niektórych kościelnych praktyk. Zabieg zastosowany przez Witolda Jabłońskiego pozwala lepiej wniknąć w umysł bohatera i zrozumieć jego motywacje oraz ukształtować własną opinię na ten temat.

   Sam styl pisania i pióro autora jak zawsze mnie zachwyciły. Lekkość, poetyckość opisów przyrody, dbałość o szczegóły i formę, naturalne dialogi, świetnie wykreowane postacie, logiczna fabuła z wciągającą i intrygującą akcją, genialne wykorzystanie faktów historycznych do splecenia własnej wersji XI wieków z elementami fantastycznymi. Pisarz maluje słowami świat, który przez wieki leżał zapomniany pod stertą jesiennych liści przeszłości. Niczym Jaryło i Dziewanna budzi go ze snu do życia, przywraca Słowianom ich korzenie. Mknie na rączych skrzydłach wiatru natchnienia, stając się prawdziwym magiem, bajarzem Welesa. Czysta magia! Oczywiście nie jestem obiektywna, bo już dawno przepadłam w uwielbieniu dla jego talentu, bo żadna z jego książek nie była rozczarowaniem, a miłością od pierwszego zdania.

   "Słowo i miecz" Witolda Jabłońskiego to powieść o walce przeszłości z nowym, starych bogów z krystem, miłości z nienawiścią, życiem ze śmiercią, chwałą z zapomnieniem. To książka opowiadająca o losach jedenastowiecznej Polski rozbitej między przywiązaniem do tradycji a nadciągającą siłą nowego boga będącego w przymierzu z dynastią panującą. Dotyka nie tylko dworskich intryg, ale i dramatów maluczkich. Przedstawia siłę prawdziwej przyjaźni, destrukcję rodzin z powodu zazdrości, waśni i braku wzajemnego zrozumienia, zagubionej miłości lat młodzieńczych, trudnych decyzji matek i ojców lękających się o swe dziatki, szacunku do przyrody i historii. To magia Welesa zaklęta w słowach Witolda Jabłońskiego, ukazująca tę późną słowiańskość w różnych aspektach.

   To książka, do której jeszcze niejednokrotnie wrócę. Mogę ją polecić z czystym sumieniem osobom zainteresowanym Słowiańszczyzną, średniowieczem, fanom fantastyki historycznej. Myślę, że każda z tych osób odnajdzie tu swój kawałek magii, która skłania do refleksji. Magii, zaklętej w piórze Witolda Jabłońskiego.

niedziela, 3 maja 2020

61) Życie usłane cierniami... "Trupi korowód" Witolda Jabłońskiego

   Świat biegnie pędem, do przodu, byle szybciej i więcej, gubiąc się w dobrach doczesnych, zapominając o tym, co było kiedyś. Młodzi nie chcą wiedzieć jak toczy się koło historii, starców nikt słuchać nie chce, bo i często ogłuszani są współczesną propagandą. Ach, tak łatwo ogłupić społeczeństwo, zamydlić mu oczy, pieniądze i obietnice dają władzę, ale czasem warto się zatrzymać i przemyśleć co nieco. Wyłamać się z bezmyślnego tłumu, stanąć na uboczu i sprawdzić, co naprawdę kryje się pod piękną powłoką. Dokąd to wszystko zmierza? Gdzie cel ziemskiej podróży? Jaki jest sens życia? Jak naprawdę wygląda walka dobra ze złem? Czy w ogóle istnieje? Jakie to ma znaczenie dla człowieka?
   Ludzie nawzajem się nie oszczędzają, zadając sobie takie rany, których nie powstydziłby się najgroźniejszy potwór, czasem są fizyczne, czasem psychiczne. Jedno i drugie boli, przenosząc się na kolejne pokolenia jako stała część zachowania. Moralistom oceniać efekt tego, lecz gołym okiem widać, w jakim kierunku to zmierza. 
   Podobne tematy podejmuje w swoim cyklu Witold Jabłoński "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer", uwypuklając ich sens w ostatniej części. "Trupi korowód" opowiada o Witelonie, śląskim mędrcu i alchemiku w wieku dojrzałym, ba, nawet starczym, lecz zachowującym wciąż krzepkie ciało i bystry umysł, dzięki czemu wciąż jest w stanie skutecznie lawirować między meandrami życia. Po śmierci swego słodkiego, ukochanego księcia, obiera nowego protektora i pomaga mu na wszelkie możliwe sposoby uzyskać dostęp do polskiej korony, posuwając się przy tym do haniebnych czynów.
   Mężczyzna wciąż pozostaje głównym bohaterem cyklu i narratorem. To jego oczami czytelnik wędruje po średniowiecznej Polsce, zahaczając o dwór Henryka Głogowczyka, Przemysła Pogrobowca, Wacława II i III, Władysława Łokietka, a nawet zapuszcza się na nieprzyjazne tereny Pomorza, zagarnięte przez Krzyżaków. Witelo to uczony mąż, który wszystko dokładnie planuje, ale dopomaga mu w tym los, a raczej jego opiekuńczy demon, który czasem podsuwa mu pod nos gotowe rozwiązania. Mimo wieku, zachłanny wiedzy i nowych eksperymentów naukowych, kochający filozoficzne dysputy i gierki słowne (np. rozmowy z żydowskim lichwiarzem Jordanem czy Władysławem Łokietkiem). Roztacza wokół siebie niezwykłą aurę, łatwo zyskuje zaufanie, potrafi świetnie manipulować. Honor czy godność to pojęcia abstrakcyjne dla niego. Ważna jest miłość, osobisty cel i zysk. Nie jest typem chrześcijańskiego świętego, raczej buntownika przeciw obłudzie kościoła średniowiecznego i nieodpowiednich władców. Sam, wywodząc się z trudnych warunków, umie zrozumieć biedniejszych od siebie. Mimo służenia złu, wyrządza przy okazji wiele dobrego (ratunek Karlotty czy Ondraszka, zmiana życia Wioli Cieszyńskiej etc.).
   W "Trupim korowodzie" rodzina Witelona również odgrywa ważną rolę, choćby w postaci bratanka Jana Muskaty i wójta krakowskiego Alberta, siostrzeńca Piotra i powinowatego Dytryka. Rodzina Turyngów rozrosta się i wędruje wysoko, np. Muskata i jego uwielbienie dla praskiego władcy. Nasz śląski mag stara się dbać o rodzinę, choć nigdy nie był przez nią szczególnie uwielbiany (wyjątek stanowi Wisława i jej potomkowie). Jego czyny może do chwalebnych nie należą, jak podwójna gra wobec Janka, ale pamiętać należy, że Witelon na celu ma wyższe dobro Królestwa Polskiego. Przykład tej rodziny pokazuje jak wiele nieporozumień rodzi się w samym jej łonie, jak pieniądze i zaślepienie potrafią zniszczyć więzy, a świat odpłacić pięknym za nadobne.
   Po raz kolejny W. Jabłoński zachwyca mnie kreacją głównego bohatera. To postać niezwykle dobrze przemyślana. Każda cecha jego charakteru i temperamentu zostaje wykorzystana do granic możliwości, wysupłując z niej to, co najlepsze dla fabuły powieści. Skomplikowana osobowość i filozofia życia Witelona to nie lada wyzwanie, by połączyć to w harmonijną całość. Autorowi się to udaje, dzięki czemu nasz narrator jest autentyczny, choć niezwykły i wyjątkowy, wyrosły ponad miarę swej epoki. Geniusz, którego zna się od chłystka po lata dojrzałe, mogąc wejrzeć w najciemniejsze zakamarki jego duszy. Nie, to nie przeraża, raczej zachwyca, tak wielopoziomowe uchwycenie ludzkiej psychiki w różnych skrajnych sytuacjach na przestrzeni lat.
   "Trupi korowód" to nie tylko Witelon. Przewija się tu cała masa bohaterów, z czego na największą uwagę zasługuje Władysław Łokietek i Henryk Głogowczyk. Łokietka chyba wszyscy znają, bo uczyli się o nim w szkole jako o władcy Polski, ojcu Kazimierza Wielkiego. Król jak król, niby nic wielkiego, ale zdobycie wówczas tego tytułu nie było ani łatwe ani przyjemne, okupione trudną walką o złączenie jak największej ilości dzielnic Polski za zgodą możnowładców i coraz bogatszego mieszczaństwa w postaci kupców, dla których liczyły się tylko przywileje i jak największy zysk oraz ciągłej walce o granice z obcymi władcami, czającymi się na łakomy kąsek żyznych ziem i bogatych rud. Łokietek najprawdopodobniej był karłem, co w średniowieczu stanowiło piętno, traktowane jako następstwo grzechu rodziców. Samo to już było sporą przeszkodą. Mimo to, kujawski książę nie poddawał się i walczył o swoje. Jabłoński ukazuje go jako człowieka o mocnym charakterze, zaprawionego w boju codziennego życia, który porażki przekuwa w mądrość i siłę, by nie popełnić drugi raz tego samego błędu. Mądrze dobiera swoich doradców, powoli, lecz sukcesywnie usuwa kłody spod nóg, prze do przodu, nie bacząc na zawieruchę dookoła. Witelona czule nazywa ojczulkiem ze względu na wiek maga i jego więzi ze swą matką Eufrozyną. Pisarz ukazuje Łokietka jako swojskiego władcę o wszelkich przymiotach pretendujących go do roli króla Zjednoczonego Królestwa. Inna bajka to Henryk Głogowczyk, całkowite przeciwieństwo Władysława. Zimny, wyrachowany, podły, sadysta, nieznający litości dla nikogo, nawet własnej żony i dzieci. Potwór, pragnący niepodzielnej władzy, uwielbienia i szacunku wymuszonych przemocą pod pozorem zaprowadzania prawa i sprawiedliwości. Ileż w tym obłudy! Piast dążący po trupach do celu bez większego pomysłu na siebie i swoje dziedzictwo. Nie wzbudza sympatii, raczej nienawiść. W. Jabłoński przez większość cyklu maluje go w ten sposób, jednak na łożu śmierci tenże bohater wyjawia tajemnicę swego życia. Przez pryzmat tej opowieści można spojrzeć na niego inaczej, nieco łaskawiej. Jest dowodem na to jak przeszłość, złe relacje z rodzicami, nieszczęśliwa miłość, walka o przetrwanie mogą zburzyć charakter, przeistaczając człowieka w potwora bez serca, powtarzającego znane schematy z dzieciństwa. To naprawdę trudna osobowość. Można powiedzieć, że jak się chce, to można się temu przeciwstawić i walczyć o lepsze "ja", jednak słabsze jednostki się poddają i budują siebie na podstawie lub w opozycji do rodzica/opiekuna. Nieliczni godzą się z przeszłością i szczęśliwi podążają ku przyszłości własną drogą. Autor zawiera w tej postaci tak wiele dramatów, wciąż współczesnych, że chylę przed nim czoła. Niełatwa to rzecz tak przedstawić taką sytuację bez popadania w banał.
   Nieodmiennie od "Ucznia Czarnoksiężnika" pozostaję pod urokiem Witolda Jabłońskiego w kwestii jego znajomości historii średniowiecza, wyłapywania tych wszystkich drobnych niuansów i przekuwania ich w harmonijną fabułę, dla której oś stanowi Witelo z Borku. Dzięki niemu czytelnik odwiedza różne zakątki całej Europy, będąc świadkiem ważnych wydarzeń, które w oficjalnym nauczaniu się pomija jak szczegóły mariażu władców, sposoby dziedziczenia, prowadzenie się duchowieństwa kościelnego i zakonnego, formy działania świętych zakonów, np. templariuszy czy Krzyżaków, nie wspominając już o dworze papieskim. Tyle szczegółów, mających pokrycie w źródłach historycznych, celowo pomijanych w szkole. Pisarz potrafi przekuć owe fakty w elementy swojej własnej historii, uzupełniając je wyobraźnią, np. w przypadku dziwactw Wacława II i jego obsesji na punkcie relikwii, mariażu Wioli Cieszyńskiej z Wacławem III (tu świetne rozegranie upodobań seksualnych Czecha z figurą i wychowaniem córki Mieszka), powiązania Jana Muskaty z Witelonem i walką o koronę Chrobrego, niesnaski między Nałęczami a Zarembami, dziedziczenie Pomorza po Przemyśle II a pretensje Askańczyków prowadzące do przejęcia go przez Krzyżaków. Wielowątkowość powieści pod względem historycznym wzbudza mój podziw, bo niejeden mediewista mógłby mieć problem z tak zgrabnym ujęciem tylu drobiazgów w jedną, logiczną całość.
   Historia to nie tylko dwory i królowie, ale także zwykli ludzie, którzy nieśli na swych barkach ciężar utrzymania władców i ich fanaberii. "Trupi korowód" daje wgląd w życie różnych warstw społecznych, od chłopów po wielmoży, od niewolników po rybałtów, od litewskich pogan po Żydów. Różnorodna panorama życia w pełnym rozkwicie. Ciekawą kwestią jest poruszenie zagadnienia polskich Żydów w Polsce w średniowieczu, ich znaczenia w gospodarce, finansowania wojen, lichwiarstwa, praktyk kabalistycznych oraz powszechnie wzbudzanej zazdrości i nienawiści. W swoim cyklu Jabłoński posługuje się przykładem rodziny kupca Jordana i jego syna Lewka, zamieszanych w konszachty nawet z templariuszami i papiestwem. Autor nieraz pokazuje jak w chwili rozprężenia społecznego, np. buntu, pierwszy gniew kieruje się właśnie na Żydów i ich sklepy. Jak świat światem, zazdrość to koło napędowe nienawiści.
   Szczególnie interesujący w "Trupim korowodzie" jest wątek pogańskich Litwinów, dzielnie walczących z najeźdźcami. Witelo wraz ze swymi znajomymi świadkuje pogrzebowi ojca Witenesa i różnych praktyk temu towarzyszących. Poznaje tam także jego brata, Giedymina, postać znaną w historii. Ich wierzenia, sposób pożegnania ze zmarłym, podejście do natury wzbudzają większy respekt niż ówczesne chrześcijańskie zachowania, choćby z racji szczerości intencji, mimo iż dziś nazwalibyśmy je okrutnymi, zarówno w stosunku do zwierząt, jak i ludzi.
   Wątków typowo słowiańskich, oprócz wspomnianego wyżej i kilkoma wzmiankami o wierze w strzygi czy powracające zza grobu upiory tu niewiele.
   Filozofia życia jaką przedstawia Witold Jabłoński jest dość przewrotna jak na współczesne standardy. Nie da się uniknąć porównań. To bunt przeciw obłudnemu i sprzedajnemu chrześcijaństwu, walka o życie w zgodzie ze sobą i swoim przeznaczeniem, własnymi wartościami. Witelo, mimo wielu zbrodni na sumieniu, pozostaje godnym wzorem do naśladowania, choćby w kwestii wolności myśli, dążenia do wiedzy, lojalności. Mimo zła, czyni dobro. Uparcie dąży do wyznaczonego celu. Potrafi kochać i wierzy w miłość, choć niektórzy to wykorzystują. Pisarz daje literaturze bohatera skomplikowanego, wielopoziomowego, o niełatwym życiu i trudnych doświadczeniach, lecz o silnym charakterze, żyjącego zgodnie z własną wolą, po swojemu. Trudnego, lecz realnego. Niezwykłego, bo rzadko spotykanego, mogącego sporo namieszać w młodych umysłach.
   Autor cyklu nie boi się trudnych tematów. Bez krzty zawstydzenia pokazuje obłudę kapłanów kościoła, ich chciwość, seksualne wybryki wobec obojga płci, matactwa przy sporządzaniu dokumentów. Nie lęka się przedstawienia brutalności i przemocy wobec ludzi i zwierząt, gwałtu czy tortur. To trudne sceny, lecz napisane ze smakiem, bez wchodzenia w zbędne szczegóły. To książka autentyczna do bólu.
   Bogactwo świata przedstawionego zachwyca gamą barw, które pisarz używa, przebierając w środkach wyrazu. Jego specyficzny styl urzeka kolejny raz, udowadniając, że świetnie oddaje realia życia. Średniowiecze jest tu tylko czasem umownym. Sposób ukazania historii mógłby zostać wykorzystany do jakiejkolwiek epoki. Krótko mówiąc, autor ma wyczucie i dar ku temu. Śmiało odmalowuje przywary ludzi, nie omieszkując wspomnieć również o zaletach, tłumaczy logicznie koleje ich losu, stosując do tego zagrywki psychologiczne i podpierając się, a raczej wzbogacając, wątkami historycznymi. Nikogo nie pozostawia obojętnym. Jego się kocha lub nienawidzi. Wykreowani przez niego bohaterowie na czele z Witelonem porywają w zaklętą podróż, która odciska piętno na całe życie w czytelniku (tak, myślę o sobie).
   "Trupi korowód" to godne uwieńczenie cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer". To lektura trudna, wymagająca, pełna zakrętów i labiryntów, lecz po stokroć odpłacająca się. Porusza serce i duszę, działa na wyobraźnię, znawcom historii daje pole do popisu do wyszukiwania znanych wątków, pochłania trudną fabułą i losami bohaterów, wywołuje całą gamę emocji. Jabłoński gra na strunach duszy czytelnika jak maestro i manipuluje z wprawą Witelona, prowadząc go na zgubę ku swemu uwielbieniu. Mimo okrutności przedstawionego świata, utożsamiamy się z nim z powodu analogii do współczesności. Pisarz po raz kolejny wyszedł zwycięsko z wojny wytoczonej własnej ambicji. Poprzeczka zawisła naprawdę wysoko.
   "Trupi korowód" to powieść pozornie o losach średniowiecznego mędrca. To historia o nas samych, trupim korowodzie do szczęścia i osiągnięcia marzeń, celów, droga ku śmierci, przed którą nikt z nas się nie uchroni. To książka dla ceniących inteligentne lektury i zdolnych pisarzy.
   Polecam ją z czystym sumieniem. To powieść otwierająca oczy, zmieniająca światopogląd, budująca i ujmująca zarazem, dodaje skrzydeł. Pozwala uwierzyć w siebie i daje siłę, by ruszyć swoją drogą.