Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średniowiecze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą średniowiecze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2022

146) "Wyspa słowiańskich bogów" - Janisław Osięgłowski

   Przeszłość pochłania, zwłaszcza jeśli opowieść się o niej tocząca dotyczy bliskich nam tematów. Wówczas nie sposób się od niej oderwać. Zapomina się o świecie dookoła i biegnie się torem wyznaczonym przez bajarza. Swoistym wehikułem czasu są książki, które zaklinają ją w słowa.

 Jedną z takowych pozycji jest "Wyspa słowiańskich bogów" Janisława Osięgłowskiego, wydana w 1971r. w serii "Biblioteczka Popularnonaukowa Światowid". Opowiada o Rugii, obecnie należącej do Niemiec, a kiedyś opanowanej przez żywioł słowiański. Raczej z serii popularyzujących historię i jej dokonań, choć i dobre słowo pada pod adresem archeologii.

   Autor podzielił swe dzieło na dziesięć rozdziałów, zaczynając od kwestii ogólnych, czyli historyczno-geograficznych, przedstawiając dzieje wyspy od czasów najdawniejszych po uwarunkowania geograficzne, które miały niebagatelny wpływ na losy wyspy. Jedną z najważniejszych kwestii tu poruszanych jest jej zasiedlenie przez Słowian, okres jej rozwoju pod ich rządami, znaczenie na arenie politycznej oraz to, co po nich pozostało. Osięgłowski drobiazgowo omawia kolejne lata, wskazując na najważniejsze wydarzenia, pokazując przy tym ich znaczenie dla poszczególnych części Rugii (samą wyspę można podzielić na kilka krain zupełnie odmiennych pod względem krajobrazu, gleby czy linii brzegowej). Wskazuje również na przyczyny powolnej germanizacji, pomimo czasowej podległości duńskiej.

  Jacy byli Rugianie? Z "Wyspy słowiańskich bogów" wyłania się obraz niezależnych Słowian, ceniących swoją wolność, dom, wierzenia. Byli waleczni i niepokorni. Chylili głowę, by zaraz ją podnieść i zrzucić obce jarzmo. Choć sami ukochali swoją samodzielność i wolność, nie przeszkadzało im to w napadach na sąsiadów. Autor przytacza konkretne przykłady jak drogą wodną Rugianie destabilizowali życie innych. Przeciwko nim wyprawiali się zarówno Sasi jak i Duńczycy. Ostatecznie udało się im ich okiełznać, ale jakimże to sposobem? Burząc to, co dawało im duchową siłę, czyli Arkonę, świątynię Świętowita i przymuszając do przyjęcia chrztu. Upadek pogaństwa oznaczał powolne odchodzenie od korzeni. Dotyczyło to przede wszystkim dynastii rządzącej i warstwy możnych. Najwięcej dawnych tradycji przechowało się wśród zwykłych chłopów, choć prawodawstwo coraz usilniej tępiło ich niezależność, spychając powoli na margines społeczeństwa, utrudniając normalne funkcjonowanie. Większość z nich poza wojaczką zajmowała się rybołówstwem i rolnictwem. W jednej z miejscowości zanotowano duży ośrodek handlowy.

  Słowianie przeciw Słowianom? Czemu nie? Tak to wyglądało m.in. podczas wypraw na Pomorze i podbijaniu południowego wybrzeża Bałtyku przez Danię. Wśród naszych pobratymców brakowało poczucia wspólnoty, jedności, która spajałaby te wszystkie ludy razem, czy to w razie zagrożenia militarnego czy klęski nieurodzaju. Być może w tym tkwi wyjaśnienie utraty Połabia przez Słowian w sensie przynależności politycznej i kulturowej?

   Co tak naprawdę zostało po słowiańskich Rugianach? Całkiem sporo nazw geograficznych brzmiących dla nas swojsko, nieliczne słowa w miejscowym narzeczu i mnóstwo zabytków, które jeszcze czekają na odkrycie.

   Z ciekawostek - warto zwrócić uwagę na dwie płaskorzeźby zwane kamiennymi babami. Jedna znajduje się w kościele w Altenkirchen (s. 222), przedstawia mężczyznę trzymającego róg. Druga jest w kościele w Bergen. Mężczyzna trzyma w dłoniach krzyż, choć jak podaje autor był to niegdyś róg. Istnieją hipotezy iż obydwa wizerunki miały przedstawiać samego Świętowita z Arkony. Dlaczego zatem pogański bożek znalazł się w chrześcijańskiej świątyni? Osięgłowski twierdzi, że "sposób wmurowania symbolizował zwycięstwo Boga chrześcijańskiego i upadek pogańskiego bałwana". Altenkirchen - rzeźba wmurowana poziomo - upadek; Bergen - rzeźba w pionie z krzyżem w ręku, czyli wygrana (s.226). 

  Ta książka pełna jest takich ciekawostek. To taki rodzaj kompendium wiedzy o Rugii i jej słowiańskim epizodzie. To już pięćdziesięcioletnia pozycja, choć część rzeczy na pewno się zdezaktualizowała, zwłaszcza w zakresie tematyki archeologicznej, ale zawiera podstawy, które wciąż mogą zaintrygować i skłonić do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Janisław Osięgłowski posługuje się tu bardzo klarownym językiem, tłumacząc w ciekawy sposób zawiłe kwestie historyczne. Ma lekki i plastyczny styl. Przez tę książkę się płynie, ciężko się od niej oderwać, a kilka godzin wystarczy na całość.

   "Wyspę słowiańskich bogów" polecam miłośnikom Słowiańszczyzny, historykom, osobom zainteresowanym Połabiem, Obecnie tę książkę można traktować jako formę ciekawostki, rozgrzewki przed lekturą knig naukowych. Naprawdę warto!

sobota, 2 kwietnia 2022

126) Fantastyka inspirowana RPG - "Obrońcy Ahury. Pasowanie" Mateusz R. M. Rogalski

 Czym mogą inspirować się pisarze? Każdy czytelnik zacznie głęboko analizować zadane pytanie i szukać ambitnych odpowiedzi typu: życie, trudne doświadczenia, traumy, ulotne chwile szczęścia, legendy i baśnie, literatura, kino. Mogą zdarzyć się odpowiedzi o snach i marzeniach przeniesionych na papier. Czy komuś z Was przyszłoby do głowy, że wena może pojawić się podczas tzw. sesji RPG? A jednak.

 Mateusz R. M. Rogalski to historyk, politolog, pedagog, który zawodowo realizuje się w handlu, a prywatnie zgłębia tajniki: świata podczas podróży, ludzkich umysłów w kontaktach zawodowych, historii podczas wypraw w głąb literatury. Na swoim koncie odnotował sukces księgarni internetowej samowydawcy.pl, która sprzedaje tylko i wyłącznie książki wydane w trybie self-publishing. Postanowił również sprawdzić się jako pisarz. Jego debiutem jest powieść "Obrońcy Ahury, Pasowanie" inspirowana klimatami RPG, które (jak czytamy w opisie wydawcy) odbywały się w Legnickim Stowarzyszeniu Fantastyki Gladius. Jaka ona jest? Czego dotyczy? Kto może w niej odnaleźć swoje zagubione dziecięce wyobrażenia? 

   "Obrońcy Ahury. Pasowanie" to książka w klimacie średniowiecznej fantastyki, której akcja rozgrywa się w Królestwie Górnego Hakonu, gdy na tronie pojawiają się pewne perturbacje związane ze śmiercią króla. Jak to w życiu bywa, nigdy nie jest tak łatwo i przyjemnie. Pojawiają się schody. Czy Królestwo utrzyma się jako jedność? Kto zdobędzie władzę? Kogo będą wspierać poszczególne Księstwa? Jak owa sytuacja odbije się na zwykłych mieszkańcach tego kraju? Czy przez kraj przeleje się krwawa łuna wojny domowej?

  Świat przedstawiony przez Mateusza Rogalskiego opiera się na przygodzie w drodze, bitwach, ucztach, zdobywaniu kolejnych lokalizacji i wypełnianiu zadań zleconych przez Księcia Ahury. Inspirowana klimatem średniowiecza, rycerstwa, szeroko pojętej szlachty i ich wewnętrznymi rozgrywkami o ustanowienie hierarchii poszczególnych rodów, zdobycia sławy i bogactwa, powoduje, że przede wszystkim skupia się ona na wojownikach, dworzanach i osobach im towarzyszących. Próżno szukać tu historii zwykłych mieszkańców wsi i miast. To powieść z jednej strony dworska, pokazująca szczegółowo przebiegi uczt, celu ich organizowania, ukrytych w cieniu intrygach, relacji między poszczególnymi gośćmi, obowiązującymi zwyczajami, a z drugiej bitewna, wojenna, przedstawiająca wszystkie odcienie tego stanu. Drobiazgowo opisuje etapy przygotowań, samych walk i ich ceny dla każdej ze stron. Są bitwy w otwartym polu, oblegania, bezpośrednie pojedynki, walka w krwawym szale etc. Warto też zwrócić uwagę na opisy białej broni. Dodatkowym atutem jest zwrócenie uwagi na obszar, w którym toczy się bitwa i jakie ma on znaczenie dla obrania odpowiedniej strategii. Szczegół goni szczegół i to na pewno docenią znawcy tematu. Dla laika może to być nużące, ale uważam, że warto się w nie zagłębić, by nie stracić wątku, ponieważ autor ukrywa w nich elementy ważne dla dalszej fabuły, a przy okazji można poszerzyć swoje horyzonty.

   Narratorem powieści, a jednocześnie jej głównym bohaterem jest Aris Esnaf'ar, młodzieniec przybyły z pustynnego Dahaku, znawca wina i kobiet, szukający bogactwa, by wykupić rodzime dobra z rąk obcego rodu. Przypadkiem wplątujący się w sam środek intryg lokalnych dworów oraz politycznych tyczących się całego Królestwa Górnego Hakonu. Początkowo nieco irytujący, z czasem zdobywający coraz większą sympatię czytelnika. Od lekkoducha marzącego o spokojnym wieczorze z doborowym wypełnieniem kielicha i lekkich potyczkach o sławę dla zdobycia damy swego serca do niezrównanego w walce wojownika i lojalnego przyjaciela. Młody mężczyzna potrafi pozytywnie zaskoczyć, choć czasem jego pomysły wywołują zdumienie i zapytanie czemu sam tego nie robi, a idzie najprostszą drogą przy użyciu osób trzecich. Aris, mimo relacjonowania całej fabuły, pozostaje zagadką. Do końca nie wiadomo, co czai się w jego głowie. 

   Towarzyszy mu m.in. rodzeństwo Albert i Eleonora oraz Vissen. Razem przeżywają mnóstwo przygód, sytuacji, które zbliżają i powodują mimowolne zadzierzganie więzi bez względu na wzajemne sympatie i antypatie. To grupa, która poznaje smak zagrożenia życia i wartości posiadania zaufanych osób w swoim otoczeniu, którym można powierzyć własne bezpieczeństwo. Sama świadomość mienia obok siebie lojalnych i sprawdzonych ludzi to połowa sukcesu podczas walki. Tutaj to podstawa. Podczas lektury można zaobserwować rozwój ich znajomości, niuanse relacji między poszczególnymi członkami grupy. Po czasie czytelnik jest w stanie rozpoznać już po pierwszych opisanych gestach, mimice czy kilku słowach humor postaci i możliwość przebiegu rozmowy z innym bohaterem tejże ekipy.

  Podobna sytuacja ma miejsce między Arisem a Małymi, którzy stają się drugim planem fabuły o bogatym potencjale. Kim są? Nie mogę tu zdradzić zbyt wiele, by nie psuć czytelnikowi dobrej zabawy podczas lektury. Warto zwrócić uwagę na Bardaka, którego przeszłość i umiejętności splatają się w jedno, tworząc jego tożsamość. Kreacja tej postaci zaskakuje, a czające się w nim tajemnice kuszą, by iść za nim prosto w gęsty i ciemny las bez chwili namysłu. Wystarczy spojrzeć w jego oczy, by przepaść i ujrzeć prawdę o życiu. Żałuję, że Małych nie ma jeszcze więcej, ale nic straconego, ponieważ "Pasowanie" to dopiero pierwsza część. Co autor szykuje dalej? Jak rozwinie ich wątek?

   Powieść zawiera całkiem sporo czarnych charakterów, skupionych na łupieniu, zabijaniu, niszczeniu konkurencji. Mimo iż wysokiego stanu, zdają się ludźmi skoncentrowanymi tylko na tym jednym, by czynić zło. Gdzie w tym sens? W większości motywacje pozostają sekretem, u nielicznych zostaje wyjawiona jak zraniona duma czy stawanie w szranki z powodu wybranki serca. Czy ktoś spośród współtowarzyszy walki okaże się właśnie kimś takim? 

   Walki, bitwy i rycerze to świat mężczyzn. Czyżby na 100%? Ta lektura wskazuje, że w niewielkim stopniu, ale jednak kobiety również mogą brać w nim udział i to aktywnie, a nie jedynie jako bierne obserwatorki. Potrafią równie dobrze walczyć i dowodzić, wykazywać się odwagą, poddawać pomysły w obronie atakowanego miejsca etc. W tym miejscu warto spojrzeć na Shu. 

   W "Obrońcach Ahury" pojawia się wątek zapytania o lojalność, o prawidłowość wyboru strony konfliktu, o momencie przejrzenia na oczy tego, co ważne, czemu warto się poświęcić. Czasem wystarczy jedna rozmowa, jedna sytuacja, by przewartościować swoje życie o 180 stopni. Szkoda, że czasem ta refleksja przychodzi za późno, ale co się nie odwlecze, to nie uciecze.

   Ahura a Dahak. Dwa różne światy, odmienne, o czym świadczą spostrzeżenia głównego bohatera. W "Pasowaniu" czytelnik ma okazję zapoznać się bezpośrednio tylko z tym pierwszym księstwem. Piękna przyroda, zmienność krajobrazu, od nizin po góry. Wspomniana już na początku rozbudowana szlachecka gałąź społeczeństwa z wyszukanym nazewnictwem poszczególnych "stopni wtajemniczenia" zasłużenia się wobec diuka bądź króla. Szereg zamków, turniejów, wierzeń i legend. Niezrozumiałe dla Arisa podejście do magii i osób nią władających. Z kolei Dahak to pustynny kraj o bogatej kulturze winnej, wielu świątyniach, intrygujących bogach, który aż prosi się o lepsze poznanie. Wspominki Esnaf'ara tylko podsycają ciekawość.

   Mateusz Rogalski umiejętnie operuje słowem, plastycznie oddając drobiazgowość opisów krajobrazu, w tym przyrody, budynków. Nie szczędzi szczegółów wyglądu strojów szlachciców, smaku i zapachu potraw. Jak mało kto przedstawia walki. To nie lada sztuka. One idealnie nadają się dla scenografów, by spełnić wizję autora i przenieść powieść na scenę bądź ekran. Jednak ta dokładność czasem przytłacza, powodując, że gubi się wątek główny. Może ona spowodować, że znużony czytelnik odłoży książkę na bok. Warto byłoby znaleźć złoty środek, by wilk był syty i owca cała. W przypadku dialogów brzmią one w większości wytwornie, jak przystało na osoby wysoko urodzone, z całą precyzją odpowiedniego tytułowania. Jednak warto zwrócić uwagę na formę zwracania się do służby lub osób o niższym statusie społecznym. Jest zupełnie inna. To świadczy o rozbudowanej kulturze języka, jego zróżnicowaniu. Autor ma lekkie pióro, potrafi zainteresować czytelnika. 

  Bohaterowie są ciekawi, ale brakuje im głębszego rysu psychologicznego, poza nielicznymi wyjątkami jak Aris czy Bardak. Rozbudowanie tego elementu w kolejnych tomach może zaprocentować. Na uwagę zasługuje kreacja świata przedstawionego, jego złożoność, bogactwo form, różnorodność, wplecenie mitów i legend do życia postaci. 

   Ta książka to typowa przygodówka, więc wiadomym jest, że akcja pełna jest przykuwających uwagę widowisk. Warto jednak podkreślić, że są one przeplatane spokojniejszymi zdarzeniami, np. odwiedzinami w bibliotece, dyskusją o motywacjach do walki, smakowaniem wyskokowych trunków. Dzięki temu fabuła jest zrównoważona. Zaskakuje zakończenie tegoż tomu. Nie wiadomo, co dalej, co się stało, a snute domysły na niewiele się zdadzą. Trzeba cierpliwie czekać na drugi tom.

   Od strony wydawniczej należą się szczere słowa uznania. Piękna, tematyczna okładka przykuwa uwagę. Każdy rozdział poprzedza związana z nim ilustracja, nastrojowa, czarno-biała, surowa, prosta, a a jak wymowna. Od strony redakcyjno-korektorskiej - natknęłam się raptem na parę literówek, co świadczy o jakości tekstu. Jako dodatek dołączono wykaz bohaterów i rozbudowane mapy uniwersum, będące sporą pomocą w połapaniu się kto jest kim i gdzie aktualnie przebywa, jak daleką drogę przebył i jaki jest jego następny cel. 

   "Obrońcy Ahury. Pasowanie" Mateusza Rogalskiego to fantastyczna przygodówka w autorskim uniwersum klimatycznie odpowiadająca rycerskiemu okresowi średniowiecza, przedstawiająca świat bitew, dworskich uczt i intryg, znaczenia małych, ludzkich pionków w grze wielkich polityków, którzy wysługując się nimi, osiągają swoje cele. Ta powieść pokazuje również jak rozwija się znajomość ludzi skazanych na swoje towarzystwo w sytuacjach ekstremalnych, gdy w grę wchodzi walka o własne życie. Uważam, że ta lektura świetnie obrazuje dziecięce wyobrażenia o byciu rycerzem, posiadaniu swojej drużyny i zawojowaniu świata z domieszką dorosłych problemów. Poprzez to świetnie w niej odnajdą się czytelnicy lubujący się w literaturze awanturniczej, przygodowej, pełnej walk i rozlewu krwi, kochający takie opisy. Posiada ona swoje lepsze i gorsze momenty. Rozkręca się dopiero po jakiejś 1/3 całości, wtedy wciąga bez reszty, głównie ze względu na chęć poznania tajemnicy snów Arisa i jego sekretnego znajomego. Jakie jest ich znaczenie i kim okaże się ów jegomość? Czym zaskoczy nas Esnaf'ar?

   To lektura dobra na długie jesienne i zimowe wieczory, by ruszyć wraz z bohaterami na podbój Królestwa Górnego Hakonu, oderwać się od codzienności i żmudnych obowiązków, zasmakować przygody i rozerwać się.


PS Dziękuję Panu Mateuszowi Rogalskiemu za egzemplarz książki podarowany mi na Poznańskich Targach Książki!

niedziela, 20 czerwca 2021

97) O Piastach z nutą przeszłości... "Ślepy demon. Zbigniew" Witolda Jabłońskiego

   Dolo, ma Dolo, gdzieżeś była, gdy Rodzanice przędły nici mego żywota, wplątując weń tyle bólu, cierpienia i goryczy, podszywając ulotne szczęście fałszem, a przyjaźń kaźnią krwi? Trwasz przy mnie, czyżeś swe imię na Niedolę zmieniła? Dokąd mnie prowadzisz? Gdzież ma ostoja i przeznaczenie? Cóż bogowie zamyślają wobec mnie?

   Tymi słowami mógłby dociekać sensu swego istnienia małoletni Zbigniew, bohater najnowszej książki mistrza pióra, Witolda Jabłońskiego, pt. "Ślepy demon. Zbigniew". Jest to powieść historyczna z elementami fantastycznymi, osadzona w XI wieku głównie na obszarze Polski i Rusi, od panowania Bolesława Śmiałego po rządy Władysława Hermana z elementami ich polityki zagranicznej, przystrojona słowiańską magią, biesami i bogami. Soczysta i pożywna mieszanka.

   Bolesław Szczodry poczyna sobie coraz śmielej na tronie, po niepowodzeniu misji na Rusi i zdradzie wuja, mści się na swoich wojach, co go przedwcześnie opuścili, zabierając majątki, nakładając nań surowe kary. Przy jego boku ponownie zjawia się Krystyna, chcąc lśnić niczym klejnot. Powoduje to, że dworskie intrygi rosną w siłę, wzbudza niesnaski. Gdzieś na obrzeżach królestwa czai się Sieciech, mający chrapkę na władzę, posługując się pionkiem, Władysławem Hermanem, bratem Bolesława. W tle wyrasta nowe pokolenie Piastów, Mieszko Bolesławic i Zbigniew, pierworodni, o odmiennych charakterach i usposobieniach, jednakowo uwikłani w dynastyczną politykę o skomplikowanej historii. Szalone czyny Śmiały przypieczętowuje zabójstwem biskupa Stanisława ze Szczepanowa, odstąpieniem od kościoła i ucieczką z kraju. Scena wolna. Czas na młodszego brata, skupionego na zagraniach umysłowych, a nie na wojaczce. Nowe układy, nowe przymierza, stare problemy, które rozwikłać mają kolejne małżeństwa. Kolejni pretendenci do tronu. Czy walka o władzę musi skończyć się bratobójstwem? Czy starszeństwo bądź przymioty ducha nie mogą stać ponad zawiścią i zazdrością?

 Witold Jabłoński osadza swą powieść w historycznych ramach, trzymając się znanych ze źródeł faktów. Kto interesuje się średniowieczem polskim, ten zarys fabuły zna. To pewien schemat, lecz nie dajcie się zwieść. Autor to prawdziwy mistrz pióra i nigdy nie stawia na łatwe rozwiązania. Zaprasza czytelnika na prawdziwą ucztę zmysłów, rozkosz dla podniebienia miłośnika przeszłości. Znane fakty uzupełnia niebanalnymi pomysłami, bohaterami i wątkami. Ze słów tka gobelin o Piastach, używając do tego najdroższych materiałów. Wyborna jakość, bez dwóch zdań. Wystarczy znać ogólne opracowania na temat XI wieku, by dostrzec ile pracy i wiedzy włożył autor w powstanie tej książki. Na te kwestie jestem szczególnie wyczulona i doceniam tak genialne wykorzystanie historii jako literackiej inspiracji w zgodzie z jej naturą.

   "Ślepy demon. Zbigniew" przedstawia nie tylko życie średniowiecznych elit dworskich skupionych w zamku władającego. Ukazuje też szarą codzienność wojów, zakonników oraz mieszczańskich rzezimieszków, nie oszczędzając szczegółów o ich przyzwyczajeniach, oczekiwaniach, odczuciach etc. Bogata fasada skrywa bogate wnętrze. Bohaterowie nie są kukiełkami losu, mają głębokie życie wewnętrzne, rozterki duchowe, wielość problemów, spore doświadczenie życiowe. Rys psychologiczny to ważny element wskazujący na świetny warsztat pisarza. Postacie tej książki zaskakują, wzruszają, wywołują złość lub uśmiech. Jednych się kocha (jak Synów Drzew), innych nienawidzi (np. Korgsa), choć poznając bliżej pewne historie i dramaty można się przekonać, że nie ma skutku bez przyczyny. Ludzie się zmieniają pod wpływem nowych doświadczeń, zewnętrznych bodźców. Ktoś kto doświadcza ciągłych upokorzeń, zsuwania na dalszy plan, wyśmiewania, podnosi się silniejszy lub upada całkowicie, lecz nigdy nie wybacza/zapomina swym prześladowcom doznanych krzywd. Uważam, że postać Zbigniewa świetnie ilustruje ową zależność w stosunku do dwóch mistrzów, prawdziwego i fałszywego.

   Wracając do meritum, powieść odsłania kulisy życia codziennego ludzi z różnych warstw społecznych. Mężczyzna to urodzony woj, strażnik bezpieczeństwa domowników, zapewniający trwanie. Ten pozbawiony tej iskry wojennej swą dolę odnaleźć może przy świętych księgach, zdobywaniu wiedzy i przekazywaniu jej innym. Są też ci, co trudnią się pracą rąk własnych, nie mniej chwalebnym zajęciem od pozostałych. Kobiety też odgrywają tu ważną rolę. To matki, opiekunki domowego ogniska, zielarki. Z jednej strony Ragana z Boraną, a z drugiej niemiecka Judyta czy Krystyna. Każda inna, lecz zabezpieczająca swych bliskich. Autor postanowił odnieść się do pozycji i znaczenia kobiety w średniowieczu. Krystyna chce wyzwolić się spod męskiej władzy, stać się niezależna, wolna, sama dyktować warunki. Rozdawana i traktowana jak przedmiot, ucieleśnienie męskich żądz, czuje się zniewolona. Czeska Jutta całkiem zdaje się na wolę ojca i męża. Za to jej niemiecka imienniczka gra pozorami, by rządzić jako szara eminencja, by mężczyzna stał się jej zabawką i robił dokładnie to, czego ona zażąda. Która gra pierwsze skrzypce z wszelkimi tego konsekwencjami? To już pokazuje fabuła. Dzieci możnych wcale nie mają lepiej. Pierworodny dziedziczy, a pozostali skazani są na zakon lub życie najemnego woja, szukającego swego szczęścia w świecie albo przejmującego schedę po teściu. W domach panujących córki to możliwość zawarcia sojuszu, synowie - pokusa o walkę po śmierci rodziciela, swady i wewnętrzne rozdarcie dynastii. I tak źle i tak niedobrze. Ludzka przypadłość.

   Warto zwrócić również uwagę na przedstawioną codzienność wojaków, co pisarz ilustruje na podstawie drogi Polaków na Ruś. Spalone wsie, problemy z wykarmieniem i napojeniem takiej zgrai ludzi i zwierząt, choroby, wycieńczenie, złe warunki bytowe, nieprzychylność miejscowych, pułapki. To także strach podbijanych, przed gwałtem, śmiercią, niewolą. Jedni i drudzy boją się, co będzie dalej, co jeszcze ich spotka. Każdy walczy o siebie i bliskich, o przetrwanie. Z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami.

   W całym tym zamieszaniu doskonale widać na czym polega polityka i dworskie intrygi, dwulicowy świat, pełen fałszu i zakłamania, udawania przyjaźni i dobrych rad, wbijania noża w plecy ofierze, będącej niczym rodzony brat, satysfakcji z bólu drugiej osoby, uciekania się do podstępnych sztuczek. Polityki o nieczystych zagraniach, pustych frazesach, przesiąkniętą chorą ambicją, złem, wykorzystującą do cna słabe strony przeciwnika, idącej po trupach do celu. Gdzie śmierć to siła nośna władzy, a nowe życie to strach o własne cztery litery. Warto przyjrzeć się grze Kościeja, Sieciecha czy nawet pozornie niewinnego Władysława Hermana. Polityka to brudna gra, w której zwycięża najbardziej inteligentny, silny i podstępny, bez uczuć. Bez empatii, litości i współczucia.

   Autor ukazuje również kulisy szaleństwa towarzyszącego władzy, czy to na polskim Wawelu czy w ruskim zakonie, gdzie słabsi muszą dostosować się do decyzji silniejszych, choć niekoniecznie mądrzejszych. Bolesław morduje biskupa, choć wie, że niszczy to podwaliny jego rządów, wynosi kochankę nad żonę, choć to tylko przysparza mu wrogów, ruga wojów, mimo iż są jego podporą. Emocje przesłaniają zdrowy rozsądek. Nie lepiej sytuacja ma się w Monasterze Pieczerskim, gdzie przemoc to codzienność, jakby opętanie przez złego demona, nieliczni pozostali przy zdrowych zmysłach kryją się po kątach, oczekując zmiany na lepsze, bojąc się opuścić swój jedyny dom. Pisarz nie boi się trudnych scen czy tematów, porusza je i przedstawia, nieraz ze szczegółami, by uzmysłowić czytelnikowi z czym borykali się ludzie tamtych czasów. Szalony władca, eksperymenty drążycieli wiedzy - wszystko kosztem poddanych, słabszych jednostek, niechronionych przez kogokolwiek i cokolwiek. Świat pełen bólu, niesprawiedliwości i łez. Prawdziwy.

   Przeciwwagą dla okrucieństwa jest ukazanie niezłomnej przyjaźni Boran, nieposkromionej miłości bez narzucania pęt moralnych kościoła, taką żywą między dorosłymi, kochającymi się ludźmi, szczerym oddaniem między zwierzęciem a człowiekiem (Pukis i Andaj), więzi między matką a dzieckiem, mistrzem a uczniem etc. Każda relacja nie pozostaje bez wpływu na inne sfery życiowe czy też stosunki międzyludzkie.

  Na przykładzie Zbigniewa można obserwować dojrzewanie nieopierzonego dziecka w niebezpiecznego młodzieńca, który dzięki opiece Kościeja radzi sobie coraz lepiej, swą dolę odnajdując w zdobywaniu wiedzy, choć nie zawsze w sposób łatwy i bezkrwawy. Każde doświadczenie odbija się w psychice Piastowica, wpływa na jego decyzje, wybory, tym samym kształtując go. Od zahukanego kociaka po przyczajonego rysia, gotowego do ostatecznego skoku. Tak moim zdaniem wygląda jego ewolucja, coraz bardziej świadomego swoich wad i zalet, a przede wszystkim posiadanych umiejętności. Świadomość swego jestestwa, przeznaczenia - to jego tajna broń. Tak jak wyciąganie wniosków z błędów innych, by samemu się ich ustrzec. 

   Wspominałam, że autorowi świetnie wychodzi zabawa historią. Zwróćcie na to uwagę przy postaci Martina Galla. Coś Wam to mówi? Ze szkoły? Mi intuicja podpowiada, że w życiu Piastów, bohaterów W. Jabłońskiego, jeszcze nieźle namiesza. Smakowity wątek dla miłośników przeszłości. Warto też wspomnieć o napomkniętym konflikcie papieża Grzegorza VII z cesarzem Henrykiem IV (tzw. spór o inwestyturę), który unaocznia władzę średniowiecznego kościoła na politykę Europy i dynastie rządzące. Podobnie jak konflikt Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem. Takich kąsków jest więcej.

  Zarówno "Słowo i miecz", jak i "Ślepy demon. Sieciech" opierały się na walce chrześcijaństwa z pogaństwem, wiarą w jednego z tą w wielu, gdzie ci z pozoru miłosierni i dobroduszni, kryli za skórą diabła. Kościół w powieści dąży do przejęcia władzy, uzurpuje ją sobie poprzez macki Gladius Dei, nie mając skrupułów przed sięganiem do czarnej magii i konszachtów z ciemną stroną, morderstwami etc. Kościół grabi mienie, gwałci nieletnich, fałszuje dokumenty, sieje zamęt i zniszczenie. Słowo Boże głosi poprzez siłę miecza i przelaną krew. Zamiast miłości wzbudza lęk. Lokalne tradycje przyobleka w swoje strojne szaty. Wymazuje historię poprzez uśmiercanie tych, co są żywą pamięcią ludu. To kłębowisko żmij, które patrzą tylko na to komu jeszcze wstrzyknąć swój jad, czego dobitną metaforą jest dół z biesami czy też robactwem w podziemiach monasteru. I to nie tylko XI wiek, wystarczy spojrzeć tysiąc lat później. Czy coś się zmieniło? Jest lepiej? Raczej nie, choć ludzie mają nieco większą odwagę do tego, by głośno się sprzeciwić, krytykować i nie liczyć się ze zdaniem owych czerńców. My mamy wybór, w średniowieczu za samodzielne myślenie i podążanie za własnym sercem wykonywano wyrok śmierci.

   Czy poganie w tej powieści są lepsi? Wydaje mi się, że nie. Też grają na dwa fronty, zabijają, zadają ból i cierpienie, ale nie udają. Wyznają bogów podobnych do siebie, oddają im cześć, składają nieraz krwawe ofiary, ale są sobą. Nie zakładają maski bogobojnych wyznawców Chrystusa, którzy tylko się umartwiają, a cierpienie traktują jak dar. Oni cieszą się życiem, biorą je jakim jest, nie nawracają innowierców na swą modłę, są bardziej tolerancyjni dla inności. Ich świat jest prostszy, bardziej logiczny, choć okrutny.

   Na kartach tej książki Witold Jabłoński przemycił sporo słowiańskich elementów. Są bogowie jak Mokosz, Chors czy Weles we własnej osobie, kontaktujący się z niektórymi ludźmi. Są pomroki takie jak wiły, bobo, wilkołaki, skrzaty, banniki. Są rytuały i obrzędy, jest magia - Luby, Kościeja czy Zbigniewa. Jest wreszcie i wędrówka do Nawii, która uczy jak odróżnić prawdę od kłamstwa, piękną maskę od wewnętrznej zgnilizny, jak obrać własną drogę, że prawdziwy dar zawsze ma swoją cenę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To fragmenty, które idealnie wkomponowują się w fabułę, nie są konkurencją dla głównej osi, lecz jej uzupełnieniem, dopełnieniem. Dzięki szeroko pojętej słowiańskości powieść zyskuje świeżość, intrygujący posmak przygody, trwania tradycji, przodków, niemożliwość zamazania kart historii własną wersją wydarzeń, ponieważ przeszłe echa wybrzmią w końcu w pełnej krasie z całą mocą. Tego głosu nie da się zagłuszyć, zwłaszcza przy pomocy obcych naleciałości, czego najlepszym przykładem jest Zbigniew. Mimo surowości obejścia bogów rodzimych, mimo ich intryg, autor przedstawia ich jako istoty nam bliskie, które możemy zrozumieć. Magiczne, bliskie, z lędźwi tych ziem zrodzone. Własne. Jak my. 

   Przy okazji warto zwrócić uwagę na obrane drogi i opiekuńcze bóstwo. Rozważania Zbyszka nad ścieżką Chorsa i Welesa zmuszają do głębszej refleksji nad własnym życiem, pasjami. Każda decyzja niesie brzemię konsekwencji, dlatego należy być świadomym i nie dążyć po omacku do celu. Iść świadomie, z rozwagą. Najdobitniej uwidacznia się to w poczynaniach Luby. Samo życie.

   Witolda Jabłońskiego cechuje lekkie pióro o magicznych walorach malowania słowem klimatu przeszłości, łączącego fakty historyczne z bogatą fantazją, dając wyborną ucztę czytelnikowi. Zróżnicowane, naturalne dialogi, plastyczne opisy, inteligentny narrator, charakterne i skomplikowane postacie z głębokim rysem psychologicznym, każda o indywidualnej historii, niecodzienne rozwiązania fabularne, akcja trzymająca w napięciu, bogate treści filozoficzne, czasem wręcz egzystencjalne, różnorodny świat przedstawiony, a to wszystko zilustrowane przy pomocy całej palety środków stylistycznych, poetyckich wersów etc. Magia słowa pochłaniająca bez reszty.

   W odniesieniu do dwóch pierwszych tomów "Ślepy demon. Zbigniew" to godny następca, domykający sporo starych wątków, lecz jednocześnie otwierający drzwi dla nowych pytań i domysłów. Pozostaje mi mieć nadzieję, że powstanie kolejna część o przygodach Zbyszka i Bolka Krzywoustego aż do nieszczęsnego testamentu z rozbiciem dzielnicowym w konsekwencji.

   Jedyne czego mi brakowało to większej ilości Boran, poznania tajemnicy Wsiewołoda czy oddziaływania Chorsa i Welesa na młodego Piastowica. Powieść ma nieco ponad 550 stron, a mi i tak mało. 

   Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego to majstersztyk, obok którego trudno przejść obojętnie. Przedstawia rządy dwóch braci, jakże odmiennych, lecz obydwoje skazanych na niepowodzenie za zdradę przodków na własnej wierze, wyparciu się bogów, zabijaniu żerców. Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem i własną drogą. Ciemność może wskazać ścieżkę do światła i rozwiązania problemów. Ta książka przestrzega przed chorobliwym pięknem, które może nieść w sobie zdradę i śmierć. Udowadnia, że każda decyzja to konsekwencje, przyczyna wywołuje skutek. Mówi też o tym, że każdy kij ma dwa końce, przed wydaniem końcowej oceny, warto zapoznać się z racjami z każdej ze stron. Na cenne rzeczy trzeba sobie zapracować tak jak Zbigniew. Udowadnia też siłę prawdziwej przyjaźni, na dobre i złe, która ratuje z każdej opresji. "Ślepy demon. Zbigniew" ukazuje dualizm świata, dobre i złe strony, zarówno kościoła jak i pogaństwa. Nie ocenia, a jedynie przedstawia fakty, dając czytelnikowi wybór. To powieść łącząca historię i fantazję autora w harmonijną całość. 

   Już dawno przepadłam w zachwycie nad piórem i inteligencją Witolda Jabłońskiego. Ta książka jedynie potwierdza jego umiejętności i wiedzę, a dla mnie jest dowodem na to, że się nie pomyliłam. Kto kocha historię lub jest miłośnikiem średniowiecza odnajdzie tu to, co tak ceni, tj. inspirację, zgodność z faktami, szczegóły codzienności i mentalności, fantastyczne słowiańskie elementy i kunszt autora, spajający owe treści w jedno.

   Czekam z niecierpliwością na nowe dzieła mistrza!

niedziela, 31 stycznia 2021

84) "Ślepy demon. Sieciech" Witolda Jabłońskiego, czyli buntu pogan ciąg dalszy


  Koło dziejów biegnie, mijają pokolenia, zmienia się wiara i zwyczaje, stare przemija, nowe nastaje... Tylko czas wciąż płynie tak samo, nieubłaganie...

   Witold Jabłoński jako miłośnik rodzimej, słowiańskiej kultury dał już temu wyraz w niejednej ze swych książek. W ostatniej przeczytanej przeze mnie pt. "Ślepy demon. Sieciech" ukazuje to szczególnie, łącząc to z perspektywą upływającego czasu.

   Akcja powieści rozgrywa się średniowiecznej Polsce za rządów Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmiałego. Główny wątek fabuły opiera się na walce chrześcijan z poganami, ukazanej nie tylko na tle dynastii Piastów, ale również Jadźwingów, zamieszkujących lasy na wschód od Mazowsza oraz spory na tronie kijowskim. Wielość sytuacji, a problem tak naprawdę jeden: kto ma władzę świecką, zyskuje również władzę nad duszami poddanych, decydując o wierze dominującej. Nie musi to być bezpośrednie zarządzenie, wystarczą tylko umiejętnie dobrane pionki, którymi łatwo da się manipulować. Jak z tym walczyć? Otwarcie czy pod maską? Dostosować się? Przyjąć nowe rozwiązania, nową wiarę?

   Głównym bohaterem powieści teoretycznie jest tytułowy Sieciech. Wywodzi się z rodu Toporczyków, szanowanego i poważanego. Mimo trudnego dzieciństwa wyrasta na rozsądnego, silnego i ambitnego mężczyznę, jednak gdzieś pod spodem przebija się chęć zemsty, pomszczenia doznanych krzywd i odzyskania wolności dla wiary przodków. Wie, czego chce, jednak pewnej osobie łatwo na niego wpłynąć samymi obietnicami, przez co staje się bezwolną kukiełką w rękach wytrawnego gracza. 

   Sieciech jest jeden, ale to niejedyna postać, która wybija się na pierwszy plan. Trafia się tu jeszcze nie przez przypadek sam Kościej Nieśmiertelny. Czarodziej, wyznawca i posłannik Chorsa, ciemnych mocy, obudzony ze snu po wielu latach przez upiory krwawą ofiarą, by dokonać zemsty na krystowiercach, pomieszać ich szyki i wzbudzić na nowo chwałę dawnych bogów. Mężczyzna z kosturem, kryjący się pod niedźwiedzim futrem z nieodgadnionym wyrazem oczu, czający się z boku, by dopaść nieświadomą ofiarę i zmanipulować ją. Potrafi też zmieniać swą postać, z łatwością się kamufluje, wtapia w otoczenie, choć jest coś, co go zdradza. Gra na gęślach, zna się na ziołach, prowadzi konszachty z pewną damą oraz nagle znika. Kto uważny, może pozna się na jego naturze, lecz tym samym jego życie zagrożone. Działa sobie tylko znaną logiką, czasem jego czyny zdają się nietrafione, lecz kto wie, co czyha za rogiem przyszłości?

   Luba i Krystyna grają tu chyba tylko epizodycznie, są ozdobą, siłą napędową niesnasek między mężczyznami. Znają się na ziołach, mają intuicję, lecz nic ponad to. W tle wydarzeń rozmywają się i  nikną. Jako wyznawczynie starej wiary, muszą kryć się z tym, by nie popaść w niełaskę otoczenia. Ich świat mija, powoli, lecz nieubłaganie.

   Nie można też zapomnieć o dwóch najważniejszych postaciach historycznych, Bolesławie Śmiałym i Władysławie Hermanie. U Jabłońskiego dwie skrajności, choć bracia. Jeden piękny, silny, ambitny i charakterny, drugi - brzydki, słaby, chorowity i bezrozumnie dający sobą manipulować. W rodzinnym łonie tkwi zarzewie nieszczęścia Polski. Konflikt o władzę, kobietę, może dary Doli. Jednak nie można dać się zwieść na manowce. Bolesław nie jest tak idealny, a Władysław tak zły. U tego pisarza nie spodziewajcie się łatwych schematów. Do jasnych i ciemnych charakterów dolewa szarości, przez co kreacja bohaterów zyskuje i staje się bardziej autentyczna, a najlepiej zobaczycie to właśnie na przykładzie tych dwóch Piastów.

   Powieść skupia się wokół, już wspomnianego, konfliktu chrześcijaństwa i pogaństwa. Obydwa nie stronią od przemocy i przelewu krwi. Krystowiercy pod maską miłości i miłosierdzia nawracają mieczem, wybijając nieraz całe rodziny. Poganie walczą między sobą o ziemie oraz przeciw nowej wierze. Bez względu na przypisanie się do konkretnej grupy, ludzie są tacy sami, kieruje nimi ten sam instynkt, te same potrzeby. Braciszek Terlik, Otto a Kościej - jak niewiele trzeba, by wmieszać się w tłum. Ponadto spójrzcie na zachowanie księdza Stanisława czy jego niemieckich przyjaciół. O czym prawią? Co jest dla nich najważniejsze? Władza czy ludzie? Jak chcą osiągnąć swoje cele? Tak, w tym momencie otwierają się oczy. To nie tylko wyobraźnia autora, takie rzeczy działy się przez całe wieki i zapewne dziś nie są odosobnione. Jak świat światem, chciwość ludzka nie zna granic.

   Lud Słowa, czyli Słowianie muszą ukrywać swą wiarę, jeśli chcą żyć. Ostatkiem sił walczy Arkona, gdzie chronią się niedobitki żerców i współplemieńców, ostoja dawnych dni i wartości. Świat, który gnie się pod mieczem krzyża. Przeszłość ustępuje, lecz nie poddaje się tak łatwo. Słowiańska wiara, kultura, zwyczaje... w powieści Jabłońskiego to naprawdę bogaty wątek. To nie tylko Arkona, ale i zwyczaje codzienne jak przygotowywanie wywarów, zbieranie ziół, ludowe przyśpiewki, czasem pewne elementy opieki nad kobietą w połogu czy noworodkiem. Jest też składanie ofiar, przywoływanie bogów, np. Żemine, Swarożyca, Chorsa czy Welesa. Pojawiają się także biesy, m.in. wilkołak, strzygoń, zmora, wiła, utopiec, upiór i kilka innych, nienazwanych bezpośrednio.

   Autor próbuje tu też rozstrzygnąć zagadnienie zemsty. Czy oprawca nie wydaje sam na siebie wyroku? Czy zawsze jest tak słodka jak mówi przysłowie, czy jednak może mieć gorzkawy posmak? Mści się Kościej, Krystyna, Sieciech i Boranie, lecz dokąd ich to prowadzi? Czy sami siebie nie skazują na zgubę? Urażona duma czy honor domagają się pomsty, lecz czasem cena jest zbyt wysoka, więc lepiej zastanowić się nawet dwa razy.

   Kolejne rozdziały przeplatają życie Sieciecha, wątki kijowskie, dworskie, leśne Jadźwingów, przeskakując między nimi. Pozorny chaos, krok po kroku, rozjaśnia się, prowadząc do klamry fabuły, jaką jest Zbigniew, potomek Władysława Hermana. To, co pozornie odległe, zaczyna się łączyć dzięki niemu. Chors wiedzie ku niemu. Co planuje dla Piastów? Czym chce ich uraczyć?

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura napisana charakterystycznym dla Witolda Jabłońskiego stylem, ale mam wrażenie, że jest inna od pozostałych jego książek, tzn. dosadniejsza, brutalniejsza, ukazująca podłość ludzkiego charakteru w pełnej krasie. Występują tu wspaniałe opisy krajobrazów, bogata kreacja bohaterów, wielowątkowość, naturalne dialogi, poetyckie pieśni, tajemnicze rytuały, ale pod skórą czuje się zimny powiew wiatru zwiastującego kłopoty, wewnętrzny niepokój, jakby ktoś nas obserwował i czyhał na nasze najmniejsze potknięcie. Ten pisarz umie budować klimat i wie jak grać emocjami czytelnika.

   Samą książkę czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania, lecz odnoszę wrażenie, że niektóre z poruszanych wątków mogłyby być szerzej omówione, np. zmiana wierzeń Gandów, więź między Kościejem a Zbigniewem, ludowe zwyczaje Luby, tajemna gra Kościeja na gęślach, opanowany przez złe siły "klasztor" w Kijowie. Jednak jest nadzieja, ponieważ zapowiada się kolejny tom, gdzie być może część z tych zagadnień zostanie rozwiązana. 

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura z pogranicza fantastyki i przygodówki, inspirowana rodzimą historią i wiarą, którą spotkać można co krok. Warto wniknąć w bogaty świat malowany słowami Witolda Jabłońskiego, by choć trochę zrozumieć przed jakimi dylematami moralnymi stawali nasi przodkowie, będący na rozdrożu między pogaństwem a chrześcijaństwem, między młotem a kowadłem... To świat brutalny, pełen bólu i cierpienia z niewielką domieszką szczęścia i uśmiechu. Tu miłośnicy Słowiańszczyzny odnajdą coś dla siebie, tj. dawne zwyczaje i wartości, bogów i biesy, elementy świata minionego, nawet takie o których nie chce się pamiętać, ale i takie, które próbuje się reaktywować. Konflikt Piastowiców jest tylko tłem do znacznie poważniejszych spraw, których waga jest aktualna do dziś. Zatem, warto się pochylić nad tą pozycją pisarza i poświęcić jej nieco uwagi. Może ktoś odnajdzie tu wskazówkę dla siebie? Inspirację? Wg mnie takie książki uczą i nie pozostawiają obojętnym na poruszane kwestie. Dlatego, choćby tylko po to, warto po nie sięgnąć i zatopić się w świecie przedstawionym, by wyłowić te perełki i przemielić je tak, by wnioski z nich zastosować we własnym życiu i uniknąć błędów, nieraz bardzo kosztownych, bohaterów.

niedziela, 3 maja 2020

61) Życie usłane cierniami... "Trupi korowód" Witolda Jabłońskiego

   Świat biegnie pędem, do przodu, byle szybciej i więcej, gubiąc się w dobrach doczesnych, zapominając o tym, co było kiedyś. Młodzi nie chcą wiedzieć jak toczy się koło historii, starców nikt słuchać nie chce, bo i często ogłuszani są współczesną propagandą. Ach, tak łatwo ogłupić społeczeństwo, zamydlić mu oczy, pieniądze i obietnice dają władzę, ale czasem warto się zatrzymać i przemyśleć co nieco. Wyłamać się z bezmyślnego tłumu, stanąć na uboczu i sprawdzić, co naprawdę kryje się pod piękną powłoką. Dokąd to wszystko zmierza? Gdzie cel ziemskiej podróży? Jaki jest sens życia? Jak naprawdę wygląda walka dobra ze złem? Czy w ogóle istnieje? Jakie to ma znaczenie dla człowieka?
   Ludzie nawzajem się nie oszczędzają, zadając sobie takie rany, których nie powstydziłby się najgroźniejszy potwór, czasem są fizyczne, czasem psychiczne. Jedno i drugie boli, przenosząc się na kolejne pokolenia jako stała część zachowania. Moralistom oceniać efekt tego, lecz gołym okiem widać, w jakim kierunku to zmierza. 
   Podobne tematy podejmuje w swoim cyklu Witold Jabłoński "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer", uwypuklając ich sens w ostatniej części. "Trupi korowód" opowiada o Witelonie, śląskim mędrcu i alchemiku w wieku dojrzałym, ba, nawet starczym, lecz zachowującym wciąż krzepkie ciało i bystry umysł, dzięki czemu wciąż jest w stanie skutecznie lawirować między meandrami życia. Po śmierci swego słodkiego, ukochanego księcia, obiera nowego protektora i pomaga mu na wszelkie możliwe sposoby uzyskać dostęp do polskiej korony, posuwając się przy tym do haniebnych czynów.
   Mężczyzna wciąż pozostaje głównym bohaterem cyklu i narratorem. To jego oczami czytelnik wędruje po średniowiecznej Polsce, zahaczając o dwór Henryka Głogowczyka, Przemysła Pogrobowca, Wacława II i III, Władysława Łokietka, a nawet zapuszcza się na nieprzyjazne tereny Pomorza, zagarnięte przez Krzyżaków. Witelo to uczony mąż, który wszystko dokładnie planuje, ale dopomaga mu w tym los, a raczej jego opiekuńczy demon, który czasem podsuwa mu pod nos gotowe rozwiązania. Mimo wieku, zachłanny wiedzy i nowych eksperymentów naukowych, kochający filozoficzne dysputy i gierki słowne (np. rozmowy z żydowskim lichwiarzem Jordanem czy Władysławem Łokietkiem). Roztacza wokół siebie niezwykłą aurę, łatwo zyskuje zaufanie, potrafi świetnie manipulować. Honor czy godność to pojęcia abstrakcyjne dla niego. Ważna jest miłość, osobisty cel i zysk. Nie jest typem chrześcijańskiego świętego, raczej buntownika przeciw obłudzie kościoła średniowiecznego i nieodpowiednich władców. Sam, wywodząc się z trudnych warunków, umie zrozumieć biedniejszych od siebie. Mimo służenia złu, wyrządza przy okazji wiele dobrego (ratunek Karlotty czy Ondraszka, zmiana życia Wioli Cieszyńskiej etc.).
   W "Trupim korowodzie" rodzina Witelona również odgrywa ważną rolę, choćby w postaci bratanka Jana Muskaty i wójta krakowskiego Alberta, siostrzeńca Piotra i powinowatego Dytryka. Rodzina Turyngów rozrosta się i wędruje wysoko, np. Muskata i jego uwielbienie dla praskiego władcy. Nasz śląski mag stara się dbać o rodzinę, choć nigdy nie był przez nią szczególnie uwielbiany (wyjątek stanowi Wisława i jej potomkowie). Jego czyny może do chwalebnych nie należą, jak podwójna gra wobec Janka, ale pamiętać należy, że Witelon na celu ma wyższe dobro Królestwa Polskiego. Przykład tej rodziny pokazuje jak wiele nieporozumień rodzi się w samym jej łonie, jak pieniądze i zaślepienie potrafią zniszczyć więzy, a świat odpłacić pięknym za nadobne.
   Po raz kolejny W. Jabłoński zachwyca mnie kreacją głównego bohatera. To postać niezwykle dobrze przemyślana. Każda cecha jego charakteru i temperamentu zostaje wykorzystana do granic możliwości, wysupłując z niej to, co najlepsze dla fabuły powieści. Skomplikowana osobowość i filozofia życia Witelona to nie lada wyzwanie, by połączyć to w harmonijną całość. Autorowi się to udaje, dzięki czemu nasz narrator jest autentyczny, choć niezwykły i wyjątkowy, wyrosły ponad miarę swej epoki. Geniusz, którego zna się od chłystka po lata dojrzałe, mogąc wejrzeć w najciemniejsze zakamarki jego duszy. Nie, to nie przeraża, raczej zachwyca, tak wielopoziomowe uchwycenie ludzkiej psychiki w różnych skrajnych sytuacjach na przestrzeni lat.
   "Trupi korowód" to nie tylko Witelon. Przewija się tu cała masa bohaterów, z czego na największą uwagę zasługuje Władysław Łokietek i Henryk Głogowczyk. Łokietka chyba wszyscy znają, bo uczyli się o nim w szkole jako o władcy Polski, ojcu Kazimierza Wielkiego. Król jak król, niby nic wielkiego, ale zdobycie wówczas tego tytułu nie było ani łatwe ani przyjemne, okupione trudną walką o złączenie jak największej ilości dzielnic Polski za zgodą możnowładców i coraz bogatszego mieszczaństwa w postaci kupców, dla których liczyły się tylko przywileje i jak największy zysk oraz ciągłej walce o granice z obcymi władcami, czającymi się na łakomy kąsek żyznych ziem i bogatych rud. Łokietek najprawdopodobniej był karłem, co w średniowieczu stanowiło piętno, traktowane jako następstwo grzechu rodziców. Samo to już było sporą przeszkodą. Mimo to, kujawski książę nie poddawał się i walczył o swoje. Jabłoński ukazuje go jako człowieka o mocnym charakterze, zaprawionego w boju codziennego życia, który porażki przekuwa w mądrość i siłę, by nie popełnić drugi raz tego samego błędu. Mądrze dobiera swoich doradców, powoli, lecz sukcesywnie usuwa kłody spod nóg, prze do przodu, nie bacząc na zawieruchę dookoła. Witelona czule nazywa ojczulkiem ze względu na wiek maga i jego więzi ze swą matką Eufrozyną. Pisarz ukazuje Łokietka jako swojskiego władcę o wszelkich przymiotach pretendujących go do roli króla Zjednoczonego Królestwa. Inna bajka to Henryk Głogowczyk, całkowite przeciwieństwo Władysława. Zimny, wyrachowany, podły, sadysta, nieznający litości dla nikogo, nawet własnej żony i dzieci. Potwór, pragnący niepodzielnej władzy, uwielbienia i szacunku wymuszonych przemocą pod pozorem zaprowadzania prawa i sprawiedliwości. Ileż w tym obłudy! Piast dążący po trupach do celu bez większego pomysłu na siebie i swoje dziedzictwo. Nie wzbudza sympatii, raczej nienawiść. W. Jabłoński przez większość cyklu maluje go w ten sposób, jednak na łożu śmierci tenże bohater wyjawia tajemnicę swego życia. Przez pryzmat tej opowieści można spojrzeć na niego inaczej, nieco łaskawiej. Jest dowodem na to jak przeszłość, złe relacje z rodzicami, nieszczęśliwa miłość, walka o przetrwanie mogą zburzyć charakter, przeistaczając człowieka w potwora bez serca, powtarzającego znane schematy z dzieciństwa. To naprawdę trudna osobowość. Można powiedzieć, że jak się chce, to można się temu przeciwstawić i walczyć o lepsze "ja", jednak słabsze jednostki się poddają i budują siebie na podstawie lub w opozycji do rodzica/opiekuna. Nieliczni godzą się z przeszłością i szczęśliwi podążają ku przyszłości własną drogą. Autor zawiera w tej postaci tak wiele dramatów, wciąż współczesnych, że chylę przed nim czoła. Niełatwa to rzecz tak przedstawić taką sytuację bez popadania w banał.
   Nieodmiennie od "Ucznia Czarnoksiężnika" pozostaję pod urokiem Witolda Jabłońskiego w kwestii jego znajomości historii średniowiecza, wyłapywania tych wszystkich drobnych niuansów i przekuwania ich w harmonijną fabułę, dla której oś stanowi Witelo z Borku. Dzięki niemu czytelnik odwiedza różne zakątki całej Europy, będąc świadkiem ważnych wydarzeń, które w oficjalnym nauczaniu się pomija jak szczegóły mariażu władców, sposoby dziedziczenia, prowadzenie się duchowieństwa kościelnego i zakonnego, formy działania świętych zakonów, np. templariuszy czy Krzyżaków, nie wspominając już o dworze papieskim. Tyle szczegółów, mających pokrycie w źródłach historycznych, celowo pomijanych w szkole. Pisarz potrafi przekuć owe fakty w elementy swojej własnej historii, uzupełniając je wyobraźnią, np. w przypadku dziwactw Wacława II i jego obsesji na punkcie relikwii, mariażu Wioli Cieszyńskiej z Wacławem III (tu świetne rozegranie upodobań seksualnych Czecha z figurą i wychowaniem córki Mieszka), powiązania Jana Muskaty z Witelonem i walką o koronę Chrobrego, niesnaski między Nałęczami a Zarembami, dziedziczenie Pomorza po Przemyśle II a pretensje Askańczyków prowadzące do przejęcia go przez Krzyżaków. Wielowątkowość powieści pod względem historycznym wzbudza mój podziw, bo niejeden mediewista mógłby mieć problem z tak zgrabnym ujęciem tylu drobiazgów w jedną, logiczną całość.
   Historia to nie tylko dwory i królowie, ale także zwykli ludzie, którzy nieśli na swych barkach ciężar utrzymania władców i ich fanaberii. "Trupi korowód" daje wgląd w życie różnych warstw społecznych, od chłopów po wielmoży, od niewolników po rybałtów, od litewskich pogan po Żydów. Różnorodna panorama życia w pełnym rozkwicie. Ciekawą kwestią jest poruszenie zagadnienia polskich Żydów w Polsce w średniowieczu, ich znaczenia w gospodarce, finansowania wojen, lichwiarstwa, praktyk kabalistycznych oraz powszechnie wzbudzanej zazdrości i nienawiści. W swoim cyklu Jabłoński posługuje się przykładem rodziny kupca Jordana i jego syna Lewka, zamieszanych w konszachty nawet z templariuszami i papiestwem. Autor nieraz pokazuje jak w chwili rozprężenia społecznego, np. buntu, pierwszy gniew kieruje się właśnie na Żydów i ich sklepy. Jak świat światem, zazdrość to koło napędowe nienawiści.
   Szczególnie interesujący w "Trupim korowodzie" jest wątek pogańskich Litwinów, dzielnie walczących z najeźdźcami. Witelo wraz ze swymi znajomymi świadkuje pogrzebowi ojca Witenesa i różnych praktyk temu towarzyszących. Poznaje tam także jego brata, Giedymina, postać znaną w historii. Ich wierzenia, sposób pożegnania ze zmarłym, podejście do natury wzbudzają większy respekt niż ówczesne chrześcijańskie zachowania, choćby z racji szczerości intencji, mimo iż dziś nazwalibyśmy je okrutnymi, zarówno w stosunku do zwierząt, jak i ludzi.
   Wątków typowo słowiańskich, oprócz wspomnianego wyżej i kilkoma wzmiankami o wierze w strzygi czy powracające zza grobu upiory tu niewiele.
   Filozofia życia jaką przedstawia Witold Jabłoński jest dość przewrotna jak na współczesne standardy. Nie da się uniknąć porównań. To bunt przeciw obłudnemu i sprzedajnemu chrześcijaństwu, walka o życie w zgodzie ze sobą i swoim przeznaczeniem, własnymi wartościami. Witelo, mimo wielu zbrodni na sumieniu, pozostaje godnym wzorem do naśladowania, choćby w kwestii wolności myśli, dążenia do wiedzy, lojalności. Mimo zła, czyni dobro. Uparcie dąży do wyznaczonego celu. Potrafi kochać i wierzy w miłość, choć niektórzy to wykorzystują. Pisarz daje literaturze bohatera skomplikowanego, wielopoziomowego, o niełatwym życiu i trudnych doświadczeniach, lecz o silnym charakterze, żyjącego zgodnie z własną wolą, po swojemu. Trudnego, lecz realnego. Niezwykłego, bo rzadko spotykanego, mogącego sporo namieszać w młodych umysłach.
   Autor cyklu nie boi się trudnych tematów. Bez krzty zawstydzenia pokazuje obłudę kapłanów kościoła, ich chciwość, seksualne wybryki wobec obojga płci, matactwa przy sporządzaniu dokumentów. Nie lęka się przedstawienia brutalności i przemocy wobec ludzi i zwierząt, gwałtu czy tortur. To trudne sceny, lecz napisane ze smakiem, bez wchodzenia w zbędne szczegóły. To książka autentyczna do bólu.
   Bogactwo świata przedstawionego zachwyca gamą barw, które pisarz używa, przebierając w środkach wyrazu. Jego specyficzny styl urzeka kolejny raz, udowadniając, że świetnie oddaje realia życia. Średniowiecze jest tu tylko czasem umownym. Sposób ukazania historii mógłby zostać wykorzystany do jakiejkolwiek epoki. Krótko mówiąc, autor ma wyczucie i dar ku temu. Śmiało odmalowuje przywary ludzi, nie omieszkując wspomnieć również o zaletach, tłumaczy logicznie koleje ich losu, stosując do tego zagrywki psychologiczne i podpierając się, a raczej wzbogacając, wątkami historycznymi. Nikogo nie pozostawia obojętnym. Jego się kocha lub nienawidzi. Wykreowani przez niego bohaterowie na czele z Witelonem porywają w zaklętą podróż, która odciska piętno na całe życie w czytelniku (tak, myślę o sobie).
   "Trupi korowód" to godne uwieńczenie cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer". To lektura trudna, wymagająca, pełna zakrętów i labiryntów, lecz po stokroć odpłacająca się. Porusza serce i duszę, działa na wyobraźnię, znawcom historii daje pole do popisu do wyszukiwania znanych wątków, pochłania trudną fabułą i losami bohaterów, wywołuje całą gamę emocji. Jabłoński gra na strunach duszy czytelnika jak maestro i manipuluje z wprawą Witelona, prowadząc go na zgubę ku swemu uwielbieniu. Mimo okrutności przedstawionego świata, utożsamiamy się z nim z powodu analogii do współczesności. Pisarz po raz kolejny wyszedł zwycięsko z wojny wytoczonej własnej ambicji. Poprzeczka zawisła naprawdę wysoko.
   "Trupi korowód" to powieść pozornie o losach średniowiecznego mędrca. To historia o nas samych, trupim korowodzie do szczęścia i osiągnięcia marzeń, celów, droga ku śmierci, przed którą nikt z nas się nie uchroni. To książka dla ceniących inteligentne lektury i zdolnych pisarzy.
   Polecam ją z czystym sumieniem. To powieść otwierająca oczy, zmieniająca światopogląd, budująca i ujmująca zarazem, dodaje skrzydeł. Pozwala uwierzyć w siebie i daje siłę, by ruszyć swoją drogą.

niedziela, 26 kwietnia 2020

60) Nieznane są drogi życia... "Ogród miłości" Witolda Jabłońskiego

   Fascynacja rodzimymi korzeniami trwa w najlepsze. Powoli zaczyna doceniać się przeszłość i doświadczenie minionych pokoleń. W Polsce prym wiedzie obecnie okres II wojny światowej, choć i swoją niszę odnaleźli wielbiciele Słowiańszczyzny oraz wczesnego średniowiecza. Trudniejszym wyzwaniem pozostaje głębia wieków średnich, tj. XIII-XIV wiek, a zwłaszcza czas rozbicia dzielnicowego. Zadanie to niełatwe, by objąć spojrzeniem cały horyzont sieci ówczesnych powiązań polityczno-społeczno-gospodarczych. Podjął się tego Witold Jabłoński w cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer". 
  Trzeci tom sagi pt. "Ogród miłości" opowiada o latach dojrzałych Witelona, śląskiego mędrca, maga i astrologa, spędzonych na prowadzeniu intryg i spisków mających na celu wyniesienie na najwyższe szczeble władzy Henryka Probusa, jednego ze śląskich Piastów. Początkowo wspierany przez zakon templariuszy i im podobnych brnie w ową farsę całym sobą, wierząc iż wybrał odpowiedniego protektora. Jednak czas pokaże prawdę, a opiekuńczy demon mężczyzny objawi mu jeszcze niejeden plan. 
   Witelo to główny bohater i narrator powieści. Przedstawia świat swoimi oczami, dzięki czemu bliżej go poznajemy. W miarę upływu lat nic nie traci ze swego uroku i ponadprzeciętnej inteligencji, wciąż zaskakując jakże trafnymi spostrzeżeniami i ponadczasowymi przemyśleniami, np. dot. miłości, samotności, roli przeznaczenia w życiu i spełnienia siebie. Jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, dokładnie analizuje, szybko dostosowując się do nowych warunków, nie zawsze łatwych. Dzięki temu wciąż pozostaje ważnym doradcą na dworze, po którego słowo chętnie  sięgają władcy  z innych części kraju, a nawet Europy. Mimo narosłych kontrowersji wokół jego osoby (upodobania seksualne, posądzanie o trucicielstwo i maczanie palców w morderstwach możnowładców) nie podważa się jego pomysłów, choć występuje jeden wyjątek. Jeden, wyjątkowy, prawie że idealny władca, który kompletnie zawrócił w głowie Witelonowi. Oj tak, Henryk Prawy to jego faworyt. Widocznie każdy ma jakiś słaby punkt. Z biegiem czasu ta idealność staje się przeszkodą, która nie potrafi docenić tego, który ją wyniósł na piedestał, a on tego nie dostrzega, zaślepiony miłością i oddaniem. Niestety.
   Witelo wydaje się zimny, wyrachowany, gotowy do popełnienia największych zbrodni. Owszem, to wierzchnia skorupa, pod którą kryje się ciepłe serce, spragnione miłości, takiej odwzajemnionej, wrażliwe, lojalne. Mędrzec potrafi kochać, choć, niestety, los nigdy nie szczędzi mu bólu. Zdecydowanie w tej sprawie nie ma szczęścia. Dobra strona natury bohatera "Ogrodu miłości" objawia się także w stosunku do rodziny, zwłaszcza odnogi ukochanej siostry z Psiogłowic i jej potomstwa, Piotra i Małgorzaty, którym pomaga obrać właściwą ścieżkę życia, zgodną z ich charakterami i zainteresowaniami, mając w tym pełne poparcie siostry i szwagra. 
   Oczywiście można mu zarzucić egoizm i wykorzystywanie rodziny do własnych niecnych celów, ale trzeba pamiętać, że następowało to za pełną zgodą wtajemniczonych, którzy również odnosili z tego tytułu pewne korzyści, jak choćby krakowska odnoga Turyngów. Ponadto Witelon dopuszcza się różnych, niezbyt chwalebnych uczynków, ale nie robi tego dla przyjemności, lecz by osiągnąć wyższe cele związane ze swoim ukochanym władcą. Na wszystko znajdzie odpowiednie argumenty. Nie działa pochopnie, lecz z długo planowanym zamysłem.
   Nie jest to bohater łatwy, bo wzbudza kontrowersje swoim zachowaniem i podjętymi decyzjami. Autor w pełnej okazałości prezentuje jego ciemną stronę natury. Nie waha się otwarcie powiedzieć i pokazać, że Witelo nie ma wyrzutów sumienia po dokonanych morderstwach, a nawet, że planuje je z zimną krwią. Jedni go znienawidzą, drudzy pokochają, a jeszcze inni stwierdzą, że jest im obojętny. Jednak trzeba przyznać Jabłońskiemu, że świetnie wykreował tego bohatera. Przez trzy tomy pokazuje jak dojrzewa i zmienia się, jak wpływa na niego życie i czynniki zewnętrzne. To postać autentyczna do bólu. We mnie Witelon wzbudza szacunek i podziw. Może i nie pochwalam jego czynów, ale cenię go za inteligencję, lojalność i ogromną wiedzę. Chciałabym móc kiedyś  z nim porozmawiać, a może i nająć się na naukę, kto wie czego mogłabym się od niego nauczyć? Może dowiedziałabym się czegoś ciekawego o historii starożytności i filozofii? 
   W tym tomie warto bliżej przyjrzeć się postaci Witenesa, Piotra oraz Henryka Prawego. Każdy z nich prezentuje sobą co innego, lecz razem dopełniają obraz owego wczesnośredniowiecznego społeczeństwa. Witenes to poczciwy Litwin, lojalny przyjaciel, oddany, wierny i honorowy. Piotr z kolei bierze życie we własne ręce, podąża za marzeniami o życiu z rzeźbienia i za nic ma swoje szlacheckie pochodzenie. Na co komu życie w zamkniętej klatce, gdy jest się przy tym nieszczęśliwym? To przykład jak osiągnąć szczęście w zgodzie z własnym powołaniem. Natomiast Henryk Probus to prawdziwa zagwozdka. Wydaje się być władcą idealnym, z głową pełną wzniosłych idei i uczuć, honorowy, rycerski, hołdujący sprawiedliwości i dobru. Jednak władca musi mieć twardą rękę i zdrowy rozsądek. Prawy lubi urządzać turnieje, uczty, rybałtowskie przedstawienia ku uciesze swej artystycznej duszy. A skąd brać na to pieniądze? Skąd jego doradcy czerpią zyski na jego pomysły? Władca nie zaprząta sobie tym głowy. Ważne, by jego idee się spełniły. Nie na tym polega władza. Probus to świetny przykład błędnego rycerza, zagubionego w swych obowiązkach.
   W "Ogrodzie miłości" Witold Jabłoński poświęca też nieco miejsca kobietom. Na czoło wysuwa się siostrzenica Witelona, Małgorzata oraz wybranka serca Probusa, brandenburska Matylda. Wydaje mi się, że autor osadza je w swych rolach na zasadzie skrajności. Małgorzata to młoda szlachcianka, ciekawa świata, chcąca nieco rozwinąć skrzydła przed zamążpójściem, utalentowana śpiewaczka, pogodna i łagodna, wierna rodzinie i wujowi. Postać wzbudzająca sympatię. Realna. Natomiast Matylda na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zimnej, posągowej, na pokaz. Wszystkie jej ruchy, miny, gesty są wyuczone, wystudiowane co do sekundy. Może i wzrusza się, kocha i cierpi po stracie bliskich, ale to nie ona, nieprawdziwa. Może i okrutnie ją oceniam, ale w kreacji Jabłońskiego to piękna, lecz pusta kukła, której nic poza czubkiem własnego nosa nie obchodzi. Idealne dopełnienie Probusa. Dwóch, moim zdaniem, niedojrzałych władców, zajętych własnym szczęściem, dla których poddani to tylko dodatek. 
   Kreacja bohaterów to jeden z atutów "Ogrodu miłości", lecz poza tym autor daje popis również na innych polach. Warto wymienić choćby sposób przedstawienia życia ówczesnej społeczności, np. we Wrocławiu, Krakowie czy małych Psiogłowicach. To nie tylko życie możnowładców, ale i biedniejszych mieszkańców tych obszarów. Jabłoński nie obawia się ukazania sposobu funkcjonowania domów uciechy, z których korzystali też duchowni. Porusza też problem głodu wywołanego suszą i kiepskimi zbiorami. Jak wiadomo, zjawisko to dokucza najbardziej na wsi i w małych miasteczkach. Pisarz odzwierciedla to na podstawie sytuacji we wspomnianych już Psiogłowicach, gdzie ludzie z głodu dopuszczają się kanibalizmu, a drogi i szlaki handlowe nie są bezpieczne, opanowane przez miejscowych rzezimieszków. Warto wspomnieć też o wątku zarazy w Krakowie, która nie patrzyła na status ni majątek. Brała w swe objęcia kogo chciała. Czarna śmierć znana bardziej jako dżuma. Autor pokazuje podejście ówczesnych medyków do tego zagadnienia, polecane środki zapobiegawcze, zachowanie się ludzi i działalność opiekuńczą niektórych zakonów. W "Ogrodzie miłości" pojawia się też problem wojny wyniszczającej, nie tylko ze strony Tatarów, którzy nie mieli za grosz litości dla jeńców, niszcząc i paląc, co się dało. Pisarz pokazał także wojnę bratobójczą między Piastami o schedę po Leszku Czarnym na tronie krakowskim. Ilu naprawdę dobrych rycerzy zginęło w imię fanaberii swego władcy? Ile rodzin cierpiało? Ilu wieśniaków przymierało głodem, by pan miał na swe zachcianki? Jabłoński przedstawia cały wachlarz powiązań społeczno-gospodarczych. W tym aspekcie warto przytoczyć jeden przykład. Fiodor, przyjaciel Witelona, udaje się w swoje rodzinne strony, rządzone przez Tatarów. Bliscy przyjmują go ciepło, goszczą, karmią. Gadka, szmatka, a własna ciotka leci donieść, że pod jej dachem siedzi jeden taki z Polski od Lachów, pewnie szpieg. Mężczyźnie ledwie udaje się zbiec z rodzinnej ziemi, gdzie poczuł się gorzej niż w przybranej ojczyźnie. To dowód na to jak bardzo władza może namieszać w głowach ludziom, zastraszyć ich i szantażować, by doszło do tak kuriozalnej sytuacji, jak zdrada najbliższej rodziny. Witold Jabłoński świetnie pokazał to w tym krótkim wątku, obnażając słabość ludzkiego charakteru, upiorność nieodpowiedniej władzy. Cóż wart jest taki świat? Jak się w nim odnaleźć? Może przepisem na sukces jest podejście Witelona?
   Cały czas jestem pod urokiem rzuconym przez tego pisarza. Podziwiam go za znajomość historii polskiego średniowiecza. Tak płynnie przechodzi między faktami historycznymi, świetnie wkomponowuje je w fabułę powieści, że ma się wrażenie, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Możliwość poznania Henryka Probusa, Władysława Łokietka, Eufrozyny, Mszczuja czy Przemysła II  jest nie do przecenienia, tym bardziej, że autor nie cukrzy. Przedstawia ciemną stronę władzy, bezwzględność rządzących, bezmyślne dzielenie kolejnych dzielnic na coraz mniejsze przez Piastów, co tylko osłabiało kraj wobec takich sąsiadów jak chociażby Niemcy czy Czechy (tu chciałabym nadmienić tylko o ledwie zarysowanym wątku Wacława, syna Przemysła Ottokara i Kunegundy, lecz jak mistrzostwo oddającym jego charakter). Ponadto powieść obnaża słabe strony władców, otaczających się niesprawdzonymi doradcami, często będącymi szpiegami obcych królestw. Łasi na komplementy i łatwe sukcesy, często nie dostrzegali czającego się za rogiem niebezpieczeństwa, narażając przy tym własne życie.
   Ta powieść udowadnia, że historia nie musi być łatwa, banalna czy miłosna, by poruszyć serce. Jabłoński przy pomocy najróżniejszych środków stylistycznych, poetyckiego stylu i niezwykłemu wyczuciu rzeczywistości buduje świat przedstawiony, który zachwyca swym bogactwem. Nie boi się trudnych tematów, często obłożonych społecznym tabu. Idzie w zaparte, wierny swoim zasadom, podążając szlakiem ciemności za Witelonem, gdzie przelew krwi, morderstwa, okrucieństwo są chlebem powszednim. Autor nie lęka się opisać tortur zadawanych przez inkwizytorów jeńcom, postępowania Tatarów wobec podbitych ludów etc. Jedyne, co mnie boli to opisy cierpiących zwierząt, taka już moja natura, choć doskonale rozumiem, że wpisuje się to w konwencję powieści i przedstawionych czasów.
   Słowiańskich nawiązań nie ma tu za wiele. Można w to ewentualnie wliczyć wierzenia mieszkańców wsi o powstałych z grobu wąpierzach czy strzygach oraz traktowanie problemu ze snem jako działalność zmory.
   "Ogród miłości" Witolda Jabłońskiego, podobnie jak poprzednie dwa tomy cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer", nie jest lekką lekturą. Wymaga czasu i koncentracji na treści, by nie zgubić wątku. Skomplikowana fabuła, wciągająca, pełna niedomówień, lecz jakże intrygująca i inspirująca! Autor daje po raz kolejny popis swego talentu i bogatej wyobraźni, nie bojąc się poruszać po cienkim lodzie średniowiecznych intryg przedstawionych oczami Witelona. Podjął wyzwanie i ponownie wyszedł z niego obronną ręką. Uważam, że ta książka kontynuuje poziom swoich poprzedniczek, a przy okazji nieco podnosi wymagania czytelnika wobec ostatniego tomu. 
   To książka dla wielbicieli inteligentnych powieści, osadzonych w historycznym świecie, wymagających zaangażowania czytelnika, niebojącego się trudnych tematów i nieprzetartych jeszcze szlaków. Za to właśnie cenię Witolda Jabłońskiego, pozwala na rozwinięcie skrzydeł fantazji, nie ogranicza, daje wolność myślom i czynom, wyzwala z okowów chrześcijańskiego wychowania, dając wybór. Polecam z całego serca!

niedziela, 19 kwietnia 2020

59) Poszukiwanie przeznaczenia... wyboista droga Witelona, czyli "Metamorfozy" Witolda Jabłońskiego

     Świat dookoła nas mieni się tysiącami barw, wiosna budzi do życia przyrodę ciepłem kwietniowych promieni słonecznych, wczesnym rankiem i późnym wieczorem słychać trele rozśpiewanych podniebnych wędrowców. Coroczny cykl wegetacyjny ziemi trwa, czas mija, ludzie rodzą się i umierają, koło dziejów miele dalej... Gdzieś, w tym biegu, warto na chwilę przystanąć, na mgnienie oka i poświęcić odrobinę życia na coś ważnego, coś skłaniającego do refleksji, co zostanie z nami na dłużej. Chwila minie, lecz ta myśl, to przesłanie, zostanie z nami, jak przyjaciel, jak towarzysz doli i niedoli, by wspierać i pokazywać drogi ukryte przed większością, by iść za jej wskazówkami, przed siebie, po prostu żyjąc... O czym mówię? Wskazówki szukajcie poniżej.
   "Metamorfozy" Witolda Jabłońskiego to drugi tom cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer" dotyczący śląskiego uczonego, mistrza Witelona, osobowości wybitnej i wyjątkowej, ale wzbudzającej całkiem sporo kontrowersji. Pierwszy tom "Uczeń czarnoksiężnika" opowiada o dzieciństwie naszego bohatera i jego dojrzewaniu, natomiast druga część skupia się już na latach dojrzałych, przez co czas akcji to ponad dwadzieścia lat. Jak można się domyślać, miejscem akcji jest nie tylko obszar Polski, lecz także Włochy, Czechy i okolice.
   Główny bohater i narrator, Witelo z Borku, jest już magistrem, gotowym do podjęcia swej życiowej misji, wpływania na losy kraju i poniekąd Europy. Mimo pochodzenia z nieprawego łoża, wzbudza sobą zainteresowanie na dworach Starego Kontynentu. Czemu? To nie tylko sława truciciela i maga ciągnie się za nim. To mężczyzna piekielnie inteligentny, mądry, oczytany, dla którego dysputy filozoficzne są czystą przyjemnością. Szczerze zaintrygowany i zainteresowany historią antyku od Grecji po Rzym. Własnymi siłami powoli osiąga kolejne szczeble kariery i wpływy. Szara eminencja Śląska. Oficjalny szpieg pewnego zakonu, choć żyjący i postępujący według własnych zasad. Potrafiący zgiąć grzbiet w odpowiednim momencie, by w przyszłości czerpać z tego zyski. Umysł nastawiony na korzyści poprzez długofalowe działanie. Cierpliwy, konsekwentny, idący po trupach do celu. 
   Czy go podziwiam? W pewnym sensie tak. Imponuje mi jego sposób bycia, umiejętność dostosowania się do zastanych warunków jak kameleon. Nie chciałabym mieć w nim wroga, bo mogłoby się to dla mnie źle skończyć. Witelo to według mnie świetny kompan do rozmowy, rozwijania różnych pasji i poszerzania horyzontów myślowych. Jednostka wybitna, jeśli chodzi o analityczne myślenie. Zresztą, w ogóle. Jestem pod jego urokiem, mimo jego charakteru. Jego umysł i ciemne oczy hipnotyzują oraz przyciągają osoby złaknione wiedzy i ciekawe świata.
   Przez książkę przewija się także całe mrowie pomniejszych postaci, przy czym najbardziej w pamięć zapada Jurko i Przemysł Ottokar. Pierwszy jest czystą fikcją, ale ukazanie jego metamorfozy z dobrego rzezimieszka przez pomocnika Witelona aż do ostatecznego zawodu, pokazują jak pewne wydarzenia wpływają na całe życie. Chłopak przeżywa swego rodzaju wstrząs emocjonalny, co Jabłoński idealnie oddaje w słowach i dalszej fabule. Na myśl przychodzą dzieci z trzeciego świata, które funkcjonują na podobnych zasadach, szukając starszego opiekuna i nauczyciela, by przetrwać i zdobyć nowe umiejętności. Kończy się to różnie. Wracając do meritum, autor bardzo realnie kreuje postać tego młodzieńca, nadając mu wszelkie rysy wieku i pochodzenia, co w średniowieczu praktycznie warunkowało przyszłość. Natomiast Przemysł Ottokar to czeski władca, postać historyczna. Mam wrażenie, że pisarz bawi się historią i przedstawia ją nieco inaczej w oficjalnych źródłach. Dzięki Witelonowi mamy wgląd w życie codziennie dworzan, ich zdanie na temat rządzących, plotki, w których skrywało się sporo prawdy, zwyczaje, a może przede wszystkim bezpośrednie obserwacje głównego bohatera. Czech to władca robiący spore wrażenie, mający w rękach realną władzę, ambitne plany i możliwość ich realizacji. Jego koneksje z templariuszami, rzeczywiste podejście do kościoła i ambicje sprawiają, że pragnie się poznać go bliżej. Intryguje.
   Kobiecych postaci jest tu niewiele i są raczej tłem dla wydarzeń, urozmaiceniem, ozdobą. W całym tym towarzystwie na czoło wysuwa się matka Władysława Łokietka, Eufrozyna, podobna nieco do Witelona w swych ciągotach intelektualnych, charakterze i próbach manipulacji ludźmi. Ciekawa, intrygująca, pewna siebie, prawdziwa przebiegła kobieta u władzy. Mam nadzieję, że mistrz jeszcze nieraz ją spotka.
   "Metamorfozy", podobnie jak "Uczeń czarnoksiężnika", przedstawiają życie średniowiecza, od najmniejszych po najzamożniejszych tego świata, nie robiąc wielkiej różnicy między świeckimi a duchownymi. Jabłoński demaskuje fałszywą świątobliwość księży i zakonników pożądliwie patrzących na kobiety, mężczyzn i pieniądze. Duchownych chrześcijan z powołania, stosujących się do zasad moralnych kościoła można by zliczyć na palcach jednej ręki. Autor nie pomija także książęcych i królewskich dworów, pełnych intryg, spisków i zdrajców, gdzie rządzi pieniądz, a nie lojalność i honor. Władców o nieskazitelnym charakterze i zasadach powoli usuwa się, bo nie potrafią współpracować z kupcami, bogatymi mieszczanami i przekupnymi duchownymi. Przewodnik stada, czyli pan, musi mieć silny charakter, twardą rękę i dobre rozeznanie w tajemnicach dworu, by nie paść jego ofiarą. Pisarz nie boi przedstawić się również powiązań między katami a domami uciech, ich sposobów działania, zdobywania informacji i ich sprzedawaniem temu, kto da więcej. Pod tym względem świat jest naprawdę mały. Ciekawostką niech będzie przedstawienie wędrownego teatru i jego trupy, tzw. rybałtów. Ukazanie wzlotów i upadków tej grupy, słabości poszczególnych jej członków, np. Michałka czy Mileny, a nawet Dzika, sprawia, że dostrzegamy problemy, takie codziennie, bardzo realne współcześnie, np. alkoholizm, dwulicowość, przemoc.
   Witold Jabłoński po raz kolejny udowadnia jak doskonale zna średniowiecznych Piastów, ich koligacje, sojusze i ogólną sytuację polityczną ówczesnej Europy i Azji (tu warto bliżej zapoznać się z informacjami na temat Tatarów, ich chana oraz uległości ruskich kniaziów). Cała mnogość powiązań, jasno rozrysowanych i opisanych, łatwość przeskakiwania i łączenia w logiczną całość kolejnych działań polskich książąt i ich sprzymierzeńców - to zdecydowany walor "Metamorfoz". Pod tym względem są mniej chaotyczne od "Ucznia czarnoksiężnika". Czytelnik znacznie szybciej odnajduje się w świecie przedstawionym, który krok po kroku odsłania przed nim kolejne sekrety.
   Nie byłabym sobą, gdybym nie szukała tu powiązań ze Słowiańszczyzną. Jabłoński przemyca w swej powieści imiona naszych rodzimych bogów, wspominając o dwóch pruskich młodzieńcach z Borku, przy poznaniu Jaćwingów oraz Litwina, który przez długi czas pozostawał na usługach magów z tamtejszej Białej Wieży w nieprzeniknionej puszczy. Warto pochylić się tu nad owym Litwinem i jego historią. Witelo wspomina także, że niektóre dawne zwyczaje są wciąż żywe wśród mieszkańców wsi i uboższych mieszczan. To zaledwie drobne elementy, ale budujące niezwykły klimat.
  "Metamorfozy" to kolejny dowód na bezdyskusyjny talent Witolda Jabłońskiego w operowaniu słowem pisanym. Co ten człowiek wyprawia? Maluje, przenosi w czasie, porywa, chwyta za serce, rozbudza i oburza, wyciska łzy i gromi szyderczym śmiechem. Nie, nie pomyliłam się. Przez całą powieść odczuwa się całą gamę emocji. Autor ma specyficzny styl i język, momentami poetycki, czarujący, pełen środków stylistycznych, innym - bezpośredni, pełen krwi i brutalności, ale odpowiednio wyważony, w zależności od sytuacji i warunków. Świat przedstawiony jest bardzo realny, logiczny, a zarazem intrygujący.
   Powtórzę to, co napisałam wcześniej o pierwszym tomie cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer". "Metamorfozy" nie są książką łatwą, na jeden wieczór. One wymagają czasu, kosztowania drobnymi kęsami, by docenić kunszt autora w kreowaniu świata, bohaterów czy sytuacji przy pomocy słowa, lecz o wysokiej jakości kombinacji!!! To książka do przemyślenia, przeanalizowania, by móc zagłębić się w średniowieczu widzianym oczami Witelona. Nasz drogi magister to postać nietuzinkowa, o niezwykłych jak na swoje czasy poglądach i podejściu do różnych spraw, zatem warto pozostawić otwarte oczy i tak szybko go nie szufladkować. Warto spróbować go bliżej poznać.
   "Metamorfozy" polecam mediewistom i fanatykom tej epoki, bo odnajdą tu to, czego brak w opracowaniach naukowych - życie i żywych ludzi. Tak, Witold Jabłoński daje boskie tchnienie swoim bohaterom, ożywiając ich i dając możliwość samodzielnej egzystencji (przynajmniej takie odnoszę wrażenie). Zainteresowany tematem czytelnik posili się tu intelektualnie, bo inaczej się tej powieści nie zrozumie.
   Drugi tom przygód śląskiego uczonego to dzieło kontynuujące drogę swego poprzednika na bardzo zbliżonym poziomie. Jest równie genialny i porywający, intrygujący, pełen zagadek, przy czym wymagający ciągłego skupienia. Uwielbiam! Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że autor utrudnia sobie zadanie i przedstawia historię z innej strony, tej mniej znanej, mniej efektownej, lecz jakże zajmującej. I chwała mu za to.
   Sądzę, że warto spędzić przy tej książce kilka wieczorów, by przenieść się do XIII wieku i wędrować wraz z Witelonem przez Polskę Piastów, Włochy i Czechy, by móc zakosztować ówczesnego życia i dowiedzieć się co nieco o ludzkiej naturze.
Polecam!

PS Wyjaśniając zwrot "boskie tchnienie", daje tu o sobie znać moja miłość do starożytnego Egiptu. Wyrażenie to nawiązuje do znaku anch, oznaczającego życie. Najbardziej znane i efektowne są przedstawienia z Atonem (epoka amarneńska, XVIII dynastia, rządy Echnatona, czyli Amenhotepa IV), który wyciąga dłonie w kierunku rodziny królewskiej i ofiarowuje im życie. Podobnie zresztą sprawy mają się, co do przedstawień z grobowców z innymi bóstwami, przekazującymi poprzez ten znak życie zmarłym (np. Izyda podająca anch Nefertari; XIX dynastia, rządy Ramzesa II, grobowiec w Dolinie Królowych, QV66).