Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poganie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2023

161) Równowaga, czyli słowo o "Wybranych" Franciszka M. Piątkowskiego

 Dokąd prowadzi nas współczesny świat? Dokąd zmierzamy my jako ludzie? Czy jako gatunek mamy na tyle silny kręgosłup moralny, by umieć dokonać właściwych wyborów? Czym jest odpowiednia decyzja? Jakimi metodami to sprawdzić? Czy prawda jest obiektywna bez względu na punkt widzenia obserwatora? Czy jednak może być subiektywna? Czy czynniki zewnętrzne, zmiana sytuacji, warunków etc. ma wpływ na rozstrzygnięcie sprawy? Czy to w ogóle jest mierzalne? Co tak naprawdę nas motywuje i pozwala swobodnie funkcjonować, by tak naprawdę żyć? Czy jest coś takiego jak złoty środek? Czy równowaga istnieje, a jeżeli tak, to czy jest możliwa do osiągnięcia przez ludzi? Równowaga między przyrodą a cywilizacją, sercem a umysłem, światem rzeczywistym a nadprzyrodzonym... Uważam, że większość z tych pytań zaprząta nam głowę od czasu do czasu, bez względu na pochodzenie, wykształcenie, wyznanie czy zamożność. Są w pewnym sensie fundamentalne, zapytują o przyszłość, o cel, o to, jaką drogą podążamy. Ile razy sami siebie zapytywaliśmy, czy dobrze zrobiliśmy, czy podjęliśmy dobrą decyzję, czy cofnęlibyśmy czas, czy inny wybór nie zmieniłby naszego położenia... Ludzka to rzecz poddawać w wątpliwość, roztrząsać i analizować. W świecie literatury można znaleźć mnóstwo pozycji o tej tematyce, od naukowych po fantastykę. Są takie książki, które pozornie mówią o czymś zupełnie innym, dotykają odmiennej materii, a jednak podczas lektury wypełniają nasze umysły tak poważnymi rozważaniami, zmuszają o refleksji, choć traktują o tym w sposób kompletnie niepasujący do takowej konwencji. 

   Jedną z takich powieści jest najnowszy twór Franciszka Piątkowskiego pt. "Wybrani". To czwarta część z serii "Uniwersum Powiernika", slavic urban fantasy, rodzima fantastyka słowiańska w bardziej nowoczesnym nurcie. Głównym bohaterem uniwersum jest Marek Lichocki, adwokat, który jednocześnie na co dzień zajmuje się słowiańskimi Bogami i stworami. Jak? Dola naznaczyła go na Powiernika i Widzącego, powierzając mu umiejętność kontaktowania się z mieszkańcami Prawii, Nawii oraz tymi niewidocznymi dla ludzkiego oka z Jawii. Powoduje to pewne komplikacje w jego życiu osobistym i zawodowym. Jego istnienie zostaje zauważone, przez co istoty o mniej przychylnych intencjach wobec ludzkości, zaczynają go brać na cel, ponieważ stanowi zagrożenie dla ich dotychczasowych niecnych poczynań, do tej pory niedostrzeżonych, a których konsekwencje przypisywano głównie chorobom psychicznym, skrzywieniu lub pozostawiano niewyjaśnione. Marek staje się dla nich niebezpieczny. Jak mu uprzykrzyć życie? Ma rodzinę, przyjaciół, więc sprawa jest jasna od samego początku. W dodatku Bogowie również zamierzają namieszać nieco w jego codzienności. Licho nie śpi, zło wyrywa się z uwięzi, Słowiańszczyznę czekają trudne chwile. Jedynym rozwiązaniem owej bolączki jest sprzymierzone działanie adwokata i proludzkich stworów, którym los Jawii nie jest obojętny. Po pokonaniu Trojana i unieszkodliwieniu Biezdara wydawałoby się, że zapanuje pokój, ale nic bardziej mylnego. Mroczna Trójca przystępuje do działania. Ponadto budzi się coś, co powinno pozostać w uśpieniu. Niebezpieczeństwo zagraża wszystkim. Nieistnienie...

  Tym razem trudno wskazać jednego głównego bohatera powieści. Z jednej strony Lichocki, który przewodniczy większości działań, jest centrum, wokół którego skupia grupa stworów. Z drugiej urasta mu konkurencja, która kradnie mu pierwsze skrzypce, choć dopiero wkracza do tego niezwykłego świata. Jego lepsza połowa. 

   Marek to mężczyzna, który bardzo poważnie podchodzi do obranych obowiązków, nie uchyla się przed niczym, gotowy do najwyższych poświęceń dla bliskich, w obronie wyznawanych idei. Jest odważny, odpowiedzialny, może nieco szalony, bo stawia ryzykowne kroki, ale gdyby nie one, to Jawii już dawno mogłoby nie być. To opoka, na której mogą opierać się bliscy. Podtrzyma ich własnym kosztem. Za wszelką cenę. Jednak, żeby nie było za poważnie, cechuje go świetne poczucie humoru, potrafi być zabawny i kiedy trzeba ironiczny. Co równie ważne - nie traci rezonu w trudnych sytuacjach, umie szybko podejmować decyzje, szanuje swoich przeciwników. Kieruje się w życiu mottem: "Czcij Bogów, kochaj swoje kobiety, bądź lojalny dla przyjaciół i sprawiedliwy dla wrogów" (str. 124), które warto głębiej przemyśleć.

   Przyjaciele Lichockiego, stwory wszelakiej maści, są wyjątkowi pod każdym względem. Stoją przy nim zawsze, są lojalni i szczerzy, wyznają podobne do niego wartości, są podporą, na której może się oprzeć w gorszych chwilach. Wspierają się. Ich postawa udowadnia, czym jest prawdziwa przyjaźń, na czym polega i w jaki sposób życie poddaje ją próbie. Taka więź jest godna naśladowania. Pokazuje, że warto nad nią pracować i rozwijać. Przyjaciele to rodzina z wyboru.

   W "Wybranych" sporą rolę odgrywa Joanna Lichocka, żona Marka. Jako potomkini Witomira może namieszać w planach Mrocznej Trójcy, o ile obudzi w sobie krew przodka i związane z tym możliwości. Idealnie uzupełnia męża. Za bliskimi wskoczyłaby w ogień. Kocha ich ponad wszystko. Ceni sobie szczerość i przyjaźń. Szybko się uczy, jest ciekawa świata, nie boi się wyzwań, podejmuje rzuconą rękawicę, ważąc konsekwencje swoich działań. To mądra i inteligentna kobieta, o silnym charakterze, dążąca do celu. Myślę, że niejedna z młodych dziewczyn mogłaby brać z niej przykład.

  Wokół Asi skupia się drugie grono istot nadprzyrodzonych, głównie żywiołaków i pomniejszych stworów. Warto tu wyróżnić Babę Jagę, tak właśnie tę, o której myśli czytelnik oraz Leszego. Jaga kryje w sobie całkiem sporo tajemnic, ale jest na wskroś dobra dla bliskich, a bezwzględna dla wrogów. Oj, wie jak ich sobie podporządkować. Stosowana przez nią magia to duży nakład pracy i jeszcze raz pracy. "Bez pracy nie ma kołaczy" i tu się to sprawdza w 100%, o czym opowiada swojej uczennicy. Tym samym pokazuje, by dojść do czegoś, trzeba temu poświęcić czas i mieć do tego cierpliwość. Jak nie dziś, to jutro, ale każde doświadczenie rozwija i poszerza horyzonty. Warto walczyć i się nie poddawać. To wszystko zaprocentuje. Ta postać również kryje w sobie sekret sensu zaufania. Coś, co teraz nie jest jasne, za jakiś czas może okazać się strzałem w dziesiątkę, ale wymaga to od nas zaufania komuś, czemuś. Więź między Jagą a Joanną doskonale to tłumaczy. Wokół Lichockiej kręci się również Leszy, czyli opiekun lasu i wszystkich jego mieszkańców. To przyjaciel, nauczyciel, filozof i działacz. Istota tak niezwykła, że trudno ująć to w słowa. W tej części serii odgrywa pomniejszą rolę, ale stanowi jeden z elementów fundamentu, na której opiera się przyszłość naszego świata.

   Spośród postaci wykreowanych przez Franciszka Piątkowskiego nie sposób pominąć wodników i topielicy. Panów pokochałam od pierwszej chwili, kiedy tylko pojawili się na kartach uniwersum. Są jedyni w swoim rodzaju, nie do podrobienia. Nie wiem kto lub co inspiruje pisarza do ich dialogów, ale boki można zrywać. Tu właśnie ujawnia się genialny humor autora. Trudno zachować kamienną minę, kiedy wodne stwory wdają się z kimś w dyskusję. Dlatego zalecam odpuścić czytanie tych fragmentów w miejscach publicznych. Są tak pocieszni, nieporadni, zagubieni, że aż włącza się w czytelniku tryb "zaopiekuj się nimi". W tym momencie na scenę wchodzi dr topielica. Tak, stwór z tytułem naukowym. Zdarza się. Zdziwieni? To istota pochodzenia ludzkiego. Dołącza do wodnego duetu, dodając mu smaczku. Jest tym pierwiastkiem żeńskim, który równoważy i próbuje okiełznać ich wewnętrzny chaos. Przygód z nimi co niemiara, a rozkmin, o co im chodzi jeszcze więcej. Te stworzenia wody są ciepłe, pełne dobrych intencji, gotowe podążać do wyznaczonego sobie celu pomimo piętrzących się na ich drodze przeszkód. Takiej wytrwałości niejeden z nas mógłby im pozazdrościć. Bezdyskusyjnie moi ulubieńcy.

   Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jednego wyjątkowego bohatera, którego się nawet nie spodziewałam. Pojawi się sam, we własnej osobie, nie kto inny jak... BORUTA! Nie chcę za dużo zdradzać, ale Franciszek Piątkowski przy tej postaci przeszedł sam siebie. Mistrzostwo! Biorąc pod uwagę znane fakty oraz miejscowe legendy, stworzył mieszankę wyborną, doprawiając ją własną wyobraźnią. Zarówno wygląd, język, jak i zachowanie szlachcica jest epokowo odwzorowane, ale z tą nutką właściwą autorowi. 

   Poza wymienionymi przeze mnie postaciami jest tu jeszcze cała masa stworów, często mniej przyjaznych ludziom, m.in. owa wspomniana już wcześniej Mroczna Trójca i ich poplecznicy. Autor kreując te postacie zapewne posiłkował się swoim doświadczeniem zawodowym, tożsamym z głównym bohaterem "Uniwersum Powiernika". Kipie od nich żądzą mordu, chęcią zemsty, zasmakowania ludzkiej krwi, zniszczeniem naszej rasy, poczucia wyższości. Zło w najczystszej postaci. Niełatwo wczuć się w takową postać, przestawić się na jej myślenie, spróbować zrozumieć jej motywacje. Pisarzowi udało się stworzyć istoty autentyczne, jakby wyjęte z najgorszego koszmaru, a jednak realne. Ilu takich upierczich czy lich chodzi po świecie? Myślę, że przyobleczonych w ludzką skórę całkiem sporo.

 Wśród mieszkańców Jawii, Nawii i Prawii wyróżniają się Bogowie. W tym tomie bliżej poznamy m.in. Świętowita, Roda, Peruna, Mokosz, Welesa, Chorsa, Swarożyca i Siemargła. Mogą przypominać ludzi zachowaniem i wyglądem, lecz nie można zapomnieć, że to Bogowie. Ich nie obowiązują takie prawa jak nas. Działają i funkcjonują na innych zasadach. Warto zwrócić uwagę na ich ustosunkowanie do Marka i jego decyzji, jak podchodzą do wszechzagrożenia, jak zamierzają interweniować. Kreacja Bóstw z "Wybranych" skłania do refleksji nad wiarą, sceptycyzmem, chęcią zrozumienia otaczającego nas świata. Szczególnie uderzyły mnie słowa "Nie musisz wierzyć w nas, bo wiesz, że jesteśmy. Pytanie zatem czy uwierzysz nam? (...) Zaufasz swoim Bogom (...)? Czy masz jeszcze w sobie wiarę, czy już tylko wiedzę? (...)". To w pewien sposób kontynuacja mickiewiczowskich słów: "czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko". Czy można łączyć jedno z drugim? Wiarę z wiedzą? Czy można oddawać cześć siłom wyższym, jednocześnie trzeźwo stąpając po ziemi? Czy można znaleźć równowagę? 

   Franciszek Piątkowski potrafi kreować bohaterów z krwi i kości, autentycznych, z którymi czytelnik może się utożsamić. Główna para pomimo posiadanych umiejętności miewa gorsze dni, nie wszystko wychodzi im od razu, muszą temu poświęcić czas i pracować nad tym. Podobnie sprawa ma się ze stworami. Każda z postaci jest unikalna, ma inny charakter, historię i motywacje, szczególnie warto to podkreślić przy tych mrocznych stworzach. 

   Postacie to jedno, ale warto zwrócić uwagę na świat przedstawiony, jego drobiazgowe odmalowanie, szczegóły, od których można dostać zawrotu głowy. Autor tworząc uniwersum, wykreował całkiem nowe światy, nowe prawa nimi rządzące. Każda z krain jest odmienna, ma w sobie coś szczególnego, co przykuwa uwagę. Czytając, przenosimy się razem z bohaterami do ich świata, poprzez opis odczuć obejmujących praktycznie wszystkie zmysły. Dźwięk, zapach, smak, barwa, dotyk - mają one swoje znaczenie, pomagają przetrwać, co można zaobserwować na przykładzie Wyraju. Podobnie sprawa ma się z Jawią - Lublin, rzeki, las z chatką na kurzej stópce, jest to tak realne jakbyśmy przenieśli się w czasoprzestrzeni. 

   Fabuła co rusz zaskakuje, czy to przez pojawiające się postacie czy zwroty akcji. Tu nie ma czegoś takiego jak nuda. Cały czas coś się dzieje. Czytelnik przemieszcza się między światami razem z bohaterami, zdobywa wiedzę i umiejętności, dowiaduje się jak wyglądają burze i wielkie nawałnice, poznaje właściwości roślin, uczy się szacunku i tolerancji. Widzi moc i siłę drzemiące w prawdziwej przyjaźni i miłości. Powieść przestrzega przed niedocenianiem wroga. Pokazuje jak po porażce można się podnieść, jak walczyć o swoich bliskich i siebie, jak trwać przy swoich wartościach (tu warto zwrócić uwagę na jedną z pomniejszych postaci, która jest dowodem na to, że w każdym z nas drzemie ogromna siła woli). 

   Język Piątkowskiego jest jasny, klarowny, styl przykuwający uwagę, barwny i plastyczny. Powieść ma momenty humorystyczne, kiedy można śmiać się głośno, ale jest też sporo takich, gdy głos więźnie w gardle, a do oczu napływają łzy. Autor żongluje emocjami czytelnika, przeplatając fragmenty o różnym ich natężeniu. Wspomniany śmiech i łzy to dopiero początek góry lodowej. Pojawia się strach, strach o bohaterów, którzy stali się bliscy jak przyjaciele, strach o świat, lęk o istnienie, o przetrwanie. Książka wywołuje też wzruszenie i podziw. Jest złość i zwątpienie. Mnóstwo emocji, które nawet trudno nazwać. Pisarz nie boi się opisywać krwawych scen w wykonaniu Mrocznej Trójcy. Są trudne, ale skonstruowane tak, by nawet bardzo wrażliwa osoba mogła je przetrwać. 

   Jedyne co mi do końca nie gra to nadużywanie określeń przy plugawcach, mówiących jakie są straszne i odrażające. Czytając, odnosiłam wrażenie, że co drugie, trzecie zdanie padają podobne słowa. Powstało zjawisko masła maślanego.

   "Wybrani" Franciszka M. Piątkowskiego to powieść fantastyczna oparta na wierzeniach słowiańskich, od których aż tu kipi. To czwarty tom serii, który godnie ją reprezentuje, a nawet podnosi poprzeczkę. Warsztat pisarski autora ewoluował, co widać co krok. Zarówno postacie, jak i świat przedstawiony są dopracowane do najmniejszych drobiazgów. Fabuła wciąga i intryguje. Czytelnik nie jest w stanie oderwać się od lektury, przejmując się losami bohaterów, ponieważ wraz z nimi przeżywa przygody, goniąc po Prawii, Jawii i Nawii, a nawet samym Wyraju. Powieść zmusza do refleksji, zastanowienia się nad tym, dokąd zmierza nasz świat, jaka czeka nas przyszłość, jak podjęte decyzje warunkują naszą drogę, co wpływa na kształtowanie naszej osobowości i wyznawane wartości. Pokazuje siłę przyjaźni i miłości. Ostrzega przed nicością, kryjącą się w nieprzebranej ciemności, nieistnieniem. Rozważa pewne filozoficzne aspekty naszego funkcjonowania, które wywołują gęsią skórkę. Mrok, o którym pisze autor to kopalnia do przemyśleń. Sposób w jaki robi to Piątkowski kryje się tajemnica jego sukcesu. Między wierszami ukrywa odwieczne prawdy rządzące Wszechrzeczą. Przy tym jego pióro zachowuje subtelność, jest delikatne, rozważne, refleksyjne, pełne cieni, zasnute mgłą, którą bardzo powoli i z wyczuciem zdejmuje z oczu czytelnika, by ten mógł się rozkoszować analizą i domysłami. Dosłowne czytanie twórczości tego pisarza przynosi prawdziwą satysfakcję i świetną zabawę, ale majstersztyk ukrywa się na drugim planie, między wierszami, w treści, w przekazie, w tym, co autor chce przedstawić czytelnikowi. Mogę to porównać do układania puzzli, które obrazują różnorodny krajobraz, a jednocześnie tak trudny do rozróżnienia, że ich odpowiednie dopasowanie zajmuje nieco czasu, ucząc cierpliwości, skłaniając do rozmyślań. 

   Nie mogę doczekać się kolejnych utworów, czy to powieści czy opowiadań, Franciszka Piątkowskiego. Nie dość, że czarcio zdolny, to jeszcze inteligentny, nastawiający pułapki na czytelnika, by wzmóc jego ciekawość po zakończonym tomie w oczekiwaniu na kolejny. Cenię jego perspektywę w stosunku do wierzeń słowiańskich, ponieważ ma ogrom wiedzy, jest żercą, a umysł ma wciąż otwarty na nowe. Jego twórczość zbliża do Bogów i stworów, ukazując ich punkt widzenia, uczucia, to jak postrzegają świat. "Wybrani" tylko to udowadniają, dlatego polecam tę książkę z całego serca. Jest jedną z tych, która zapada w pamięci na lata i do której będzie się wracać. 

sobota, 8 października 2022

149) "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" - Rafał Merski

   Rafał Merski to żerca i popularyzator wiedzy o Słowiańszczyźnie, zwłaszcza w jej duchowym wymiarze, biorąc głównie pod uwagę szeroko pojęte wierzenia i mitologię. Jedną z publikacji poświęcił "Słowiańskim wróżbom i wyroczniom". Temat niezwykle ciekawy, ale i trudny, bo wymagający sporej wiedzy. Jak autor poradził sobie z tym wyzwaniem?

   Książka R. Merskiego porusza cały szereg zagadnień od funkcji żercy i dziada wędrownego przez Welesa i pojęcia przeznaczenia uosobionego w Doli i Rodzanicach po znaczenie roślin i zwierząt w wierzeniach Słowian aż do tytułowych wróżb z najróżniejszych rzeczy i zjawisk. Rozpiętość spora, treść bardzo interesująca, poparta wieloma przykładami ze źródeł pisanych, archeologicznych oraz etnograficznych. Widać w tym ogromną wiedzę pisarza, jego przygotowanie do tematu i pasję.
 
  Szczególnie zajmujące są rozdziały dotyczące wróżenia z zachowania zwierząt oraz roślin. Pozwala to też na wyciągnięcie wniosków o wyjątkowym traktowaniu niektórych gatunków przez Słowian poprzez ich konotacje z bóstwami czy generalnie siłami nadprzyrodzonymi. 

   Od strony merytorycznej i przygotowania autora jestem pełna podziwu, ponieważ włożył w tę publikację wiele trudu i mogę ją polecić z czystym sumieniem.

   Gorzej rzecz ma się od strony technicznej. Ewidentnie brakuje tu dobrego korektora i redaktora, którzy wyłapaliby literówki, nieścisłości w zapisie cytowanych sporych fragmentów (np. wszędzie zaznaczone kursywą, wyśrodkowane itp.), ujednoliciliby przypisy (np. podania źródła cytatu - do przypisu, a nie zwartego tekstu). Ponadto, skoro książka ma wstęp, to przydałoby się i zakończenie. Bez tego "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" kończą się tak jakby ktoś wyrwał pracę z rąk żercy i nie pozwolił mu jej dokończyć. Dobrym dodatkiem jest bibliografia, ale warto byłoby dodać chociaż rok wydania książki, z której korzystał autor, bo niektóre prace naukowe z biegiem lat są aktualizowane razem z postępem badań, a tytuł pozostaje ten sam.

  "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" to przyjemna lektura, którą się wręcz pochłania, jeśli oczywiście jest się zainteresowanym przedstawionym tematem. Styl Rafała Merskiego jest lekki i klarowny, posługuje się językiem przystępnym dla laika, a trudniejsze pojęcia wyjaśnia, co jest ważne przy próbie dotarcia do jak najszerszego kręgu odbiorców.

   Moim zdaniem to pozycja, której warto poświęcić czas i uwagę ze względu na zawarty ładunek merytoryczny, a przymknąć oko na techniczne rozwiązania. Napisana z pasją i wiedzą może zarazić miłością do Słowiańszczyzny, a przy okazji przybliżyć mentalność i duchowość naszych przodków.

   

niedziela, 18 września 2022

147) O słowiańskich wierzeniach dla młodzieży - "Demony Welesa. Droga do Wyraju" tom I - Kamila Szczubełek

   Dracula niejedno ma imię w kulturze, czasem to krwiożercza bestia, czasem bohater komedii. W każdym zakątku świata może być inaczej postrzegany ze względu na lokalne tradycje i wyobrażenie. W naszym rodzimym kręgu wampir to wąpierz, stwór powstały ze zmarłego człowieka, lubującego się w krwi żywych stworzeń, dzięki której egzystuje. Podlega on opiece Welesa, władcy świata zmarłych. Nasi przodkowie próbowali okiełznać wąpierza za pomocą przebijania jego serca, odcinania mu głowy etc. Niełatwo było żyć ze świadomością, że ktoś bliski może powrócić jako bestia, która najpierw wyruszy do domu na łowy, by zaspokoić pierwszy głód.

   Czy wąpierz mógł by dobry? Czy jego zastygłe serce mogło miewać szlachetne pobudki? Czy mógł pokojowo koegzystować z ludźmi? Na te pytania częściowo odpowiedź dała Kamila Szczubełek w swojej debiutanckiej powieści pt. "Demony Welesa. Droga do Wyraju". Jest to fantastyka młodzieżowa oparta, a może raczej inspirowana szeroko pojętą Słowiańszczyzną i jej dziedzictwem kulturowym.

   Autorka stworzyła całkiem nowy świat, nową przestrzeń, nowy czas. Nie ma on żadnych odniesień do znanych nam ram czasowych. Pozostaje tylko inspiracja. Rzeknę, że bardzo ciekawa i intrygująca, która może pochłonąć i przez dłuższy czas nie wypuszczać ze swych objęć. "Demony Welesa. Droga do Wyraju" opowiada o podróży wąpierza przez świat ludzi, bogów i demonów, aby odzyskać ciało pewnego samozwańczego szamana, znaleźć nowy dom samotnemu i nieszczęśliwemu stworkowi, rozwiązać zagadkę znikających dzieci oraz opuszczonego miasta w towarzystwie niezwykłej zgrai, która co rusz napotyka nowe przygody na swej drodze, które tylko utwierdzają rodzącą się między nimi przyjaźń. Gdzieś w tym wszystkim pulsuje słowiańska krew.

  Głównym bohaterem powieści jest wąpierz Elgan, dobrotliwy, chcący dobrze współżyć z ludźmi, bronić swych sąsiadów przed wszelkim niebezpieczeństwem. Mimo szlachetnych pobudek, czystych intencji i dobrego charakteru, w jego życiu pierwsze skrzypce odgrywają stereotypy i strach, strach przed krwiożerczym potworem. Niewielu jest w stanie dać mu kredyt zaufania i bez lęku egzystować obok, nie patrząc mu na ręce. Ma niełatwe życie, ale stara się jak może. By pomóc innym, nie raz i nie dwa naraża siebie, nie żądając nic w zamian. Pokonuje kolejne przeszkody stawianie na drodze przez los, walcząc przy tym z samym sobą. To wierny i lojalny przyjaciel, którego większość z nas chciałaby mieć przy sobie. Na dobre i na złe. To bies z ludzkimi rozterkami i wciąż pomiędzy. Nie wybrał definitywnie ani jednej ani drugiej strony, przez co do końca nie jest akceptowany po żadnej z nich. Ma kilkoro dobrych znajomych i spore grono wrogów, które mierzi jego postawa. Sam zbiera porozrzucane ślady swej przeszłości, by zrozumieć siebie i swoją teraźniejszość. Staje się przez to postacią tajemniczą, intrygującą, którą pragnie się poznać. Wzbudza sympatię.

   Kobietą, towarzyszką podróży Elgana, jest szamanka Dorada, córka jego przyjaciela. Utalentowana, ciekawa życia, pełna energii, uparta, chętna do niesienia pomocy słabszym. Nie lęka się przeciwności, idzie na żywioł, choć w pewnym momencie odbija się to jej mocną czkawką. Jej postać wprowadza powiew świeżości, innego spojrzenia na rzeczywistość. 

   Dorada i Elgan tworzą parę bohaterów, przyjaciół, których wiele dzieli, np. w podejściu do życia, a mimo to świetnie się uzupełniają, ucząc się od siebie nawzajem. Ich relacja rozwija się wraz z fabułą, stopniowo, dzięki czemu czytelnik ma możliwość śledzić ten proces od samego początku, ich wzloty i upadki, reakcje na pewne rzeczy. Ta relacja uczy szacunku, cierpliwości i wyrozumiałości. 

   W powieści pojawia się postać samotnego stworka, Smęta, który ma pewną niechlubną przypadłość zapachową, która odstrasza od niego. Odsunięty na bok, opuszczony, na marginesie demonicznego społeczeństwa, zagubiony... Jego historia to przestroga dla mściwców, a jednocześnie wskazanie siły empatii i odnalezienia prawdziwej przyjaźni, nieznającej granic. Słabsza istota również zasługuje na szacunek i ma swoją godność. Nie należy lekceważyć takich osób.

   Autorka pokazuje również niełatwe relacje rodziców i dzieci, temat odrzucenia, a nawet porzucenia bliskich, porwań dzieci, ostracyzmu społecznego, znaczenia zabobonu i przemocy. Są one poruszone w sposób wyważony, by nie urazić bardziej wrażliwych czytelników, a mimo to czuje się całym sobą ów klimat grozy, strachu i niesnasek. Wiele można wyczytać między wierszami. Mimo zaszeregowania do powieści młodzieżowych odnajdą się tu i starsze osoby, może dostrzegą więcej, np. przy historii upadłego imperium czy wyglądu wewnętrznego świata Elgana. Nic nie jest takim, jakim się wydaje.

   Kamila Szczubełek przy tworzeniu uniwersum "Drogi do Wyraju" mocno inspirowała się wierzeniami słowiańskimi z całego obszaru ich występowania. Słowiańskie biesy zostały podzielone na te rozumne i nierozumne, bądź może ze względu na pochodzenie. Znajdziemy tu rusałkę, zmorę, mamuny, utopce i wąpierze - książąt ciemności pod wodzą Welesa, mniej lub bardziej opisane, lecz w dość charakterystycznych sytuacjach, dobrze osadzonych w fabule. Pojawiają się uczłowieczeni bogowie jak Weles, Mokosz, Czarnobóg, a nawet Rod z Rodzanicami, którzy przędzą ludzkie i demoniczne losy na tym padole. Zwłaszcza warto przyjrzeć się kreacji boga podziemia i ukrytego lasu. Na pierwszy rzut oka mocno zdystansowani, może zatrważający, lecz gdzieś w głębi czuli na dramaty podległych im istot. Pod tym względem najmagiczniejszym miejscem jest zakątek Czarnoboga i jego mieszkańców (tu historia beboka).

   Mieszkańcy mniejszych osad są ludźmi, głęboko żyjącymi tradycją i zabobonami. Nawet najbardziej lubianych sąsiadów posądzonych z dnia na dzień o złe oko, przekleństwo lub demoniczne towarzystwo czekała publiczna kara, w najlepszym razie wygnanie, w najgorszym - przejście na drugą stronę świata. Każdy czyn i słowo było oceniane i poddane społecznej opinii. Dla współczesnego człowieka to niepojęte, ale do jakich dramatów dochodziło w życiu realnym, gdy jedyną przesłaną były plotki lub domysły? Ile osób w wyniku tego straciło życie lub kogoś bliskiego?

   Przy okazji warto zwrócić uwagę na architekturę grodów, sposób budowania elementów obronnych, wybierania strażników, ich umiejscowienia oraz elementy życia codziennego jak wyposażenie domostwa czy stroje.

   Sporym urozmaiceniem dla fabuły z mojego punktu widzenia jest przedstawienie dziadów, czyli przywołania duchów przodków przez lokalną społeczność przy pomocy żercy (lub tu szamanki), towarzyszące temu obrzędy, sposób obcowania ze światem nadprzyrodzonym i interpretacja słów przepowiedni. 

  Do inspiracji słowiańskością należy też geografia świata przedstawionego. Ars pochodzi z zimnego Wschodu, Południe to ciepła kraina, do której zdąża nawet sam Weles. Północni sąsiedzi Villperuny to wyspy morskie i półwysep a'la skandynawski. Pomiędzy Zachodem a Wschodem przebiega gęsta ściana lasu, tak dobrze kojarząca się z zachodnimi krańcami naszego kraju za wczesnych Piastów, porośnięta gęstym borem, zajęta podmokłymi bagnami, prawie że granica nie do przebycia dla sąsiadów, urastająca w wyobraźni do miejsca strasznego, zamieszkałego przez potwory.

   Należy zaznaczyć, że w tej książce słowiańskość to luźna inspiracja mocno doprawiona fantazją autorki. Zarysy są jakby kanoniczne, lecz wnętrze jest kreatywne, na swój sposób fascynujące, przedstawiające znane rzeczy w nowej perspektywie, w innym ujęciu. To, co dla jednych będzie zaletą, innym wyda się wadą. Wszystko jest zależne od podejścia czytelnika.

   Nowością na pewno jest dodanie zawodu szamana, wiedźmy czy wróża parających się różnymi rodzajami magii. To, co było w sferze domysłów, autorka wrzuca do swego świata jako normalny element rzeczywistości, konieczny do funkcjonowania społeczności, a nawet władzy.

   Jak wspomniałam, świat przedstawiony przez Kamilę Szczubełek może pochłonąć i zaintrygować, ponieważ używa prostego, plastycznego języka, prowadzi wartką i dynamiczną akcję, co rozdział to nowa przygoda, pełną pomysłów fabułę z ciekawie wykreowanymi postaciami oraz trudnymi tematycznie wątkami. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Jednak to, co przeszkadzało mi przez pierwszą połowę powieści to: zbyt szybkie tempo akcji, za mało rozpisana relacja między bohaterami. Moim zdaniem nieco większa ilość stron, bardziej rozbudowana psychologiczna więź Elgana i Dorady, ich wzajemne docieranie się podniosłoby tylko jakość lektury. Przygoda za przygodą bez wnikania w głębsze warstwy powodowała, że wiele scen z potencjałem umknęło, ale te wszystkie "ale" wynagrodziła mi druga połowa, o wiele bardziej przemyślana, szczegółowa, głębsza.

   "Demony Welesa. Droga do Wyraju" to dopiero pierwsza część przygód Elgana, która ma wszelkie predyspozycje do tego, by zawładnąć sercami młodych czytelników, tym bardziej, że ten tom kończy się w takim momencie, że ma się ochotę już, natychmiast zapoznać z kolejnym. Ta powieść porusza niełatwe wątki, uczy, zmusza do refleksji, jest doprawiona słowiańskością. Z chęcią wrócę do tego uniwersum, zapoznać się z dalszymi przygodami wyjątkowego wąpierza. A Wy? Skusicie się?

poniedziałek, 5 września 2022

145) "Słowiański szlak. Czas Bogini" - Ewa Kassala

   Co czaiło się w lasach za życia naszych przodków, gdy powszechnie wyznawano wiarę w wielu bogów? Jak wyglądała codzienność? Z jakimi problemami się borykano? Jak im zaradzano? Czy wierzenia miały istotny wpływ na życie? Jak wyglądała pozycja kapłanów i kapłanek w strukturze społecznej? Jak obchodzono poszczególne święta? Jakim bogom oddawano cześć? Jacy byli? Jakimi dziedzinami zarządzali? Jak wybierano władcę, kto podejmował wiążące decyzje? Czym była polityka rodu? Jakie znaczenie miał kraj Polan na arenie międzynarodowej jako obszar pogański? Czy przyjęcie chrześcijaństwa zmieniło je? Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego? Gdzie mogła znajdować się rodowa siedziba Piastów? W jaki sposób powstał Poznań? Co takiego znajdowało się w Gnieźnie? Pytań bez liku, odpowiedzi nieco mniej, ponieważ naukowcy wciąż poznają ową epokę naszego kraju. Specjaliści różnych nauk skupiają na odtworzeniu drobiazgów z tamtych czasów. W dużej mierze to historycy, archeolodzy, etnolodzy, lingwiści etc. Z dekady na dekadę nasza wiedza wzrasta, przeszłość odkrywa przed nami kolejne tajemnice, jedne hipotezy upadają, by inne mogły powstać. Jedno się nie zmienia, ciągnie nas ciekawość, chęć poznania własnych korzeni.

   Na niektóre z powyższych pytań odpowiada najnowsza powieść Ewy Kassali pt. "Czas Bogini", która rozpoczyna nowy cykl zwany Słowiańskim Szlakiem. Pierwszy tom został osadzony w czasach młodości Mieszka I, za panowania jego ojca w powieści zwanego Siemomysłem. Akcja kończy ok. roku 966 po przyjęciu chrztu przez władcę Polan. O czym opowiada? Kogo się tyczy? Kto odgrywa znaczącą rolę? Czy główny bohater to mężczyzna, czy tradycji stanie się zadość i kobiety pokażą swoją siłę?

  Książka została podzielona na trzy części. "Czas Siemomysła" oraz "Czas Strażniczki" skupiają się na przybliżeniu znaczenia pewnych aspektów kultury słowiańskiej, tradycji i wierzeń. Omawiają znaczenie Nocy Kupały, wspólnego świętowania, wyboru odpowiedniego miejsca do tego. Podają przykłady niektórych stworów typu latawiec czy rusałka. Przedstawiają nieco bliżej wybranych bogów, jak Weles, Dziewanna, Nyja. Informują czym różni się chram od kąciny. Natomiast "Czas Mieszka" kręci się wokół chrztu i wszelkich wydarzeń mających do niego przygotować. Jest wejściem w historyczny byt Polski.

  Warto podkreślić przygotowanie merytoryczne autorki, które widać na każdym kroku. Zaczynając od Jordana i jego historii, przez Wichmana i Gerona po samą Dobrawę. Czerpie ona ze źródeł, wykorzystuje znane fakty i umiejętnie wplata we własną opowieść o czasach minionych. Czytelnik niezaznajomiony z  tematem będzie miał problem z oddzieleniem ich od fikcji, a to nie lada sztuka. Szczególnie cenne są przypisy, które informują o archeologicznych aspektach powieści, np. o Poznaniu, szkieletach psów czy czaszce wiedźmy. Nie bez znaczenia są konsultacje ze znawcami tematu, co przebija się zwłaszcza w relacji z bitew, opisywaniu ówczesnego uzbrojenia, strategii wojennej, zachowaniach wrogów, np. Wieletów. Uzmysławia to czytelnikowi, ile jeszcze przed nim do odkrycia, ile rzeczy nie wie. Wczesne średniowiecze to nie epoka barbarzyńców z epoki neolitu, a rozwój silnych struktur społecznych, które uwarunkowały późniejszy rozwój państw europejskich w naszym rejonie. Owszem, duże znaczenie w tej mierze ma przyjęcie chrześcijaństwa i zasad kierujących światem zachodnim, ale nie należy pomijać miejscowych dokonań (można wziąć pod uwagę organizację Słowian Połabskich, np. Rugię). Pisarka pokazuje, że terytorium Polan rozwijało się. Tu również budowano grody, zabezpieczano miejscową ludność przed zewnętrznymi agresorami, doceniano kunszt militarny. Przy tym nie pomija tych mniej chwalebnych czynów związanych z handlem niewolnikami, tj. własnymi pobratymcami, omawiając szczegółowo skąd się brali, jak ich dzielono, dokąd trafiali i za ile, na co przeznaczano dochody z ich sprzedaży, wskazując na źródła. Podaje przykłady ich podróży docelowej.

Przed czytelnikiem Ewa Kassala odmalowuje niezwykle barwnie fizyczne otoczenie Polan. Zarówno grody, jak i bory, leśne trakty, okolice jezior, szuwary. Tkwi w tym magia. W tej książce można poczuć się jak w domu. Myślę, że docenią to zwłaszcza polscy czytelnicy spoza granic naszego kraju, którzy tęsknią za rodzimymi krajobrazami. Szczególnie w pamięć i w serce zapadł mi opis Ostrowa Tumskiego opasanego Wartą i Cybiną. To przepiękny rejon, a jak wspaniale musiał wyglądać w X wieku, gdy jeszcze wiele okolicznych terenów nie było tkniętych ludzką ręką. Jakich bogów wówczas czcili Polanie w okolicy? Gdzie mieściła się kącina? Jak wspaniale czyta się o znanych sobie miejscach. Równie dobrze autorka opisała Ostrówek, jakby raj na ziemi. Wspaniałe lasy, rzeka, źródełko i życzliwi mieszkańcy, od zwierząt po ludzi. Czytelnik powinien również zwrócić uwagę na szczegółowe przedstawienie architektury, zarówno miejscowej, jak i zachodniej. Kierując się wskazówkami archeologów, historyków i własnymi spostrzeżeniami na podstawie źródeł pisanych pisarka stworzyła słowny pomnik historii. Tak malowniczo oddane detale sprawiają, że wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach i widzi się je. Te słowa przenoszą do tamtego świata, pozwalają cofnąć się w czasie, obejrzeć te nieistniejące już krajobrazy.

   Książka jest bardzo przemyślana pod względem konstrukcji i planu wydarzeń. Myślę, że ten zabieg sprawia, że czytelnik ma czas na wniknięcie w klimat powieści, poznanie bohaterów, wyrobienie własnej opinii, a przede wszystkim zaznajomienie się z tematyką przygotowania do przyjęcia chrztu przez Mieszka I oraz przyczyn tego stanu rzeczy. 

  Ewa Kassala kreuje postacie, które są prawdziwe, ludzkie, mają swoje lepsze i gorsze dni, wzloty i upadki, co sprawia, że czytelnik odbiera je jako autentyczne. W sercu szczególnie zapada obraz Ragan. Historia tej starszej porusza do cna. Przeszła zbyt wiele w życiu, doznała wielu krzywd, a mimo to poszła drogą pomagania innym. Starała się być dobrym człowiekiem, lecz dla własnej córki miała jedynie w podarku dystans, nie potrafiła okazać jej miłości. Może to skutek przeszłości i tego co przeszła. Zamknęła się emocjonalnie na swoje potomstwo, ale jak wiemy dziś, to trauma, którą trudno przepracować i wymaga profesjonalnej pomocy. A wtedy? Wiedźma jej nie zostawiła, nie porzuciła, zapewniła jej podstawową opiekę, a ostatecznie oddała tam, gdzie wg niej miałaby najlepiej. Na swój sposób troszczyła się o nią. Młodsza Ragana, córka wilczycy, nie miała łatwo od samego początku. Najpierw odrzucenie ze strony jedynej bliskiej osoby, potem poświęcenie się w imię miłości. Wiecznie sama, choć otoczona kwieciem ludzi, a serce wielkie, łaknące ciepła i domowego ogniska. Tak wyglądają ludzkie dramaty po dziś. Mimo wszystko kobieta odnalazła się w swoim życiu, znalazła swoje powołanie, miejsce i działała. Nie poddała się, choć mogła. Ruszyła z podniesioną głową. Wiele poświęciła, ale również zyskała, choćby pod względem duchowym. 

Świętosława, matka Mieszka, to kobieta niezwykle silna. Zawsze wiernie trwała przy boku swego męża, wspierała go i motywowała do dalszej pracy. Była niezwykła. W powieści wrażenie robi podejście jej męża do niej po zachorowaniu. Można by sądzić, że sytuacja potoczy się zupełnie inaczej, a jednak miłość zwycięża.

Mira, Strażniczka Chramu. Jej pierwsza wycieczka do Gniezna i pierwsza samodzielna Noc Kupały pokazała, że ma swoje za uszami. Środki odurzające wydobyły z niej to, czego być może sama pragnęła i jaka była, niezwiązana żadnymi konwenansami i regułami. Starsza Mira to już osoba bardziej zrównoważona, patrząca szerzej, licząca się z konsekwencjami swoich działań. Zdrada ze strony bliskiej osoby musiała być dla niej bolesna, może nie mniej niż śmierć, a mimo to serce nie sługa. W końcu była posłanniczką miłości. Pochodziła z rodu panującego, pełniła ważną funkcję, a mimo to odnosiła się do ludzi jak do równych. Nie dzieliła ich wedle pochodzenia. Dola wyznaczyła jej trudną rolę przeprowadzenia wyznawców dawnych bogów przez nowe, przyjęcie chrztu i powolne „nawracanie” ludu na prawidła chrześcijańskie. Jej inicjatywa wspólnych kobiecych modłów, niosących miłość i wsparcie, robi niesamowite wrażenie. To kobieta trzeźwo myśląca, łaknąca nade wszystko pokoju, szacunku i miłości między pobratymcami. 

Z mężczyzn prym wiodą Siemomysł i Mieszko. Jestem pewna, że niełatwo było obmyślić ich kreację, by byli tak prawdziwi, ale udało się. Widać to zwłaszcza podczas ich rozmów, spotkań na polanie, ich wzajemnego odnoszenia się do siebie. To urodzeni władcy, którzy znają ciężar swoich obowiązków, ich ceny. To nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim odpowiedzialność, dalekosiężne przewidywanie skutków różnych decyzji i uprzedzanie ruchów potencjalnego wroga w obronie swoich poddanych. 

Moją uwagę przykuł Lubomir i Draga. Ten pierwszy z racji swego charakteru i pasji. Nawet samo imię oddaje sens jego jestestwa. Ten drugi - uwielbiam postacie bajarzy, którzy pod swoimi opowieściami kryją bezcenne wskazówki i wiedzę minionych pokoleń. Jego wersja o kwiecie paproci robi wrażenie. Nie tylko ze względu na główną bohaterką, ale nade wszystko jakie przesłania ze sobą niesie. I to zapytanie na końcu, które wskazuje jakim jest się naprawdę człowiekiem i co się liczy. Każdy odpowiada indywidualnie, sam sobie, w duchu, w ciszy. Miło też przeczytać o Lechu, Czechu i Rusie, tj. wspólnych korzeniach naszych narodów. Draga to postać intrygująca, kusząca, nieodgadniona. Czekam z niecierpliwością na kolejny tom, w którym, mam nadzieję, znajdzie się więcej szczegółów o nim. Ma ogromny potencjał. A ile historii może jeszcze opowiedzieć? Ile opowieści przedstawić złaknionej wieści z szerokiego świata publice?

Między bohaterami tej lektury zawiązują się relacje, które mają większe bądź mniejsze znaczenie dla fabuły. Nie ma tu przypadku. Każda postać odgrywa swoją rolę, a to tylko dowód, że są naprawdę dobrze przemyślane. Wzrusza wątek miłosny pomiędzy Raganą a Mieszkiem, Świętosławą a Siemomysłem, gdzie miłość gra pierwsze skrzypce, stawiając dobro ukochanego ponad własne, rozumiejąc czym jest poświęcenie, wsparcie, zaufanie i szacunek. Te relacje są tak prawdziwe i jednocześnie tak idealne. Myślę, że każda kobieta skrycie marzy właśnie o tak czystym i gorącym uczuciu, gdzie można stać się jednością również na poziomie duchowym i umysłowym, dosłownie odczytując po mimice czy drobnych gestach, a nawet spojrzeniu zamierzenie drugiej połowy. Zwracając uwagę na relacje rodzic – dziecko autorka postawiła na przeciwieństwa. Z jednej strony trudna miłość Ragany do córki, która źle się jej kojarzyła, a mimo to kochała ją na swój sposób, a z drugiej Świętosława, która swoim potomkom nieba by uchyliła (warto zwrócić uwagę na wspomnienia Mieszka z  okresu dzieciństwa). W tym przypadku warto jeszcze wspomnieć o Jagnie i jej poświęceniu się dla rodziny (jak inaczej to nazwać?). Mimo cierpienia, ugryzła się w język, by ratować bliskich. O przyszywanym rodzicielstwie można mówić w przypadku siostry Siemomysła i jej podopiecznej Mirze. Piastówna mimo braku matki zawsze mogła liczyć na ciotkę, jej wsparcie, dobre słowo i radę. Była obok, gdy tego potrzebowała. W powieści nie spotkałam się z przypadkiem prawdziwej przyjaźni, takiej na dobre i złe, ale prawdziwa nić porozumienia zadzierzgnęła się między Mieszkiem a Jordanem. Może to zależność, może ciekawość, ale koniec końców, obydwojgu zależało na tej znajomości. Warto zwrócić uwagę na ukazanie jej rozwoju od dzieciństwa księcia Polan po wiek dorosły, tj. stopniowo. Dzięki temu kapłan stał się naturalnym wyborem Piasta przy planowaniu chrztu i wprowadzenia chrześcijaństwa na swoje tereny. 

Powieść pokazuje wykorzystywanie przez mężczyzn swojej pozycji wobec kobiet. Jeden z nich postępował tak jak wielu przed nim i wielu po nim, ale jego przykład szczególnie porusza ze względu na kobietę, którą wybrał, a która naprawdę kochała męża i miała malutkie dzieci. Taki szantaż jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Jaki ona miała wybór? Praktycznie żaden. Oddała, co miała, swoje ciało, by ratować bliskich, a mimo to woj naruszył mir jej rodziny. Podobnie rzecz ma się z wiedźmą. Żadnych skrupułów. Tu dobrze sprawdza się powiedzenie, że karma wraca. 

    Jedna z bohaterek wypowiada pamiętne słowa: "(...) kobiet, które boją się się przyznać do tego, co je spotyka, jest więcej. Najczęściej nie mówią nikomu, co je trapi. Same dźwigają swój ból. Podziwiam, jak wiele potrafią znieść dla dobra bliskich. I jak umiejętnie ukrywają cierpienie." Jak bardzo są to aktualne słowa, jak niewiele się zmieniło w tej kwestii, ile dramatów rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami każdego dnia? Ile łez wylanych? Ile dziecięcego niezrozumienia i samoobwiniania się z powodu sytuacji między rodzicami? Ile ofiar mobbingu, przemocy domowej, wykorzystania seksualnego podają statystyki oficjalnie? Ile pozostaje w cieniu? Jak im pomóc? Jak dać siłę do przerwania błędnego koła? Dziś mamy na to prawne narzędzia, lecz czy są umiejętnie wykorzystane? Pytanie, na które każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Nie bez znaczenia pozostaje również zastosowanie przeciwieństw wśród kobiet. Mira to Słowianka, kapłanka, wolna, niezależna, odważna, samodzielna, szczera, jednocząca się z naturą, bez zahamowań w stosunku do mężczyzn, traktująca się z nimi na równi. Z kolei Dobrawa to czeska księżniczka, praktykująca chrześcijanka, które z całego serca wierzyła w swego Boga i stosowała się do jego reguł. Była cicha, spokojna, spolegliwa, pokorna, powściągliwa, znała swoje miejsce na dworze i w hierarchii, nie wychodziła przed szereg, wiele swych myśli ukrywała przed światem dookolnym, szła trasą wyznaczoną przez ojca i męża. Dopiero później pokazała swój charakter, pozwoliła opaść masce i wyzwoliła swoją energię. Małżeństwo wykrzesało w niej ogień. Dwie kobiety po dwóch stronach szali, inne charaktery, innej wiary, innych zasad, ale jednak łączyła je miłość do władcy Polan i wejrzenie na dobro poddanych, nade wszystko. Tym samym autorka udowodniła, że wspólne cele mogą jednoczyć osoby o kompletnie odmiennych wartościach. Wróg może stać się sprzymierzeńcem. 

W powieści Kassala podkreśla znaczenie kobiecości, jej unikatowej formy dla przyrody i życia w ogóle. Siłą płci żeńskiej jest niesienie i wychwalanie miłości pod każdą postacią bez względu na status społeczny czy wyznawaną wiarę. Jedność, wzajemna pomoc, nić porozumienia. Doskonale widać to na przykładzie funkcjonowania Chramu. Strażniczki czuwają nad stróżkami, uczą je i przygotowują do życia, szkolą, dają cenne wskazówki. Czuwają również nad kobietami z podległych sobie ziem, stając w ich obronie, gdy te o nią poproszą. Tak jak w poprzednich książkach istnieje kobiece miejsce mocy, miejsce odosobnione, gdzie mężczyźni na co dzień nie przebywają. Pisarka opowiada o kobiecym, boskim aspekcie, podkreślając fakt jedności we wszystkich wierzeniach, o dwoistości natury bogów.

"Czas bogini" jest osadzony w kraju Polan, za czasów gdy na nasze ziemie zaczęły przenikać idee chrześcijaństwa. Autorka świetnie ukazała zasady tej wiary, zachowania jej wyznawców na przykładzie Czechów czy Niemców. Pokazała świat oczami Jordana, który podporządkował swoje życie Bogu i żył w zgodzie z jego regułami, i to było niezwykłe doświadczenie. Ukazała również perspektywę Bolesława Okrutnego, jego postrzeganie kwestii grzeszenia i wybaczania, gdzie w drogę wchodzi podwójna moralność, charakterystyczna dla tych, którzy opacznie rozumieją podstawy chrześcijaństwa, dostosowując je do swoich potrzeb. Z jednej strony skromność w zachowaniu i prezentowaniu się, z drugiej – kosztowne kościoły, złoto i drogocenne dary dla Watykanu na spełnienie próśb o koronację oraz danina na rzecz państwa kościelnego. Dobry przykład na skorumpowanie tej instytucji podała Mlada, siostra Dobrawy, tłumacząc jej, że bez znajomości, darów i „wiedzy” niewiele się tam ugra. Ta powieść naprawdę dobrze pokazuje te wszystkie niuanse. 

   Jak Słowiańszczyzna to i wiara słowiańska, politeistyczna. Przedstawiono m.in. Noc Kupały i Dziady jesienne w uogólnionym zarysie, dając posmak świąt obchodzonych przez naszych przodków. Wspomniano również o tradycji malowania jaj podczas Jarych Godów czy topienia Marzanny. Poruszono temat Gniezna i jego religijnego znaczenia, umiejscowienia chramu, na który mogą wskazywać wykopaliska archeologiczne. Przedstawiono część bóstw, z czego szczególnie zapadła mi w pamięć wizja Ragany o Welesie. Kwestią kontrowersyjną są dla mnie słowa Miry: "Wszystkie boginie, bez względu na to, jak każdą z nich nazywamy, są jedną Boginią, a wszyscy bogowie są jednym Bogiem" (s. 105). Nie zgadzam się z takim pojmowaniem bogów słowiańskich. Na Bliskim Wschodzie funkcje bóstw się przenikały, a i sami wyznawcy ich łączyli. Tam było to możliwe, jednak czy u nas również? Wydaje mi się, że nie, ale to tylko moje zdanie. Warto w tym zakresie zasięgnąć opinii współczesnych rodzimowierców. Sprawa podobnie ma się z troistością bogini. Wiadomo, powieść to fikcja literacka i autorka kreuje swój własny świat przedstawiony. Warto zaznaczyć, że idea owej jedności bogów dobrze wpisuje się w schemat wszystkich książek tej pisarki jako motyw przewodni i pod tym względem to pasuje. Zastanawiam się też nad pewnym słowem, a raczej jego znaczeniem religijnym. Świętosława "nie życzyła sobie, żeby pod jej dachem wymawiano którekolwiek z imion Złego" (s. 50). Kim jest ów Zły? W dalszym kontekście trąci to mocno chrześcijańskim diabłem. Skoro matka Mieszka była poganką, to idea szatana raczej nie była jej bliska duchowo. Co zatem autorka ma na myśli, wkładając takie słowa w usta jednej z poganek? W powieści pojawia się również motyw czerpania wiedzy od duchów za pomocą zespolenia się z nimi, tak, w sensie dosłownym i przenośnym (s.190). To łączenie cielesności z duchowością, choć może być odbierane jako naruszenie pewnego sacrum. Czy człowiek mógł stać się bogiem nawet przez chwilę i właśnie w ten sposób? Kolejną kwestią jest zapis imienia jednego ze słowiańskich bogów, tj. Świętowita u pisarki przemianowanego na Świętowida. Jedna literka, a całkiem sporo zmienia, biorąc pod uwagę miejsce jego kultu i porównując jego imię do imion innych bogów, np. Jarowita, Rujewita etc. Ponadto nie jestem w stanie przejść obojętnie obok kolejnego w twórczości autorki opisu bestialstwa nad zwierzętami. Doskonale zdaję sobie sprawę, że kiedyś ofiary z nich były na porządku dziennym, ale czy naprawdę trzeba opisywać to w ten sposób? Można wspomnieć, przejść dalej do głównego wątku. Wrażliwszym nie polecam fragmentu o szczennych suczkach, zwłaszcza jeśli ma się w domu psiego przyjaciela, za którym wskoczyłoby się w ogień.

   "Czas bogini" cechuje lekki i przyjemny styl, pełen barwnych i plastycznych opisów, dzięki czemu czytelnik ma okazję przenieść się w czasie i poznać kulisy funkcjonowania kraju Polan na najwyższym szczeblu, zapoznając się z rodzimą dynastią, ich tajemnicami, uczuciami i postrzeganiem świata. Ewa Kassala porusza w tej powieści trudne tematy jak gwałt, przemoc, szantaż, trudne codzienne wybory, nieumiejętność okazania swojemu dziecku miłości. Jednak w tym wszystkim rodzi się również miłość i nadzieja, które są lekarstwem na wszystko, które dają siłę na walkę z przeciwnościami losu. Ta powieść to prawdziwy książkowy wehikuł czasu. Autorka pokazała czytelnikom swoją wersję narodzin naszego kraju, a jednocześnie słowami utkała przepiękną materię o słowiańskiej kobiecości, ukazując światu jednocześnie jej delikatność i siłę. I w tym tkwi klucz do zrozumienia tej książki. Ona przede wszystkim opowiada o kobietach, które miały wpływ na czas przejścia pomiędzy dwoma religiami, słowiańską i chrześcijańską, między starym a nowym, by ta zmiana dokonała się powoli acz bezkrwawo i bezboleśnie. Krew z wizji nie byłaby dobrą wróżbą dla raczkującego państwa na arenie międzynarodowej koalicji chrześcijańskich krajów. Świat przedstawiony w tej powieści jest pełen barw, trudnych wyborów, konsekwencji swoich decyzji, ale nade wszystko miłości. To ona jest motorem napędowym bohaterów i to ona stanowi o sile postaci. Ona i tylko ona. Im ktoś ma jej więcej w sobie, tym więcej dobrego uczynić może. Dla przyszłej Polski był to czas przełomu. Tu udało się to uchwycić.

   To powieść przede wszystkim dla osób zainteresowanych historią Polski, życiem Mieszka I i przejściem między pogaństwem a chrześcijaństwem. Wizja autorki to jedna z możliwych dróg. Ciekawa. Osoby skupione przede wszystkim na wierzeniach słowiańskich mogą tu odnaleźć elementy obchodów Nocy Kupały i Dziadów jesiennych, co nieco o tryźnie, znaczeniu Gniezna. O samych bogach czy stworach raczej tu niewiele informacji. Mam wrażenie, że są tylko tłem dla głównej fabuły, ciekawostką, ozdobnikiem. To element, którego mi tu zabrakło, ale może kolejne tomy to nadrobią?


PS Dziękuję wydawnictwu Sonia Draga oraz autorce, Ewie Kassali za egzemplarz książki.

sobota, 13 sierpnia 2022

143) "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego

  Rynek wydawniczy powoli wypełnia kolejne nisze nowymi tytułami, co dotyczy m.in. szeroko pojętej słowiańskości. Można spotkać książki naukowe, powieści, komiksy, różne poradniki inspirowane dziedzictwem kulturowym etc. Jednak czy w tym wszystkim udało się Wam spotkać publikacje dotyczące sfery czysto duchowej rodzimej wiary współczesnej? Ile z nich jest wiarygodnych? Ile może stanowić wskazówkę dla osób poszukujących swojej drogi, chcących wyłamać się ze schematu obecnie kultywowanego w naszym kraju?

   Przeglądając zasoby internetu, trafiłam na książkę Rafała Merskiego pt. "Modlitwy słowiańskie". Znając wcześniejsze utwory tego autora, zastanawiałam się czy są one bardziej ogólnikowe czy bardziej szczegółowe i dopracowane od tych pozostałych. Zaryzykowałam, zamówiłam i nie żałuję. Pozytywnie się zdziwiłam. Czemu?

  "Modlitwy słowiańskie" to obszerna publikacja podzielona na dwie części. Pierwsza szczegółowo omawia rodzaje, rolę i znaczenie modlitwy w słowiańskim społeczeństwie, również w kontekście mitologiczno-obrzędowym. Zawiera też całe bogactwo przytoczonych modlitw i zaśpiewek z sąsiednich obszarów. Jest to swego rodzaju niezwykłe doświadczenie, ponieważ ich echa pobrzmiewają do dziś w niektórych regionach, mając przełożenie na codzienne sytuacje i zachowania. Czasem to tylko przysłowie, czasem element tradycji skryty pod chrześcijańskim płaszczem, który zakrył dawne, pogańskie wierzenia. Ma to miejsce nie tylko w przypadku świąt i obrzędów, ale nawet w osobowościach świętych, np. św. Mikołaj to Weles, Eliasz to Perun etc. Wystarczy prześledzić zapisy etnograficzne, by uzmysłowić sobie, że święci chrześcijańscy charakteryzują się tymi samymi cechami, co bogowie Słowian. Nie warto zamykać się na nowe, trzeba pozostać otwartym, nie pozwolić wtłoczyć swego umysłu w ramy schematu i prostych archetypów. Często korzenie sięgają głębiej niż myślimy, a obecnie panująca religia niechętnie przyznaje się do wchłonięcia pogańskich elementów w celu szybszego przekonania do siebie większej ilości osób. Jak nie mieczem, to podstępem. Ale do rzeczy. Pierwsza część to kopalnia wiedzy i mnóstwo wskazówek. Druga część to już zbiór współczesnych modlitw uszeregowana wg tego, komu są dedykowane, dzięki czemu łatwo odnaleźć konkretny utwór potrzebny w danej chwili.

  Ta publikacja jest przemyślana, świetnie ułożona i zredagowana, dobrze przygotowana merytorycznie, z bogactwem przypisów i ciekawą bibliografią. Język jest klarowny, przystępny, a jednocześnie przenikający głęboko do serca. Zasiewa ziarno, które pod wpływem Dadźboga może przynieść obfite plony. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Tę książkę czyta się szybko, wręcz pochłania.

   Ponadto warto zwrócić uwagę na ilustracje, które okraszają drugą część lektury. Przedstawiają głównie bogów. Są przepiękne, dopracowane, drobiazgowe, tchną prawdziwe słowiańskim duchem. Klimat nie do przecenienia. Twarda okładka gwarantuje, że książki się nie zniszczy mimo wielokrotnego użytku. To wydanie naprawdę zachwyca.

   Czy "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego są dla każdego? Prawdziwą radość z lektury będą czerpać osoby zainteresowane szeroko pojętą słowiańskością, duchowością naszych przodków, słowianofile, a chyba przede wszystkim rodzimowiercy. Uważam, że może ona pomóc obrać zagubionym nową drogę. Może gdzieś wśród przytoczonych modlitw do bogów, któryś z czytelników odnajdzie treści, których sam nie umiał ubrać w słowa?

Według mnie recenzowana lektura jest godna uwagi i zasługuje na szersze komentowanie, zwłaszcza w gronie rodzimowierców z różnych stron Polski, co mogłoby skutkować jakąś konferencją lub zbiorową publikacją w tym zakresie. "Modlitwy słowiańskie" wypełniają pewną lukę w słowiańskiej niszy, ale to dopiero początek. Warto, by inni dorzucili swoją cegiełkę w tym temacie.

poniedziałek, 27 czerwca 2022

138) Wiekowy klasyk, czyli "U stóp słowiańskiego parnasu. Bogowie i gusła" - Leonard Pełka

   Czy książka naukowa może się zestarzeć? Czy można jej zarzucić niedbalstwo, małą szczegółowość? Myślę, że tak, ale należy przede wszystkim zwrócić uwagę na datę pierwszego wydania i czy kolejne wznowienia były uzupełniane, zmieniane, czy brano pod uwagę najnowsze ustalenia. Czym innym jest wydanie pierwodruku, a czym innym wydanie publikacji zaktualizowanej. Jak oceniać książkę z wiedzą daleko bardziej rozwiniętą i bogatszą, wyposażoną w fundamenty nowych badań archeologicznych i historycznych etc.? Czy recenzentowi wolno zarzucać brak informacji o tym czy o tamtym, biorąc pod uwagę, że o danym fakcie wiemy od dekady czy dwóch? Jeśli ktoś podejmuje się krytyki, musi mieć w rękawie ważkie argumenty i zdawać sobie sprawę z upływu czasu, dezaktualizacji pewnych tez, możliwości zmiany zdania w oparciu o nowe wyniki badań i odkrycia.

 Wydawnictwo Replika wznawia tytuły, które są już raczej trudno dostępne na rynku, które prędzej można znaleźć w antykwariacie albo na półce w domu, ale w niezbyt ciekawym stanie od nadmiaru wertowania kartek. W środowisku naukowym jedni ich chwalą za ową inicjatywę, inni pomstują za formę, brak wstępu od wydawcy, nowego opracowania treści. Wiadomo, każdy ma inne wymagania, własne zdanie. Sądzę, że działalność tegoż wydawnictwa zasługuje na uwagę, bo chroni od zapomnienia ważne treści i nazwiska, dając dostęp do nich szerszemu gronu czytelników i na nowo rozpalając do dyskusji o przeszłości. Kto wie, może dzięki temu ktoś odkryje w sobie powołanie do naśladowania owych twórców i ruszy ścieżką w kierunku badania losu swych przodków?

  Ostatnio wpadła mi w ręce publikacja Leonarda Pełki pt. "U stóp słowiańskiego parnasu. Bogowie i gusła". O ile się nie mylę pierwsze wydanie miało miejsce około 1960r. czyli ponad 60 lat temu, dlatego też na wstępie wspomniałam o starzeniu się książek naukowych. Publikacja Pełki jest w tej chwili raczej ciekawostką dla osób zainteresowanych tematem Słowiańszczyzny i jej kulturą niż ścisłym wyznacznikiem aktualnej wiedzy. Zakreśla podstawowe terminy, daje ogląd na to jak zapatrywano się wówczas na przeszłość sprzed chrztu Mieszka I. Liczy ona niecałe 200 stron, więc i pobieżnie przedstawia wybrane zagadnienia, tj. zakres geograficzny występowania Słowian, proces ich dzielenia się na poszczególne odnogi, krótkie omówienie podstawowego panteonu bóstw i demonów, bazując głównie na danych XIX-wiecznych i z początku XX wieku, obyczajowość Słowian zachowaną w kulturze ludowej i pewnych przejętych przez kościół chrześcijański zwyczajów do własnej liturgii oraz krótką charakterystykę mitologii słowiańskiej i chrześcijaństwa współistniejących na tych ziemiach. Na plus można zaliczyć przytaczanie i cytowanie istotnych fragmentów źródeł historycznych, włączanie do materiałów ludowych przyśpiewek, zapewne wywodzących się z dalekiej przeszłości, przytaczanie i krótkie omawianie tez swoich poprzedników. Ta publikacja w żaden sposób nie wykańcza tematu, urywkowo przedstawia pewne elementy słowiańskiego dziedzictwa. Nic ponadto. Mimo wszystko, mogła w latach 60. XX w. wzbudzić w kimś nową pasję, zachęcić do badania i zgłębiania przedstawionej tu problematyki.

 Język użyty przez autora jest jasny i klarowny, w ciekawy sposób opowiada o słowiańskich elementach w kulturze ludowej, przez co odnosi się wrażenie, że właśnie w tej tematyce czuł się najlepiej i najpewniej.

 Jak wspomniałam, wg mnie, w chwili obecnej to jedynie książkowa ciekawostka o bliskim mi temacie, bez większego przełożenia na posiadaną wiedzę czy rozszerzanie perspektywy. Do polecenia miłośnikom pióra Pełki lub osobom znającym już gruntownie temat.

   





Piękne słowa, które warto rozważyć w szerszym kontekście


piątek, 27 maja 2022

134) Kiedy ziemia stworami była usiana... "Kiedy Bóg zasypia..." Rafał Dębski

  Życie nie jest usłane samymi płatkami róż, posiada też mnóstwo kolców, na które łatwo wpaść, a trudniej je wyjąć, ponieważ część z nich może być mikroskopijna. Między ludźmi ciągle dochodzi do jakichś swad i zatargów, czasem większych, czasem mniejszych, lecz zadra w sercu pozostaje, a niewielu potrafi zapomnieć i wybaczyć. Taki jest nasz świat, ludzki, pełen bólu i cierpienia, choć i zdarza się, że inne uczucia triumfują, np. radość czy miłość. Mimo to doświadczenie uczy, że trzeba się mieć na baczności, bo nigdy nie wiadomo co lub kto wyjrzy zza rogu...

  Jakiś czas temu udało mi się kupić zupełnie w ciemno, biorąc pod uwagę jedynie opis z okładki, książkę Rafała Dębskiego pt. "Kiedy Bóg zasypia..." z 2007 roku wydaną nakładem Fabryki Słów. Sugeruje on, że w treści odnajdziemy czasy piastowskie, słowiańskie biesy, strach i trwogę, nie tylko przed bogami czy demonami, ale przede wszystkim przed ludźmi. Cóż, kiedy pojawiają się strzygi czy południce w dodatku w historycznym kontekście, nie można przejść obojętnie obok takiej pozycji. Co autor zaserwował tu czytelnikom?

   Akcja powieści toczy się w XI wieku na terenie zarządzanym przez Piastów. Główną osią fabuły jest najazd czeskiego władcy Brzetysława, który splądrował całkiem sporo ziem, niszcząc wzdłuż i wszerz, co się dało, chcąc zniweczyć potęgę swych północnych sąsiadów. Najazd zbiega się w czasie z ruchami pogańskich buntowników, czyli tzw. reakcją pogańską, gdy lud domaga się powrotu starego porządku i wiary ojców. Świat przestaje być bezpiecznym miejscem, nie zaznasz spokoju ni w domu ni w lesie, bo zewsząd ciemne moce zaatakować mogą.

   Mieszko II, syn Bolesława Chrobrego, dogorywa w swych komnatach, tocząc bój w swej duszy o powinności między obowiązkami władcy a potrzebami własnymi, by zlec w ciszy i odpoczynku myśli. W kraju toczą się spory rodzin szlacheckich, panów, co to przy władcy stoją, komu większe przywileje się należą, kto lepsze urzędy uszczknąć zdoła, kto kasą ma zarządzać, a komu wojsko przeznaczone. Tron coraz słabszy, a hieny głowy podnoszą, by stadem podejść, z cicha zaatakować, nasycić się krwią ofiary i nowe porządki wprowadzić. Poza kręgiem władcy zwykli kmiecie, co najdrożej płacą za wszelakie zmiany, życiem. Przesuwani z kąta w kąt, niczym bezwolne kukły, bez prawa głosu, więc tęskno za dawnymi wiecami, gdzie najstarsi i najmędrsi głos zabierali, mając na uwadze dobro opola. O rodzinę to się dba, a gdy władzę obce ręce obejmują, krzywda się dzieje, płacz matek i dziatek. Gdzie pomocy szukać? Ano, jeszcze w gąszczu leśnym dawne bogi w świętych gajach po kącinach wyznawane, przez żerców wychwalane. Kmieć do wiary ojców zaufanie ma, to i kapłanom warto zawierzyć. Wiedzą, co mówią i co czynią, przez siły wyższe błogosławieni, przyszłość znają, w zaparte z nimi iść, w bój o wolność i o ojcowską tradycję. A i wśród panów są tacy, co sprawiedliwość i wolność umiłowali nad wszystko, co o dawnych obyczajach nie zapomnieli, co pod piastowskich orłem naprzód iść chcą, lecz z pozdrowieniem bogów swoich, a nie obcego, niemieckiego Krysta, co jego kapłani krwią utytłani po łokcie, o miłosierdziu mówią, a szlachtować niewinne dziatki z uśmiechem na twarzy potrafią, co złoto i inne bogactwa ponad swego Boga wynoszą, prawo chcą tworzyć, lecz samemu mu nie podlegać, grzechem straszą, a sami go czynią. Gdzie tu logika i sens? Kolejni do władzy, ot i tyle. Bunt trzeba podnieść, o swoje się upomnieć, chlubnej przeszłości nie dać wymazać, po swojemu iść, choćby życie na tej walce zakończyć. Świat nie tak prosty, a ludzie złożonymi istotami, co plączą sobie drogi na własne życzenie. 

   Kapłani starej wiary dyszą żądzą zemsty, przelewając krew nie tylko wrogów, ale i swoich, w imię wyższego dobra. Jeden z żerców Swarożyca wzywa ciemne moce, prosząc swego pana o pomoc, o mściciela zza grobu, co będzie siał postrach, a żywi go nie skrzywdzą. Pan ognia budzi do życia nie tylko ożywieńca, z ukrycia wychodzą dawne stwory, co przerażały od wieków, a niewielu już pamięta jak się bronić, bo dziadów pokolenie coraz mniej liczne. Ino żercom wierzyć, wiedźm się radzić, a samemu obiaty do kąciny nosić o ocalenie i siłę do walki z ludzkimi i nadprzyrodzonymi potworami, lecz zważyć należy, że czasem zło czai się bliżej niż człek myśli i dźgnąć go może przyjaciela dłoń, co fałszem tchnie... 

   Przez prawie czterysta stron autor trzyma czytelnika w ciągłym napięciu. Potyczki, bitwy, zacięte intrygi, niesnaski między bohaterami, przelane morze krwi, rzeź niewinnych kmieci, małych dzieci, ale i pożoga wojenna, bez grama litości, tortury, kaźń i cierpienie, ciągły ból, ludzkie okrucieństwo, bez końca. I nie ma zmiłowania. Szczegóły, dokładność, wręcz precyzyjność opisów. Zimny dreszcz przebiega podczas czytania. Gdzie w człowieku człowiek, by takich rzeczy się dopuszczać? Czyżby taki mrok był w każdym z nas? Czy może ujawnić się zawsze i wszędzie? Tak, ta książka wzbudza strach, paniczny, lęk przed innymi. I tak jak biesy można wytłumaczyć naturą, tak ludzi nie, bo mają wolną wolę. Świat przedstawiony przez Rafała Dębskiego pokazuje swego rodzaju Armagedon, apokalipsę wartości, które są nam bliskie i których straty się boimy. Gdzieś pomiędzy tym co złe przebija w pojedynczych promieniach znaczenie prawdziwej miłości, zarówno braterskiej, jak i partnerskiej, wiary w sprawiedliwość i wolność, własnego kraju, lojalności i przyjaźni, rodziny i więzów krwi. Może właśnie te chwile trwogi pozwalają docenić te szczęśliwe momenty, gdy dobro zwycięża. Może tak wygląda równowaga w naturze. Wizja zaprezentowana w "Kiedy Bóg zasypia..." mrozi krew w żyłach, ale jednocześnie przypomina, co tak naprawdę się liczy, co jest ważne w życiu, czemu poświęcamy ostatnie chwile przed śmiercią, dokąd biegną nasze myśli, czy wiara w coś pomaga przejść to łagodniej, czy wybór między życiem w hańbie a śmiercią z czystym sumieniem jest łatwy i co tak naprawdę przeważa...

   W powieści Rafała Dębskiego postaci bez liku, trudno się doliczyć, jedni pojawiają się na chwilę, inni goszczą tu dłużej, lecz każdy coś ze sobą wnosi. Najbardziej utkwił mi w pamięci Bogusz, starosta opolny, człowiek rozsądny, godny podziwu dowódca, potrafiący utrzymać posłuch wśród ludzi, nie tylko za pomocą dyscypliny, ale przede wszystkim szacunku. Jest niczym pasterz dla zagubionych owieczek, gotowy wyrwać je z każdej opresji, walczyć o wyznawane wartości, do końca, lecz znający umiar i nieprzelewający krwi pobratymców na darmo. Wyznawca rodzimej wiary, lecz chodzący własnymi ścieżkami o nieprzeciętnym umyśle i wyczuciu chwili, znawca ludzkich charakterów. Pełen respektu wobec przeciwnika, np. Jana Pałuka. Ma silny kręgosłup moralny, choć sprzymierza się na pewien czas z królem upiorów. Gotowy ponieść konsekwencje za swoje czyny, nie boi się prawdy. Jest odważny i rozważny. Silny nie tylko tężyzną fizyczną, ale i wewnętrzną energią. 

   Nie da się przejść obojętnie obok Wiłły i Sewy. Miłość przeklęta, poza prawem ludzkim i boskim, a jednak możliwa, silniejsza od śmierci, ucząca potęgi serca i wzajemnego rozumienia. Uczucie okupione łzami i cierpieniem, lecz bezcenne dla niej i dla niego. Dwóch niezwykłych wędrowców, wokół których rozgrywają się ważkie sprawy, jak choćby rozmowa z rusałkami czy pustelnikiem. To też nauka dla czytelnika, że z każdej znajomości można coś wynieść, trzeba mieć tylko otwarty umysł i patrzeć dookoła siebie, bo odpowiedzi często są pod samym nosem.

   Najbardziej w oczy kole postać czeskiego Brzetysława i jego pomagiera Sewerusa, chociaż nie wiadomo kto komu w sumie bardziej służy. Jeden i drugi, wielcy chrześcijanie, a w środku istne diabły, co przed niczym lęku nie czują, byle okrutniej, byle krwawiej, byle rozpustniej, dla własnej przyjemności i korzyści. Zło w najczystszej postaci, choć synowi Oldrzycha należy zwrócić honor chociaż za ten jeden gest wobec poległych pod katedrą.

   W powieści Polska to jeden wielki poligon walk między chrześcijanami a poganami, szarpanymi jeszcze przez czeskie siły. Kraj rozerwany na pół, bez władcy, bez okrzepłych granic i tradycji, wciąż szukający swej drogi, pełen odważnych i zapalczywych mieszkańców, którzy dają się wodzić za nos tym, co żądni władzy, niepotrafiący przymknąć oczu na różnicę wiary, a przyklasnąć wspólnej sprawie silnego państwa, zdolnemu odeprzeć wrogie wojska i wraże pogróżki. Ta Polska to kraj rozdarty, krwawiący, samookalaczający się, w którym gdzieś głęboko tli się iskra zwycięstwa i o ziszczeniu snów o pamiętnej, chwalebnej przeszłości.

   Przedstawionych żerców i większości kapłanów niewiele różni. Chęć zysku, władzy, wiara w potęgę wyznawanego boga i używanie jego mocy jak własnej. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla wyznawców, prawdziwej czci dla bóstwa i kierowania się wartościami, które symbolizują? Czym tak naprawdę jest wiara z potrzeby serca? Co powinna dawać człowiekowi? Co sobą reprezentować? Jak bardzo ingerować w życie jednostki? Czy ma prawo stać się przedmiotem sporu państwowego? Gdzie istnieją jakieś granice? Więcej pytań niż odpowiedzi.

   W to wszystko autor wkłada słowiańskie demony i bóstwa. Bogowie jak Perun, Swarożyc, Weles czy Mokosz są jak figury czczone przez ludzi, występują, ale czy realnie wpływają na życie ludzi? Trudno powiedzieć. O wiele więcej miejsca zajmują stwory, z których większość to krwiożercze bestie. Pojawiają się wilkołaki, strzygi, dziwożony, latawce, rusałki, wąpierze, zmory. Te pochodzące od ludzi są najbardziej zaciekłe, ale i wrażliwe na chrześcijańskie symbole typu krzyż czy woda święcona. Inaczej ma to się z biesami leśnymi, bardziej podobnymi do zwierząt, którym owe krystowskie znaki niestraszne. Spośród nich pisarz wymienia m.in. leszych, którzy są niby dzikie koty o nieco drapieżniejszym wyglądzie, zjadliwe i pamiętliwe. Ludzie się ich boją, unikają jak mogą, a podejrzanych pobratymców o jakiekolwiek konszachty z nimi likwidują. Kiedy wychodzą z ukrycia? Kiedy wzywa się starych bogów i poi się ich krwią, gdy sprzeniewierza się ich prawom, a powołuje się na nie... Bardzo wymowny w tym miejscu jest posąg Swarożyca i poczynania jego żerców. Warto zwrócić na to uwagę.

   Dla osób wierzących ważnym wątkiem będzie obrona Gniezna, katedry, plądrowanie grobu św. Wojciecha i pięciu Braci Męczenników oraz postawa Cieszka.

   Całość Dębski przedstawia jasnym i klarownym językiem, nieco archaizowanym. W trakcie lektury uderza brutalność opisów, ich drobiazgowość oraz umiłowanie w rozlewie krwi. Co wrażliwsze osoby może to zniechęcić, ale myślę, że warto przez to przebrnąć, by wyciągnąć z treści jak najwięcej dla siebie.

   Ponadto z ciekawej perspektywy powieść ukazuje najazd Brzetysława i wiąże to ze słowiańską mitologią, pokazując jego ciemne strony i życie zwykłych chłopów podczas wojennej zawieruchy. Zabrakło mi tylko przedstawienia roli Miecława i Mazowsza w tej całej sprawie.

   Moim zdaniem za mało miejsca poświęcono Wille i Sewie, ponieważ ich wątek mógł całkiem sporo wnieść w postrzeganie starej wiary, wzajemnych powiązań ludzko-bosko-żerczych. Rozmowy Wiłły z innymi stworami mogły być dłuższe, nieco bardziej uchylać rąbka tajemnicy.

   "Kiedy Bóg zasypia" to trudna książka pod względem klimatu przesiąkniętego krwią i odorem śmierci, brutalnością i okrucieństwem. Nie należy do przyjemności, wieczornego relaksu pod kocem z gorącą herbatą. To powieść wzbudzająca strach, głęboko zakorzeniony lęk przed mrokiem i nieznanym, przed własnymi koszmarami. Trzyma w napięciu, nie daje wytchnienia. Przeraża i pogania, to chyba najlepsze połączenie na określenie jej charakteru. Dobra na przemyślenia, dobra ogółem, choć nie wybitna. Świat wykreowany przez Rafała Dębskiego ukazuje nas samych, na rozstaju dróg, możliwe ścieżki, lecz którą ostatecznie wybierzemy? Gdzie pójdziemy? Dokąd się udamy? Gdzie skieruje nas dola?

sobota, 7 maja 2022

131) Na pograniczu... "W nawiedzonym zamczysku" Jana Łady

 Są książki, które kuszą piękną okładką, są takie, co ciekawią niezwykłą treścią, a są i takie, których sama historia powstania jest wyjątkowa. Czym Wy kierujecie się przy doborze lektury?

 Jedna z poczytniejszych pisarek powieści historycznych, Elżbieta Cherezińska, polecała na swoim profilu w mediach społecznościowych książkę wznowioną przez wydawnictwo Zysk i S-KA pt. "W nawiedzonym zamczysku" autorstwa Jana Łady. Jak można przeczytać w posłowiu w odcinkach ukazywała się od 1914 roku w "Słowie", a w 1925r. została wydana jako całość. Współczesne wydanie nieco zmieniono, zwłaszcza w zakresie językowym, by ułatwić czytelnikowi zrozumienie treści. Warto też wspomnieć, że autor w trakcie powstawania tegoż tytułu był już praktycznie niewidomy, a tekst dyktował. Zupełnie jak Homer. Ładę porównywano do Henryka Sienkiewicza ze względu na poruszony tu temat wolności szlacheckiej i wewnętrznych wojenek wysoko urodzonych. Czy tylko naśladował noblistę czy tworzył własne wizje? Czym jego utwory różnią się od pozostałych? Myślę, że na trop może Was naprowadzić sam tytuł książki sugerujący powiązanie ze światem nadprzyrodzonym, co ówcześnie stanowiło rzadkość na polskim rynku. 

   "W nawiedzonym zamczysku" to powieść inspirowana historią z elementami fantastycznymi osadzona w XVII wieku na Kresach Wschodnich. Fabuła opiera się na konflikcie zwaśnionych od pokoleń szlacheckich rodzin, Miśniakowskich i Turobojskich, które ze sobą sąsiadowały, a tak naprawdę jeszcze walczyły o przetrwanie, ponieważ na świecie pozostali ostatni przedstawiciele tychże rodów. Czy nienawiść dziadów przelała się na młode pokolenie? Czy rozsądek zatriumfował? Kogo wsparła okoliczna szlachta? Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Kozaków? Jakie stanowisko zajął kościół? Czy uczucia miały jakiejkolwiek znaczenie dla kojarzenia małżeństw? Kto ustanawiał prawo i je respektował? 

   Głównymi bohaterami autor uczynił Kazimierza Miśniakowskiego i Hanię Turobojską. Co można o nich powiedzieć? Myślę, że uosabiają ideały tamtych czasów. Obydwoje szlachetnie urodzeni, uczciwi, lojalni, o czystych intencjach. Po prostu dobrzy. On dbał o swoich współtowarzyszy, cenił ich. Ona jako młodociana niewiele mogła, ale starała się dbać o ojca czy nianię. Hania i Kazimierz to dusze zamyślone, ceniące głębszą refleksję nad życiem, niezwykle religijni i bogobojni. Dla równowagi autor dodał ich przeciwieństwa, które także odgrywały ważną rolę w powieści. Motra i Szczepan Turobojski. On - przeniknięty stepem, jego zimną złośliwością i okrucieństwem, nieznający litości, noszący diabła za skórą, ostatni męski potomek szlacheckiej rodziny. Czyste, tchórzliwe zło. Ona - miejscowa, młoda, piękna kobieta znająca się na ziołach i gusłach, wśród swoich uznawana za wiedźmę. Początkowo bawiąca się życiem, z czasem - doświadczona przez los. Jej czyny obróciły się przeciw niej. Bohaterowie reprezentujący skrajne pojęcia, dobro i zło, lecz czy można każdego oceniać w ten sam sposób? Czy ludzie mogą się zmienić? Czy pewne wydarzenia mogą wpłynąć na charakter i postrzeganie świata? Ta książka udowadnia, że tak. To może być pojedyncze zdarzenie, doświadczenie czy drugi człowiek. Wystarczy silniejszy bodziec emocjonalny, by przewartościować swoje życie. Wystarczy chwila.

   Główne postacie to jedno, wokół nich kręci się fabuła, ale nie należy tracić z oczu drugiego planu, mniej rzucających się w oczy szlacheckich braci, ojców kościoła czy nawet chłopów. Ich historie były nierzadko o wiele ciekawsze i bardziej intrygujące, jak choćby Walka, ojca Symforiana, Ciszewskiego czy w końcu Artema. To, co robili i jak funkcjonowali, jak wypowiadali się na pewne tematy, np. o złotej wolności szlachty i losie chłopów unaocznia skalę tegoż problemu i jego znaczenie w powolnym upadku Rzeczypospolitej. 

   Te drugoplanowe postacie oraz Motra były pełne życia, autentyczne. Z krwi i kości. Ich losy uczą pokory, zrozumienia i szacunku do tego, co mamy współcześnie. Natomiast Hania i Kazimierz przypominają szablonowe schematy dramatu Szekspira przepisanego na polskie realia XVII wieku. Na pewno są czytelnicy, którzy docenią taki trik, ale ja pragnę utożsamić się z bohaterem i jego problemami, nie potrzebuję ideału, wystarczy mi realność i przyziemność, możliwość wczucia się w sytuację drugiej osoby. 

 Jak już wspomniałam, powieść porusza temat wolności szlacheckiej i jej znaczenia w szerszym, ogólnokrajowym kontekście w zakresie kondycji gospodarki, polityki, społeczeństwa i obronności. Rozdrobniona szlachta, kochająca swoje przywileje, a niechętna zmianom i wolności innych, wojująca, lubująca się w zajazdach i atakach, ucztach i zgłaszaniu veta. Tak jak przedstawił Łada. To mocno uogólniony obraz, na który trzeba wziąć poprawkę, ale zarysowujący ówczesną sytuację i pozwalający na wyobrażenie sobie zasad rządzących tamtejszym światem. Uważam, że to też krok do zainteresowania realiami tej epoki dla laików. 

 Ojciec Symforian zwrócił uwagę na sytuację chłopów, ich uciemiężenia. Jeden ze szlachciców stwierdził, że taka ich rola, a panowie mają do tego prawo. Słowa zakonnika padły na niegotowy jeszcze grunt, wywołując powszechne oburzenie i obrazę. Jednak jak wiadomo, niektóre ziarna potrzebują więcej czasu, by dojrzeć i przebić się do słońca. Rzeczpospolita musiała dorosnąć do tego, co pokazała historia. Krwawe walki chłopów, a przede wszystkim doświadczenie związane z zaborami zaowocowało, choć spore znaczenie miały tutaj ruchy ogólnoświatowe.

   Poruszony został tutaj również temat przemocy domowej wobec starszych i słabszych członków rodziny przez mężczyzn w sile wieku, a także wykorzystujących swoją pozycję. To nie tylko problem nisko urodzonych, ale często spotykany na szlacheckich dworach. Jak z tym walczono? Czy starcy i kobiety mieli prawo do obrony?

   Przemoc to szeroko pojęty temat. W czasie wewnętrznych wojenek nierzadko zdarzały się napaście na chłopskie domostwa, morderstwa z zimną krwią i gwałty. Czy ktoś litował się nad ofiarami? Może bliscy, a dla wojaków to była czysta rozrywka. Ból, cierpienie i strach - to byli codzienni towarzysze życia.

   Na przykładzie Motry i Hani Jan Łada przedstawił rolę kobiety w ówczesnym społeczeństwie - przykładnej córki, żony i matki, ewentualnie przeznaczonej do życia w klasztorze. Niewiele miały do powiedzenia. Może i Motra miała większe poczucie wolności, a Hanka dostęp do edukacji, ale w ostateczności ich pozycja sprowadzała się do bycia towarzyszką mężczyzny, jego uzupełnieniem, pięknym obrazkiem do zarządzania domostwem. 

   Motra jako chłopka, żyjąca wedle własnego widzimisię, czerpiąca z tradycji, nie do końca idąca z duchem kościoła była solą w oku miejscowych. Rzucała się w oczy. Raziła. Jako kobieta wiedząca częściej była posądzana o konszachty z ciemną mocą. Jak to się skończyło? Nie zdradzę, ale jej historia pokazuje, że warto wgłębić się w herstorię, losy kobiet z przeszłości, ich postrzeganie przez kościół i organy prawa, przekonując się, że to płeć dawniej głównie decydowała o winie niż rzeczywiste przewinienia. 

   Warto też zwrócić uwagę na rolę przysięgi i znaczenie Boga w życiu ówczesnych ludzi, jakie piętno niosło to ze sobą i o jak wielu sprawach decydowało.

  Autor namalował przed czytelnikiem niezwykłe krajobrazy, przedstawiając Kresy z różnych stron jako uosobienie stale ścierających się ze sobą kultur, religii i nacji, gdzie napięcie buduje melodykę całego utworu. To nie tylko barwna przyroda, żywa i zmienna, ale i otoczenie przekształcone przez człowieka, np. wioski czy szlacheckie zamki. Dokładność opisów ich wyglądu, zewnętrznego i wewnętrznego, zachwyca. Dzięki temu można poczuć klimat powieści. Polacy zwani tu Lachami, rodowici Kresowiacy i Kozacy funkcjonujący obok siebie na co dzień, mimo, że tak różni, stanowili wybuchową mieszankę, która ukształtowała ten rejon. Łada każdej z nacji oddał głos jako poszczególnych bohaterów, pozwalając im opowiedzieć o swoich tradycjach, wartościach, a poprzez zachowanie ukazał charakterystyczny dla ogółu temperament. 

   "W nawiedzonym zamczysku" to powieść z elementami fantastycznymi, a rzec by można nawet, że słowiańskimi. Pojawiają się i upiory w postaci duchów zmarłych, nawiedzone budynki, ale co ważniejsze dla mnie, początkowe rozdziały skupiają się na czerwcowej Kupale, legendzie o kwiecie paproci, przeskakiwaniu przez ogień, swawolach miejscowych podczas tej nocy, a przy okazji pojawiają się informacje o zmorze, czarownicach w konszachtach z diabłami, co mamią, o sabatach, o mocy ziół i soli, o urokach i gusłach. Pobrzmiewa w tym echo przeszłości naszych przodków, którzy zapewne żyli podobnie do siedemnastowiecznych chłopów. To właśnie ta magia przyciągnęła mnie do tej książki, to tego szukałam w każdym rozdziale. Im dalej, tym mniej tych elementów, co może nieco zawieść, ale styl autora to wynagradza. 

   W tych pierwszych rozdziałach ożywają historie naszych przodków, a czytelnik wraz z bohaterami przejeżdża przez dzikie puszcze i stepy Kresów, mając na uwadze przestrogi dziadków o czających się w mroku stworach, mimo kościelnej władzy nad tym obszarem. Czuje się tą iskierkę niepokoju i radość na spotkanie z przyjaciółmi, a nade wszystko ciekawość z odkrywania tajemnic.

  Jan Łada miał lekkie pióro, plastyczny styl, umiejętność tworzenia szeroko rozbudowanej i wielowątkowej fabuły, spojrzenia z szerszej perspektywy na problemy społeczne siedemnastowiecznych Kresów, przedstawienia ich znaczenia dla całej Rzeczpospolitej, ciekawych postaci z różnorodną i nieraz skomplikowaną przeszłością, wplątywania starych wierzeń do ówczesnego życia.

   "W nawiedzonym zamczysku" Jana Łady to powieść, z którą warto się zaznajomić, zwłaszcza jeśli lubi się twórczość Sienkiewicza. Można tu znaleźć niejako preludium do wydarzeń z Trylogii. Wydawca ponadto dodaje na okładce, że ta książka została napisana nie tylko "ku pokrzepieniu serc", ale "ku przestrodze" i tu tkwi jej główne przesłanie, tj. do czego mogą prowadzić bezmyślna zawiść, oszczerstwa, egocentryzm, pycha czy brak empatii. Na podstawie bohaterów autor pokazał funkcjonowanie ówczesnego świata, jego tajemnice. Pisarz ujawnił to, co starano się ukryć przez lata, rozpad kraju poprzez skupienie się na drobiazgach, a nie jedności. Szukano różnic i niesnasek, a nie spraw budujących wspólnotę. Złota wolność bez granic, z jednej strony duma, z drugiej - przyczyna upadku. Ta lektura wymusza powolne delektowanie się treścią, by nie pominąć żadnych smaczków. Wymaga czasu i przemyśleń. To nie jest pozycja dla rozrywki. Tkwi w niej coś więcej. Uważam, że przy każdym kolejnym odczytaniu znajdzie się coś nowego, inny szczegół zwróci uwagę, coś innego zyska na znaczeniu. 

   Czy polecam i komu? Tak, miłośnikom historii Kresów, szlacheckiej braci czy stylu Sienkiewicza. Są tu elementy słowiańskie i świata nadprzyrodzonego, pojawia się wątek miłosny, konfliktu, przemocy, roli kobiety, znaczeniu kościoła. Prawdziwa mieszanka skłaniająca do głębszej refleksji podana w wybornym stylu, przedstawiona plastycznie, działając na wyobraźnię czytelnika.

   Warto spróbować utworu Łady. Kto wie, może ktoś z Was odkryje w tym swoją miłość?