Recenzje tematycznie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leszy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leszy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 marca 2023

162) "Szata z piór" Magdaleny Wolff

  Leśna głusza, szemrzący w oddali strumyk, odgłosy zwierząt. Cuda natury. Czego chcieć więcej? By życie w takim miejscu nigdy się nie skończyło, a ludzkie sąsiedztwo nigdy nie zawitało do naszego azylu. Takie marzenia tyczą się niejednego leszego i niejednej boginki, lecz ludzi jak na złość wszędzie więcej i więcej. Co począć? Jak temu przeciwdziałać? Jak zachować puszczę, taką pierwotną? Jednak czy wszyscy ludzie są tacy źli? Czy są tacy, co szanują leśne stwory i matkę ziemię? Czy potrafią przeciwstawić się swoim ziomkom i wytłumaczyć, by nie niszczyli darów przyrody?

   Tak mogłyby wyglądać rozważania mieszkańców słowiańskich lasów, gdyby rodzima wiara wciąż trwała. Czy byłby możliwy kompromis między nimi a ludźmi? Jak przebiegałaby taka koegzystencja? Co w razie naruszeń wspólnie poczynionych postanowień? Kto sądziłby rzezimieszków? Jakie byłyby kary?

   Mój świat stanął na głowie za sprawą powieści pasjonatki mitologii wszelakich, Magdaleny Wolff. Drugi tom serii "Moc Korzeni" pt. "Szata z piór" jest głęboko inspirowany i osadzony w słowiańskich realiach wierzeniowych, gdzie ludzie żyją obok stworza i bogów, wpływając na siebie wzajemnie. To świat, gdzie legendy i baśnie przeplatają się z rzeczywistością, a historia jest wielce poważana i stanowi punkt wyjścia dla wyobraźni autorki. Skąd jestem tego taka pewna?

   Na początek warto przyjrzeć się geografii uniwersum Wolff. Sławianie, ich zachodni sąsiedzi mocno podchodzący pod niemieckojęzyczne narody, północni - z ich pierwotnymi nordyckimi bogami oraz co ważne - aspekty religijne, tj. politeistyczni Sławianie i monoteistyczni mirianie. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Właśnie. Nasza własna historia, lecz czytelniku pamiętaj, to powieść fantastyczna, a nie historyczna.

  O czym opowiada "Szata z piór"? Warcisława, zwana również Wreną, wyłania się z lasu w towarzystwie Szarego i rusza ku swemu przeznaczeniu, by odzyskać odebraną jej podstępem ojcowiznę i pomścić śmierć najbliższych. W lesie przeszła już próby u Baby Jagi, pokonała liczne przeszkody, walczyła ze żmijem. Przeżyła. Co może ją spotkać wśród ludzi? Na kogo będzie mogła liczyć, a kto ją zdradzi? Kto stanie jej się powiernikiem i przyjacielem, a kto wrogiem? Dziewczyna musi udać się do Świerków, kuzynostwa, by zyskać wsparcie w swojej sprawie i udowodnić, że warto iść za nią. Poza tym czeka ją jeszcze podróż do kniazia Dargorada, najbardziej wpływowego pana po tej stronie puszczy. Co jeszcze kryje się za rogiem?

   Wacia dojrzała, wie, co jest jej celem, ale bywa zagubiona, niepewna siebie, musi zakładać maski wśród obcych, by chcieli ją wesprzeć. Jest młodą dziewczyną, którą los już srodze doświadczył. Nieszczęśliwe małżeństwo, śmierć bliskich, utrata domu i konieczność szybkiego dojrzenia do bardzo ważnych i odpowiedzialnych decyzji, brzemiennych w niespodziewane skutki. Jak na ten wiek to za wiele na jedną osobę, lecz przy pomocy prawdziwych przyjaciół ma szansę na powodzenie i zrozumienie samej siebie. Jej postać spina całą fabułę, jest barwna, niejednoznaczna, dająca się lubić i poznać. Jest kimś, komu warto zaufać, otworzyć się przed nią. Jest szczera i lojalna. O swoich walczy jak lwica.

  Jastrzębcówna to główna bohaterka kobieca, ale nie można pominąć pozostałych. Równie ważna jest Gerda von Hewen, na zewnątrz nieustępliwa, odważna, śmiało krocząca przed siebie, a w środku niepewna, łaknąca akceptacji i miłości. Warto też bliżej przyjrzeć się Mirce, kapłance i podopiecznej Pężyrki. Choć młoda i nieco zagubiona w swoich uczuciach, to wie, co ważne i dobre. Ma ogromne serce. Jest jedną z tych, która może pomóc Waci w powrocie do domu.

   Kobiety u Magdaleny Wolff są różnorodne. Jedne - pionki w grze mężczyzn, inne - same stawiają warunki i poruszają nitkami kukiełek. Jednak każda z nich ma własne marzenia, motywacje i lęki. W sytuacjach podbramkowych potrafią być silne, stanowić opokę dla innych, zepchnąć złe wspomnienia daleko i przemienić je w moc. Są potężne swoją kobiecością, nie ciałem, lecz duchem. Waleczne. Dążące do swoich racji. Wiele z nich jest godnych naśladowania.

   Spośród mężczyzn warto zwrócić uwagę na Snowida, Winanda i Lestka (sic!). Towarzyszą bohaterkom, są przyczyną ich trosk i radości. Bywają przyjaciółmi, kochankami i wrogami. Mają w sobie coś, co przykuwa uwagę i nie pozwala odwrócić od nich oczu. To mężczyźni z tajemnicą, z tzw. przeszłością. Choć są tak różni i odmienni od siebie... bez nich ta historia byłaby pusta. Są tym niespokojnym duchem, który napędza fabułę, może nawet nieświadomie, a przy okazji uczą. Otwierają przed czytelnikiem nowe horyzonty, nowe możliwe interpretacje ich zachowań i wpływu na Wacię, Mirkę oraz Gerdę. 

  "Szata z piór" to powieść wielowątkowa, skupiająca się przede wszystkim na międzyludzkich relacjach, które bywają trudne i skomplikowane, tak samo bolesne, co radosne, pełne uniesień i chwil zwątpienia. Jest tu miłość partnerka, hetero- i homoseksualna, pokazane podejście do niej, strach przed przyznaniem się do niej, przed opinią otoczenia, chęć dostosowania się do wymogów społecznych, które narzucają pewne schematy. Jest tu siła przyjaźni, która może przenosić góry i uskrzydlać, dawać oparcie i wiarę w siebie, nadzieję na wyjście z kryzysu, poczucie radości z tego, kim się jest i jaką ścieżkę się obrało. Jest tu mowa o ludzkiej dobroci i empatii, bezinteresownej pomocy, którą może otrzymać każda ofiara przemocy. Autorka pokazuje, że rodziną mogą być przyjaciele, a nawet obcy ludzie, którzy dadzą z siebie więcej dobra niż ci, z którymi łączą nas więzy krwi. Nie ma tu tematu tabu, nie ma lukru. Kobiety bywają przedmiotowo traktowane przez bliskich, jak towar wymieniane na inne dobro. Są bite, gwałcone. Noszą ślady po swoich oprawcach. Niektóre to złamie, podporządkują się, inne zawalczą o siebie, uciekną lub się przeciwstawią, powiedzą dość. U Wolff jest nawet takie specjalne miejsce, gdzie mogą znaleźć bezpieczną przystań. Ludzkie relacje to także zazdrość, zawiść, nienawiść, obłuda, dwulicowość, podszyte intrygami i podstępami. W tej powieści tego nie brakuje. Co rusz można natknąć się na ich przykłady. 

   Bywają sytuacje, gdy trudno okiełznać emocje. Skąd wiemy, co do kogo czujemy? Czy to na pewno to? Jak łatwo przejść z zakochania do nienawiści, ze słodkich słówek do złośliwych uwag? Bohaterowie tej książki bywają zagubieni, nie tylko w świecie zewnętrznym, ale i wewnętrznym, który bywa istnym labiryntem. Warcisława, Szary, Mirka, Lestek, Gerda, Winand i wielu innych. Każdy ma własne demony, z którymi musi zmierzyć się sam.

   Postacie ludzkie u Magdaleny Wolff są barwne, zróżnicowane, każda o własnej historii. Są niezwykłe. Należy zwrócić uwagę na to jak autorka zarysowała ich portret psychologiczny, jak wiele czasu musiała na to poświęcić i z jakim skutkiem. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

   Świat ludzi to i walka o władzę. Tu warto zwrócić uwagę na bogatą szatę intryg i strategii wojennych. Nie tylko knowania, ale i same przygotowania. Duża szczegółowość opisów pozwala na wyobrażenie sobie tego. Ponadto pisarka przedstawia przy tym funkcjonowanie możnych dworów, zarówno w dni powszednie, jak i świąteczne. Dzięki temu czytelnik może być uczestnikiem uczty, zwiedzić prywatne komnaty Wasi u Świerczyńskich i w Turzycach, może oglądać bitwę, a nawet opatrywać rannych. Przy poruszeniu kwestii politycznych mocno zaznaczane są zagadnienia finansowe, tj. przewidywanych zysków i strat, co przeważa na decyzje możnych. Można z kimś dobrze się bawić podczas uczt, ale to nie jest powód do podjęcia ryzykownych kroków. Potrzebne są dobre argumenty i konkretne możliwości. Przykładem wytrwanego gracza politycznego jest Dargorad i Snowid. Mają żyłkę do tego i rozeznanie w ludzkich charakterach.

   Do tej pory poruszyłam tylko ludzką warstwę powieści. Co z tą słowiańską, nadprzyrodzoną? Uniwersum M. Wolff tchnie tą starodawną magią, zaklętą w leśnych ostępach, promieniach słońca, kroplach deszczu, w ziemi i w ogniu, tą, która otacza nas każdego dnia, magią rodzimej wiary i wierzeń, która płynie w naszych sercach, wypita z mlekiem matki, przekazana z krwią przodków. W "Szacie z piór" znów można spotkać leszych, leśne panny, biesa. Pojawi się również wątek latawców. Jest nawet sam Boruta. Czytelnik może również spotkać bogów. Jest Perun pod postacią Jasza, Dziewanna, Marzanna, Nyja i Weles. Są tak samo realni jak ludzie. W tym tomie bardzo wyjątkową sceną są odwiedziny Nawii. Miejsce pełne metafor i symboli, o niezwykłej atmosferze, działające na wyobraźnię. Mówiąc szczerze to właśnie ta sfera mnie całkiem pochłonęła. 

   W tym momencie należy zwrócić uwagę na to jak ludzie podchodzą do wiary i bogów. Jedni bywają sceptyczni, inni - fanatyczni, lecz każdy szanuje tradycje przodków. Bogowie cieszą się szacunkiem. Na ziemiach Sławian powszechnie występują chramy i kąciny. Kapłani są poważani przez ogół społeczeństwa przez wzgląd na pełnioną funkcję. Kogoś, kto podniesie rękę na wizerunki bogów lub ich przedstawicieli czeka surowa kara. 

   Pomiędzy ludzkim a nadprzyrodzonym światem kręci się Szary, leszy, niezwykle ważna postać i jednocześnie ta, do której mam największą słabość. Kocha wolność, ale to miłość go napędza. Jest na rozdrożu, musząc wybrać, to, co najistotniejsze. Jego kreacja chwyta za serce. Ucieleśnia ducha tej powieści. Jest tym, czego szuka większość z nas. Ostoją, bezpieczeństwem, domem, portem, w którym zatrzymujemy się po morskim sztormie...

  Ta książka utkana jest z uczuć i wiedzy. "Kukuła i wrona" była świetna, ale "Szata z piór" jest doskonała, wybitna. Fabuła jest dokładnie przemyślana, rozpoczęte wątki łączą się w subtelną całość, krok po kroku pokazując czytelnikowi kolejne elementy układanki. Panuje tu równowaga pomiędzy akcją a przystankami spokoju. Napięcie przeplata wytchnienie. Czytelnik co rusz jest zaskakiwany pomysłowością autorki i postępkami bohaterów. Zakończenie potęguje ciekawość i wzmaga apetyt na kolejny tom. Po powyższym można wnioskować, że M. Wolff ma prawdziwy talent. Potwierdza to tylko styl i lekkie pióro, pełne poetyckości i plastyczności, które za pomocą słów rozpyla pełną paletę barw. Opisy są żywe, jakby wyjęte prosto z fantazji pisarki i postawione tuż przed nosem czytelnika. Cechuje je ogromna drobiazgowość. Są one ciekawym przerywnikiem akcji, a jednocześnie rozbudowują uniwersum.

   "Szata z piór" M. Wolff to przepiękna słowiańska fantastyka o sile miłości, przyjaźni i przeznaczenia, która krzewi rodzimą wiarę, przybliża ją czytelnikowi, a jednocześnie tworzy odrębną całość od naszej rzeczywistości. Autorka zgrabnie wplata elementy słowiańskiego dziedzictwa jak np. postać Wandy czy wyobrażenie zaświatów do swojej własnej powieści. Są one ze sobą tak mocno związane, że oddzielnie nie mogą funkcjonować, ponieważ obraz byłby niepełny. Porusza trudne tematy, często będące kulturowymi tabu. Pokazuje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy decyzją a konsekwencjami, tym samym zmuszając do głębszej refleksji o świecie i nas samych. To dzieło grające na strunach duszy zapomniane przez nas melodie. Budzi tęsknotę za dawną wiarą, jej siłą i magią. Jej rytm pobrzmiewa w uszach jeszcze długo po zakończeniu lektury. 

   Z całego serca polecam "Szatę z piór". Jestem pewna, że poruszy każdą osobę, dla której rodzima wiara i kultura są czymś ważnym, budującym tożsamość.

   Oby więcej takich książek na naszym rynku wydawniczym!

niedziela, 24 stycznia 2021

83) Bunt pogan... krótko o historii Miecława wg Witolda Jabłońskiego w powieści "Słowo i miecz"

   

   Ciemne, obce, niebezpiecznie wirujące słowa w ustach dziwnych ludzi, którzy krzyczą, wymachują jakimś amuletem, a za nimi wojowie z podniesionym orężem. Ledwie rozumiesz tę nieskładną mowę z ciężkim niemieckim akcentem. Co to jest ten grzech i męki piekielne? O jakich diabłach on mówi? Czemu ci za nim coś mruczą i podnoszą miecze? Kim są i czego od nas chcą? O jakim nawróceniu plotą? Każdy jest wolny i wierzy w co i kogo chce, bogów ci u nas pod dostatkiem, a ten gada i gada o jednym bogu w trójcy objawionym? Sami swego boga ukrzyżowali i tym się chwalą, nosząc te amulety na szyjach?

   Właśnie takie myśli mogły przychodzić naszym przodkom do głowy, gdy na obszary obecnej Polski zaczęli docierać księża nowej zachodniej wiary. Kto z tych zwykłych, często parających się rolą lub handlem ludzi rozumiał ich przemowy? Jak mogli pojąć definicję miłosiernego i kochającego boga, gdy jego wyznawcy jednocześnie wybijali całe miejscowości, zostawiając za sobą morze krwi i trupi odór? Jak mogli chcieć przyjąć ich pod swój dach i bez dyskusji zacząć wyznawać obce bóstwo, wyrzekając się własnej historii i tradycji? Tylko pod przymusem... Nowa wiara zaczęła się od nawracania przemocą i gwałtem.

   Niełatwą pierwszą połowę XI wieku odmalował w swym dziele mistrz fantastyki historycznej, Witold Jabłoński, główną oś powieści zahaczając o Mazowsze i tajemniczego Miecława oraz rządy kilkorga Piastowiców, od Mieszka I do Kazimierza Odnowiciela, chcąc przedstawić z własnej perspektywy "nawracanie" rzeszy pogan na chrześcijaństwo przy pomocy odpowiedniej perswazji, bunt Słowian przeciw tak jawnemu braku poszanowania dla historii, tradycji i przodków oraz żywe aspekty "wiary słowiańskiej". 

 "Słowo i miecz" to powieść wielowątkowa, zróżnicowana ze zbiorowym bohaterem w tle. Każdy jest inny, ma swoje własne motywacje i cele, do których dąży ponad wszystko, pragnąc się spełnić i zrealizować swoje własne życie zgodne z własnym sumieniem, priorytetami i wartościami, bez narzucania ich z góry przez kogokolwiek. Niestety, przybysze nie chcieli o tym słyszeć i dali się ponieść nauce, która od małego nie dawała im możliwości samodzielnego myślenia, dzieląc wszystko na dobre lub złe, bez żadnych odcieni szarości. Opozycja my - wy z wartościowaniem już na samym wstępie bez lepszego poznania i próby zrozumienia. Szalony świat, koło, które mieli do dziś...

   Wydaje się, że główną żeńską postacią jest Dziewanna z rodu Liwów, która przez nieszczęsne zbiegi okoliczności doświadcza chrześcijaństwa z jak najgorszej strony, będąc wychowaną w duchu wolności i tolerancyjności poganką. Ukochana przez Mokosz, obdarzona jej siłą, stara się na wszelkie możliwe sposoby przywrócić porządek dawnych dni, knując i siejąc intrygi, choć nieraz wystawia swe życie na niebezpieczeństwo. Przeszłość kształtuje jej przyszłość, rzucając w wir międzynarodowych konfliktów religijno-politycznych. Z niewinnej istoty musi przekształcić się w wyrachowaną, pewną siebie, charyzmatyczną i niebojącą się trudnych decyzji kobietę, walczącą o swoją rodzinę i lud. Postać złożona, skomplikowana, w której jasność i ciemność równoważą się, tworząc jej specyficzny urok, kusząc nie tylko powabami ciała, ale przede wszystkim umysłu.

   Spośród męskich bohaterów na większą uwagę zasługuje Syn Drzew, zwany Andajem. Należący do plemiona Jadźwingów, służący przyrodzie i wolności, wyznający wiarę w naszego Swarożyca, oprócz przymiotów ciała i ducha cechuje się niezłomnym charakterem, jaśniejąc w ciemnościach jak słońce. Przyjaźń i miłość, lojalność i szczerość to jego priorytety tak jak szacunek do tradycji i przodków oraz natury. Z obcego staje się swój. Okazuje się niezachwianym filarem niebezpiecznej wyprawy ku samej Ciemności. Oddany sprawie do samego końca. Takich jak on jest niewielu, a taki przyjaciel to skarb.

   Witold Jabłoński ukazuje w swej powieści cały szereg postaci, a każda ma ważną rolę do odegrania. Na przykładzie Piastów odmalowuje odejście od rodzinnych zwyczajów, uzależnienie od władzy oraz kościoła, częściowy brak autonomii we własnym kraju ze względu na zobowiązania wobec tych, którzy ową władzę iluzorycznie podtrzymywali swym błogosławieństwem. Ukazuje powiązanie losów państwa z decyzjami władcy, które mogły przynieść urodzaj lub klęskę i niewolę. Braciszkowie Lucjusz i Aron są wspaniałym przykładem dwulicowości kościoła w średniowieczu, gdzie owieczkom mówiło się o dobroci Boga, umiłowaniu bliźniego i jedynej, słusznej wierze wybawiającej od piekła, podczas gdy sami parali się czarną magią, torturami i znęcaniem się nad innymi, intrygami dworskimi, kłamstwem, zdobywaniem wpływów i pieniędzy. Mówienie jednego, robienie drugiego - taką wizję kreśli autor. Wiele z tych rzeczy było na porządku dziennym i stanowiło tylko preludium do czasów inkwizycji i powszechnego stosowania stosów. Żywia z Widunem i Mścigniewiem to echa przeszłości, wciąż żywe, lecz coraz bardziej spychane na margines. Słudzy dawnych bogów i obrzędów, życie w zgodzie z naturą i umiłowaniem życia. Ich walka to zapalczywa próba przetrwania tradycji, by nie ulec zapomnieniu w mroku dziejów. Obrazują sobą Słowiańszczyznę, to co nasi przodkowie cenili i kochali, czemu oddawali cześć, czego się bali.

   XI wiek w Polsce to etap przechodzenia z pogaństwa na chrześcijaństwo, dobrowolnie lub pod przymusem, choć jak było w istocie, domyślać możemy się sami. Dla ludzi spoza dworu panującego musiało to być niełatwe, porzucić korzenie i przyjąć nowe, nieznane i nie do końca zrozumiałe. Może dlatego kościół pewne dawne elementy miejscowej kultury przyswoił i dołączył do swoich świąt, by pozyskać jak najwięcej wiernych, dając złudzenie swojskości. Mimo wszystko, jak wspomniałam, w swoich praktykach nawracania nie znał litości i tolerancji dla inności, robiąc marionetki z podległych sobie władców, zapewniając im wsparcie i siatkę wywiadowczą. "Słowo i miecz" dobrze obrazuje to na przykładzie Kazimierza Odnowiciela, który jest nieodrodnym dzieckiem kościoła, idącym ślepo za jego wskazówkami, dla którego krew pobratymców ma mniejsze znaczenie od chwały waleczności wojsk krystowierców. Jabłoński świetnie ukazuje mechanizm manipulacji i pisania historii przez zwycięzców. Okrutne, ale jakie prawdziwe. Życie...

  Ta powieść to 648 stron wypełnionych od A do Z słowiańskością. Pojawiają się tacy bogowie jak m.in. Dziewanna, Żywia, Marzanna, Mokosz, Swarożyc, Perun, Weles, Chors, Czarnobóg czy  Strzybóg. Jest całe mrowie biesów takich jak: wilkołaki, strzygi, zmory, utopce i inne leśne licha. Autor zdradza jak mogły wyglądać przygotowania do Nocy Kupały, Szczodrych Godów i powitania wiosny. Przedstawia również ostatnią drogę pogan "ogniem i wodą". Ukazuje ową magię czerpaną z sił natury, inspirację jej korzeniami. Wierzenia, obrzędy, zwyczaje... pisarz rekonstruuje ze sporą dawką własnej fantazji dawne dzieje. Robi to tak, że czytelnikowi zapiera dech. Słowiańskość w jego wydaniu zachwyca, czaruje i uzależnia. Jak? Drobiazgowością, dbałością o szczegóły, barwnością i różnorodnością, od pańskiego stołu, chaty rolnika po wycieczkę do Nawii Chorsa czy spotkanie w cztery oczy z Welesem, spacer po chmurach pod opieką płanetników, odwiedziny u okrutnej królowej Wenedy czy spotkanie towarzyskie z wikingami zbratanymi ze sługami Strzyboga, lubujących się w ucztach i biesiadach. Pomysłowość w ukazaniu różnych aspektów owej słowiańskości jest zaskakująca. To ciągła przygoda, w której chce się uczestniczyć z pełnym zaangażowaniem.

   Rozdziały w książce są ułożone naprzemienne, tzn. jak jeden przedstawia pogańską perspektywę, to następny - chrześcijańską. Występują też skoki czasowe. Nie utrudnia to odbioru treści, powiedziałabym, że wręcz ją wzbogaca, ponieważ czytelnik ma czas na przemyślenie poruszanych kwestii i zobaczenia ich z różnych pkt widzenia. Nie jest to powieść jednostronna, broniąca pogaństwa za wszelką cenę. Warto zwrócić uwagę na postać brata Arona, jego niełatwą historię, charakter i szczere wątpliwości, co do niektórych kościelnych praktyk. Zabieg zastosowany przez Witolda Jabłońskiego pozwala lepiej wniknąć w umysł bohatera i zrozumieć jego motywacje oraz ukształtować własną opinię na ten temat.

   Sam styl pisania i pióro autora jak zawsze mnie zachwyciły. Lekkość, poetyckość opisów przyrody, dbałość o szczegóły i formę, naturalne dialogi, świetnie wykreowane postacie, logiczna fabuła z wciągającą i intrygującą akcją, genialne wykorzystanie faktów historycznych do splecenia własnej wersji XI wieków z elementami fantastycznymi. Pisarz maluje słowami świat, który przez wieki leżał zapomniany pod stertą jesiennych liści przeszłości. Niczym Jaryło i Dziewanna budzi go ze snu do życia, przywraca Słowianom ich korzenie. Mknie na rączych skrzydłach wiatru natchnienia, stając się prawdziwym magiem, bajarzem Welesa. Czysta magia! Oczywiście nie jestem obiektywna, bo już dawno przepadłam w uwielbieniu dla jego talentu, bo żadna z jego książek nie była rozczarowaniem, a miłością od pierwszego zdania.

   "Słowo i miecz" Witolda Jabłońskiego to powieść o walce przeszłości z nowym, starych bogów z krystem, miłości z nienawiścią, życiem ze śmiercią, chwałą z zapomnieniem. To książka opowiadająca o losach jedenastowiecznej Polski rozbitej między przywiązaniem do tradycji a nadciągającą siłą nowego boga będącego w przymierzu z dynastią panującą. Dotyka nie tylko dworskich intryg, ale i dramatów maluczkich. Przedstawia siłę prawdziwej przyjaźni, destrukcję rodzin z powodu zazdrości, waśni i braku wzajemnego zrozumienia, zagubionej miłości lat młodzieńczych, trudnych decyzji matek i ojców lękających się o swe dziatki, szacunku do przyrody i historii. To magia Welesa zaklęta w słowach Witolda Jabłońskiego, ukazująca tę późną słowiańskość w różnych aspektach.

   To książka, do której jeszcze niejednokrotnie wrócę. Mogę ją polecić z czystym sumieniem osobom zainteresowanym Słowiańszczyzną, średniowieczem, fanom fantastyki historycznej. Myślę, że każda z tych osób odnajdzie tu swój kawałek magii, która skłania do refleksji. Magii, zaklętej w piórze Witolda Jabłońskiego.

piątek, 1 stycznia 2021

82) Szaleństwa Marzanny, czyli pewna powiastka o zimie. "Dzieci zimy" Magdaleny Zawadzkiej - Sołtysek.

   Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła. Mróz szczypie w nos, śnieg sypie za kołnierz, lód stanowi nie lada pułapkę i z utęsknieniem czeka na połamanie naszych odnóg, a wiatr pcha prosto w ramiona choróbska, chcąc czym prędzej wyprosić ludzi ze swego podwórkowego przyjęcia. Na nic ciepłe okrycie w wersji na cebulę przy prawdziwej zimie. Bezlitosna dama wnet pokaże na co ją stać...

   Śnieżna zima w Polsce? Od ładnych paru lat, niestety, jest tylko wspomnieniem. Większa jej część przypomina nieco bardziej błotną i zimniejszą jesień z większą ilością słońca. Jakby to było znów poczuć powiew mrozu na policzkach, tańczyć wśród wirujących płatków śniegu? Jakby to było przeżyć prawdziwą słowiańską zimę tuż przed Szczodrymi Godami? Jakby to było móc wejść w ten biały las i poczuć jego drzemiącą siłę, czekającą na powrót wiosny? Jakby to było móc zajrzeć do samego matecznika i poobserwować życie jego mieszkańców? Kogo byśmy tam spotkali? 

   Odpowiedzi na powyższe pytania można śmiało szukać w "Dzieciach zimy" Magdaleny Zawadzkiej - Sołtysek z wydawnictwa Underworld Kingdom, trzecim tomie serii "Ślady Leszego". Dlaczego? Akcja powieści toczy się we wczesnośredniowiecznej osadzie, zwanej Krukowcem, położonej niedaleko rzeki Wesołej, niebezpiecznych Martwych Bagien oraz Puszczy Żywej, rojącej się od tajemniczych stworzeń. Dzień po dniu, rytm wyznaczają pory roku, przyroda. Życie zatacza koło. Każda pora roku ma swoje prawa i obowiązki, nie ma nic za darmo. Jeśli chce się przetrwać, trzeba pracować, dbać o swoje obejście, zrobić zapasy, nie drażniąc przy tym bogów i pomniejszych demonów. W końcu każdemu należy się szacunek, bez względu na pochodzenie czy wiek. Co innego, gdy ktoś zasłuży sobie na jego brak nieodpowiednim postępowaniem, ale czy wyroki społeczeństwa zawsze są sprawiedliwe? Kto może to rozsądzić? Kto stanowi głos rozsądku wśród echa zabobonów?

   W poprzednich tomach główną bohaterką była Gniewicha, kobieta niezwykła, bo uparta, bezpośrednia, o trudnym charakterze, ceniąca swój azyl domowy ponad wszystko, a mimo to niestroniąca od pomocy tym odtrąconym i zagubionym, doświadczona przez życie, cicho opłakująca zaginięcie męża Miłosława. Jej język i niewybredne myśli o niektórych mieszkańcach osady wywoływały mieszaninę salw śmiechu, czasem głębokiego zamyślenia. Zżyłam się z tą postacią, polubiłam i szczerze jej kibicowałam.

   Ku mojemu zaskoczeniu w tym tomie nie da się jednoznacznie określić protagonisty. Na czoło wysuwa się historia rodziny Żywii. Od narodzin małego Bodziszka, hardość Miry, szaleństwo Mojmiry, upartość Libuszy po nieszczęsną przeszłość Żywii. Każdy element składa się na mozaikę losów tej, na swój sposób, wyjątkowej najmniejszej komórki społecznej. Strachliwy mieszkaniec Krukowca mógłby sobie pomyśleć, że tę rodzinę ktoś przeklął, rzucił urok lub złe się w domu zalęgło, bo tyle nieszczęść w jednej chacie to aż mało prawdopodobne. Zbieg okoliczności, przeznaczenie, wola bogów czy zwykła złośliwość jakiegoś biesa? Któż wie? Jednak nieprzychylne spojrzenia sąsiadów, zaczepki, a nawet agresywne zachowania dzieciaków nie ułatwiają życia. Świat nigdy nie był i nigdy nie będzie sprawiedliwy, głos rozsądku w postaci żercy czy zarządcy osady niewiele znaczy przy zbiorowym głosie motłochu, którym łatwo sterować.

   Z całej owej rodziny najbardziej w oczy rzuca się Żywia, która mimo młodych lat, zdążyła już zakosztować zębów upiora i oddechu śmierci na swoim karku. Niełatwy los wdowy, kobiety, która umknęła od szaleństwa, odtrącona przez bliskich. Zagryzając zęby, dzień po dniu, zyskiwała uznanie Gniewichy i zaufanie Korzenia, poszerzała wiedzę o ziołach i leczeniu, nie tracąc przy tym dobroci serca i całych pokładów empatii, co udowodniła niejeden raz.

   Mira, kilkuletnia siostra wyżej wspomnianej, to dowód na bezgraniczną miłość braterska, gotową ryzykować własnym życiem, by uratować to drugie. Tak szczere i przejmujące uczucie, wywołuje fale wzruszenia i podziwu dla jej odwagi i siły.

   Na przykładzie tej rodziny autorka pokazuje jak ważne są więzi między bliskimi, by przetrwać trudne chwile, gdy świat dookoła się wali i wydaje się, że nie ma wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Mimo różnicy zdań i temperamentów wspólne pochodzenie to spoiwo trwalsze od ludzkich złorzeczeń. Bliscy to nie tylko wspólna krew. Jest też taki rodzaj rodziny, który każdy wybiera sobie sam. To przyjaciele, na dobre i złe, którzy poszliby za nami w ogień bez względu na wszystko. W Krukowcu na pewno taka więź zawiązała się pod dachem Gniewichy między jej mieszkańcami. Jak bardzo to uczucie zostało wystawione na próbę, ukazują "Dzieci zimy".

   Ta powieść porusza również trudny temat sprawiedliwości społecznej, podejścia do plotek i zabobonów. Wystarczył tylko cień podejrzenia, pojawienie się czegoś odbiegającego od normy, by zmienić czyjeś życie w piekło. Wówczas "inne" znaczyło złe, ściągające sobą pecha na wszystkich dookoła. Należało pozbyć się źródła problemu bez względu na koszty, nie zważając nawet na cierpienie innych. Okrutny świat, okrutni ludzie. "Dzieci zimy" ukazują mechanizm działania tego procesu, jego bezwzględność, zarówno ze strony katów jak i ofiar oraz jak łatwo manipulować tłumem, idącym bezmyślnie za resztą. Każdy myślący samodzielnie musi uważać, by nie stać się kolejną ofiarą. Niedawni kumowie plecami się odwracają, nóż powoli w plecy wbijając. Magdalena Zawadzka - Sołtysek przedstawia w tej książce ciemną stronę ludzkiej natury, zimną, pozbawioną współczucia, ale nie tylko u dorosłych, ale przede wszystkim u dzieci. Scena sprzed domu Mojmiry ukazuje ile w nich bestialstwa i wyrachowania dla własnej uciechy, bez liczenia się z uczuciami drugiej strony i nie są to czcze słowa, bo w prawdziwym życiu jest wiele podobnych sytuacji, gdy to właśnie dziecko potrafi zgotować piekło słabszemu, czy to w szkole, czy starszemu, schorowanemu sąsiadowi, nie wspominając już o losie zwierząt, gdy to nóż mi się w kieszeni otwiera... Dzieci to nie zawsze niewiniątka, podobnie jak dorośli. One doskonale wiedzą co robią i po co...

   Inną kwestią jest relacja między zleceniodawcą a zleceniobiorcą. Ważne, by zachować punktualność, dokładność, sumienność, pracowitość, jednak czasem życie przynosi niemiłe niespodzianki, gdy zdrowie szwankuje, a dotrzymanie terminu jest zwyczajnie niemożliwe. Gdzie wzajemne zrozumienie, docenienie dotychczasowej współpracy? Gniewicha musiała zagryźć zęby, mimo bólu, robić swoje, ale z jakim skutkiem dla zdrowia? Jakie konsekwencje poniesie jej organizm? Czy zleceniodawca doceni chociaż jej wysiłek i poświęcenie? Serce się kraje.

   Relacje międzyludzkie to jedno, a co z więziami z przyrodą? Wczesne średniowiecze to życie blisko niej, umiejętność dostosowania się do jej rytmu. Las wzbudzał szacunek i przerażenie. Dawał wiele ze swych bogactw, ale nocą stawał się niebezpieczny, zwłaszcza jego mieszkańcy. W samej głębi znajdował się matecznik, źródła lasu, matki - drzewa, miejsce tajemnicze i nieprzyjazne ludziom, przeznaczone dzikim stworzeniom, dlatego też nikt nie zapuszczał się tam bez powodu. Ów stosunek między naturą a ludźmi świetnie zaakcentowała autorka w "Dzieciach zimy". Ta pora roku, nieprzychylna żywym stworzeniom, pokazuje głębię zależności między nimi i zasady współistnienia, czy to przy rąbaniu drwa czy w kontakcie ze zwierzętami.

   W lesie, na skraju, czasem w głębi, ludzie tworzyli święte gaje, miejsca szczególne, gdzie mogli oddawać cześć swoim bogom, składać im ofiary, wnosić modły i prośby. Były one nietykalne, powszechnie szanowane nawet przez obcych. Wydaje mi się, że przenikały się w nich sfery, boska, ludzka i naturalna, gdzie wzajem się uzupełniały, stanowiąc harmonijną całość. To tam ludzie pokładali swoje nadzieje, składali połamane serca i odzyskiwali siły oraz wiarę. Takim miejscem wytchnienia dla Krukowian był gaj.

  "Dzieci zimy" to powieść przepełniona słowiańskością. Od codziennych zwyczajów zaczynając, na biesach kończąc. Autorka ukazuje jak przygotowywano się do świąt, nie tylko od strony oficjalnej, czyli strawa, strój, domostwo, ale również duchowo, jakie intencje przyświecały przy doborze podarków, dla kogo zostawiano część pożywienia, jak wyglądało świętowanie z przodkami, jak istotne były relacje rodzinne. Ten tom krąży wokół Wilczego Święta oraz Szczodrych Godów, tym samym pozwalając wniknąć w głąb tego magicznego świata. Jednak słowiańskość to nie tylko ludzie. Nasze rodzime demony na dobre zadomowiły się w okolicach Krukowca, "uprzyjemniając" jego mieszkańcom życie jak tylko się da. Najważniejszym ich przedstawicielem jest oczywiście Leszy, pan lasu, tu pokazany jako złośliwa bestia, lubiąca igrać sobie z Gniewichy, zadawać cierpienie, choć można by go czasem w tym usprawiedliwić jako próbę ratowania lasu przed ludzkimi zakusami. Jako czarny basior z żółtymi ślepiami musiał robić niesamowite wrażenie. Z kolei okolice Martwych Bagien zamieszkiwały stwory z rodziny utopcowatych, mających chętkę na świeże ludzkie mięso, więc należało tym bardziej uważać, udając się w tamte rewiry. W powieści pojawia się też wątek zaginięcia noworodków i odmieńców. Które biesy były zdolne do oddania własnego dziecka i porwania obcego? Tak, racja, mamuny... one tylko czekały na chwilę nieuwagi opiekunów. Jeśli rodzic chciał odzyskać swoje potomstwo, radzono bić podrzutka, by darł się w wniebogłosy tak długo aż skruszona mamuna przybiegłaby ratować swoje maleństwo i zwrócić ludzkie. Te wierzenia były rozpowszechnione w społeczeństwie. Zatem, wyobraźcie sobie ile dzieci cierpiało, bo zarzucano ich podmianę? Magdalena Zawadzka - Sołtysek mówi o tym szczegółowo w ramach tej książki. Ponadto warto zwrócić uwagę na sposób przedstawienia mamun, ich wygląd, zachowanie i miejsce zamieszkania. Mnie to zaskoczyło, bo do tej pory kojarzyłam je głównie z wodnym środowiskiem. Ciekawa koncepcja. W powieści pojawiła się również postać Marzanny, królowej zimy, która zamraża swym dotykiem i spojrzeniem. Lepiej unikać jej towarzystwa na samotnych wyprawach, gdyż może już nie wypuścić ze swych objęć żywym.

   W związku z demonami Słowiańszczyzny bardzo intryguje mnie postać Wiłki, żony Gniewomira, która przykuwa uwagę mężczyzn, choć jej to nie na rękę, a jej leśne znajome nieco przypominają uczłowieczone ptaki. Czyżby była wiłą, która dla miłości postanowiła zamieszkać wśród ludzi? Jestem pewna jednego. Jeszcze nieraz się pojawi, ponieważ jej historia ma spory potencjał.

   Magdalena Zawadzka - Sołtysek w swoich książkach stara się oddać klimat wczesnego średniowiecza za pomocą słów. I powiem Wam, że potrafi to. Żywe opisy, naturalne dialogi, zindywidualizowany język bohaterów oraz lekki styl powodują, że jej twory czyta się lekko i szybko, choć treść nie bywa łatwa i zmusza do głębszej refleksji. Wyraziste postacie, realne sytuacje, zaskakujący rozwój fabuły, a na dodatek okraszone sporą dawką słowiańskości.

   "Dzieci zimy" to godna kontynuatorka chlubnych początków wyjątkowej serii "Ślady Leszego", która opowiada o roku mieszkańców Krukowca. Jest świetnie napisana i skonstruowana, wciąga i intryguje, wybory bohaterów zaskakują, wraz z nimi przeżywa się przygody, wzloty i upadki, przemierza ten zimowy las pełen tajemnic. Problemy ze świata osady wciąż są aktualne, mimo tylu wieków, tak samo poruszają, tak samo niszczą i jednoczą ludzi ze względu na podjęte decyzje i zastane okoliczności. Miłość, przyjaźń, więzy rodzinne - wystawione na próbę w zetknięciu z niewidzialnym wrogiem i zabobonnym społeczeństwem, którego wiara silniejsza niźli szkiełko i logika. Magdalena Zawadzka - Sołtysek ukazała w pełnej okazałości ludzką naturę, jej dobre i złe strony, nie bojąc się trudnych tematów. Ta powieść gra na strunach serca melodię, której nikt się nie oprze. Jedni ją pokochają za autentyczność, inni znienawidzą za obnażanie prawdy w tak bezpośredni sposób, lecz nikt nie pozostanie obojętny. I to jedna z zalet tej książki. Ona wywołuje szeroką gamę emocji. Jak przeczytacie, przekonacie się sami. Ponadto, jak już wspomniałam, jest tu porządna dawka historii naszych przodków, przede wszystkim związana z życiem codziennym i wierzeniami, przedstawiona barwnie i przemyślanie, przykuwając uwagę słowianofila.

   "Dzieci zimy" Magdaleny Zawadzkiej - Sołtysek to jedna z tych książek, z którą warto się zapoznać, zarówno dla treści jak i refleksji, które wywołuje. To również ukłon w stronę naszej rodzimej historii i przodków, którzy niektóre elementy swojej rzeczywistości interpretowali właśnie w postaci biesów, a echo tamtych czasów rozbrzmiewa do dziś. Autorka poprzez swoją powieść przybliża nam to, co umyka w codziennej gonitwie. Istotne drobiazgi życia. W tym tkwi magia tej książki. Małe gesty, ułamki słów, z których budujemy siebie, relacje z otoczeniem, swój świat.

niedziela, 11 października 2020

73) Co w sławiańskich lasach czyha? "Kukułka i Wrona" Magdaleny Wolff

   

   Rodzima historia inspiruje i nie pozostawia obojętnym, pozwalając lepiej zrozumieć nie tylko naszych przodków, ale i nas samych, nasze zachowania, zwyczaje, przesądy. Jedną z osób czerpiących garściami z dziedzictwa Słowiańszczyzny jest Magdalena Wolff, z wykształcenia japonistka, z zamiłowania badaczka mitologii wszelakich, autorka powieści "Kukułka i Wrona". Czym ta książka wyróżnia się na rynku wydawniczym? Czy pochłania czytelnika? Czy intryguje? O kim opowiada?

   Jest to pierwszy tom przygód Wreny, która na własnej skórze przekonała się, ile znaczą dla niektórych więzy rodzinne i jak łatwo o zdradę wśród najbliższych, gdy w grę wchodzi władza i pieniądze. Gdzie szukać pomocy i pomsty za doznane krzywdy? Gdzie się schronić i przeczekać niesprzyjający czas? Komu zaufać, a przed kim uciekać? Wybrać serce czy rozum? Ta książka rodzi wiele pytań, jakże aktualnych w naszej rzeczywistości...

   Główną bohaterką jest wspomniana już Wrena, młode dziewczę, które przyjechało na zaślubiny swego brata do rodowego grodu, by móc świętować ten wyjątkowy dzień z całą rodziną. Niestety, atak zdrajców doprowadził do rzezi, która zaciążyła na jej dalszych losach. Cudem uratowana uciekła, by przeżyć. W czasie swej podróży spotkała biesy i bogów, którzy okazali się całkiem realni. Wrena to osoba, która niejedno wycierpiała po wyprowadzce z domu, spotkały ją rzeczy, o których na samą myśl wychodzi gęsia skórka. Mimo to uznawana przez otoczenie za zwykłą, szarą myszkę, przeistoczyła się w kobietę dążącą do upragnionego celu, gotowa wiele znieść i poświęcić, by móc iść dalej. Wbrew wewnętrznym lękom potrafiła zaufać i pokochać, na tyle mocno, by ryzykować własnym życiem dla drugiej osoby. Uparta, odważna, ciepła i troskliwa, poharatana przez życie, inteligentna i bystra. Inspirująca!

   To powieść wyrosła ze Słowiańszczyzny, więc dziwne byłoby gdyby zabrakło w niej naszych rodzimych pomrok. Najważniejszą grupę stanowiły leśne stwory, zwane leszymi, które opiekowały się lasem i stały na straży zachowania w nim równowagi. Każdy bies był odpowiedzialny za przydzielony mu obszar. Potrafili przybrać ludzką i zwierzęcą postać w zależności od potrzeb. Nie byli jednakowi. To chodzące indywidualności, mające swoje unikalne temperamenty i przyzwyczajenia. Jedni mili i uprzejmi, drudzy - agresywni i wojowniczy, inni - gotowi do psot i żartów na każdym kroku. Tak jak wśród ludzi. Zatem bezpieczniej było mieć ich po swojej stronie niż niepotrzebnie wdać się w konflikt z nimi. Autorka ową grupę scharakteryzowała na podstawie trzech jej przedstawicieli, tzn. na Rudym, Czarnym i Szarym, z czego ten ostatni podbił moje serce na całego. Ani trochę nie dziwię się Wrenie, ale nic więcej nie powiem, by nie psuć Wam przyjemności z czytania.

   Pojawia się też bannik, opiekun łaźni, dbający o to, by nigdy nie zgasł tamtejszy żar, wystarczy odrobina wody w cebrzyku jako ofiara dla niego. Autorka poruszyła również temat żmija oraz Leśnego Ducha, bóstw jak Dziewa, Marzanna, Nyja. Wspomina także o nieodpartym uroku potomków latawców. 

   Na skraju tego świata znajdowała się chatka Baby Jagi, którą straszy się dzieci i to nie bez powodu. Przewrotna, złośliwa, bez skrupułów, ale bardzo sprawiedliwa. To istota ściśle powiązana ze światem słowiańskich biesów, mająca sporo do powiedzenia, traktowana z szacunkiem i poważaniem. Zdradzę Wam tylko, że w życiu Wreny odegrała ważną rolę i wpłynęła na rozbudzenie w niej pewności siebie i własnej wartości. Kreacja tej postaci jest bardzo przemyślana i konsekwentna w realizacji. Niebanalny pomysł Wolff sprawdził się w 100%. 

   Fabuła nie koncentruje się tylko na Wrenie i jej problemach. Jest tu znacznie więcej wątków godnych uwagi. Występuje m.in. konflikt dawnej wiary z próbą narzucenia monoteizmu, wiary w Miriusa, za pomocą siły. Wychodzi też na jaw, że obszary dawno "ochrzczone" skrycie dalej czciły dawnych idoli, marząc o powrocie do wiary przodków i własnych korzeni z poszanowaniem świąt, świętych miejsc etc. Odnosi się to do ludów ze Wschodu, czyli sławiańskich i noduńskich, być może inspirowanych naszymi germańskimi i nordyckimi sąsiadami ze względu na nazwiska rodów, nazwy własne bóstw. Autorka doskonale pokazała mechanizm narzucania wiary siłą, skalę buntów i ludzkiego cierpienia w czasie ich tłumienia. Nierozważna decyzja władcy, brak tolerancji dla inności prowadzi ku tragedii. W imię religii, a pod płaszczem chodzi tylko o przejęcie nowych terenów, dochodów z nowych podatków z nowej ludności i władzę samą w sobie. Mirius miał być miłosierny i dobrotliwy, wyrozumiały. Czy gdyby pokojowo tłumaczono jego nauki, nie byłoby łatwiej, jak przekonywał jeden z jego kapłanów, ojciec Onufry? Innym zagadnieniem poruszanym były mariaże małżeńskie władców, na czym się opierały, jak działał mechanizm dobrania najlepszego posagu i koligacji rodzinnych, gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość. Pojawił się również wątek królewskich bękartów i ich miejsca w rodzie wskazany na przykładzie Winanda von Wiesel, który poniekąd jest bardzo intrygującą postacią. Oby w kolejnych tomach było go więcej (i na to się zapowiada).

   Fabuła powieści kręci się wokół lasu, wiary, miejsca na poszanowanie przeszłości i przodków a pędem ku przyszłości z odrzuceniem starego. Nie ma tu złotego środka na rozwiązanie tego konfliktu. Każdy był przekonany o własnej racji, brnął w ślepą uliczkę, nie słuchając innych. Alternatywą byłaby tolerancja dla inności, ale kto dążący do władzy absolutnej się na to zgodzi? Właśnie. Nikt.

   Magdalena Wolff popełniła naprawdę kawał dobrej literatury, która aż się prosi o szeroką promocję. Świetnie operuje słowem, budując plastyczne opisy, żywych bohaterów, dobre i naturalne dialogi, niebanalne sceny i zwroty akcji (mam tu na myśli spisek dwórki czy burzę ze żmijem). Zna się na tym, o czym pisze w ciekawy sposób przedstawiając rodzime wierzenia, podejmując temat leszych i Baby Jagi. Nie stroni od trudnego tematu dotyczącego przemocy wobec kobiet i pokazuje jak to wpływa na psychikę ofiary, jakie znaczenie ma też w tym dzieciństwo i wychowanie, podejście rodziców do pewnych spraw. 

   "Kukuła i Wrona" Magdaleny Wolff to powieść, która wciąga jak nurt górskiej rzeki, gwałtownie i szybko, nie wiadomo nawet kiedy czytelnik nasiąknie zapachem leśnego mchu i szałwi, by zniknąć w odmętach marzeń o ucieczce do świata przedstawionego. Piękna treść, dobry styl, intrygująca fabuła. Czekam na więcej, bo się zadurzyłam w tym tworze! (I gdzieś tam w myślach kołacze się Szary, leszy, wymarzony sąsiad w leśnej głuszy)

niedziela, 9 lutego 2020

52) O magii lasu, czyli "Strażnicy Starego Lasu. Biała wieża" Grzegorza Gajka

   Często zastanawia mnie, czemu tak skrzętnie rozdziela się literaturę na kategorie wiekowe, choć pewne pozycje mają płynną granicę, bo są tak uniwersalne, że powinny podejść każdemu czytelnikowi. Jedną z takich powieści, moim zdaniem, są "Strażnicy Starego Lasu. Biała wieża" Grzegorza Gajka. Zalicza się ją do fantastyki młodzieżowej. Zgodzę się z tym pełną gębą, dodając magiczne "słowiańską", co do określenia "młodzieżowa" bym dyskutowała, bo w jej szuwarach odnajdą się i młodsze dzieci i całkiem dorośli ludzie.

   Przejdźmy jednak do rzeczy. O czym opowiada ta książka? O tym wszystkim, co dzieje się dookoła nas, ale przyobleczone w formę metafor, świetnych zwrotów akcji i nieprzeciętnych pomysłów. Nad Stary Las przybywa mlecznobiała mgła, niezależna od pory roku, dziwna, upajająca się zgnilizną, chorobą, złem... skrzętnie skrywająca swe tajemnice i atakująca florę oraz faunę bez ostrzeżenia, powoli zabijająca życie... Wśród mieszkańców kniei rodzą się domysły, co do jej pochodzenia. Najmędrsze głowy dedukują, że może wywodzić się od znienawidzonego plemienia ludzi, którzy niszczą to, czego się dotkną. Któż nie chciałby bronić swego domu? Społeczność lasu szykuje się do walki, zbroi i szuka sprzymierzeńców, lecz czy na pewno to ludzie są przyczyną mgły? Czy ich magia może być aż tak silna? Wiary temu nie daje leśny strażnik, samotnik, Lelek Olszybor, leszy. By wyjaśnić ową zagadkę, udaje się w podróż, do źródła. Po drodze natyka się na dzielnego i małego skrzata Fafkela, ludzkiego tropiciela i złodziejaszka Mojmira oraz leszą zielarkę Modraszkę, córkę jednego z władców Matecznika. W czwórkę będą starać się wyjaśnić owe tajemnicze zjawisko, sekret upadłych gwiazd oraz zagadkę odwiecznej walki dobra ze złem...
   Miejscem akcji powieści jest Stary Las, tzw. Pojezierze, dalekie krainy Północy, gdzieś w okolicach morza. Być może autor inspirował się topografią Polski i krajów skandynawskich. Swoje przypuszczenia opieram na nazewnictwie miejsc i bohaterów oraz opisach krajobrazu. Czas akcji jest bliżej nieokreślony, choć celowałabym na czas krótko przed lub na samym początku Wielkiej Wędrówki Ludów, gdyż wspomina się o początkowych migracjach ludzi ze Wschodu.
  Jednym z głównych bohaterów powieści jest wspomniany już leszy Lelek. To samotnik żyjący w Starym Lesie, będący jego strażnikiem przed złem wszelakim. Można by rzec, młodzieniec, lekko skonfliktowany ze swoją rodziną ze względu na poglądy dotyczące roli leszych, wojny i pokoju. Samodzielny, pracowity, troskliwy, wiecznie zamyślony. Nad wyraz dojrzały. Godny zaufania, lojalny, inteligentny. Poważny i biorący na swe barki więcej niż mógłby unieść. Mój zdecydowany faworyt. Mieć w Olszyborze przyjaciela to skarb.
   Ciekawą postacią jest także skrzat. Mały i niepozorny, przez co część osób w ogóle nie zwraca na niego uwagi. Bardzo odważny, nieco szalony, nieposkromiony, ale lojalny przyjaciel o umyśle pełnym niebanalnych pomysłów, często ratujących życie całej grupie. Fafkel to istota o ogromnym sercu.
   Mojmir to typowy ancymon, żywe sreberko. Pełen energii młodzieniec, wśród ludzi dobry myśliwy i tropiciel, lecz złodziejaszek, który musiał oddalić się od swoich. Zawsze gotów do działania, pomysłowy, nieugięty, dzielny, choć znający uczucie strachu przed złem. Za przyjaciółmi wkroczyłby w ogień bez chwili namysłu. Lubi działać spontanicznie.
   Kim jest Modraszka? W sumie jedyna kobieca postać silniej zarysowana w powieści. Młoda lesza i zielarka, świetnie znająca się na swoim fachu oraz magii, ostrożna, pracowita, gotowa walczyć o swoje priorytety, lecz z namysłem. Przyjaźń, miłość, rodzina - to jej podstawy. Gotowa bronić swoich racji. Pełna pasji.
   Ta czwórka jest niezwykła ze względu na łączącą ich przyjaźń. Pochodzą z różnych światów i środowisk, a mimo to potrafią ze sobą funkcjonować lepiej niż rodzina. To szczere i odwzajemnione uczucie, każdy z paczki poświęciłby życie dla drugiego. Siła ich przyjaźni jest porażająca i budująca zarazem. Właśnie takie osoby mogą ocalić świat, rozwiązać tajemnice, które dla innych są jedynie wytworem fantazji. Ich przyjaźń to broń i tarcza przed atakami zła. Ona ich scala i chroni. Bez niej mgła już dawno odniosłaby zwycięstwo.
   Na jednej osi fabuły Gajek umieścił przyjaźń, a na drugiej nienawiść. Wokół konfliktów międzygatunkowych narasta coraz większe napięcie, jeden nie dowierza drugiemu, strach podszywa codzienne życie, którego fundamenty zaczynają się kruszyć. Wrogiem może być człowiek, strzyga czy utopiec. Byle go pokonać. Jeśli niebezpieczeństwo nie zagraża domostwu, wygodniej się nie wychylać i nie interweniować. Nienawiść rodząca się z chciwości, żądzy władzy, nieporozumień, a nawet lęku. Właśnie to zagraża istnieniu Starego Lasu. Autor z wyczuciem wplótł ten klimat niepokoju do książki, przenosząc realne problemy do świata przedstawionego, wkomponowując go tak naturalnie, że trudno go odróżnić od prawdziwej ściany lasu. Dodaje to dreszczyku akcji, a jednocześnie zwraca uwagę na poważne problemy, również naszego, dorosłego świata.
   To powieść fantastyczno-słowiańska. Mamy tu pełno pomrok, które znamy z naszej rodzimej mitologii, m.in.: strzygi czy utopce. Odgrywają taką rolę, jaką im przypisano, są złe i stanowią spore zagrożenie. Ciekawostką jest przedstawienie licha o lisim ciałku, wielkich oczach i ogromnych, strasznych zębach. Sposób jego działania ukazany przez autora zaintrygował mnie. Świetnie rozegrane. Polecam przyjrzeć się temu, bo w literaturze rzadko można spotkać się z czymś takim. Pojawia się też element walki Białoboga i Czarnoboga, tu zwanych Pieśniarzem i Wędrowcem. Występuje też Żmij. Pisarz pokazuje, że pozory potrafią mylić, a niektórzy świetnie manipulują faktami dla własnej korzyści i trzeba uważać komu się ufa, bo można wyjść na tym jak Zabłocki na mydle. Naprawdę dobrze rozpisany wątek, objaśniający co nieco ze słowiańskich wierzeń. Ponadto pojawia się na moment Dobrochoczy. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach jeszcze go zobaczymy.
   Najmocniejszą i najbardziej urzekającą stroną tej książki jest obranie na głównych bohaterów leszych. Uwielbiam te stworzenia z naszej mitologii. Niektórzy ukazują je jako te złośliwe, plączące drogi ludziom, inni - humorzaste i niebezpieczne. Grzegorz Gajek pokazał je w dobrym świetle, jako obrońców i strażników lasu, rozważne i mądre istoty o ogromnym sercu, pełne pasji i miłości, gotowe do poświęceń, dzielne, odważne i troskliwe. Chętnie by się je wpuściło do swego domu i zaprzyjaźniłoby się z nimi. Świat widziany oczami Lelka i Modraszki nabiera barw i nowych znaczeń. Las przestaje być tylko miejscem spacerów, zbiorowiskiem drzew. To dom, ojczyzna, źródło życia, schronienie, azyl. Miejsce starej magii, możliwości odzyskania spokoju i wewnętrznej równowagi. Wystarczy tylko się przyjrzeć i wsłuchać takim jego elementom jak: świergot ptaków, szemrzące liście, poranna rosa, promienie słońca tańczące po źdźbłach trawy i płatkach polnych kwiatów, odbiciu nieba w toni jeziora czy rzeki. Zieleń lasu to życie, raj pełen obfitości. Ród leszych stoi na jego straży. I mimo groźnych legend jest łagodny i wyrozumiały. Dlatego szanuj to, co masz i kochaj to, co zastałeś. Nie niszcz i dbaj. Ach, znów popłynęłam... "Strażnicy Starego Lasu" to jedna z pierwszych powieści, które przeczytałam, umieszczająca leszych na pierwszym planie, przedstawiająca ich punkt widzenia, myśli, słabe i mocne strony. To mnie urzekło i zaczarowało. Całkowicie.
   Autor posługuje się bardzo klarownym językiem, choć nie wystrzega się archaizmów typu "drzewiej" itd. Nadaje to powieści posmaku historyczności i autentyczności. Każdy bohater posługuje się nieco innym językiem z charakterystycznymi dla siebie wtrętami i powiedzonkami. Styl jest plastyczny, obrazowy, pełen opisów, lecz tu Was zaciekawię, bo są one dynamiczne, przedstawiony krajobraz żyje i zmienia się jak mgła czy las. Sprawia to, że książkę wciąga się migiem. I tylko na końcu jedno wielkie zaskoczenie. "To wszystko?", szkoda, że tak krótko. Mam nadzieję, że drugi tom pojawi się już wkrótce.
   Nie można zapomnieć o formie wydania. Wydawnictwo Jaguar należy pochwalić zarówno za piękną okładkę z ilustracjami Piotra Sokołowskiego i wewnątrz - Witolda Vargasa (tak, kłania się Bestariusz Słowiański), piękny papier i bardzo czytelną czcionkę (dla młodszych czytelników i osób z wadą wzroku). Książka nie tylko będzie się pięknie prezentować na półce, ale i rozpali ciekawość nowego czytelnika już od pierwszej chwili. Widzicie to pełne nadziei spojrzenie Lelka z Sóweczką? Kto im się oprze? Na pewno ja nie dam rady. Zresztą, już przepadłam. A rewers to rozmarzona Modraszka w swoim żywiole. Genialne!
   "Strażnicy Starego Lasu. Biała Wieża" Grzegorza Gajka to książka niezwykła, owiana tajemnicą, zgłębiająca temat prawdziwej przyjaźni, przeznaczenia i sposobów rozwiązywania problemów w zgodzie z własnym sumieniem i wyznawanymi wartościami. Bogata fabuła, dynamiczna akcja, nietuzinkowi bohaterowie i świat osadzony w słowiańskich realiach powodują, że nie można oderwać się od czytania. Tu należy podkreślić rolę Lelka, w którym można zakochać się bez pamięci. To on odgrywa pierwsze skrzypce i sprawia, że brnie się w tę historię całym sobą. Polecam gorąco!