Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzima wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzima wiara. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2023

157) "Chąśba" Katarzyny Puzyńskiej, czyli co w trawie piszczy...

 
  Co Ci w duszy gra? Jakie Twoje przeznaczenie? Kim chcesz być? Z kim pragniesz swe życie związać? Gdzie chcesz zamieszkać? W świat ruszyć czy w ojczystych stronach zostać? Dokąd gna Twój duch? Kogo swym opiekunem i przewodnikiem obierzesz? Czy sam sobie panem jesteś, co własną podąża drogą? Czemu swe życie poświęcisz? Do czego dążysz? Myślę, że całkiem sporo pytań tego typu rodzi się w każdym z nas na różnych etapach życia, zwłaszcza, gdy stajemy na rozwidleniu obranej przez nas ścieżki i nie wiemy dokąd dalej podążać. Czasem przypadek decyduje za nas, a zdarza się, że i rozmyślania nad kolejnym krokiem trwają długo, bo wiążą się z z nim poważne konsekwencje.

   Podobne zapytania rodzą się u czytelnika podczas lektury "Chąśby" Katarzyny Puzyńskiej, dotychczas znanej szerszemu kręgu odbiorców jako autorka kryminałów. Czym jest jej najnowsza powieść? To fantastyka ze słowiańskim klimatem z domieszką kryminału osadzona gdzieś we wczesnym średniowieczu na obszarach Słowiańszczyzny ze swojsko brzmiącymi nazwami cieków wodnych oraz miłymi dla ucha imionami bohaterów. Co wytrwalsi mogą spróbować namierzyć opisywany rejon. Uda się go Wam oznaczyć na mapie? Podpowiem jedno, okolice Drwęcy. Tylko czy to ta na pewno czy tylko jej alternatywa?

   Książka skupia się na kolejach losu mieszkańców grodziska bez nazwy. Na pozór wydarzenia niemające ze sobą nic wspólnego są powiązane i niosą ze sobą dalekosiężne konsekwencje dla wszystkich. Jakie? Jak w ogóle do tego doszło? Co ma do tego karczmarka, kat, bajarz, kasztelan i bogini zimy? Kto jeszcze jest zamieszany w te wydarzenia? Komu zależy na destabilizacji? Czy podejrzany o zbrodnię okaże się niewinny? Czy jest w stanie tego dowieść? Dużo pytań, mało odpowiedzi. Na terenie podległym kasztelanowi dochodzi do morderstwa jednego z mieszkańców. Cień podejrzenia pada na partnera ofiary, lecz zanim dojdzie do konfrontacji podejrzanego z miejscowym praworządcą, ten pierwszy ucieka ze strachu o własne życie. On swoje wie, lecz jak w ogóle do tego doszło? Jak to się mogło przytrafić jemu, któremu przygody we własnym życiu nigdy nie były w smak? Jemu, który kochał spokój, prostotę i prawdę? Jak rozwikłać tę zagadkę i spełnić ostatnią prośbę ukochanej? Na dodatek ginie jeden z najpilniej strzeżonych artefaktów Jarowita, boga wiosny i wojny, który oddał na przechowanie tutejszym. Kto był tak bezczelny i arogancki, prowokując boga do podniesienia odwetu i to tuż przed Jarymi Godami? Na złość głód zagląda w oczy ludziom, bo zima ani myśli ustąpić, wciąż sypiąc śniegiem i mrozem, szczypiąc w nosy wszędobylskich. Oj dużo, za dużo jak na jedną osadę. Na domiar złego pojawiają się też problemy z bezpieczeństwem grodziska. Zadziwiająco niebezpiecznie wzrasta aktywność biesów. Co się do tego przyczynia? Jak sobie z tym radzić? Czy w ogóle jest jakieś wyjście z tej patowej sytuacji?

  To powieść wielowątkowa, wielowymiarowa bez możliwości wskazania jednego głównego bohatera, bo tych naliczyłam się aż trzech (w moim mniemaniu).

   Cała fabuła skupia się wokół Strzebora, Zamira i Mary. Są uwikłani po uszy w tej samej sprawie, wręcz są skazani na siebie i swoje towarzystwo w wyniku chichotu losu. Czy tak właśnie miało być? Czy to zaplanowały Rodzanice?

   Strzebor to młodzieniec, ledwie wyrośnięty spod maminej spódnicy, nienawykły do wojaczki czy pracy na roli, za to bardzo ciekawski świata i ludzi, choć w bezpiecznych granicach komfortu. Ceni szczerość i sam stawia ją ponad wszystko. Nauczony szacunku wobec innych, bez względu na płeć czy pochodzenie. Rzadko spotykany typ, ale pod każdym względem wyjątkowy. Chłopak okazuje prawdziwą męskość tam, gdzie inni tylko zadzierają nosa i chowają się za pozorami odwagi. Wystarczy dać mu czas, by zrozumieć jego naturę i polubić ten sposób bycia. Czy Strzebor ma jeszcze jakieś asy w rękawie? Odpowiedź na to znajdą tylko wnikliwi czytelnicy.

   Zamir to człowiek zagadka, dawny wojownik, który w wyniku kontuzji odnajduje się w roli kata. Z jednej strony praca i wypłata jak każda inna, z drugiej - pamięć o ofiarach. Nie pomaga w tym ostracyzm społeczny po każdorazowym wyroku. On jako narzędzie wykonywania prawa. Kat to łatka, lecz co tak naprawdę kryje się w jego sercu? Czy tlą się tam jeszcze jakieś cieplejsze uczucia? Czy ma jakieś marzenia? Jaki był za młodu, czym kieruje się teraz? Im bliżej się go poznaje, tym więcej się wyjaśnia, tym jaśniejsze stają się powody pewnych jego zachowań. Jest przykładem, że nie ocenia się książki po okładce.

   Czyje odbicie można ujrzeć w Marze? Myślę, że samego siebie. Osamotniona, niezrozumiana, wytykana palcami, przeganiana, skrywająca się w cieniu, by nienawistne spojrzenia na niej nie spoczęły. Mimo to pewna siebie, swojej wiedzy i wędrówki, której zna cel. Na pierwszy rzut oka wyniosła, zimna i dumna, lecz zyskuje przy bliższym poznaniu. Co skrywa przed swymi towarzyszami? Dlaczego? Skąd tyle wie o sekretach mieszkańców grodziska? Kim jest tak naprawdę? Niech wskazówką będzie dla Was jej imię...

   Postacią, która szczególnie przypadła mi do gustu jest Dobrowoja. Uważam, że to kwintesencja definicji słowa "matka". Dla niej więź między dzieckiem a nią jest odwieczna, nienaruszalna, wynikła z samego uczucia. Gotowa wyjść przed szereg, ryzykować własnym życiem, by bronić honoru i czci potomstwa. Jest silna nie tylko ciałem, ale przede wszystkim charakterem i duchem. Uparta, dążąca do celu, choć nieco naiwna. Mająca wysokie morale. Szczera, uczciwa, dumna i naprawdę niezwykła. Swoje w życiu przeszła, a mimo to wciąż potrafiąca być silną dla synów i wzorem do naśladowania. Niezłamana.

   Każdy z bohaterów to tylko pretekst do poruszenia jakiegoś tematu, problemu, który pozostaje aktualny do dziś. Któż z nas nie słyszał o niespełnionej i odrzuconej miłości? A ileż zranionych serc było efektem tego, ale gdyby tylko to, ale co z wykorzystaniem tej zakochanej strony? Zabawa na chwilę? Potem ból i parę kroków do nienawiści, a nawet obsesji na punkcie zemsty. Ten schemat został tu świetnie przedstawiony. Autorka wskazuje, że zdarza się iż ofiar jest nieraz więcej, np. bliscy danej osoby. Porusza też temat przemocy domowej, alkoholizmu, tego jak to odbija się na członkach rodziny. Czy rodzic-alkoholik może dać przykład i być wsparciem?

   Warto też zwrócić uwagę na problemy miejscowej społeczności. Władza sobie poczyna, co chce. Sprawowanie stanowisko sprawia, że dana osoba czuje się lepsza od reszty. Knowania i intrygi są czymś na porządku dziennym wśród elity, lecz jakie niesie to ze sobą konsekwencje? Brak stabilnej władzy to brak skutecznego zarządzania, radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach oraz zapewnienia bezpieczeństwa. Idealnie sprawdza się tu powiedzenie, że "zgoda buduje, a niezgoda rujnuje". Może warto zastanowić się czy przez wieki coś się pod tym względem zmieniło? Jak było, a jak jest?

   Ostracyzm społeczny jest czymś bardzo niebezpiecznym w ręku grupy, a bolesnym dla ofiary. Wystarczy cień podejrzenia, plotka, by ocenić, pozbawić wszystkiego, na co pracowało się całe życie, zniszczyć dobre imię. Dawniej mogło to skończyć się nawet wygnaniem z rodzinnego sioła, a to już prawie jak skazanie na śmierć. Rodzina, gród, plemię - co począć poza kręgiem swego domu, co zrobić bez niego? Co, gdy fałszywe oskarżenia padają z ust bliskich dowódcy, a tyczą się kogoś niewygodnego? Co, gdy sędzia nie chce znać dowodów? Można się poddać lub walczyć o swoje. "Chąśba" udowadnia, że trzeba iść po swoje, nie pozwolić wtłoczyć się w lokalne plotki, być ponad to. Bohaterowie brną przed siebie, pokonują wiele przeszkód, by coś udowodnić.

   Powieść porusza też wątek więzi powstałej z przypadku, a jakże cennej - przyjaźni, takiej która przeszła góry i doliny, zjadła beczkę soli i przeżyła to, co dobre i złe. Niewymuszona, naturalna, rozwijająca się swoim rytmem, poddana próbom przez życie. Kto z nas nie chciałby czegoś takiego doświadczyć na własnej skórze? Mieć kogoś tak bliskiego, na kogo można liczyć i wiedzieć, że choćby się paliło i waliło, to ta jedna osoba będzie opoką i fundamentem nie do zdarcia. Czy to właśnie łączy nasze trio? Oceńcie sami na podstawie treści.

   Na przykładzie Dobrowoi opisałam matczyną miłość. Jest tu jeszcze jedna, dobrze widoczna, lecz zaakcentowana między wersami. Strzebor i Bolomira. Tak, tak różni, tak odmienni, a jednak mąż i żona. Młodzieniec nieraz zaznacza kim jest jego ukochana i jak ją traktuje. Czysta, platoniczna, pełna szacunku i zaufania, chęci współpracy i uszczęśliwienia. Może nieco wyidealizowana, ale tak urocza w tej całej swej nieporadności. Miłość.

   Trzeba tez zwrócić uwagę na rolę chciwości, chęci władzy i zemsty w życiu. Czy ludzie nimi motywowani są zdolni do obiektywnego oceniania rzeczywistości? Czy takie osoby powinny pełnić funkcje publiczne? Moim zdaniem ich percepcja jest zaburzona i swoimi decyzjami mogą ściągnąć na swoją społeczność "nieszczęście", a raczej konsekwencje swoich nierozważnych wyborów, które podejmowane są częściej pod wpływem emocji i złudzeń niż rozsądku i realnych przewidywań. W tej książce również to widać.

   Czy pieniądze, a w tym przypadku denary, mogą dać szczęście? Czy mogą zastąpić drugiego człowieka, przyjaciela, rodziców? Czy mogą stać się najważniejsze? Czy jako priorytet nie przesłonią czegoś bardziej wartościowego? Co one dają, a z czym wiąże się ich brak? W tym aspekcie warto przyjrzeć się Dargoradowi oraz Zamirowi. Dokąd prowadzi ich mieszek złota? Moim zdaniem przesadne uwielbienie tego przedmiotu zaburza równowagę w podejściu do wyznawanych wartości. Przez pieniądze wzrasta chęć posiadania, gdy komuś mało, może pokusić się o zawłaszczenie mienia kogoś innego. Poza tym, gdy denar staje się obsesją, miłością, człowiek staje się prawdziwie samotny, wystawiony na zgraję sępów, czyhających na jego potknięcie.

   Świat przedstawiony skupia się na grodzisku i relacjach w nim panujących, od kasztelana po drobnego wytwórcę, od kata po karczmarza, od woja po dziewoję, może i w minimalistycznym wydaniu, ale jednak. Pokazuje smaczki i pogłębia apetyt na wczesne średniowiecze.

   "Chąśba" to nie tylko świat ludzi, ale również Czarodziejskiego Ludu, pod którym to kryją się wszelkie słowiańskie istoty nadprzyrodzone, od bogów po stwory. Jest i panna rusałka, co to Nawojką się zwie, co pod mostkiem zamieszkała sobie, jest i jezioro pełne utopców, pojawia się wąpierz i strzyga, zjawia się czart i Leszy, co to dzielnie broni swych włości przed głośnymi intruzami. W tej powieści znalazło się też miejsce dla stolemów, genialnych górskich olbrzymów, co to pomysłów mają bez liku. Demony były, są i będą wokół, a jednak ludzie stronią od nich. Obydwie nacje nie pałają do siebie miłością, a czasem wręcz zimnym wyrachowaniem i żądzą mordu w oczach. Odwieczny problem, kto ma dzierżyć władzę na wspólnym terytorium? Jak się poznać, by wzajem szanować swe zwyczaje i prawa? Czy jest na to jakaś rada? Katarzyna Puzyńska opisuje funkcjonowanie ich świata, rządzące nim reguły, elementy spajające i te powodujące wyłom, zwłaszcza skupiając się na olbrzymach. Czemu? Niezwykła wizja na zasadzie kto zbudował piramidy czy Stonehenge, ale z tutejszym rozwiązaniem. Czy możliwe jest dogadanie się człowieka ze stworem? Warto spojrzeć na Falibora i Strzebora. Jak mogłoby być pięknie!

   Powieść dotyka też tematu bogów. Perun jest tu tylko ledwie wspomnieniem anegdotek. Nieco więcej miejsca poświęca się Welesowi, jego atrybutom i dziedzinom. Dlatego warto uważać na kogo i na co się przysięga i jaką przez to ma ona wartość. Główna fabuła skupia się na Marzannie i Jarowicie, ponieważ czas akcji przypada na przełom zimy i wiosny. Panna Morana nie zamierza tak łatwo ustąpić miejsca bogu płodności i wojny, chcąc jeszcze chwilę pofiglować mrozem i płatkami śniegu. Jarowit odgrywa tu spore znaczenie. Grodzisko jest oddane w jego władanie, a w jego świątyni mieści się jego tarcza, która roztacza nad okolicą swą ochronną moc. Biada temu, kto ją zgubi... Pomsta boga może zaboleć.

   Powieść dość dokładnie przedstawia świętą ziemię boga wiosny, jego oazę, gaj, do którego przemierza się czasoprzestrzeń trzech pór roku, by dojść do głównego sanktuarium. Bardzo podoba mi się ujęcie zróżnicowania pojmowania świata, czasu i przestrzeni przez Czarodziejski Lud (w tym bogów) i ludzi. Ci pierwsi są pod tym względem bardziej zaawansowani, co dobrze tłumaczy ich jednoczesne przebywanie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. To z kolei rodzi pytanie, czy dalej są z nami? Może działają pod innymi nazwami, pod osłoną, by wspierać swych ziemskich towarzyszy doli? Ponadto autorka dotyka tematu śmierci boga i jednoczesnych narodzin, co rok w rok dzieje się z Marzanną.

   Warto również zwrócić uwagę na sanktuarium Leszego, tj. las. Ludzie zbliżając się do niego, zniżali ton głosu, by nie urazić pana tej ziemi i jego mieszkańców. Odnosili się z szacunkiem i nie naruszali miru tej okolicy. Z jednej strony przeświadczenie o świętości tych obszarów, a z drugiej lęk przed gniewem Leszego. Nasi przodkowie inaczej pojmowali naturę i związek z nią, wiedząc, że są uzależnieni od niej. Las to jedna z jej manifestacji, pełna tajemnic i magii, wyjątkowa przestrzeń, która może zaoferować schronienie, pożywienie, a tym samym możliwość przeżycia. Las to życie.

   Pisarka w kontekście słowiańskich wierzeń rozróżniła żercę, który włada magią wyuczoną, mieszka w grodzisku, opiekuje się świątynią, sprawuje pieczę nad obrzędami oraz wołchwa, magicznego od urodzenia, dzikiego i nieokiełznanego, żyjącego za pan brat z przyrodą, który leczy, porozumiewa się z Czarodziejskim Ludem i wierzy w to, co robi.

   Myślę, że warto chwilę poświęcić też przedstawieniu czarta. To zagadkowa postać. Jego działania są nieprzewidywalne. Zaskakuje sposób tworzenia przez niego stworów nocy, którymi zawiaduje. Zastanawiam się tylko nad tym, czy autorka nie za bardzo zainspirowała się chrześcijańskim diabłem, jednocześnie przypisując mu jedną z domen Welesa.

   Mam też pewne zastrzeżenia co do Rodzanic. W "Chąśbie" mają one przychodzić trzy dni po postrzyżynach. Do tej pory raczej spotykałam się ze stwierdzeniem, że przychodziły trzy dni po narodzinach dziecka.

   Książkę cechuje lekki styl i łatwy w odbiorze język. Opisy są plastyczne, dialogi ciekawe, a wykreowane postacie wydają się wiarygodne, choć wielu rzeczy trzeba się domyślać lub czytać między wierszami. Fabuła ma otwartą konstrukcję, co daje dowolność wyboru zakończenia przez czytelnika i tworzenie własnych fanfików z tegoż uniwersum. Akcja obfituje w przygody, ale są one zrównoważone przez przemyślenia bohaterów i opisy. Moim zdaniem to udany zabieg. Dzięki takim trikom powieść się pochłania.

   Tytułowa "Chąśba" świetnie tłumaczy, o co tak naprawdę w niej chodzi. Nie tylko tarcza Jarowita, dusze porwane przez czarta, ale i ukradzione serce, złudzenia o miłości, szczęśliwej rodzinie i zaufaniu wśród miejscowych. To lektura o ludzkich rozterkach, o podejściu do odmienności, o skutkach ostracyzmu społecznego, o przywarach ludzkiego charakteru, o tym, co chciwość i chęć władzy robi z ludźmi. To również iskierka nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone. Wystarczy spojrzeć na Dobrowoję, Strzebora, Marę i Zamira.

   To powieść fantastyczno-przygodowa, nawet powiedziałabym, że słowiańska fantastyka. Jest dobra, porusza ciekawe wątki, zmusza do refleksji, chociaż podczas lektury odniosłam wrażenie, że nie do końca został wykorzystany potencjał w niej tkwiący. Chętnie poczytałabym więcej o zwyczajach czarta, przysięgach składanych na Welesa, istocie samego Leszego, dokładniejszym wyjaśnieniu motywacji stolemów przy budowie "cypli". Nie ukrywam, że dalsze losy upartego Kłosa i Dobrowoi aż intrygują i zżerają z ciekawości. Ta książka jest całością, która aż się prosi o kolejne części.

   "Chąśbę" polecam wszystkim zainteresowanym tematem Słowiańszczyzny, lubiącym przygodówki z zagadką kryminalną w tle. Jest o czym rozkminiać przez cały czas, nie tylko na temat ofiary, ale również wyjątkowości Unirada. Jesteście ciekawi co się za tym kryje? Kto stał się strzygą? Kogo pogonił Leszy? Kogo chciała uwieść rusałka? Spróbujcie, a wciągnie Was jak ruchome piaski i stanie się wskazówką do dalszych, samodzielnych poszukiwań słowiańskich wątków. 

sobota, 8 października 2022

149) "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" - Rafał Merski

   Rafał Merski to żerca i popularyzator wiedzy o Słowiańszczyźnie, zwłaszcza w jej duchowym wymiarze, biorąc głównie pod uwagę szeroko pojęte wierzenia i mitologię. Jedną z publikacji poświęcił "Słowiańskim wróżbom i wyroczniom". Temat niezwykle ciekawy, ale i trudny, bo wymagający sporej wiedzy. Jak autor poradził sobie z tym wyzwaniem?

   Książka R. Merskiego porusza cały szereg zagadnień od funkcji żercy i dziada wędrownego przez Welesa i pojęcia przeznaczenia uosobionego w Doli i Rodzanicach po znaczenie roślin i zwierząt w wierzeniach Słowian aż do tytułowych wróżb z najróżniejszych rzeczy i zjawisk. Rozpiętość spora, treść bardzo interesująca, poparta wieloma przykładami ze źródeł pisanych, archeologicznych oraz etnograficznych. Widać w tym ogromną wiedzę pisarza, jego przygotowanie do tematu i pasję.
 
  Szczególnie zajmujące są rozdziały dotyczące wróżenia z zachowania zwierząt oraz roślin. Pozwala to też na wyciągnięcie wniosków o wyjątkowym traktowaniu niektórych gatunków przez Słowian poprzez ich konotacje z bóstwami czy generalnie siłami nadprzyrodzonymi. 

   Od strony merytorycznej i przygotowania autora jestem pełna podziwu, ponieważ włożył w tę publikację wiele trudu i mogę ją polecić z czystym sumieniem.

   Gorzej rzecz ma się od strony technicznej. Ewidentnie brakuje tu dobrego korektora i redaktora, którzy wyłapaliby literówki, nieścisłości w zapisie cytowanych sporych fragmentów (np. wszędzie zaznaczone kursywą, wyśrodkowane itp.), ujednoliciliby przypisy (np. podania źródła cytatu - do przypisu, a nie zwartego tekstu). Ponadto, skoro książka ma wstęp, to przydałoby się i zakończenie. Bez tego "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" kończą się tak jakby ktoś wyrwał pracę z rąk żercy i nie pozwolił mu jej dokończyć. Dobrym dodatkiem jest bibliografia, ale warto byłoby dodać chociaż rok wydania książki, z której korzystał autor, bo niektóre prace naukowe z biegiem lat są aktualizowane razem z postępem badań, a tytuł pozostaje ten sam.

  "Słowiańskie wróżby i wyrocznie" to przyjemna lektura, którą się wręcz pochłania, jeśli oczywiście jest się zainteresowanym przedstawionym tematem. Styl Rafała Merskiego jest lekki i klarowny, posługuje się językiem przystępnym dla laika, a trudniejsze pojęcia wyjaśnia, co jest ważne przy próbie dotarcia do jak najszerszego kręgu odbiorców.

   Moim zdaniem to pozycja, której warto poświęcić czas i uwagę ze względu na zawarty ładunek merytoryczny, a przymknąć oko na techniczne rozwiązania. Napisana z pasją i wiedzą może zarazić miłością do Słowiańszczyzny, a przy okazji przybliżyć mentalność i duchowość naszych przodków.

   

sobota, 13 sierpnia 2022

143) "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego

  Rynek wydawniczy powoli wypełnia kolejne nisze nowymi tytułami, co dotyczy m.in. szeroko pojętej słowiańskości. Można spotkać książki naukowe, powieści, komiksy, różne poradniki inspirowane dziedzictwem kulturowym etc. Jednak czy w tym wszystkim udało się Wam spotkać publikacje dotyczące sfery czysto duchowej rodzimej wiary współczesnej? Ile z nich jest wiarygodnych? Ile może stanowić wskazówkę dla osób poszukujących swojej drogi, chcących wyłamać się ze schematu obecnie kultywowanego w naszym kraju?

   Przeglądając zasoby internetu, trafiłam na książkę Rafała Merskiego pt. "Modlitwy słowiańskie". Znając wcześniejsze utwory tego autora, zastanawiałam się czy są one bardziej ogólnikowe czy bardziej szczegółowe i dopracowane od tych pozostałych. Zaryzykowałam, zamówiłam i nie żałuję. Pozytywnie się zdziwiłam. Czemu?

  "Modlitwy słowiańskie" to obszerna publikacja podzielona na dwie części. Pierwsza szczegółowo omawia rodzaje, rolę i znaczenie modlitwy w słowiańskim społeczeństwie, również w kontekście mitologiczno-obrzędowym. Zawiera też całe bogactwo przytoczonych modlitw i zaśpiewek z sąsiednich obszarów. Jest to swego rodzaju niezwykłe doświadczenie, ponieważ ich echa pobrzmiewają do dziś w niektórych regionach, mając przełożenie na codzienne sytuacje i zachowania. Czasem to tylko przysłowie, czasem element tradycji skryty pod chrześcijańskim płaszczem, który zakrył dawne, pogańskie wierzenia. Ma to miejsce nie tylko w przypadku świąt i obrzędów, ale nawet w osobowościach świętych, np. św. Mikołaj to Weles, Eliasz to Perun etc. Wystarczy prześledzić zapisy etnograficzne, by uzmysłowić sobie, że święci chrześcijańscy charakteryzują się tymi samymi cechami, co bogowie Słowian. Nie warto zamykać się na nowe, trzeba pozostać otwartym, nie pozwolić wtłoczyć swego umysłu w ramy schematu i prostych archetypów. Często korzenie sięgają głębiej niż myślimy, a obecnie panująca religia niechętnie przyznaje się do wchłonięcia pogańskich elementów w celu szybszego przekonania do siebie większej ilości osób. Jak nie mieczem, to podstępem. Ale do rzeczy. Pierwsza część to kopalnia wiedzy i mnóstwo wskazówek. Druga część to już zbiór współczesnych modlitw uszeregowana wg tego, komu są dedykowane, dzięki czemu łatwo odnaleźć konkretny utwór potrzebny w danej chwili.

  Ta publikacja jest przemyślana, świetnie ułożona i zredagowana, dobrze przygotowana merytorycznie, z bogactwem przypisów i ciekawą bibliografią. Język jest klarowny, przystępny, a jednocześnie przenikający głęboko do serca. Zasiewa ziarno, które pod wpływem Dadźboga może przynieść obfite plony. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Tę książkę czyta się szybko, wręcz pochłania.

   Ponadto warto zwrócić uwagę na ilustracje, które okraszają drugą część lektury. Przedstawiają głównie bogów. Są przepiękne, dopracowane, drobiazgowe, tchną prawdziwe słowiańskim duchem. Klimat nie do przecenienia. Twarda okładka gwarantuje, że książki się nie zniszczy mimo wielokrotnego użytku. To wydanie naprawdę zachwyca.

   Czy "Modlitwy słowiańskie" Rafała Merskiego są dla każdego? Prawdziwą radość z lektury będą czerpać osoby zainteresowane szeroko pojętą słowiańskością, duchowością naszych przodków, słowianofile, a chyba przede wszystkim rodzimowiercy. Uważam, że może ona pomóc obrać zagubionym nową drogę. Może gdzieś wśród przytoczonych modlitw do bogów, któryś z czytelników odnajdzie treści, których sam nie umiał ubrać w słowa?

Według mnie recenzowana lektura jest godna uwagi i zasługuje na szersze komentowanie, zwłaszcza w gronie rodzimowierców z różnych stron Polski, co mogłoby skutkować jakąś konferencją lub zbiorową publikacją w tym zakresie. "Modlitwy słowiańskie" wypełniają pewną lukę w słowiańskiej niszy, ale to dopiero początek. Warto, by inni dorzucili swoją cegiełkę w tym temacie.

niedziela, 23 stycznia 2022

117) Powrót do Bielin, czyli "Tajemnica domu w Bielinach" Katarzyny Bereniki Miszczuk

  Czy macie takich autorów, przy których książkach zawsze dobrze się bawicie, które są dla Was prawdziwym wytchnieniem i chętnie do nich wracacie? Często to kilka nazwisk, które można traktować jako zestaw ratunkowy, na którym nigdy się nie zawiedliście. Pisarz między słowami umieszcza swoją duszę, a czytelnik między stronami - serce. Książki to umowa wiązana, jedna i druga strona daje coś z siebie na zawsze.

 Dla mnie bezsprzecznie taką autorką jest Katarzyna Berenika Miszczuk od czasu "Kwiatu Paproci", przy którym przepadłam na całego. Seria ta spotkała się ze skrajnymi opiniami, tzn. jedni wpadali w zachwyt, inni wytykali potknięcia i żądali dosłowności. O gustach się nie dyskutuje, ale warto mieć na uwadze słowa pisarki o rozrywkowym i popularyzatorskim charakterze powieści o Gosławie i Mieszku.

   Czy to czasem nie od K. B. Miszczuk zaczął się boom na słowiańskość w literaturze? "Kwiat Paproci" skierowany jest do nieco starszych czytelników, a co z dziećmi? Rynek nie lubi pustki, nowe pokolenie aż domaga się uwagi, autorce w głowie kołaczą się nowe pomysły, a stąd prosta droga do "Klubu Kwiatu Paproci", którego pierwszy tom pt. "Tajemnica domu w Bielinach" ukazała się w drugiej połowie 2021 roku.

  Powieść kierowana jest przede wszystkim do młodszych czytelników, lecz wciąż pozostaje w sferze słowiańskiej fantastyki. Akcja osadzona jest współcześnie, jakieś kilkanaście lat po ostatnich wydarzeniach z "Przesilenia" w Bielinach. Bohaterowie to czwórka rodzeństwa, tj. Bogusia, Leszek, Tosia i Dąbrówka Lipowscy, którzy poprzez perypetie matrymonialne rodziców muszą przeprowadzić się ze stolicy Królestwa Polskiego, Warszawy, do podkieleckiej wsi, Bielin. Początkowo nie pałają zapałem na myśl o tym, lecz życie gra w swoją grę i nie liczy się z ich zdaniem, szykując dla nich nie lada przygodę. Przyjeżdżają do schorowanej ciotki, pomóc jej, choć jednocześnie sami wymagają przyjaznej dłoni, która umożliwiłaby im zmierzenie się z pewnymi rodzinnymi problemami. Do tego dom jest dziwny i skrywa niejedną tajemnicę. Jak dzieci sobie z tym poradzą? Kto lub co płata im figle? Czy odnajdą się w nowej okolicy? Czy zawrą nowe znajomości? Czy udźwigną istnienie stworów z bajań przodków?

   Katarzyna Berenika Miszczuk w tej książce stawia mocny akcent na relacje międzyludzkie, które widać głównie między rodzeństwem, ale warto też przyjrzeć się dorosłym. Dzieci jak to dzieci kłócą się, przekomarzają, ale ufają sobie i wspierają się, wiedzą na co i kiedy mogą sobie pozwolić, jak reagować na humory czy smutek drugiego. Działają razem, opiekują się sobą. Łączy je więź silniejsza od czegokolwiek, braterska i siostrzana miłość, gdzie jedno za drugie wskoczyłoby w ogień, bo czują się za siebie odpowiedzialni. Za to dorośli borykają się ze swoimi problemami, które do najłatwiejszych nie należą. Miłość i jej wypalenie, utrzymanie domu, zaakceptowanie zmian dla dobra dzieci, pokonanie wzajemnych animozji, odłożenie uprzedzeń na bok, pomoc chorym członkom rodziny. To też mierzenie się z ludzką naturą, wścibską, zazdrosną i złorzeczącą. Nie każdemu można ufać. Nie każdy jest uczciwy. Zdarzają się czarne owce nawet w sąsiedztwie.

  Powieść pięknie pokazuje jak rodzina radzi sobie z rozwodem, jak przeżywają to dzieci, jak odbierają rozstanie rodziców, kogo obarczają winą i jaką rolę przypisują sobie w tej sytuacji. Świetnie ujęte są perspektywy rodzeństwa Lipowskich o różnych charakterach. Ich reakcje mówią same za siebie, lecz wszyscy jednogłośnie potrzebują uwagi, rozmowy, miłości oraz czasu na zaakceptowanie nowej sytuacji. Autorka pod tym względem spisała się na medal. Ujmuje temat tak, by zdradzić czytelnikom psychologiczne tajemnice małych ludzi.

 Warto też zwrócić uwagę na traktowanie osób starszych, schorowanych, wymagających opieki i czułości oraz dużej dawki wyrozumiałości. Ciotka Mirka może i nie jest aż tak skomplikowanym przypadkiem, ale daje posmak tego, co się dzieje w rodzinie i jak takie osoby są postrzegane, jak sobie radzą z codziennością i ile trudności muszą pokonywać, gdzie często zawodzi nie tylko ciało, ale i umysł. 

  Niezwykle ważna jest też kwestia zwierząt. Dzieci od małego są uczone przez matkę szacunku i wymogu opieki nad swoim psiakiem Waflem, a potem zwierzyńcem Mirki, nawet takim wrednym Pimpusiem. Skoro bierzesz zwierzę pod swoje skrzydła, ponosisz za nie odpowiedzialność (spójrzcie na Leszka).

   "Tajemnica domu w Bielinach" zawiera również słowiańskie elementy. Przedstawia Polskę jako kraj rodzimowierczy, z wiarą m.in. w Welesa, Peruna, Mokosz, demony, z żercami i szeptuchami, z umiłowaniem przyrody w małych miejscowościach. Wspomniane są też święta jak Szczodre czy Jare Gody, Dziady czy swaćba. Rodzeństwo mierzy się z jednym ze stworów, ale mam wrażenie, że to dopiero początek wspaniałej serii. Autorka opisuje demona dokładnie, zarówno z wyglądu jak i zachowania. Genialne. Myślę, że niejedno dziecko dzięki temu sięgnie do bestiariusza. 

   Dzieci Lipowskie są pełne energii, werwy, ciekawości i radości. Najbliższe z charakteru i zachowania są dla mnie te środkowe, czyli twardo stąpający po ziemi Leszek i zafascynowana pewną książką Tosia. Myślę, że razem mogą stać się postrachem dla okolicznych pomrok.

   W tajemnicy zdradzę Wam, że w tej powieści można spotkać naszych starych, dobrych przyjaciół, za którymi na pewno się stęskniliście.

   K. B. Miszczuk ma niepowtarzalny styl, który wciąga czytelnika w sam środek powieści i nie pozwala się od niej oderwać nawet na chwilę. Plastyczność opisów, naturalność dialogów, kreatywne pomysły na wątki fabularne, intrygujące szczegóły, drobiazgi budujące klimat, niezwykła więź z bohaterami, tajemnica przeplatana grozą i humorem, mieszanka soczyście doprawiona. W tej książce dla dzieci nie zabrakło żadnej z tych cech. Czy dla starszych, czy młodszych - autorka świetnie się odnajduje, a swoje powieści pisze z sercem i duszą, dając z siebie ponad 100%, dlatego też odbiera się je wszystkimi zmysłami. 

   "Tajemnica domu w Bielinach" to jeszcze jeden dowód na talent pisarki. Ta lektura nie tylko bawi, ale i uczy. Prawi nie tylko o znaczeniu relacji międzyludzkich z perspektywy dziecka. Przedstawia też ich punkt widzenia i odczuwania w obliczu dorosłych problemów, gdy rodzina przestaje być jednością. Pokazuje jak wspierać najmłodszych, czego nie wolno przegapić rodzicom i jak reagować. To także nauka o starzeniu się i specyfice tego wieku, radzeniu sobie bliskich z tym tematem. Do tego wszystkiego trzeba dodać słowiańskie tło i styl autorki, który buduje cały klimat. Fabuła wciąga od A do Z. Czego chcieć więcej? A można, stron i kolejnych tomów, ponieważ zżera mnie ciekawość co do dalszych przygód czworga z Bielin.

   Książkę polecam młodszym i starszym Słowianofilom, fanom pióra K. B. Miszczuk i poszukującym rodzimych wydawnictw dla dzieci. Wasze pociechy odnajdą tu ważne wartości i przesłanie, które pójdzie z nimi w dorosłe życie, że rodzice kochają swe dzieci bezwarunkowo i zawsze, bez względu na wszystko.

   Spróbujcie tej przygody, a nie pożałujecie!

niedziela, 12 września 2021

104) Co po końcu świata? "Tropiciel" Pauliny Hendel

  Książki potrafią niebezpiecznie wciągnąć w swój świat, sprawiając, że zapomina się o wszystkim dookoła, a czas staje w miejscu. Przy jakich lekturach odnosiliście takie wrażenie? Jakie uniwersum pochłonęło Was bez reszty?
   W moim przypadku stało się tak z pierwszym tomem "Zapomnianej księgi" Pauliny Hendel. Przepadłam, w wyniku czego natychmiast sięgnęłam po część drugą pt. "Tropiciel". Czy dorównuje ona "Strażnikowi"?
   Główny bohater, Hubert, ponownie budzi się jako siedemnastolatek w Paryżu, jednak w jego pamięci sen o Święcinie jest wciąż świeży i bardzo realny, ale czy to na pewno jedynie nocna mara? Chłopak postanawia zmienić bieg dziejów, nie chcąc stracić najlepszego przyjaciela i rezygnuje z randki pod Luwrem. Przeczucia młodego Sierpnia sprawdzają się. Wybuch niszczy muzeum, a po nim cała ich seria na całym świecie zmienia ludzką cywilizację w stertę gruzów. Powoli, krok po kroku, znikają wszystkie udogodnienia, panika narasta, miasta stają się pułapką, więc dokąd się udać? Co jeśli sen naprawdę się sprawdzi? Co, gdy grypa przetrzebi ludzkość? Czy demony istnieją i zaatakują? Jak przygotować się na nadchodzącą zagładę i koniec świata?
 
  W "Tropicielu" śledzimy dojrzewanie Huberta w przyspieszonym tempie ze względu na okoliczności zewnętrzne, utrudniające beztroskę wieku nastoletniego. Świadomy siebie i odpowiedzialności za bliskich, ratowania resztek przeszłości i obrony przed nieznanym. Odważny, pełen brawury, charyzmatyczny, choć przy tym spontaniczny, nieraz lekkomyślny, działający pod wpływem adrenaliny. Uparty, ukrywający się pod maską twardziela. Aktywny z zamiłowaniem do wszelkich prac fizycznych, bez większego entuzjazmu dla robót umysłowych. Pełen obsesji na tle słowiańskich demonów. To jego oczami czytelnik śledzi świat, dzięki czemu ma lepszy wgląd w jego motywacje.
   Ważną postacią w tej części jest Ernest, przyjaciel Huberta i jego całkowite przeciwieństwo. Ich więź to przykład bezinteresownej i szczerej przyjaźni, na dobre i złe, w chłodzie, głodzie i biedzie, w każdym niebezpieczeństwie. Oczytany, rozsądny, bystry, pełen energii i zapału do poznawania nowych rzeczy, gotowy do wielu poświęceń w imię miłości i przyjaźni, za rodziną gotowy wskoczyć w ogień.
   Do gustu bardzo przypadł mi Albert, najprawdziwszy dziadek pod słońcem, z naręczem ciekawych opowieści z czasów swojej młodości, ludowych porzekadeł i głową pełną dawnych mądrości. Pracowity, czuły, troskliwy, a przy tym wesoły i zabawny. Rozsądny, kochający rodzinę ponad wszystko, wzorowy sąsiad. Można powiedzieć, że to człowiek do tańca i różańca.
   Świat przedstawiony w "Tropicielu" to majstersztyk zaczynając od nowych lokalizacji typu Dąbrówka, Kamienna czy Gdańsk po te lepiej znane. Autorka szczegółowo oddaje życie mieszkańców świata po zagładzie, od codziennych obowiązków po luksusowe chwile wolnego, od powinności do przyjemności, np. przygotowania do zimy, naprawy schodów, zaopatrzenie w żywność i przedmioty codziennego użytku czy romantyczne spacery, zachwycanie się pięknem natury i kontemplacje chwili. Mimo klimatu postapokaliptycznego świat dalej istnieje, ale na nieco zmienionych zasadach dla wszystkich istot żyjących.

   W tej książce Paulina Hendel wyczula ludzi na to jak ważna jest współpraca, zaufanie, przyjaźń i rodzina, jak niewiele potrzeba do szczęścia, jak wiele można osiągnąć razem, jak radzić sobie z przeciwnościami losu i utratą bliskich. Pokazuje, że życie to nie kolorowa i wesoła bajka, a sztuka trudnych kompromisów i wyborów, których konsekwencje trzeba ponosić, bo nie ma przed nimi ucieczki. Więź Huberta i Ernesta uzmysławia, że warto mieć przy swoim boku życzliwą duszę, która wspomoże radą i czynem w każdej sytuacji, bez oceniania i zbędnego gadania. Udowadnia na podstawie Dąbrówki jak wiele można razem osiągnąć, mając wspólny cel i dobre relacje. Pojawia się w tej lekturze również wątek akceptacji inności, nie tylko ludzi. Udowadnia, że stereotypowe myślenie krzywdzi, nakładając łatki bez dociekania prawdy. Ta książka przedstawia też zagadnienie narastającej agresji ludzi wobec ograniczonych zasobów dóbr wszelakich, chęć dominacji i zdobycia władzy. I warto tu zaznaczyć, że to wciąż młodzieżówka postapo. Tak, a mimo to porusza tak ważne sprawy w tak niekonwencjonalny sposób. 

   Druga część "Zapomnianej księgi" to również słowiańskie demony. W "Strażniku" Paulina Hendel ukazuje przede wszystkim te niebezpieczne, agresywne, pełne nienawiści, np. strzygi. "Tropiciel" przedstawia również strzygonia, topielca, wije, leszego czy psy południcy. Pojawia się też ognian, tejin oraz owinnik. One są nieszkudne (określenie z poznańskiej gwary), spokojne, takie, których nie trzeba zabijać. Swoje miejsce w powieści odnajduje również tzw. Dziki Gon, który niesie ze sobą paraliżujący strach i stratę. Pomroki to niejedyne zmartwienie bohaterów. Często gorsi od nich są ludzie. W miarę rozwoju akcji odkleja się od biesów łatkę złych, starając się ukazać ich życie z punktu widzenia Huberta czy Zuzy. 
   Powieść charakteryzuje się lekkim piórem, przyjemnym stylem, dobrą i ciekawą fabułą, świetnie poprowadzoną i zrównoważoną akcją z rozbudowanym światem przedstawionym z intrygującymi wątkami, poruszającymi ważne zagadnienia egzystencjalne. To książka o sile przyjaźni, dążeniu do poznania prawdy, poddania się losowi, znaczeniu zaufania i współpracy całej grupy w obliczu zagrożenia. To lektura wciągająca od początku do końca.

  "Tropiciel" to księga dla fana klimatów postapo, słowiańskich biesów, lubiącego urbex i leśne wyprawy, niebezpieczne przygody oraz chwile filozoficzne nad sensem świata. W tej powieści czają się głębsze treści, dla których warto zrezygnować z kategorii wiekowych, by czerpać pełnymi garściami z jej dóbr. Oprócz dobrej zabawy, skłania do refleksji. Dokąd zmierzamy? Czym jest przeznaczenie? Jak wygląda przyjaźń? Jak pogodzić się z utratą kogoś bliskiego? Jak walczyć z własnymi demonami, które są znacznie groźniejsze od tych czających się w mroku? 
   Trzecia część pt. "Łowca" zapowiada się równie dobrze, zatem zmykam, a Wam polecam sięgnięcie po "Tropiciela" i przekonanie się na własnej skórze jak to jest walczyć o przetrwanie każdego dnia.

niedziela, 18 lipca 2021

99) Słowiańska filozofia bytu, czyli "Widzący. Bogowie i Stwory" Franciszka M. Piątkowskiego


  Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Czym podyktowane jest nasze zachowanie? Skąd w nas te destrukcyjne odruchy? Czemu niszczymy to, co piękne i wzniosłe, zostawiając po sobie zgliszcza? Gdzie się podzieje ludzkość, gdy pozbawimy się naszego jedynego domu?

 Franciszek M. Piątkowski, twórca uniwersum Powiernika, powraca w wielkim stylu. Jego nowy zbiór opowiadań pt. "Widzący. Bogowie i stwory" powoduje gęsią skórkę podczas lektury. Jednak o tym jeszcze napiszę. Opowiadania są powiązane są z przygodami słynnego prawnika, Marka Lichockiego, Widzącego, obdarzonego darem słowiańskich bogów, wybrańca, zdolnego okiełznać niecne demony i zaprzyjaźnić się z tymi inteligentnymi o dobrym sercu. Dzień po dniu zgłębia niewidzialny dla zwykłych śmiertelników świat, jego tajemnice, a może przede wszystkim zbrodnie i wichrzycieli tej ciemnej strony, której nikt poza nim nie jest w stanie się przeciwstawić. Mężczyzna zdążył już dorobić się kilku śmiertelnych wrogów oraz paczki dozgonnych przyjaciół. Wiadomo, równowaga musi zostać zachowana. Nie ma łatwo. Z jednej strony rodzina, za którą gotowy wskoczyć w ogień, z drugiej - obowiązki Powiernika i Widzącego, który musi chronić ludzi przed stworami i krzewić rodzimą wiarę, by nie zaniknęła. Jest strażnikiem Jawii oraz harmonii między tą krainą, a Nawią i Prawią. Łącznikiem. On widzi świat szerzej i lepiej dostrzega to, co nam umyka. Jednak najważniejsze jest to, że nie zamyka się tylko na ludzką perspektywę. Pozostaje otwarty, a stwory uczą go, że pozory mylą i zawsze warto spojrzeć głębiej, z różnych punktów widzenia, by stać się możliwie jak najbardziej obiektywnym.

   W zbiorze znajduje się jedenaście opowiadań o różnych słowiańskich biesach. Spotkamy tu np. zagubione dusze, dziwożony, leszego, cichą, upiory rodem z horroru, bohynię, południcę, bełta, spaleńców, żądlicę oraz dobrze znanego domowika Witka, strzygonia Bezmira i wąpierza Radosława. Jedne z nich są pradawne, inne - całkiem współczesne, bywają wrogie lub przyjazne ludziom, wiele z nich ma człowiecze korzenie, lecz w wyniku pewnych okoliczności nie zawędrowały do Nawii i na spokojne łąki Wyraju. Może to jakieś niedokończone sprawy? Może chęć naprawy starych błędów lub zemsty? Któż wie, co siedzi w głowie takiej istoty, czym się kieruje i co ją motywuje? Kto będzie w stanie ją zrozumieć i pomóc? W tym jednym przypadku Widzący jest wręcz niezbędny, lecz po czyjej stronie się opowie? Rola kata i ofiary często jest względna, a Marek nieraz znajdzie się w potrzasku wątpliwości. Któż by nie był?

   Otaczający nas świat nie jest czarno-biały, mieni się wszelkimi odcieniami szarości, przez co trudno jednoznacznie coś lub kogoś określić jako dobrego czy złego. Dopiero dłuższe spojrzenie pozwala na ocenę. Te słowiańskie stwory odzwierciedlają nasze wewnętrzne demony, koszmary, które po śmierci nadają temu wymiar fizyczny, choć warto zaznaczyć, że nie jest tak w każdym przypadku. Czasem nasze czyny skutkują tragicznymi konsekwencjami, choć w pełni zasłużonymi jak w przypadku "Lasowika". Te opowiadania poruszają naprawdę trudne tematy, jak społeczny ostracyzm, przemoc fizyczną i psychiczną nad słabszymi, emocjonalną manipulację i fałszywą miłość, obsesyjną chęć posiadania i chorą ambicję, dwulicową świątobliwość, wewnętrznie rozsadzającą pychę niszczącą wszelkie odruchy człowieczeństwa... Ludzka znieczulica, brak pochylenia się nad kimś może doprowadzić do ostatecznego rozwiązania, a co gdyby ktoś zainteresowałby się dramatem małego dziecka, rozgrywanego każdego dnia za drzwiami domu, czy "Cicha" miałaby wtedy rację bytu? Co, gdyby ktoś wsparł młodzieńca szukającego swojej drogi w małej, nieco staroświeckiej miejscowości? Może wystarczyłoby dobre słowo i zwrócenie innym uwagi? Czy gonitwa za pieniędzmi i próba założenia maski może zmienić postrzeganie przez społeczeństwo danej jednostki? Czy liczy się tylko gra pozorów? Kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda w końcu wyjdzie na jaw. Po co budować fałszywy obraz siebie? Gdzieś w tym wszystkim tkwi także brak umiejętności radzenia sobie z samotnością i bólem po stracie bliskich. Śmierć za śmierć to nie rozwiązanie. Życie mknie, ale nie obok, a przez nas. Ból może rozsadzać serce, ale warto znaleźć nowy sens, ukierunkować się na czynienie dobra, pomoc komuś, wspieranie ważnych inicjatyw. "Dziady" są tu dobrym ostrzeżeniem.

   Dramaty ludzkie to jedno, lecz gdzieś w tle majaczą poważniejsze problemy tyczące się ogółu. Warto przy tym zwrócić uwagę na "Dziwożony" i "Bajdałę". Czy stwory chcą nam tylko szkodzić? Robią to ze zwykłej złośliwości? Pałają chęcią mordu bez powodu? Działają instynktownie? Rozumne stworzenia tak się nie zachowują. Muszą istnieć jakieś przyczyny tego stanu rzeczy. Wystarczy tylko pochylić się nad tym i zastanowić się nad motywacją. Czy to ludzie nie wkraczają na ich terytoria, nie zagrażają im i ich domenom? Może te biesy mają jakieś zadanie? Może strzegą dawnych puszcz i ruczajów, by ludzka ręka ich nie zniszczyła? Warto spojrzeć na to szerzej. W zastraszającym tempie znikają kolejne połacie lasu, giną bezpowrotnie zagrożone gatunki zwierząt, zmniejsza się bioróżnorodność środowiska, kurczą się pokłady słodkiej wody, wysychają kolejne jej źródła, wzrasta temperatura, podnosi się poziom oceanów i mórz, topią się lodowce, pokrywa śnieżna Antarktydy i Arktyki maleje, występują anomalia pogodowe. Nasz świat się zmienia. Czemu? Co rusz słychać o katastrofach ekologicznych, to o wycieku ropy, to o nielegalnych składowiskach śmieci, wszędzie gdzie się da, używaniu niebezpiecznych substancji w produkcji przedmiotów codziennego użytku, bo taniej... Liczy się zysk, a Ziemia powoli umiera. Idąc na spacer, czy to w mieście czy w lesie, nie widzieliście porozrzucanych butelek, plastików i innych śmieci? Lenistwo sprawia, że brakuje co niektórym chęci do użycia kosza. No tak, po co marnować swój cenny czas? Co jeśli do takiego założenia dochodzi nie jedna, a tysiące osób? Zamiast dbać o to, co mamy, niszczymy bezmyślnie, krok po kroku, własny dom. Warto pamiętać, że innego nie mamy. Nie pochwalam taktyki tychże biesów, ale każdy broni jak umie, tego co mu bliskie i ważne. Warto zwrócić uwagę na wymowę ostatniego opowiadania. "Bajdała" to przestroga, lecz jednocześnie tli się w niej iskierka nadziei. Może mamy jeszcze czas i możliwość, by coś zmienić?

  Niektóre opowieści chyba zdradzają co nieco o przyszłości uniwersum Powiernika, przynajmniej takie odniosłam wrażenie podczas czytania "Strażnicy". Autor zwraca uwagę, że o zyskanie wroga jest łatwiej niż się wydaje i w takiej sytuacji warto mieć koło siebie kogoś zaufanego. Również w "Herdagradzie" zaakcentowany zostaje element wagi współpracy i przyjaźni w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

   Opowiadania podkreślają znaczenie miłości i przyjaźni w życiu każdego z nas. To bliscy są podporą w trudnych chwilach, pomagają bezinteresownie, poświęcają swój czas, po prostu są obok. Niby nic, a to właśnie jest wszystko, co ważne. To nie tylko rodzina z więzów krwi, ale też ta samodzielnie wybrana. Autor cały czas zwraca uwagę na drobne odruchy dobroci, które mają zbawczą moc, mogą komuś uratować życie, skłonić do rezygnacji z autodestrukcyjnych zachowań. Dzień po dniu, krok za krokiem, powoli, lecz systematycznie. Może to jest sposób na ratunek naszego gatunku i domu?

   Przedstawione akty ludzkiego okrucieństwa przerażają tym bardziej, że Franciszek Piątkowski ukazuje cały mechanizm kata i ofiary z ich perspektywy, opisuje doznania i uczucia jednej i drugiej strony. Między wierszami kryje się ogromna wiedza o ludzkiej psychice. Najbardziej porażająca pod tym względem jest "Cicha". Aż zimno się robi na samą myśl o tym. Zresztą "Spaleniec" nie jest lepszy. Tam aż roi się od tego, co mąci ludzkie dusze od wieków, a popycha ku najgorszemu.

   Spośród jedenastu opowiadań tylko dwa są na swój sposób zabawne, a mianowicie "Gotishoos" oraz "Potworaki". Pierwsze może wywołać salwy śmiechu przy skomplikowanych nazwach i złorzeczeniach składającego meble, choć zwraca uwagę na niszczenie zasobów leśnych i osamotnienie na obczyźnie. Nauka poprzez uśmiech, dobra metoda. Drugie w całej swej wymowie jest przewrotne. W pierwszej chwili myślałam, że czytam science-fiction, wizja makabryczna, choć w ostateczności wywołująca uśmiech. Genialnie rozegrana akcja i puenta!

  Nie mam jednego ulubionego utworu. "Dziady" mają niesamowity klimat, "Cicha" bardzo oddziałuje na emocje, "Bajdała" sięga po tradycję bajdurzenia z morałem, a wszędzie przemykają niesamowite stworzenia z niezwykłymi historiami, lecz me serce już dawno porwał Leszy, znany z wcześniejszych części. Zwróćcie szczególną uwagę na jego dialog z Markiem pod koniec "Lasowika", w nim tkwi główne przesłanie opowiadań.

   Główny bohater, mecenas Lichocki, pojawia się i znika, lecz jest spoiwem dla całości. Na przestrzeni kolejnych tomów widać jego przemianę, coraz większe znaczenie poczucia sprawiedliwości, już bez względu na przynależność gatunkową. Mimo wewnętrznych rozterek, mężczyzna stara się postępować jak najlepiej i najrozsądniej. Może i wybiera trudne, skomplikowane i ryzykowne rozwiązania, ale intuicja praktycznie go nie zawodzi. Jest wierny swoim zasadom, nie nagina się do woli społeczeństwa, idzie swoją drogą, patrzy przed siebie i pod nogi, liczy się z przeszłością, ale rozmyśla też nad tym, co dopiero nastąpi. Jest wyjątkową postacią i nie dziw, że bogowie go wybrali do pełnienia tak ważnej roli.

   Kreacja bohaterów, jak i konstrukcja utworów jest szczegółowo przemyślana. Nie ma tu miejsca na nieścisłości. Autor świetnie wyczuwa moment, gdzie należy umieścić punkt kulminacyjny, jak zagrać na emocjach czytelnika, jak zbudować napięcie, a potem umiejętnie spuścić z tonu i dać chwilę wytchnienia. Ponadto wspaniale maluje klimat i krajobraz słowem pisanym. W trakcie lektury można poczuć się osobą towarzyszącą postaciom. Warto też zwrócić uwagę, że oprócz rozbudowanych dialogów, bogatych stylistycznie opisów i trzecioosobowego narratora, występuje też forma epistolarna, wprowadzająca powiew świeżości i nadaje opowiadaniom wyraz autentyczności, jak głośno wybrzmiałe echo przeszłości. To wszystko pokazuje jak bardzo styl pisarza ewoluował, do jak wysokiego poziomu doszedł w krótkim czasie. 

   Przy tak wybornej lekturze nie sposób nie wspomnieć o wydaniu. Piękna okładka, z której spoziera na nas Leszy, opiekun lasów, tej ostoi dzikiej przyrody, której nie tknął jeszcze człowiek, strażnik natury i przeszłości, jest uosobieniem treści zbioru opowiadań. Wewnątrz można odnaleźć ilustracje stanowiące klucz do utworów. Czarno-białe, klimatyczne, niepokojące i piękne. Zwróćcie uwagę na dbałość o detale. Marta Żurawska wykonała kawał dobrej roboty! Ponadto od strony redakcyjnej warto docenić dopracowanie. Spotkałam ledwie parę literówek. Współgranie tekstu i grafiki to już połowa sukcesu. One tu się doskonale uzupełniają. Druga połowa to treść, którą powyżej omówiłam.

   "Widzący. Bogowie i Stwory" Franciszka Piątkowskiego to świetny zbiór opowiadań, który porywa jak nurt górskiej rzeki w niebezpieczną i pouczającą podróż po ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy, ukazując co w nas tkwi, czym możemy się stać i dokąd zmierzamy. Porusza ważną tematykę, m.in. przemocy fizycznej i psychicznej, niszczenia ekosystemu, znaczenia wsparcia w bliskich osobach w trudnych chwilach etc. To wszystko autor zamyka w ramach stworzonych poprzez słowiańskie klimaty z naciskiem na stwory i ich dwuznaczną rolę w Jawii. Uważam, że każdy, komu nie jest obojętny los drugiej istoty, znajdzie tu utwór, który poruszy jego serce, historię, z którą poczuje pewną więź. Ten zbiór jest nie tylko dla zainteresowanych Słowiańszczyzną jako taką, odnajdą się tu też miłośnicy fantastyki i co wrażliwsze osoby, wymagające od literatury nie tylko rozrywki, ale pożywki dla duszy i umysłu. By lepiej zrozumieć sens zbioru, warto wcześniej sięgnąć po pozostałe tomy Powiernika, choć nieznajomość ich nie jest przeszkodą nie do przeskoczenia.

   Dla mnie lektura najnowszego dzieła Franciszka Piątkowskiego była samą przyjemnością. Wspaniale wydana, pięknie zilustrowana, a przede wszystkim bogata w treść. To ważna książka, obok której nie da się przejść obojętnie. Jestem pod jej wrażeniem, bo po zakończeniu długo nie mogłam pozbierać szczęki z podłogi. To jedna z tych pozycji, która zmienia i pozostaje na długo w pamięci, jeśli nie do końca życia. Jest taka jaka powinna być. Nie mam żadnego "ale". Zatem, polecam ją z całego serca!

PS Dziękuję za książkę!

niedziela, 23 maja 2021

94) "Słowianie. Wiara i kult" - Rafał Merski, Grzegorz Antosik

   Fundacja na Rzecz Kultury Słowiańskiej WATRA w 2019 roku patronowała wydaniu książki Rafała Merskiego i Grzegorz Antosika pt. "Słowianie. Wiara i kult". To krótka lektura licząca niewiele ponad sto stron. Jej zadaniem jest przedstawienie sfery duchowej Słowian i ich dziedzictwa w sposób prosty oraz przystępny, by dotrzeć do szerszego kręgu czytelników. Czy autorom udało się osiągnąć zamierzony cel?

   Pierwszy rozdział traktuje o najważniejszych bogach, m.in. Perunie, Welesie czy Świętowicie. W zestawieniu zabrakło kobiecych bogiń, np. Mokoszy. Krótki spis, czasem opatrzony cytatem z jakiejś kroniki. Rzecz ciekawa, acz niewyczerpująca tematu.

   Rozdział drugi przedstawia w dużym uproszczeniu demonologię słowiańską, dzieląc pomroki na polne, powietrzne, leśne, wodne, domowe oraz wilkołaki. Interesujące opisy mogące zaintrygować czytelnika na tyle, by skłonić go do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Rozdział trzeci opisuje święte miejsca Słowian, skupiając się przede wszystkim na znanych ze źródeł historycznych świątyniach, gajach oraz wyspach. Tu występuje prawdziwy wysyp cytatów z krótkimi komentarzami, co znacząco wzbogaca merytoryczność tekstu.

  Rozdział czwarty pokrótce omawia ofiary w kulturze słowiańskiej, sporo miejsca poświęcając tym krwawym ze zwierząt. Autorzy posiłkują się licznymi cytatami. Bardzo ciekawym fragmentem jest wskazanie pewnych rytuałów, nawet w XIX i XX wieku występujących licznie na terenie wschodniej Słowiańszczyzny. 

   Książka pod względem treściowym jest bardzo interesująca i idealna dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z rodzimą kulturą. Napisana prostym językiem. Tłumaczy najważniejsze zagadnienia sfery duchowej. Pod tym względem spełnia swoje zadanie.

   Największą bolączką tego wydania jest jego redakcja, a raczej brak korekty jako takiej. Nazwy własne pisane małą literą, liczne powtórzenia, błędy interpunkcyjne związane głównie z przecinkami, błędy ortograficzne i stylistyczne (zła odmiana przez przypadki, nieodpowiednie końcówki wyrazów, niepoprawne zapisy z "nie"), brak ujednoliconego formatu cytowania, np. raz kursywą, innym razem jako cudzysłów lub kompletnie bez zaznaczenia tego. Problemem jest również brak przypisów, a w takiej pracy powinny się one znaleźć. Momentami bardziej skupiałam się na błędach niż na treści. Czasem to tak mnie denerwowało, że miałam ochotę zostawić lekturę (albo mówiąc dosadniej - rzucić w kąt).

   "Słowianie. Wiara i kult" Rafała Merskiego i Grzegorza Antosika to lektura - ciekawostka. Dobra na leniwe popołudnie. Na pewno przypadnie do gustu mniej wymagającym słowianofilom i okaże się pomocna dla początkujących.

sobota, 20 czerwca 2020

65) "Na brzegu Jarynia. Powieść demonoligiczna" Aleksander Kondratiew

  
   Czasem potrzeba tak niewiele, by zyskać wiele. Wystarczy jedna rodzinna opowiastka, zasłyszane gdzieś podanie, a ciekawość rośnie. Nasza przeszłość to nasza tożsamość i dobrze poznać ją bliżej, zrozumieć naszych przodków, dziadków, którzy część swych zachowań mogą nieświadomie motywować... wiarą w słowiańskie bożki, a właściwie przekazywanymi przez pokolenia zwyczajami. Mimo, że nasze pomroki zniknęły, pewne elementy z tamtego świata pozostały z nami na dłużej.
   Aleksander Kondratiew to rosyjski poeta i prozaik, który przez wiele lat tworzył na emigracji, w tym na terenie ówczesnej RP, na Wołyniu, gdzie otworzył się literacko na swe słowiańskie korzenie, których źródłem były tamtejsze podania i legendy zaczerpnięte od miejscowej ludności. Folklor może inspirować. Pisarz nie był za życia zbyt popularny w ojczyźnie ze względu na swoje poglądy i sztukę, ale po śmierci, stopniowo wraz ze słabnięciem reżimu komunistycznego, jego twórczość zaczęła przemawiać do coraz większego groma, co przełożyło się na badania nad jego spuścizną. M.in. organizowano o tym konferencje naukowe, tłumaczono jego utwory na inne języki.
   Czym Kondratiew tak oczarował ludzi? Może charakterystycznym stylem, może umiejętnością chowania prawd przed wścibskimi oczami cenzury, a może tą bezpośredniością i wplataniem słabostek w codzienność?
   W 2014r. nakładem Wspólnoty Kulturowej Borussia w Olsztynie wydano książkę owego pisarza pt. "Na brzegu Jarynia. Powieść demonologiczna" w tłum. Halyny Dubyk. Zgodnie z opisem wydawcy to powieść, a raczej "studium rzeczywistości doszczętnie zmiatanej przez rewolucję", gdzie chowa się lęk przed zmianami, przed nowym czasem, nową władzą. Ile w tym prawdy?
  Akcja "Na brzegu Jarynia" rozgrywa się na wspomnianym już Wołyniu w XX wieku w małej wsi w pobliżu rzeki Jaryń (a dokładniej Horyń, w powieści przemianowanej na ów Jaryń). Bohaterami, co zaskakujące, nie są ludzie. Pierwsze skrzypce grają tu nasze swojskie pomroki. Kondratiew zwie je nieżyjątkami, nieczystymi siłami, biesami. Spotkamy tu władcę rzeki Wodnika i jego harem rusałek, Bagiennika i jego całą wielopokoleniową rodzinę bagiennych istot, leszych z bliskimi, biesy, błędne ogniki, wiedźmy czy znachorki. Każde z nich to chodzące indywiduum z charakterystycznym temperamentem, uosobieniem i słabościami. Tak, dobrze czytacie. One też mają swoje gorsze chwile, piętę Achillesa, potrafią ulec pokusie i same przez to narazić się na niebezpieczeństwo. Jedne mają pociąg do napojów wyskokowych, inne do hulaszczego i rozwiązłego trybu życia, a kolejne są zbyt sentymentalne. Wbrew pozorom bardzo przypominają ludzi. Popełniają błędy, mierzą się z konsekwencjami swoich czynów, umieją śmiać się i płakać. Żyją obok nas, dzielą nasze radości i troski, np. jak choćby w przypadku domowika czy dworowego, uosabiających duchy naszych domostw i podwórzy. Autor nie mówi o nich ogólnikowo. Przedstawia nam po jednym przedstawicielu z każdego gatunku, dzięki czemu możemy się z nimi zżyć, poznać i zgłębić ich naturę. 
   Wśród biesów największe zainteresowanie wzbudza leszy, a dokładniej Zielony Kozioł, Leszowa Brodawka i ich sługa Miś. Relacje między nimi są co najmniej intrygujące. Istna telenowela, ale w tym cały ich urok. Pomimo wzajemnych animozji kochają się i stanowią całkiem zgrany tercet (choć do wzorcowej rodziny im daleko).
  Ponadto warto zwrócić uwagę na formę przedstawienia rodzimych bóstw. Perun to zatopiony idol na dnie rzeki, wspominający z rozrzewnieniem dawne czasy, gdy panował nad niebem, zgarniając władzę od Welesa. Tu znaczące są słowa gromowładnego o tym, że stare bóstwa odchodzą w zapomnienie, a na ich miejsce przychodzą nowe, silniejsze. Świat się zmienia, wiara się zmienia, ale nie ludzka natura, chwiejna i podatna na wpływy. Widać to chociaż po coraz bardziej skąpych ofiarach dla Wodnika. Ale... mimo wiary w jednego Boga i cotygodniowych wizyt w kościele, ludzie dalej wierzą w pomroki, uroki i inne zabobony. 
   Powieść, a tak właściwie zbiór opowiadań, charakteryzuje się uczuciem melancholii nad tym, co przemija i jak szybko wszystko się zmienia. Nasze stwory odczuwają to coraz bardziej, budząc w nich niepokój i burząc ich koncentrację. Naraża je to na niebezpieczeństwo, a nawet unicestwienie. 
   Język autora jest prosty, ale i można znaleźć poetyckie fragmenty. Przykuwa uwagę. Jednocześnie sprawia, że płyniemy z prądem Jarynia przez całą fabułę i nie toniemy. Ta powieść wchłania, dosłownie. Niełatwo się od niej oderwać, choćby na moment, zwłaszcza jeśli interesuje nas temat słowiańskich wierzeń.
   "Na brzegu Jarynia" to nie tylko powieść o pomrokach. Opowiada też o demonach ludzi (m.in. Aniska). Moim zdaniem to raczej psychologiczne studium społeczeństwa żyjącego na granicy światów: ludzkiego i nadprzyrodzonego, nowoczesnego i dawnego, chrześcijańskiego i pogańskiego, dobra i zła. Mnogość poruszonych wątków i wielość możliwości interpretacji stanowi o jej niewątpliwym bogactwie. Niezaprzeczalnym walorem jest sposób ukazania bohaterów i wysunięcie nieżyjątek na pierwszy plan. Tym bardziej należy to docenić, biorąc pod uwagę czas powstania książki.
   Jedynym minusem powieści jest jej objętość. Żałuję, że nie ma tego więcej, bo chętnie na dłużej zanurzyłabym się w świecie przedstawionym przez Kondratiewa.
   Warto też zwrócić uwagę na piękne wydanie. Twarda okładka z nastrojowym obrazem sugerującym treść, bardzo wartościowym i pouczającym wstępem oraz co równie ważne - aneksem w postaci kartoteki demonów z ich omówieniem oraz porównaniem tych występujących w powieści. Borussia spisała się na medal.
   "Na brzegu Jarynia" A. Kondratiewa to pozycja godna uwagi dla słowianofila i osób zainteresowanych etnografią Kresów Wschodnich. Mnóstwo ciekawych informacji, wspaniała fabuła i niecodzienni bohaterowie. Warto poświęcić jej odrobinę czasu.

niedziela, 24 maja 2020

62) "Opowieści spod strzechy" Rafała Merskiego

   Słowiańska kultura, rodzima historia, przeszłość naszych przodków, zwyczaje i wierzenia żywe do dziś w nieco zmienionej formie... Świat wciąż skrywający przed nami swe tajemnice, choć powoli dobywane z mroków zapomnienia, oddzielane od zachodnich naleciałości. Jak to zrobić?
   "Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona bogów zapomnianych." Zorian Dołęga Chodakowski
   Tymi słowami zainspirował się Rafał Merski. Pisarz, publicysta, a przede wszystkim rodzimowierca i żerca postanowił opowiedzieć na nowo o pewnych aspektach wierzeń słowiańskich zachowanych w pamięci społeczności Europy Środkowo-Wschodniej i spisanych przez badaczy kultury. Swoje spostrzeżenia wydał w formie "Opowieści spod strzechy", podzielonych na trzy zasadnicze części, tj. opowieści ludowe, byliny i poematy doby romantyzmu.
   Opowieści ludowe zawierają zebrane opowiastki dotyczące słowiańskich stworów w życiu codziennym ludzi, np. wodnika, topielca, płanetnika, czasem zahaczając o bogów (tu na czoło wysuwa się Weles i jego zwierzęcy poplecznicy, np. wilki). Pierwsza część książki bazuje głównie na powieściach Jana Dekowskiego oraz Lucjana Siemieńskiego. Autor większość z nich opatrzył komentarzem, wyjaśniając niektóre zagadnienia związane z pomrokami, ich miejscem w kulturze, sposobem ich unicestwienia etc. Są one o tyle cenne, że pochodzą od osoby żywo zainteresowanej tematem.
   Byliny, druga część książki, skupia się na historiach bohaterów z okresu średniowiecza i późniejszych. Wybrane przez autora wywodzą się m.in. z Rosji, Ukrainy, co można poznać choćby po imionach postaci.

   Poematy doby romantyzmu zawierają fragmenty tychże utworów, m.in. R. Bermińskiego, N. Żmichowskiej i R. Zmorskiego, związane ze słowiańskimi zwyczajami.
   Pierwsza część "Opowieści spod strzechy" jest najciekawsza i opatrzona komentarzem od autora, pozostałe są tego pozbawione, co nieco je  przez to zubaża. Pokazują kulturę słowiańską przez pryzmat różnych epok i gatunków literackich.
   Opowieści ludowe cechują się raczej prostym językiem, dzięki czemu nawet laik odnajdzie się w prezentowanym materiale. Byliny i poematy polubiły się z licznymi powtórzeniami pewnych wersów, taka ich forma, jednak może to nieco nużyć podczas lektury.
   Do gustu przypadły mi owe komentarze autora oraz wstęp. Od razu widać, że Rafał Merski wie o czym pisze i jak wiele to dla niego znaczy. Wyszukane słownictwo, opisy bóstw i stworów to najmocniejsza część tej książki. Zaryzykuję i powiem, że najlepsza.
   Poważnym mankamentem "Opowieści spod strzechy" jest redakcja. Brakuje m.in. przecinków przed takimi słowami jak "ale", "lecz". Niektóre zdania zaczynają się od małej litery. Problemem są również liczne powtórzenia tego samego słowa w jednym akapicie, powielenia czasowników w jednym zdaniu (tu pewnie wkradł się chochlik z programu tekstowego, z którego korzystał autor). Jest to element, który odbiera przyjemność z czytania. Przed oddaniem do druku tekst powinien być ponownie przejrzany. 
   Książkę wydano w formacie z bardzo dużą czcionką, więc młodsze pokolenia czy osoby z dużą wadą wzroku nie będą miały problemu z lekturą. Myślę, że też dzięki temu jej przeczytanie zajęło mi ledwie parę godzin z przerwami. 
   Na uwagę zasługują także piękne ilustracje Judyty Widlińskiej, przedstawiające nasze rodzime biesy. Biało-czarne, delikatne, nastrojowe, klimatyczne. Świetnie pasujące do tego wydawnictwa.
   "Opowieści spod strzechy" Rafała Merskiego to taka książka ciekawostka dla pasjonatów kultury słowiańskiej, z którą można przyjemnie spędzić leniwe popołudnie. Polecam zwłaszcza uwadze czytelników komentarze autora, mogące poszerzyć wiedzę i zainspirować do dalszych, samodzielnych poszukiwań. 

Poniżej wybrane ilustracje z książki "Opowieści spod strzechy" na tle przydomowego skalniaka. Nic, tylko zachłysnąć się i szukać dalej korzeni rodzimej wiary w tych drobnych codziennych rzeczach jak powiedzonka, zwyczaje, gesty. W tym tkwi nasza tożsamość (by nikogo nie urazić, oczywiście mówię o osobach poczuwających się do bycia Słowianami).