Recenzje tematycznie

niedziela, 29 marca 2020

57) "Starożytny Egipt w poezji polskiej.Od Biernata z Lublina do Macieja Zembatego" Leszek Zinkow

   Starożytny Egipt to nie tylko pole do popisu dla historyka, archeologa czy egiptologa. Kemet był i jest inspiracją również dla artystów. Najbardziej znane motywy związane są z przemysłem filmowym z mumią w tle (mniej i bardziej udane próby zaadaptowania tego wątku), muzycznym, np. w operze oraz ze współczesną popkulturą oraz niezgłębioną rzeszą prozy od samej starożytności po dziś. Mamy w czym przebierać i wybierać, ale gdy przychodzi, co do naszego rodzimego podwórka to już nieco trudniej się odnaleźć, ale można wyłowić piękne perełki. Warto pamiętać, że literatura to nie tylko proza, ale i poezja, muza słowem natchniona, co rymem wersy życia plecie. Naprzeciw temu wyzwaniu wyszedł nie kto inny jak sam Leszek Zinkow, znawca dziedzictwa antyku, autor wielu cenionych publikacji dot. spuścizny kulturowej Egiptu w Polsce. "Starożytny Egipt w poezji polskiej" ma za zadanie wypełnić lukę w piśmiennictwie naukowym.
   Autor w swojej książce wziął na warsztat poezję od renesansu do czasów współczesnych, dobierając utwory tak, by rzeczywiście opowiadały czytelnikowi o Egipcie lub motywach ściśle z nim związanych, bez żadnych luźnych dywagacji. Praca nad tym zagadnieniem na pewno nie była łatwa, ale zaowocowała zbiorem naprawdę dobrze wyselekcjonowanych utworów.
   Książkę rozpoczyna blisko 80-stronicowy wstęp z dokładnym omówieniem zainteresowania starożytnym Egiptem przez wieki w ogólnoświatowej kulturze. Śmiem nazwać to mini kompendium wiedzy na ten temat. To wiele ciekawostek, niezwykle rozbudowane przypisy, które są bezcennym uzupełnieniem. Następnie występuje wybór tekstów, posegregowanych chronologicznie i według autorów. Każdy utwór poetycki poprzedza krótki biogram poety, skupiający się głównie na jego powiązaniu z Egiptem, krótkie wspomnienie o utworach tylko korzystających z motywów egipskich i przytoczenie właściwych tekstów. Każdy wiersz opatrzono wyczerpującymi przypisami. Tak naprawdę to one służą za komentarz, bo jako takiej uwagi co do treści w litym tekście nie ma. Myślę, że to błąd, który nieco umniejsza wartość tej pozycji. Przydałoby się chociaż słowo od autora książki co do treści wiersza, choćby krótka interpretacja. Mimo to, przypisy rekompensują tą drobną niedogodność.
   Zarówno wstęp, jak i przypisy są utrzymane na jak najwyższym poziomie merytorycznym, a jednocześnie napisane przystępnym językiem, przez co lekturę czyta się naprawdę przyjemnie. We wstępie zawarto podstawowy wykaz literatury przedmiotu, który, niestety, nie wyczerpuje tematu. Brakuje tu zbiorczej bibliografii, która zebrałaby również literaturę wykorzystaną do przypisów w drugiej części książki. Jej brak nieco ogranicza pole manewru dla dociekliwego czytelnika, który chciałby sięgnąć do konkretnej pozycji po dłuższym czasie od zakończenia tej lektury, a szukanie konkretnego przypisu może nie tylko utrudnić zadanie, ale i zniechęcić.
  Sądzę, że "Starożytny Egipt w poezji polskiej" jest godną uwagi lekturą dla każdego zakochanego w historii Kemet. Przytoczone tu wiersze Asnyka czy Słowackiego potrafią  chwycić za serce, wzruszając i inspirując. Szkoda, że pominięto zbiorczą bibliografię i jeden konkretny komentarz do każdego utworu.
   Jest to pozycja dla każdego zainteresowanego historią literatury lub wykorzystaniem starożytnych motywów w kulturze. Jeśli to lubicie, to jest to książka dla Was.


niedziela, 22 marca 2020

56) Psijaciel, czyli "O psie, który wrócił do domu" W. Bruce Cameron

   Gdy ktoś kocha zwierzęta, wszelkie filmy czy książki z nimi związane zazwyczaj wzruszają, odwołując się do emocji, często skrajnych, tzn. od bezgranicznego szczęścia po chwile cierpienia, co angażuje widza bądź czytelnika i niejako zmusza do nawiązania zażyłości z bohaterami.
   W. Bruce Cameron jest znany z kilku powieści o psach, które zostały nawet zekranizowane, jak np. "Był sobie pies" itd. Tym razem autor pokusił się o wielce wymowny tytuł "O psie, który wrócił do domu". Już na jego podstawie jesteśmy w stanie przewidzieć fabułę książki. Całości dopełnia opis na tyle okładki. W skrócie: Lucas chłopak w niełatwej sytuacji życiowej, jest cichym bojownikiem o dobro zwierząt. Dokarmia koty z naprzeciwka, dogląda je, pomaga odpowiednim służbom wyłapać je, by mogły zostać adoptowane przez nowe rodziny. Pewnego dnia w ten sposób znajduje samotne szczenię wśród kotów. Miłość od pierwszego wejrzenia. Matka chłopaka, wbrew początkowym obawom, cieszy się z nowego członka rodziny. Problem pojawia się, gdy młodzieniec swoimi wyczynami naraża się deweloperowi i pośrednio blokuje mu inwestycję budowlaną. Jak świat światem, pieniądze i znajomości nim rządzą, a szczeniak, zapewne mieszaniec, trudny do zakwalifikowania, zostaje uznany za pitbulla, rasę zakazaną w Denver. Lucas, chcąc ratować psa, musi go stamtąd wywieźć i się przeprowadzić. I tu zaczyna się główna akcja, gdy pies i jego ukochany pan muszą się czasowo rozstać. Jednak odległość nie ma znaczenia dla zwierzaka. Pragnie miłości swego człowieka, lojalny, rozpoczyna powolną, wielokilometrową wędrówkę, mocno rozłożoną w czasie.
   Co spotka psa, piękną Bellę? Co w tym czasie stanie się z jej panem? Jak potoczą się ich losy? Nie zamierzam aż tak spoilerować, ale myślę, że sam tytuł opowie Wam o zakończeniu książki.
   Prawie 400 stron przeczytałam w jeden dzień w ciągu kilku godzin. Dlaczego? Powieść została napisana prostym, lekkim językiem z licznymi powtórzeniami typu: "grzeczna sunia", "do domu", "do pracy", "mały kawałeczek sera". Świat przedstawiony widziany oczyma Belli, suczki znalezionej przez Lucasa, przeplatany dialogami ludzkich bohaterów, których pies i tak nie rozumie. Psi narrator wydawałby się czymś innowacyjnym, wprowadzającym powiew świeżości i możliwość poznania głębi zwierzęcych myśli. Pozory mylą. Bella myśli prosto, powtarzając wiele własnych kwestii. Owszem, kocha swego pana, opiekuje się słabszymi, pociesza ludzi, wyczuwa zbliżające się ataki padaczki, umie rozróżnić woń swego miasta z dala od domu, jest bezgranicznie lojalna i dobra. Wzbudza pozytywne emocje, wzrusza. Jej podróż budzi czytelnika emocjonalnie, jego serce i każe ją dopingować, mocno trzymając kciuki. Jest dobry pomysł na bohaterów, jest morał, jest hierarchia wartości... Jednak czegoś brak, może logicznego zachowania u ludzi i ich przemyślanych decyzji, może ukazania psów jako więcej rozumiejących z naszych rozmów i zachowań, bardziej inteligentnych. Czuć niedosyt.
   Książka porusza ważne problemy, jak sytuacja weteranów wojennych, rynek pracy bez znajomości, możliwość adopcji zwierzaka ze schroniska oraz ukazanie zwierząt jako kochających, cudownych istot. Jednak w tym wszystkim czuć pewną przewidywalność, oklepane schematy, ubrane w nieco inne słowa i obrazy. Nieco się rozczarowałam, bo oczekiwałam po tym pisarzu czegoś więcej.
   Plus dla autora za poruszenie tematu pitbulli (a szerzej, wszelkich ras bullowatych). Powszechnie uważa się je za niebezpieczne, zawzięte, złośliwe. To nieprawda. To rasa dla osób silnych, z charakterem, które chcą i potrafią pracować z psem, mają czas na jego codzienne szkolenie, spacery i zabawy, a przede wszystkim całe złoża miłości. Pitbulle kochają całym swoim jestestwem, dla swoich domowników są potulne i łagodne, szukają możliwości przytulenia, wpakowują się na kolana same i domagają się miziania za uszami, uwielbiają spać na plecach i chrapią przy tym jak stary traktor. Jedno spojrzenie tych słodkich oczu i przepadasz, a przy uśmiechu kolana same się uginają. Ich nie da się nie kochać. Jeśli tylko przedstawiciel tej rasy trafi do dobrej rodziny, będzie prawdziwym pupilem, najkochańszą istotą na ziemi. Pamiętajmy jednak, że nie każdy pitbull ma tyle szczęścia. Wciąż pokutują stereotypy o ich agresji i udziale w walkach psów. Ile z nich umiera w pseudohodowlach? Ile z nich siedzi za kratami schroniska, bo zostawił je właściciel, który wziął je tylko dla szpanu, a nie przemyślał swojej decyzji? Człowiek idzie dalej, a pies ma złamane serce. I jedyną bestią jest tu człowiek, bo pitbulle mogą jedynie zalizać i zatulić na śmierć. To człowiek prowokuje, wzbudza agresję i często specjalnie tak traktuje psa, by ten się bronił. A dzieci? Niech najpierw rodzice nauczą swoje dzieci szacunku do zwierząt i je kontrolują, bo często to one, może nawet nie do końca świadomie, krzywdzą zwierzaki, np. ciągnięciem za uszy czy ogon, wsadzaniem palców do oczu, nie wspominając już o tak małych istotach jak chomiki. Masz dziecko? Pilnuj je, a nie miej pretensji, że pies (czy inne zwierzę) się bronił. Zwierzęta najpierw ostrzegają, że coś im nie pasuje, boli je, a dopiero w ostateczności atakują (a raczej bronią się).
   "O psie, który wrócił do domu" Camerona, uczy nas, by kochać i ufać naszym braciom mniejszym i nie pozwalać ich krzywdzić.
  Książka sama w sobie jest bardziej młodzieżowa, nieco banalna, nadaje się na kilka godzin pochmurnego dnia. Czytając ją, myślałam o moich psich przyjaciołach. Wiem, że w takiej sytuacji poszłabym za nimi w ogień i tak łatwo bym się nie poddała. Każdemu życzę takich przyjaciół jak Bella i mój rudy bullowaty skarb, za którego oddałabym życie.

wtorek, 10 marca 2020

55) Przeszłość słowem malowana, czyli "Popiel" Witolda Jabłońskiego


  
Świat słowiańskich wierzeń i legend wciąż czeka na odkrycie swoich tajemnic przez badaczy. Nie mam na myśli tylko naukowców. Przede wszystkim chodzi o dotarcie do szerszego kręgu społeczeństwa i tu najważniejsze zadanie dla twórców gier, filmowców i pisarzy. Przetworzenie dawnej kultury na bardziej współczesny obraz i język, łatwiejszy w odbiorze. Łatwiejszy nie znaczy gorszy, po prostu dostosowany do dzisiejszych odbiorców. Zadanie to jest najeżone pułapkami w postaci interpretacji znanych wątków, łączenia ich z mało znanymi źródłami i faktami historycznymi, ożywiania legendarnych postaci i dodania do świata przedstawionego czegoś od siebie.
   Na polskim rynku wydawniczym mnożą się tytuły powiązane ze Słowiańszczyzną, ponieważ ta problematyka zyskała zainteresowanie, a zgodnie z prawem ekonomii - popyt wywołuje podaż. W natłoku tytułów pojawiają się zarówno pozycje słabe, jak i dobre. Problemem jest wyłuskanie z tego perełek. Jak najłatwiej sobie z tym poradzić? Jedną ze wskazówek może być nazwisko autora.
   Uważam, że jednym z najbardziej utalentowanych, a przy okazji najbardziej solidnych i dokładnych (mając na uwadze źródła pisane) polskich pisarzy jest Witold Jabłoński, znany m.in. z "Darów bogów" i cyklu o Witelonie. Niejednokrotnie udowodnił już, że obok znakomitego warsztatu ma ogromną wiedzę.
   Jego najnowsza powieść "Popiel" to jak mówi sam autor: "wielowątkowa epopeja osnuta na bogatym tle rodzimych podań, mitów i baśni". Dotyczy ona okresu kształtowania się narodu Polan. Narratorem jest postać Wędrowca, być może bajarza, będącego pod opieką Welesa, który daruje wiedzę, pozwala widzieć i pamiętać przeszłe czasy, by wspomnienie o nich nie zaginęło. Rysuje on przed słuchaczami baśń przeszłości o wiekach minionych, rozpoczynając swą powieść od władcy Antów i jego ulubienicy Manasy, która powija mu dwóch synów, Lecha i Kraka. Życie czeka ich niezwykłe, pełne wzlotów i upadków, na odległych ziemiach. Być może ten element metaforycznie tłumaczy wędrówkę Słowian. Wędrowiec na tym nie poprzestaje, kontynuując swą historię wokół synów Anta, przedzierających się przez nieznane ziemie, ku współczesnej Kruszwicy i Wawelowi, zaznaczając istnienie plemion Goplan i Wiślan. Gopło i Wisła... niewyczerpalne źródło inspiracji do powstawania podań i legend. Bajarz snuje swe bajanie o potomkach Lecha i Kraka, nie wystrzegając się prawdy o rodzinnych konfliktach, dworskich intrygach, ciemnych magicznych praktykach, pełni nienawiści, okrucieństwa i cierpienia. Zło równoważy dobrem, podając przykłady dozgonnej przyjaźni, miłości, gotowości do poświęcenia, czystości serca czy szczerości.
   Tytułowym bohaterem książki jest Mysi Książę, Popiel, zrodzony wśród popiołów swoich przodków, zostawiający po sobie zgliszcza, biedę, strach i łzy. Autor go nie ocenia, daje czytelnikowi wolną rękę, pokazując go w różnych sytuacjach, zarówno jako potwora, jak i ujawniając jego bardziej ludzkie oblicze. Popiel kocha i nienawidzi, jest przebiegły, bystry, oczytany i piekielnie inteligentny. Krok po kroku udowadnia swoją wartość, próbując dorównać wymaganiom ojca na swoich własnych zasadach. Mimowolnie staje się ofiarą manipulacji matki i gier między rodzicami. Dzieciństwo odciska na nim swe piętno, skutkując tym, co znamy z legend.
   Na jednym Popielu ta powieść się nie kończy. Pojawia się całe mrowie legendarnych postaci takich jak: Krak, Wanda, Piast, Rzepicha. Każda z nich ma swoją historię i niezwykły charakter, umiejętnie odmalowany na kartach książki. Autor każdego ciemnego bohatera równoważy jasnym, np. Welinda - Wesna, Popiel - Piast, Jaga - Rzepicha, Skrzek - Madej. Działa to w znakomity sposób, uruchamiając w czytelniku porównanie do baśni. Wracając do meritum, pośród tylu imion na szczególną uwagę zasługuje banda skrzatów Madeja, zbiór osobowości, niby prostych, ale poczciwych, lojalnych, szczerych i wytrwałych, godnych zaufania. Prawdziwych przyjaciół Kraka. Najwięcej zamieszania wywołuje za to Leszek, młodszy syn władcy Krakowa, niecieszący się zbytnim zainteresowaniem płci przeciwnej, ostrożny, rozsądny, wszędzie wietrzący spisek. Wzbudza mieszane uczucia. Raz empatię i współczucie, innym - niezrozumienie, złość i frustrację. Jeden z ciekawszych obrazów ludzkiego charakteru odmalowany przez Jabłońskiego (zwłaszcza biorąc pod uwagę wpływ obcych kobiet, tj. spoza rodziny).
  Witold Jabłoński w zgrabny i przemyślany sposób łączy znane powszechnie podania i legendy, bez logicznych zgrzytów i nieścisłości. Każdy szczegół rozpatruje drobiazgowo. Poruszone wątki współgrają ze sobą, tworząc jednolitą i realną całość, uzupełniając się wzajemnie, np. łącząc Krakusa i Leszka z historią postrzyżyn Ziemowita. Któż pomyślałby o innym rozwiązaniu niż podane w "Starej Baśni" Kraszewskiego? Autor nie idzie na skróty i stara się wydobyć z legend słowiańskie iskierki, przykryte głęboko pod kurzem stuleci. Dzięki temu nowy wydźwięk zyskuje m.in. Nija i wzgórze Orle Gniazdo, mit o żywej wodzie i jabłoni związany z Dziewanną, historia Koła Dziejów i sekrety Piasta, niezwykłe losy rodu Wiślan uosobionych w wodnikach i rusałkach, legenda o smoku wawelskim i dzielnym szewczyku Zgubie (a nie Dratewce), postać Wandy co Niemca nie chciała i do rzeki się rzuciła, mysi element poskromienia Popiela etc. To tylko kropla w morzu tego, co porusza i tworzy pisarz.
   Czytając "Popiela" wracamy do czasów dzieciństwa, ale mając podany produkt dla dorosłych, nie bojący się trudnych tematów, często zaserwowanych w bezpośrednich słowach. Autor nie lęka się przelewu krwi, wojennych okrucieństw, naruszania niewieściej czci, kpienia z bogów czy przedstawienia ludzkiej natury w pełnej krasie. W. Jabłoński maluje swe dzieło pełną paletą barw, nie ograniczając się w ich mieszaniu, będąc w pełni świadomym swego pomysłu i zamierzonego efektu końcowego. Wzrusza, bawi, frustruje, doprowadza do wściekłości i chwil radości pełnych romantyczności. Pełna gama emocji. Jako czytelnicy zapominamy o świecie zewnętrznym, wnikając w tak dobrze znany sobie świat, jednak bez różowych okularów, oglądając go na nowo, z rosnącą ciekawością. Ten pisarz potrafi zaintrygować i wie jak to osiągnąć.
   Tą powieść cechuje niezwykły styl Jabłońskiego, do którego mam słabość. Jak wspomniałam, on maluje słowem, tworząc prawdziwe krajobrazy uczuć i przestrzeni. Dzikie puszcze, górskie okolice Tatr, piękne zakola Wisły, dostojny Wawel, łąki dookoła Gopła... to ta wczesnośredniowieczna Słowiańszczyzna, która buzuje w naszych sercach, gdzieś w ukryciu i tylko czeka na odkrycie. Jednak nie dajcie się zwieść, piękne opisy to nie wszystko. Atutem książki są także naturalne dialogi, dostosowane do poziomu bohaterów o zróżnicowanym języku i sposobie wysławiania się oraz humor, gdy można pozwolić sobie na nieco lżejszą atmosferę. To m.in. inteligentne zagrywki, które urozmaicają lekturę i pozwalają na dobrą zabawę, np. w formie forteli postaci.
   Dlaczego warto przeczytać "Popiela"? Moim zdaniem nawet ze względu na wiedzę autora. W posłowiu daje on jasne odpowiedzi co do źródeł swoich inspiracji, które stanowią dokumenty średniowieczne, ale i młodsze (nawet XIX-wieczne). Wspomnieć należy również, że pokrótce objaśniono tam niektóre wątki w oparciu o wierzenia słowiańskie. Mówiąc krótko: to ciekawe i godne zapoznania. Chętnie przeczytałabym więcej takich wynurzeń W. Jabłońskiego.
   W przypadku tej książki mam tylko jedno "ale". Za krótko. Chciałabym więcej i więcej. Czemu? Argumenty powyżej.
   "Popiel" Witolda Jabłońskiego to powieść wielowątkowa, łącząca w sobie wiele znanych podań, legend i mitów związanych z państwem Polan, a raczej jego tajemniczymi początkami. Każdy element układanki został przemyślane wystrugany, by z resztą pełnił harmonijną całość. Te historie wzajemnie się uzupełniają, okraszone przy tym magią autora, zaklinającego czasoprzestrzeń. Prawdziwy wysłannik Welesa! Bohaterowie są żywi, pełni. Nie są marionetkami. Sami podejmują decyzje, ponoszą ich konsekwencje, mają wątpliwości. Cierpią i cieszą się. To nie sielanka, a życie wśród dworskich konfliktów i walka o przetrwanie. I taka jest ta książka. Bezpośrednia, prawdziwa, tętniąca życiem, buzująca krwią w żyłach Słowian, wznosząca okrzyki wojenne i ciszę ukojenia. Autor nadał temu, co znane, coś od siebie, przedstawił ten świat inaczej, barwniej, bardziej intrygująco. W tym tkwi siła tej powieści. "Popiel" interpretuje na nowo nasze korzenie, nie bojąc się konfrontacji chociażby z książką Kraszewskiego. Przemawia własnym głosem, słowiańskim, rodzimym. Pragnie obudzić w nas to, co uśpione, a może zagubione. Własną tożsamość.
   Gdzieś wśród tych ruin przeszłości biegają nasze dziecięce wspomnienia, odkrywając na nowo ten świat. Po co uciekać od korzeni? Ich zrozumienie daje szansę na poznanie siebie, wniknięcie w swoje otoczenie i odnalezienie swego miejsca na ziemi.
   Witold Jabłoński poprzez "Popiela" udowadnia swój welesowy kunszt, porywając swym głosem bajarza kolejną duszę (posłuchajcie go na żywo, a przekonacie się, co mam na myśli). To powieść godna polecenia i obowiązkowa dla każdego zainteresowanego rodzimą historią. 
Chodźcie za Wędrowcem, niech Was prowadzi!
Sława!

niedziela, 1 marca 2020

54) Słowianie nie gęsi i swoją mitogię mają... Tadeusza Linknera "Słowiańskie bogi i demony"

   Historia historią, a literatura literaturą, ale jedno może czerpać z drugiego i to garściami. Najlepszym tego przykładem jest opracowanie spuścizny zapomnianego już dzisiaj nieco Bogusława Trentowskiego przez Tadeusza Linknera w "Słowiańskie bogi i demony".
   Tadeusz Linkner to polonista, profesor, naukowiec zajmujący się literaturą Młodej Polski, historią mitologii słowiańskiej w literaturze. Osoba przygotowana merytorycznie i metodycznie do niezwykle trudnej pracy, bo przebrnięcie przez pisma Trentowskiego, XIX-wiecznego badacza Słowiańszczyzny, nie tylko te publikowane i znane, ale przede wszystkim odręcznie pisane księgi, które druku nigdy się nie doczekały.
   "Słowiańskie bogi i demony" to tak naprawdę zestawienie lokalnych bóstw z podziałem na niebiańskie, wodne i piekielne z dodatkiem w formie krótkiego opisu miejscowych herosów i demonów. Niektóre postacie są szerzej omówione wraz z cytatami z Trentowskiego, innym razem mamy ledwie parę zdań. Najciekawszą częścią książki jest rozdział o roku Słowian i ich obrzędach. Ukazują one jak wiele chrześcijaństwo wschodnioeuropejskie przywłaszczyło sobie z wierzeń pogańskich, mianując własnymi nazwami. Tak naprawdę wszystkie ważniejsze święta jak Wielkanoc, Boże Narodzenie czy Zielone Świątki mają lokalne korzenie i lokalne zwyczaje. Pisząc "lokalne" mam na myśli słowiańskie. Nawet słowo "kolęda" ma zabarwienie pogańskie, bo wywodzi się z imienia bóstwa, które właśnie 24 grudnia obchodziło swoje święto. Podobnie jest ze święceniem potraw na Wielkanoc, dzielenie się jajkiem czy opłatkiem, wkładanie sianka pod obrus czy zostawianie pustego talerza na stole, palenie zniczy na grobach, topienie Marzanny i prima aprillis, a nawet andrzejki.
   Ta książka uzmysławia jak wiele rzeczy nam umyka z powodu niewiedzy, jak łatwo dać się zmanipulować i wykorzenić, jak łatwo wmówić nieprawdę i przypisać sobie zasługi innych. "Słowiańskie bogi i demony" prezentują stan wiedzy XIX-wiecznego badacza, ale zawarta w nich treść  pokazuje jak wiele nam dziś jako ogółowi społeczeństwa uciekło. Mimo lepszego dostępu do technologii czy wyników badań naukowych większość pozostaje na to obojętna. Szkoda, bo to właśnie wiedza i zakorzenienie się we własnej historii i kulturze daje pewną ostoję, buduje tożsamość. 
   Książka jest napisana trudnym językiem, nieco archaizowanym. Nazwy bóstw są mocno zrusyfikowane, odmienne od dziś używanych w nauce, co utrudnia odbiór treści i sprawia, że trzeba się skupić na treści i analizować każde zdanie. "Słowiańskie bogi i demony" nie należą do lekkich lektur, które wciąga się w mig. Mimo niewielkiej objętości, trzeba poświęcić im trochę czasu.
   Autorowi, Tadeuszowi Linknerowi, należy się podziw za tak wnikłą analizę źródeł i wykrycie m.in. plagiatu Joachima Szyca, który podpisywał się pod słowami Trentowskiego, korzystając z faktu przebywania na terenie kraju i dysponowania możliwością szybszego wydania druku. Jestem pewna, że praca Linknera nad tą książką nie była łatwa, ale wielce pożyteczna.
   Ta lektura bardzo podoba mi się pod względem treści, która otwiera oczy na nasze dziedzictwo kulturowe. Rozdział o słowiańskich obrzędach powinien być obowiązkowy w szkołach. I nie, nie chodzi tu o odchodzenie od chrześcijaństwa i krzewienie rodzimowierstwa, ale o oddanie hołdu prawdzie, uzmysłowienie dzieciom ich korzeni i zaszczepienie szacunku wobec historii i przodków.
   Polecam z czystym sumieniem każdemu, kto jest ciekaw własnych korzeni. Warto poświęcić tej książeczce choć chwilę, bo zmusza do refleksji o życiu i świecie.

niedziela, 16 lutego 2020

53) Śladami Leszego, czyli "Czas cieni" Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek

   Ach, co to była za przygoda! Magdalena Zawadzka-Sołtysek w drugim tomie "Śladów Leszego" pt. "Czas cieni" zafundowała czytelnikom zabawę na najwyższym poziomie. Jak to osiągnęła?
    Jest to książka z pogranicza fantastyki i obyczajówki. Mamy elementy świata nadprzyrodzonego i ludzkie dramaty, a wszystko ze sobą szczelnie powiązane. Czas akcji autorka osadziła w okresie wczesnego średniowiecza na terenie osady Krukowiec, leżącej nieopodal puszczy i bagien okalanych rzeczką Wesołą. 
   Główną bohaterką powieści jest Gniewicha, starsza matrona, pulchna, o kaczym chodzie i trudnym charakterze. Ma "złote palce". To najlepsza tkaczka w okolicy. Potrafi wyczarować prawdziwe cuda z materiałów dostarczanych z grodu. Życie z niej drwi, co rusz podtykając pod nogi kłody. Straciła męża, który zaginął gdzieś w puszczy, spotyka się z lekceważącym podejściem sąsiadów. Opryskliwość, złośliwość i samotność stają się jej fortecą, skorupą, w której się zamyka. Dla własnego spokoju. Mimo tego, gdzieś w głębi duszy wciąż przejawia iskierki człowieczeństwa, dobrego serca. W "Śladzie wody" pod swój dach przygarnia wioskowego głupka, młodzieńca niepotrafiącego mówić, a jedynie wydawać zwierzęce dźwięki, Korzenia. Daje mu dom, strawę i odzienie, a może przede wszystkim swoją uwagę. Nie ocenia go. Może stał się dla niej jak syn? Ich więź jest niezwykła. Jedno za drugim poszłoby w ogień, choć za żadne skarby świata by się do tego nie przyznali. Ponadto kobietę cechuje trzeźwe myślenie, zdroworozsądkowe podejście. Tam, gdzie inni tracą głowę, ona zachowuje zimną krew. Ocenia i analizuje. Rzadko podejmuje ryzyko, ale zdradzę Wam, że jak już się go podejmie, to ma smykałkę do krztyny szczęścia. Jest inteligentna, wie więcej niż sądzą jej sąsiedzi, bo uważnie obserwuje. Ponadto życie nauczyło jej tego i owego, a ona wyciąga z tego wnioski i nie popełnia ciągle tych samych błędów. Gniewicha to jedna z moich ulubionych postaci.
   "Czas cieni" przybliża nam też innych mieszkańców osady. Są to, jak już wspomniałam, Korzeń, rodzina cieśli oraz kowala, młoda wdowa Żywia, szeptucha Czarucha, żerca Dobrowit i jego gosposia Czajka oraz córka kowala Świstunka. Jest też mrowie pomniejszych postaci, lecz ich czas widocznie nastanie później na lepsze zapoznanie się z czytelnikami. Ach, zapomniałabym o najważniejsze bohaterce tej powieści. Koza!!! Tak, najprawdziwsza koza, Osetka, pupilka Świstunki i utrapienie wioski. Typowa mordoklejka, która ciągle musi coś mielić w pysku, nieważne czy słomę czy obrus. I nieważne gdzie. Potrafi dokazać. Jednak nie to czyni z niej ciekawą postać. Osetka umie odwzajemnić przyjaźń, troskę i poświęcenie. Na podstawie więzi kozy i dziewczynki autorka ukazuje siłę tego rodzaju uczucia, a przede wszystkim to, że zwierzę to członek rodziny, któremu również należy się szacunek.
   Bohaterowie swoją drogą, ale co z akcją? Sam tytuł serii "Ślady Leszego" wskazuje, że to Leszy gra główne skrzypce. Pisarka ujawnia jego ciemną stronę. Skłonny do psot, także tych odbijających się ciężką czkawką mieszkańcom Krukowca. Na wodnej pannie ich nieszczęścia się nie kończą. Ginie młody chłopak, a tymczasem w okolicy zaczyna grasować krwiożerczy potwór, któremu nie wystarczy tylko zwierzęca krew. Na okolicę pada blady strach, a wszystko to w tle magicznego czasu dziadów, gdy ma dojść do spotkania żywych i umarłych. Żerca swoje, ludzie swoje. Kto ma rację?
  Krew, zabójstwa, ataki bestii. To tylko wierzchołek góry lodowej. Czemu? Tak naprawdę każdy mieszkaniec osady boryka się z własnymi demonami. Przemoc w rodzinie, wstydliwe związki, niechciana ciąża, samotność, zdrada małżeńska, alkoholizm... Problemy świata minionego i współczesnego wcale tak bardzo się nie różnią. Magdalena Zawadzka-Sołtysek ukazuje je bardzo realnie. Jej opisy są bardzo naturalne, pełne prawdziwego życia. Upiory, które widzimy, często są w nas samych bądź przyzwalamy, by żyły, bo nie mamy siły lub nie chcemy przerwać ich działań.
  Ta książka pełna jest metaforycznych znaczeń, choć ukrytych pod niebanalnym humorem, wymyślnymi przekleństwami bohaterów, dynamiczną akcją i ciekawymi kreacjami bohaterów. Autorka pokazuje jakie jest życie i co w nim jest ważne, dla czego i kogo warto walczyć i się starać.
   "Czas cieni" ujmuje także warstwą językową. Swojskie imiona, nazwy świąt i sprzętu codziennego użytku, a przede wszystkim cudowna gwara. Od razu robi się cieplej na sercu, bo odnosi się wrażenie, że jesteśmy w domu, wśród swoich. Nie ma górnolotnych, pompatycznych i sztucznych wypowiedzi. Tu prym wiedzie naturalność. Najbardziej imponujące fragmenty pod tym względem to rozmowa Gniewichy z Żywią o koszmarach młodej wdowy i kłótnia Gniewichy z Jemiołem. Realne, bezpośrednie, nieco grubiańskie, ale właśnie tak reagują ludzie pod wpływem silnych emocji.
  "Czas cieni" to też świetnie opisy przyrody. Tu natura współgra z akcją i chyba podporządkowuje się zamyśleniom Leszego. Raz wydaje się łaskawa i dobrotliwa, innym - złowieszcza i niebezpieczna. Autorka tak plastycznie odwzorowuje świat, że czytelnik przenosi się do niego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Odczuwa wiatr i chłód jesiennej zawieruchy, zimny deszcz na dwulicowych bagnach, ciepłe promienie słoneczne okalające twarz, podmuch wietrzyku na łące, trzask ognia, zapach podpłomyka i ciepłej strawy. Świat wykreowany przez Zawadzką-Sołtysek tchnie życiem, jest pełen barw, ale trzeba umieć je dostrzec nawet w drobnym geście czy szczególe otoczenia. Wystarczy uważnie obserwować.
   Główną zaletą książki jest jej słowiańskość. Rodzime stworza atakują z każdego zakątka. To nie tylko Leszy czy upiór, wąpierz czy rusałka, to także opiekunowie domowego ogniska jak domowik, który pilnuje spokoju swego obejścia, chroniąc go i swoich gospodarzy od złego. "Czas cieni" skupia się na obrzędzie dziadów, ale zdradza też podejście mieszkańców do uroków rzucanych przez ciężarne i sposobach ich odpędzenia, zasady walki z wąpierzem czy inną pomroką. Krukowiec oddycha słowiańskością, zapraszając do życia codziennego, społecznego, a nie tylko religijnego. Tu te aspekty przeplatają się, tworząc jednorodną całość.
   "Czas cieni" czyta się szybko i przyjemnie. To lektura wciągająca od pierwszej strony aż do ostatniej na dobrych kilka godzin. Potem czytelnik budzi się ze "snu" i dziwi się, że za epilogiem nie ma już nic więcej i znów musi czekać na kolejne tomy. To jedyny minus. Za krótka. Powieść nie tylko bawi, ale i uczy. O życiu, o przeszłości, o tym jak radzić sobie z problemami, o tym, że warto docenić naszych mniejszych przyjaciół, nie przechodzić obojętnie obok nieszczęścia drugiej osoby. Pokazuje życie wczesnośredniowiecznej osady na Słowiańszczyźnie ze wszystkimi wadami i zaletami. Ta książka ujmuje swoją autentycznością, tj. bohaterów, opisów, sytuacji. Jest książką, obok której żaden słowianofil nie przejdzie obojętnie. Warto, po stokroć warto!
   Autorka ma wiedzę i umiejętności, które potrafi przekuć w słowa lekkim piórem, czarując czytelników i zapraszając w podróż w minione czasy. Mam nadzieję, że będę mogła powędrować jej tropem jeszcze niejeden raz. "Ślady Leszego" to podróż na lata, zatem rezerwujcie sobie miejsca u Magdaleny Zawadzkiej-Sołtysek. Gwarantowane najlepsze miejsca i widoki, prawda życia przy niej zakole Was w oczy. Ruszamy ku przygodzie!
Sława!

niedziela, 9 lutego 2020

52) O magii lasu, czyli "Strażnicy Starego Lasu. Biała wieża" Grzegorza Gajka

   Często zastanawia mnie, czemu tak skrzętnie rozdziela się literaturę na kategorie wiekowe, choć pewne pozycje mają płynną granicę, bo są tak uniwersalne, że powinny podejść każdemu czytelnikowi. Jedną z takich powieści, moim zdaniem, są "Strażnicy Starego Lasu. Biała wieża" Grzegorza Gajka. Zalicza się ją do fantastyki młodzieżowej. Zgodzę się z tym pełną gębą, dodając magiczne "słowiańską", co do określenia "młodzieżowa" bym dyskutowała, bo w jej szuwarach odnajdą się i młodsze dzieci i całkiem dorośli ludzie.

   Przejdźmy jednak do rzeczy. O czym opowiada ta książka? O tym wszystkim, co dzieje się dookoła nas, ale przyobleczone w formę metafor, świetnych zwrotów akcji i nieprzeciętnych pomysłów. Nad Stary Las przybywa mlecznobiała mgła, niezależna od pory roku, dziwna, upajająca się zgnilizną, chorobą, złem... skrzętnie skrywająca swe tajemnice i atakująca florę oraz faunę bez ostrzeżenia, powoli zabijająca życie... Wśród mieszkańców kniei rodzą się domysły, co do jej pochodzenia. Najmędrsze głowy dedukują, że może wywodzić się od znienawidzonego plemienia ludzi, którzy niszczą to, czego się dotkną. Któż nie chciałby bronić swego domu? Społeczność lasu szykuje się do walki, zbroi i szuka sprzymierzeńców, lecz czy na pewno to ludzie są przyczyną mgły? Czy ich magia może być aż tak silna? Wiary temu nie daje leśny strażnik, samotnik, Lelek Olszybor, leszy. By wyjaśnić ową zagadkę, udaje się w podróż, do źródła. Po drodze natyka się na dzielnego i małego skrzata Fafkela, ludzkiego tropiciela i złodziejaszka Mojmira oraz leszą zielarkę Modraszkę, córkę jednego z władców Matecznika. W czwórkę będą starać się wyjaśnić owe tajemnicze zjawisko, sekret upadłych gwiazd oraz zagadkę odwiecznej walki dobra ze złem...
   Miejscem akcji powieści jest Stary Las, tzw. Pojezierze, dalekie krainy Północy, gdzieś w okolicach morza. Być może autor inspirował się topografią Polski i krajów skandynawskich. Swoje przypuszczenia opieram na nazewnictwie miejsc i bohaterów oraz opisach krajobrazu. Czas akcji jest bliżej nieokreślony, choć celowałabym na czas krótko przed lub na samym początku Wielkiej Wędrówki Ludów, gdyż wspomina się o początkowych migracjach ludzi ze Wschodu.
  Jednym z głównych bohaterów powieści jest wspomniany już leszy Lelek. To samotnik żyjący w Starym Lesie, będący jego strażnikiem przed złem wszelakim. Można by rzec, młodzieniec, lekko skonfliktowany ze swoją rodziną ze względu na poglądy dotyczące roli leszych, wojny i pokoju. Samodzielny, pracowity, troskliwy, wiecznie zamyślony. Nad wyraz dojrzały. Godny zaufania, lojalny, inteligentny. Poważny i biorący na swe barki więcej niż mógłby unieść. Mój zdecydowany faworyt. Mieć w Olszyborze przyjaciela to skarb.
   Ciekawą postacią jest także skrzat. Mały i niepozorny, przez co część osób w ogóle nie zwraca na niego uwagi. Bardzo odważny, nieco szalony, nieposkromiony, ale lojalny przyjaciel o umyśle pełnym niebanalnych pomysłów, często ratujących życie całej grupie. Fafkel to istota o ogromnym sercu.
   Mojmir to typowy ancymon, żywe sreberko. Pełen energii młodzieniec, wśród ludzi dobry myśliwy i tropiciel, lecz złodziejaszek, który musiał oddalić się od swoich. Zawsze gotów do działania, pomysłowy, nieugięty, dzielny, choć znający uczucie strachu przed złem. Za przyjaciółmi wkroczyłby w ogień bez chwili namysłu. Lubi działać spontanicznie.
   Kim jest Modraszka? W sumie jedyna kobieca postać silniej zarysowana w powieści. Młoda lesza i zielarka, świetnie znająca się na swoim fachu oraz magii, ostrożna, pracowita, gotowa walczyć o swoje priorytety, lecz z namysłem. Przyjaźń, miłość, rodzina - to jej podstawy. Gotowa bronić swoich racji. Pełna pasji.
   Ta czwórka jest niezwykła ze względu na łączącą ich przyjaźń. Pochodzą z różnych światów i środowisk, a mimo to potrafią ze sobą funkcjonować lepiej niż rodzina. To szczere i odwzajemnione uczucie, każdy z paczki poświęciłby życie dla drugiego. Siła ich przyjaźni jest porażająca i budująca zarazem. Właśnie takie osoby mogą ocalić świat, rozwiązać tajemnice, które dla innych są jedynie wytworem fantazji. Ich przyjaźń to broń i tarcza przed atakami zła. Ona ich scala i chroni. Bez niej mgła już dawno odniosłaby zwycięstwo.
   Na jednej osi fabuły Gajek umieścił przyjaźń, a na drugiej nienawiść. Wokół konfliktów międzygatunkowych narasta coraz większe napięcie, jeden nie dowierza drugiemu, strach podszywa codzienne życie, którego fundamenty zaczynają się kruszyć. Wrogiem może być człowiek, strzyga czy utopiec. Byle go pokonać. Jeśli niebezpieczeństwo nie zagraża domostwu, wygodniej się nie wychylać i nie interweniować. Nienawiść rodząca się z chciwości, żądzy władzy, nieporozumień, a nawet lęku. Właśnie to zagraża istnieniu Starego Lasu. Autor z wyczuciem wplótł ten klimat niepokoju do książki, przenosząc realne problemy do świata przedstawionego, wkomponowując go tak naturalnie, że trudno go odróżnić od prawdziwej ściany lasu. Dodaje to dreszczyku akcji, a jednocześnie zwraca uwagę na poważne problemy, również naszego, dorosłego świata.
   To powieść fantastyczno-słowiańska. Mamy tu pełno pomrok, które znamy z naszej rodzimej mitologii, m.in.: strzygi czy utopce. Odgrywają taką rolę, jaką im przypisano, są złe i stanowią spore zagrożenie. Ciekawostką jest przedstawienie licha o lisim ciałku, wielkich oczach i ogromnych, strasznych zębach. Sposób jego działania ukazany przez autora zaintrygował mnie. Świetnie rozegrane. Polecam przyjrzeć się temu, bo w literaturze rzadko można spotkać się z czymś takim. Pojawia się też element walki Białoboga i Czarnoboga, tu zwanych Pieśniarzem i Wędrowcem. Występuje też Żmij. Pisarz pokazuje, że pozory potrafią mylić, a niektórzy świetnie manipulują faktami dla własnej korzyści i trzeba uważać komu się ufa, bo można wyjść na tym jak Zabłocki na mydle. Naprawdę dobrze rozpisany wątek, objaśniający co nieco ze słowiańskich wierzeń. Ponadto pojawia się na moment Dobrochoczy. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach jeszcze go zobaczymy.
   Najmocniejszą i najbardziej urzekającą stroną tej książki jest obranie na głównych bohaterów leszych. Uwielbiam te stworzenia z naszej mitologii. Niektórzy ukazują je jako te złośliwe, plączące drogi ludziom, inni - humorzaste i niebezpieczne. Grzegorz Gajek pokazał je w dobrym świetle, jako obrońców i strażników lasu, rozważne i mądre istoty o ogromnym sercu, pełne pasji i miłości, gotowe do poświęceń, dzielne, odważne i troskliwe. Chętnie by się je wpuściło do swego domu i zaprzyjaźniłoby się z nimi. Świat widziany oczami Lelka i Modraszki nabiera barw i nowych znaczeń. Las przestaje być tylko miejscem spacerów, zbiorowiskiem drzew. To dom, ojczyzna, źródło życia, schronienie, azyl. Miejsce starej magii, możliwości odzyskania spokoju i wewnętrznej równowagi. Wystarczy tylko się przyjrzeć i wsłuchać takim jego elementom jak: świergot ptaków, szemrzące liście, poranna rosa, promienie słońca tańczące po źdźbłach trawy i płatkach polnych kwiatów, odbiciu nieba w toni jeziora czy rzeki. Zieleń lasu to życie, raj pełen obfitości. Ród leszych stoi na jego straży. I mimo groźnych legend jest łagodny i wyrozumiały. Dlatego szanuj to, co masz i kochaj to, co zastałeś. Nie niszcz i dbaj. Ach, znów popłynęłam... "Strażnicy Starego Lasu" to jedna z pierwszych powieści, które przeczytałam, umieszczająca leszych na pierwszym planie, przedstawiająca ich punkt widzenia, myśli, słabe i mocne strony. To mnie urzekło i zaczarowało. Całkowicie.
   Autor posługuje się bardzo klarownym językiem, choć nie wystrzega się archaizmów typu "drzewiej" itd. Nadaje to powieści posmaku historyczności i autentyczności. Każdy bohater posługuje się nieco innym językiem z charakterystycznymi dla siebie wtrętami i powiedzonkami. Styl jest plastyczny, obrazowy, pełen opisów, lecz tu Was zaciekawię, bo są one dynamiczne, przedstawiony krajobraz żyje i zmienia się jak mgła czy las. Sprawia to, że książkę wciąga się migiem. I tylko na końcu jedno wielkie zaskoczenie. "To wszystko?", szkoda, że tak krótko. Mam nadzieję, że drugi tom pojawi się już wkrótce.
   Nie można zapomnieć o formie wydania. Wydawnictwo Jaguar należy pochwalić zarówno za piękną okładkę z ilustracjami Piotra Sokołowskiego i wewnątrz - Witolda Vargasa (tak, kłania się Bestariusz Słowiański), piękny papier i bardzo czytelną czcionkę (dla młodszych czytelników i osób z wadą wzroku). Książka nie tylko będzie się pięknie prezentować na półce, ale i rozpali ciekawość nowego czytelnika już od pierwszej chwili. Widzicie to pełne nadziei spojrzenie Lelka z Sóweczką? Kto im się oprze? Na pewno ja nie dam rady. Zresztą, już przepadłam. A rewers to rozmarzona Modraszka w swoim żywiole. Genialne!
   "Strażnicy Starego Lasu. Biała Wieża" Grzegorza Gajka to książka niezwykła, owiana tajemnicą, zgłębiająca temat prawdziwej przyjaźni, przeznaczenia i sposobów rozwiązywania problemów w zgodzie z własnym sumieniem i wyznawanymi wartościami. Bogata fabuła, dynamiczna akcja, nietuzinkowi bohaterowie i świat osadzony w słowiańskich realiach powodują, że nie można oderwać się od czytania. Tu należy podkreślić rolę Lelka, w którym można zakochać się bez pamięci. To on odgrywa pierwsze skrzypce i sprawia, że brnie się w tę historię całym sobą. Polecam gorąco!

niedziela, 26 stycznia 2020

51) "Ad Astra" Anny Jurewicz, czyli studia na Uniwersytecie Łysogórskim

   Pamiętacie Uniwersytet ma Łysej Górze? Kto tam się uczył? Kto wykładał? Coś Wam mówi Świątynia Światła Świata? Coś Wam świta? Jeśli nie, to wróćcie do tajemniczej "Sub Rosy", bo obok tego cyklu nie da się przejść obojętnie. Obiecuję!
   "Ad Astra" to drugi tom przygód Róży Świętojańskiej autorstwa Anny Jurewicz. Książka niebanalna, pełna ciekawych wątków i niespodziewanych zwrotów akcji. Dlaczego tak uważam?
   Pierwszy rok na Uniwersytecie Łysogórskim był dla dziewczyny naprawdę trudny pod względem życia uczuciowego, naukowego i przede wszystkim pytań o sens takiej egzystencji. Jak na magiczkę to los ciężko ją doświadczył, a mimo to się nie poddała i walczyła o swoje, przy okazji wystawiając na próbę swoje dobre imię. Nowy rok na uczelni okazał się nie mniej wciągający.
   Anna Jurewicz w fabułę wplotła wątek kryminalny dotyczący tajemniczych porwań i mordów, dziwnych tropów prowadzących prosto w objęcia Róży, ale dziewczyna nie była tą, która atakowała. To ktoś z jej otoczenia czy prześladowca, stalker? Czy ktoś chciał ją wrobić czy może bronić? Autorka zasługuje na piątkę z plusem za takie rozpisanie akcji i stopniowe prowadzenie czytelnika za rączkę (i wodzenie za nos), bo szczerze mówiąc, po końcówce wciąż nie wiem czy za zbrodniami stał ten konkretny bies czy jednak "natchniony człowiek". Tak kochani, tropy i wskazówki to jedno, ale pamiętajcie, pozory lubią i mogą mylić!
   Dziewczę pilnie się uczyło i studiowało, m.in. zielarstwo, czytanie w myślach i julecki. Wyjeżdżała na konferencje, pisała artykuły, była asystentką profesora. Nadrabiała zaległości z pierwszego roku i na dobrą sprawę, realizowała dwa lata programu nauki w rok. Godne podziwu. Być może miała w tym udział jej mała, krwawa tajemnica, ale zapału i pracowitości odmówić jej nie można, tym bardziej, że walczyła z migrenami, które potrafią nieźle odciąć od świata zewnętrznego. Tak, migrena to nie tylko ból głowy, ale i cała masa dodatków neurologicznych w postaci aury wzrokowej, zaburzeń czucia, mowy, paraliżu, mrowień aż do całkowitego osłabienia, a nawet wycieńczenia organizmu jak po przebiegnięciu maratonu w tą i z powrotem. Pisarka naświetliła tę paskudną chorobę, pokazała jej konsekwencje i wytłumaczyła czym jest, co pomimo XXI wieku wciąż dla wielu pozostaje nieznane, co skutkuje naśmiewaniem się z globusu i kompletnym niezrozumieniem ze strony współpracowników. Doskonale rozumiem Różę, czasem odcięcie sobie głowy byłoby lepsze od przechodzenia kolejnego spotkania z koleżanką migreną...
   Studentki pilnie strzegł jej profesor. Jonasz Wid to postać, która skrywała wiele tajemnic, odcinał się od swej przeszłości, niewiele mówiąc o sobie samym. Był uczynny, bardzo inteligentny, wzbudzał zaufanie. Jednak czy to nie tylko pozory? Było w nim coś, co przykuwało uwagę i omamiało kobiety. Sprawiał, że świat wydawał się bezpieczniejszy, cieplejszy, a zło znikało. Czy w tym tkwiła jego magia wykładów? Czy tym przyciągał do siebie hordy studentów głodnych wiedzy i spotkań z nim, również na stopie prywatnej? Kim był Wid? Autorka w "Ad Astrze" nadała mu całkiem nową rolę, choć wszystkiego można tylko się domyślać. Czytelnik dostał tylko drobne wskazówki, które sam musi złożyć w całość. Końcowe sceny z Jonaszem powodują, że gubimy się w domysłach. Jurewicz rozegrała to naprawdę świetnie, z wyczuciem, nie ujawniając zbyt wiele, dawkując napięcie i zostawiając czytelnika z rozdziawioną gębą na całą szerokość. "Że co? Że jak? Serio?"
  Skoro "Ad Astra", myślałam, że Wega Starska odegra tu większą rolę niż w "Sub Rosie". Niestety, przemykała w tle, dorzucając co nieco do ognia akcji w związku z Różą, ale oczekiwałam więcej. Podobnie rzecz miała się z Corveuszem. Pomimo niesnasek między nim a Świętojańską, on nadal był dobrym przyjacielem i troszczył się o nią, choć jego przykład pokazuje, że czasem naprawdę warto odpuścić...
   Relacje między bohaterami dalej przypominały telenowelę meksykańską. Można się pogubić kto z kim, po co i dlaczego. Studenci i profesorowie Uniwersytetu Łysogórskiego na pewno mieli burzliwe życie emocjonalne i seksualne, co nie do końca mnie przekonuje, jak np. owoc spotkania Róży i Skarba. Może jestem zbyt staroświecka, ale takie podejście nie mieści mi się w głowie. No cóż, co pokolenie, to nowe obyczaje (haha, choć sama jestem w wieku autorki).
   Jurewicz doskonale wykreowała swoje postacie, nadając im rysy prawdziwego życia. Nie uczestniczyli w wiecznej sielance, męczyli się z realnymi problemami, trapiły ich wątpliwości, cierpieli i płakali zastanawiając się nad sensem swego postępowania, nie zawsze biorąc odpowiedzialność za swoje czyny, choć starając się naprawiać swe błędy. Nieobce im huśtawki nastrojów, kłótnie czy momenty szczęścia. Zebrane doświadczenia wpływały na ich charakter, sposób funkcjonowania i przeżywania emocji. Autorka jako psycholog świetnie się tu spisała. Za każdym bohaterem stała inna historia, więc tym samym byli oni jedyni i niepowtarzalni. To prawdziwy walor tej książki.
   Jednym z ciekawszych momentów tej powieści były praktyki Róży. Wspaniałe miejsce, wręcz niespodziewane, z niebanalnym pomysłem zestawienia dawnego pojmowania magii ze współczesnym. Praktyka kontra teoria, życie a nauka, szeptucha a wiedźma. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby dziewczyna w trzecim tomie spędziła tam nawet pół roku. Iście słowiańskie miejsce ze słowiańską duszą (dosłownie)! Nie mówiąc już o mieszkańcach tego regionu i ich doświadczeniach.
   Co do słowiańskości - pojawia się strzyga, kwiat paproci, ledwie wspomnienie Swaroga i aluzje do dawnych wierzeń w Mokosz, Marzannę i Dziewannę. Nie ma tego zbyt wiele, ale podano to w smakowity sposób. A propos Mokosz - czyżby w "Axis Mundi" szykowała się informacja o reinkarnacji? To mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło i mam nadzieję, że Jurewicz poświęci temu sporo miejsca w kolejnym tomie.
   Innym atutem "Ad Astry" jest lekki styl autorki, klarowny język i zabawne poczucie humoru. Świetna mieszanka, która sprawia, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Treść dosłownie się pochłania, nie wiadomo nawet kiedy. W związku z tym, wydaje się, że stron jest za mało. Chciałoby się więcej i więcej.
   "Ad Astra" to książka ciekawa, dobrze napisana, przyjemna, bogata w treści psychologiczne, dzięki którym można co nieco dowiedzieć się o ludzkiej naturze. Wyprawa z Różą na Łysą Górę, do Paryża czy nawet na Litwę, to czysta przyjemność. Trzeba tylko pamiętać, że jej włosy kochają kraść i gromadzić zapasy godne kobiecej torebki. Wzgardzone potrafią się zemścić, więc grzecznie proszę o ostrożność. Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić, ale warto przymrużyć oko. Nie szukajcie tu ścisłości historycznych, bo to obyczajówka z domieszką fantasy, ale w dobrym wydaniu. Warto poświęcić jej tych parę godzin.