Recenzje tematycznie

niedziela, 25 lipca 2021

100) Słowiańska przygoda z wilkami w tle, czyli "Wezwijcie moje dzieci" (tom III) Marty Krajewskiej

   Są książki, które zapadają w pamięci na lata. Pierwszy tom Wilczej Doliny pochłonęłam parę lat temu w jedną noc, z niedzieli na poniedziałek, a w pracy wyglądałam jak zombie, ale jakże szczęśliwe! Kolejnego dnia wciągnęłam drugi tom. Byłam poruszona, zaskoczona i jednocześnie wściekła, że nie mam następnej części pod ręką. Po drodze zajadałam pozostałe historie z Doliny, zachwycając się piórem Marty Krajewskiej i jej pomysłowością. Wilcza Dolina to istna kopalnia powieści, a jednak... Venda z DaWernem kazali na siebie czekać kilka ładnych lat. I powiem Wam, że było warto! "Wezwijcie moje dzieci" to godny następca poprzedników i genialne zakończenie całej sagi. Emocje we mnie buzują jak szalone, ale w pozytywnym sensie. Cóż to była za uczta! Jednak po kolei...

   Marta Krajewska jest rosjoznawczynią z wykształcenia, z pasji opowiada o życiu Słowian, pisze, gra na ukulele, hoduje owce i dba o swoje dzieci jak nikt inny, a robi to nie używając żadnej magii. Zorganizowała również pierwszy konwent fantastyki słowiańskiej Slavicon. Jest autorką kilku powieści, opowiadań i słuchowisk. Miesza w kotle kultury z wyczuciem, budując złożone historie, skomplikowane postacie i niejednoznaczne światy. Okrasza to niezwykle magicznym plastycznie językiem, budując klimat poprzez opisy i stopniowe narastanie napięcia, wrzucając punkt kulminacyjny dokładnie tam, gdzie powinien być.

  "Wezwijcie moje dzieci" to nie tylko miłosna historia człowieka i wilkara, to opowieść o losach całej Wilczej Doliny, przygotowującej się do ostatecznego dnia, powrotu wrogów zza Sinych Wód, strachu mieszkańców wsi przed ponownym zniewoleniem i śmiercią od kłów bestii. Czas wypełnienia przepowiedni nadchodzi, młodzi się buntują, odkrywają zapomniane ścieżki, a dorośli uginają się pod brzemieniem codziennych trudów. Życie przestaje być proste, a przed Vendą piętrzą się problemy... Czas wprowadzić w życie Plan, ale czy ludzie sobie poradzą? Czy dawne waśnie zgasną w obliczu niebezpieczeństwa? Czy wiedźma i opiekunka zdołają się dogadać i dać przykład innym? Po czyjej stronie stanie DaWern? Czy Pan Lasu dokona swej zemsty? Czy dzieci poznają smak prawdziwej i wolnej miłości? Czy dojrzeją na tyle szybko, na ile wymaga tego ten niezwykły czas?

   Główna oś fabuły kręci się wokół Vendy, opiekunki Doliny i ostatniego wilkara, DaWerna. Ich decyzje praktycznie decydują o losach mieszkańców wioski. Ona leczy, uzdrawia, odczynia uroki, wysyła duchy do Nawii. Jest zielarką i żerczynią. Dojrzała przez lata, nauczyła się wybierać między mniejszym a większym złem, choć pełna wątpliwości i zgorzknienia, zna swoje miejsce i obowiązki, które niejednego by przygniotły. Jej świat zbudowany jest z trudnych decyzji, ciągłych rozterek, ale przetykają to nici drobnych radości jej podopiecznych, uśmiechu i beztroski młodego pokolenia. To prawdziwa matka z krwi i kości dla dolinian. DaWerna poznajemy cały czas, jest tajemniczy, pełen energii, witalności, chłonie życie i jego dary, czasem ponoszą go emocje, ale potrafi je okiełznać, wykazując się silną wolą i zdrowym rozsądkiem. Mimo wilkarskiego pochodzenia zżywa się z mieszkańcami wioski, rozumie ich i szanuje, ich tradycje, a oni go nie ograniczają. Tężyzna fizyczna skrywa czułe i troskliwe wnętrze, ogromne serce i wielki charakter. Od początku byłam za nim i do ostatniej strony pozostałam mu wierna. Mój faworyt!

    Młode pokolenie nie pozostaje w tyle, najbardziej wyróżnia się Toru, Olena, Heszko, Gaborn i Dara. Oj, namieszają w Dolinie, ale cóż się dziwić, takie czasy. Marta Krajewska w każdą z tych postaci wplotła inne doświadczenia i cechy charakteru, sprawiając, że stali się indywidualnościami z innymi rozterkami, innymi pragnieniami, inną drogą. Warto bliżej przyjrzeć się Torowi i Darze, wychowanym w domku pod Skałą pod okiem Atry. Dostają to samo, tak samo kochani, mając wpajane te same wartości, idą odrębnymi ścieżkami, ukazując, że brak zrozumienia i zaufania może doprowadzić do tragedii. Dorośli są czasem ślepi i to, co w ich oczach bywa błahostką, dzieci postrzegają w kategoriach problemów nie do przebycia, czyniąc czasem przy tym coś nieodwracalnego. Przy tym młodym pokoleniu można całkiem sporo się nauczyć i docenić swoje tu i teraz.

   Warto też zwrócić uwagę na Alasę i Irkego. Odrzuceni przez swą inność, zepchnięci na margines, samotni, a mimo to dostatecznie silni, by walczyć o siebie. Czasem wystarczy obecność kogoś bliskiego, kto trwa obok i wspiera bez cienia zarzutu i wierzy, mimo wszystkich przeciwności dookoła. Ich los napawa nadzieją. Na każdego, nawet w głębi mroku, czeka światełko, które rozjaśni ból, problemy i da siły do walki z codziennymi troskami, pozwoli się uśmiechnąć i zamarzyć o życiodajnych promieniach słońca.

  To powieść o sile miłości i przyjaźni, lojalności i przywiązania do ojczyzny, bliskich, chęci bronienia tego, co bliskie sercu nawet za cenę własnego życia. To historia walki z przeciwnościami losu, ludzkimi złośliwościami, własnymi demonami. Pokazuje świat we wszystkich odcieniach szarości, od ciepłych do zimnych, wskazując, że nic nie jest jednoznaczne i proste w ocenie, ponieważ każdy medal ma dwie strony, a z reguły przeważa decyzja człowieka. Każdy ma wybór i ponosi konsekwencje za swoje czyny. Nie ma winy bez kary, a świat w ostateczności (a może bogowie) zwraca "wykonane" dobro (karmę).

   Pojawia się wątek przemocy starego kowala i zawiści, którą żyje, strachu przed zemstą Pana Lasu, ożenkiem bez miłości, zazdrości, samotności, nieokiełznanego gniewu, lęku przed innością. Dla równowagi wkrada się oswajanie z różnorodnością i pokazywanie jej z różnych perspektyw, pokonywanie barier strachu, życie zgodne z własnym wyborem. 

   Ta powieść uczy, czym jest życie, z wszystkimi jego wadami i zaletami, pokazuje różne ścieżki i ich możliwe zakończenia, cały czas dobitnie udowadniając, że każda decyzja to wybór i konsekwencja, bez względu na wiek i pochodzenie. Wolna wola wymaga refleksji i pewnej zadumy oraz hołdowania pewnym wartościom.

   Wilcza Dolina to także inspiracja słowiańskością, poczynając od życia codziennego mieszkańców wioski, tj. wyglądu domostwa, pracy na roli, przygotowywania się do zimy, budowy elementów obronnych po bardziej uroczyste chwile jak czas świąteczny dziadów, przesileń, spotkań w gaju z bogami, obchodów Nocy Kupały czy tryzny. To również wiara w Welesa, Mokosz, Roda i Rodzanice, Swaroga czy Peruna. To koegzystowanie z biesami, np. domowikiem, ubożętami, kikimorą, latawcem, chmurnikiem, zmorą, wąpierzem czy innym upiorem. To też uszanowanie cyklu przyrodniczego roku, życie w zgodzie z naturą i docenianie jej. Tak jak w przypadku Atry, którą pokochał sam Leszy, pozwalając jej dotrzeć do serca swego lasu. Owa słowiańskość tchnie z każdej strony, choć nie jest wprost nazwana, nie musi. Ona oplata i sięga prosto do wnętrza duszy.

   Świat przedstawiony Wilczej Doliny jest bardzo bogaty, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach, od samej wioski zaczynając po leśne otoczenie, zawiłe drogi, genealogie rodzinne mieszkańców, powiązania między nimi, podział ról, codzienne funkcjonowanie... ta kraina żyje pełną piersią, swoim życiem zaskakując czytelnika co krok. Podobnie rzecz ma się z kreacją bohaterów, o których już krótko wspomniałam. Zaś jeśli chodzi o samą akcję i tempo jej rozwijania - myślę, że nikt się nie zawiedzie. Autorka co rusz zaskakuje swą pomysłowością, a sama końcówka powoduje opadnięcie szczęki w dół. Wszystkie wątki domykają się z wielkim przytupem, pozostawiając czytelnika w wielkim zdumieniu.

   Szczerze mówiąc, bardzo obawiałam się tej części trylogii ze względu na przeskok czasowy, próbę zamknięcia tego wszystkiego w jednym tomie, na szczęście na próżno. Marta Krajewska opisuje to tak jak powinno być, każdy element wskakuje na swoje miejsce i dzieje się magia liter. Historia Vendy i DaWerna domknęła się, choć Dolina ma jeszcze niejedno do opowiedzenia, a powiadam Wam, potencjał ma ogromny.

   Warto też zwrócić uwagę na wydanie. Piękna okładka, kolorystyka, czcionka - zgrane z pierwszymi tomami. I miód dla oczu - ilustracje! Ochy i achy mogę wznosić nad talentem i wyczuciem Bernadety Leśniowskiej-Gustyn. Prawdziwe dopełnienie treści. 

   "Wezwijcie moje dzieci" Marty Krajewskiej to niebanalna powieść fantastyczna inspirowana słowiańskością osadzoną w autorskim uniwersum Wilczej Doliny, której każdy szczegół został dokładnie przemyślany, przeanalizowany, co daje genialny rezultat puzzli, które wreszcie można ułożyć po długim oczekiwaniu na zaginione kawałki. Czaruje klimatem, bohaterami i samą fabułą, porusza ważne wątki, nie boi się trudnej tematyki, wzbudza ogrom emocji i co rusz zaskakuje obrotem akcji. Ta powieść uczy pokory, stawiania czoła przeciwnościom losu, jednocześnie dając nadzieję na lepsze jutro i pokonanie własnych lęków, a nawet demonów przeszłości.

   To podróż po niezwykłym świecie, tak odległym, choć tak bliskim. To historia, która zostanie na długo w pamięci i sercu, do której ponownie się sięgnie, by spotkać się z dobrymi znajomymi. Magio Wilczej Doliny trwaj i niech kolejni opiekunowie skutecznie chronią jej mieszkańców! Wilkarska krew, czule wychowana może wiele dobrego zdziałać!

   Vendo i DaWernie, dziękuję za to wyjątkowe przeżycie, wspólne przygody i rozbudzenie miłości do słowiańskości.

   Marto Krajewska, dziękuję za Wilczą Dolinę! To magia sama w sobie. Pisz, twórz i niech wena Cię nie opuszcza!

niedziela, 18 lipca 2021

99) Słowiańska filozofia bytu, czyli "Widzący. Bogowie i Stwory" Franciszka M. Piątkowskiego


  Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Czym podyktowane jest nasze zachowanie? Skąd w nas te destrukcyjne odruchy? Czemu niszczymy to, co piękne i wzniosłe, zostawiając po sobie zgliszcza? Gdzie się podzieje ludzkość, gdy pozbawimy się naszego jedynego domu?

 Franciszek M. Piątkowski, twórca uniwersum Powiernika, powraca w wielkim stylu. Jego nowy zbiór opowiadań pt. "Widzący. Bogowie i stwory" powoduje gęsią skórkę podczas lektury. Jednak o tym jeszcze napiszę. Opowiadania są powiązane są z przygodami słynnego prawnika, Marka Lichockiego, Widzącego, obdarzonego darem słowiańskich bogów, wybrańca, zdolnego okiełznać niecne demony i zaprzyjaźnić się z tymi inteligentnymi o dobrym sercu. Dzień po dniu zgłębia niewidzialny dla zwykłych śmiertelników świat, jego tajemnice, a może przede wszystkim zbrodnie i wichrzycieli tej ciemnej strony, której nikt poza nim nie jest w stanie się przeciwstawić. Mężczyzna zdążył już dorobić się kilku śmiertelnych wrogów oraz paczki dozgonnych przyjaciół. Wiadomo, równowaga musi zostać zachowana. Nie ma łatwo. Z jednej strony rodzina, za którą gotowy wskoczyć w ogień, z drugiej - obowiązki Powiernika i Widzącego, który musi chronić ludzi przed stworami i krzewić rodzimą wiarę, by nie zaniknęła. Jest strażnikiem Jawii oraz harmonii między tą krainą, a Nawią i Prawią. Łącznikiem. On widzi świat szerzej i lepiej dostrzega to, co nam umyka. Jednak najważniejsze jest to, że nie zamyka się tylko na ludzką perspektywę. Pozostaje otwarty, a stwory uczą go, że pozory mylą i zawsze warto spojrzeć głębiej, z różnych punktów widzenia, by stać się możliwie jak najbardziej obiektywnym.

   W zbiorze znajduje się jedenaście opowiadań o różnych słowiańskich biesach. Spotkamy tu np. zagubione dusze, dziwożony, leszego, cichą, upiory rodem z horroru, bohynię, południcę, bełta, spaleńców, żądlicę oraz dobrze znanego domowika Witka, strzygonia Bezmira i wąpierza Radosława. Jedne z nich są pradawne, inne - całkiem współczesne, bywają wrogie lub przyjazne ludziom, wiele z nich ma człowiecze korzenie, lecz w wyniku pewnych okoliczności nie zawędrowały do Nawii i na spokojne łąki Wyraju. Może to jakieś niedokończone sprawy? Może chęć naprawy starych błędów lub zemsty? Któż wie, co siedzi w głowie takiej istoty, czym się kieruje i co ją motywuje? Kto będzie w stanie ją zrozumieć i pomóc? W tym jednym przypadku Widzący jest wręcz niezbędny, lecz po czyjej stronie się opowie? Rola kata i ofiary często jest względna, a Marek nieraz znajdzie się w potrzasku wątpliwości. Któż by nie był?

   Otaczający nas świat nie jest czarno-biały, mieni się wszelkimi odcieniami szarości, przez co trudno jednoznacznie coś lub kogoś określić jako dobrego czy złego. Dopiero dłuższe spojrzenie pozwala na ocenę. Te słowiańskie stwory odzwierciedlają nasze wewnętrzne demony, koszmary, które po śmierci nadają temu wymiar fizyczny, choć warto zaznaczyć, że nie jest tak w każdym przypadku. Czasem nasze czyny skutkują tragicznymi konsekwencjami, choć w pełni zasłużonymi jak w przypadku "Lasowika". Te opowiadania poruszają naprawdę trudne tematy, jak społeczny ostracyzm, przemoc fizyczną i psychiczną nad słabszymi, emocjonalną manipulację i fałszywą miłość, obsesyjną chęć posiadania i chorą ambicję, dwulicową świątobliwość, wewnętrznie rozsadzającą pychę niszczącą wszelkie odruchy człowieczeństwa... Ludzka znieczulica, brak pochylenia się nad kimś może doprowadzić do ostatecznego rozwiązania, a co gdyby ktoś zainteresowałby się dramatem małego dziecka, rozgrywanego każdego dnia za drzwiami domu, czy "Cicha" miałaby wtedy rację bytu? Co, gdyby ktoś wsparł młodzieńca szukającego swojej drogi w małej, nieco staroświeckiej miejscowości? Może wystarczyłoby dobre słowo i zwrócenie innym uwagi? Czy gonitwa za pieniędzmi i próba założenia maski może zmienić postrzeganie przez społeczeństwo danej jednostki? Czy liczy się tylko gra pozorów? Kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda w końcu wyjdzie na jaw. Po co budować fałszywy obraz siebie? Gdzieś w tym wszystkim tkwi także brak umiejętności radzenia sobie z samotnością i bólem po stracie bliskich. Śmierć za śmierć to nie rozwiązanie. Życie mknie, ale nie obok, a przez nas. Ból może rozsadzać serce, ale warto znaleźć nowy sens, ukierunkować się na czynienie dobra, pomoc komuś, wspieranie ważnych inicjatyw. "Dziady" są tu dobrym ostrzeżeniem.

   Dramaty ludzkie to jedno, lecz gdzieś w tle majaczą poważniejsze problemy tyczące się ogółu. Warto przy tym zwrócić uwagę na "Dziwożony" i "Bajdałę". Czy stwory chcą nam tylko szkodzić? Robią to ze zwykłej złośliwości? Pałają chęcią mordu bez powodu? Działają instynktownie? Rozumne stworzenia tak się nie zachowują. Muszą istnieć jakieś przyczyny tego stanu rzeczy. Wystarczy tylko pochylić się nad tym i zastanowić się nad motywacją. Czy to ludzie nie wkraczają na ich terytoria, nie zagrażają im i ich domenom? Może te biesy mają jakieś zadanie? Może strzegą dawnych puszcz i ruczajów, by ludzka ręka ich nie zniszczyła? Warto spojrzeć na to szerzej. W zastraszającym tempie znikają kolejne połacie lasu, giną bezpowrotnie zagrożone gatunki zwierząt, zmniejsza się bioróżnorodność środowiska, kurczą się pokłady słodkiej wody, wysychają kolejne jej źródła, wzrasta temperatura, podnosi się poziom oceanów i mórz, topią się lodowce, pokrywa śnieżna Antarktydy i Arktyki maleje, występują anomalia pogodowe. Nasz świat się zmienia. Czemu? Co rusz słychać o katastrofach ekologicznych, to o wycieku ropy, to o nielegalnych składowiskach śmieci, wszędzie gdzie się da, używaniu niebezpiecznych substancji w produkcji przedmiotów codziennego użytku, bo taniej... Liczy się zysk, a Ziemia powoli umiera. Idąc na spacer, czy to w mieście czy w lesie, nie widzieliście porozrzucanych butelek, plastików i innych śmieci? Lenistwo sprawia, że brakuje co niektórym chęci do użycia kosza. No tak, po co marnować swój cenny czas? Co jeśli do takiego założenia dochodzi nie jedna, a tysiące osób? Zamiast dbać o to, co mamy, niszczymy bezmyślnie, krok po kroku, własny dom. Warto pamiętać, że innego nie mamy. Nie pochwalam taktyki tychże biesów, ale każdy broni jak umie, tego co mu bliskie i ważne. Warto zwrócić uwagę na wymowę ostatniego opowiadania. "Bajdała" to przestroga, lecz jednocześnie tli się w niej iskierka nadziei. Może mamy jeszcze czas i możliwość, by coś zmienić?

  Niektóre opowieści chyba zdradzają co nieco o przyszłości uniwersum Powiernika, przynajmniej takie odniosłam wrażenie podczas czytania "Strażnicy". Autor zwraca uwagę, że o zyskanie wroga jest łatwiej niż się wydaje i w takiej sytuacji warto mieć koło siebie kogoś zaufanego. Również w "Herdagradzie" zaakcentowany zostaje element wagi współpracy i przyjaźni w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

   Opowiadania podkreślają znaczenie miłości i przyjaźni w życiu każdego z nas. To bliscy są podporą w trudnych chwilach, pomagają bezinteresownie, poświęcają swój czas, po prostu są obok. Niby nic, a to właśnie jest wszystko, co ważne. To nie tylko rodzina z więzów krwi, ale też ta samodzielnie wybrana. Autor cały czas zwraca uwagę na drobne odruchy dobroci, które mają zbawczą moc, mogą komuś uratować życie, skłonić do rezygnacji z autodestrukcyjnych zachowań. Dzień po dniu, krok za krokiem, powoli, lecz systematycznie. Może to jest sposób na ratunek naszego gatunku i domu?

   Przedstawione akty ludzkiego okrucieństwa przerażają tym bardziej, że Franciszek Piątkowski ukazuje cały mechanizm kata i ofiary z ich perspektywy, opisuje doznania i uczucia jednej i drugiej strony. Między wierszami kryje się ogromna wiedza o ludzkiej psychice. Najbardziej porażająca pod tym względem jest "Cicha". Aż zimno się robi na samą myśl o tym. Zresztą "Spaleniec" nie jest lepszy. Tam aż roi się od tego, co mąci ludzkie dusze od wieków, a popycha ku najgorszemu.

   Spośród jedenastu opowiadań tylko dwa są na swój sposób zabawne, a mianowicie "Gotishoos" oraz "Potworaki". Pierwsze może wywołać salwy śmiechu przy skomplikowanych nazwach i złorzeczeniach składającego meble, choć zwraca uwagę na niszczenie zasobów leśnych i osamotnienie na obczyźnie. Nauka poprzez uśmiech, dobra metoda. Drugie w całej swej wymowie jest przewrotne. W pierwszej chwili myślałam, że czytam science-fiction, wizja makabryczna, choć w ostateczności wywołująca uśmiech. Genialnie rozegrana akcja i puenta!

  Nie mam jednego ulubionego utworu. "Dziady" mają niesamowity klimat, "Cicha" bardzo oddziałuje na emocje, "Bajdała" sięga po tradycję bajdurzenia z morałem, a wszędzie przemykają niesamowite stworzenia z niezwykłymi historiami, lecz me serce już dawno porwał Leszy, znany z wcześniejszych części. Zwróćcie szczególną uwagę na jego dialog z Markiem pod koniec "Lasowika", w nim tkwi główne przesłanie opowiadań.

   Główny bohater, mecenas Lichocki, pojawia się i znika, lecz jest spoiwem dla całości. Na przestrzeni kolejnych tomów widać jego przemianę, coraz większe znaczenie poczucia sprawiedliwości, już bez względu na przynależność gatunkową. Mimo wewnętrznych rozterek, mężczyzna stara się postępować jak najlepiej i najrozsądniej. Może i wybiera trudne, skomplikowane i ryzykowne rozwiązania, ale intuicja praktycznie go nie zawodzi. Jest wierny swoim zasadom, nie nagina się do woli społeczeństwa, idzie swoją drogą, patrzy przed siebie i pod nogi, liczy się z przeszłością, ale rozmyśla też nad tym, co dopiero nastąpi. Jest wyjątkową postacią i nie dziw, że bogowie go wybrali do pełnienia tak ważnej roli.

   Kreacja bohaterów, jak i konstrukcja utworów jest szczegółowo przemyślana. Nie ma tu miejsca na nieścisłości. Autor świetnie wyczuwa moment, gdzie należy umieścić punkt kulminacyjny, jak zagrać na emocjach czytelnika, jak zbudować napięcie, a potem umiejętnie spuścić z tonu i dać chwilę wytchnienia. Ponadto wspaniale maluje klimat i krajobraz słowem pisanym. W trakcie lektury można poczuć się osobą towarzyszącą postaciom. Warto też zwrócić uwagę, że oprócz rozbudowanych dialogów, bogatych stylistycznie opisów i trzecioosobowego narratora, występuje też forma epistolarna, wprowadzająca powiew świeżości i nadaje opowiadaniom wyraz autentyczności, jak głośno wybrzmiałe echo przeszłości. To wszystko pokazuje jak bardzo styl pisarza ewoluował, do jak wysokiego poziomu doszedł w krótkim czasie. 

   Przy tak wybornej lekturze nie sposób nie wspomnieć o wydaniu. Piękna okładka, z której spoziera na nas Leszy, opiekun lasów, tej ostoi dzikiej przyrody, której nie tknął jeszcze człowiek, strażnik natury i przeszłości, jest uosobieniem treści zbioru opowiadań. Wewnątrz można odnaleźć ilustracje stanowiące klucz do utworów. Czarno-białe, klimatyczne, niepokojące i piękne. Zwróćcie uwagę na dbałość o detale. Marta Żurawska wykonała kawał dobrej roboty! Ponadto od strony redakcyjnej warto docenić dopracowanie. Spotkałam ledwie parę literówek. Współgranie tekstu i grafiki to już połowa sukcesu. One tu się doskonale uzupełniają. Druga połowa to treść, którą powyżej omówiłam.

   "Widzący. Bogowie i Stwory" Franciszka Piątkowskiego to świetny zbiór opowiadań, który porywa jak nurt górskiej rzeki w niebezpieczną i pouczającą podróż po ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy, ukazując co w nas tkwi, czym możemy się stać i dokąd zmierzamy. Porusza ważną tematykę, m.in. przemocy fizycznej i psychicznej, niszczenia ekosystemu, znaczenia wsparcia w bliskich osobach w trudnych chwilach etc. To wszystko autor zamyka w ramach stworzonych poprzez słowiańskie klimaty z naciskiem na stwory i ich dwuznaczną rolę w Jawii. Uważam, że każdy, komu nie jest obojętny los drugiej istoty, znajdzie tu utwór, który poruszy jego serce, historię, z którą poczuje pewną więź. Ten zbiór jest nie tylko dla zainteresowanych Słowiańszczyzną jako taką, odnajdą się tu też miłośnicy fantastyki i co wrażliwsze osoby, wymagające od literatury nie tylko rozrywki, ale pożywki dla duszy i umysłu. By lepiej zrozumieć sens zbioru, warto wcześniej sięgnąć po pozostałe tomy Powiernika, choć nieznajomość ich nie jest przeszkodą nie do przeskoczenia.

   Dla mnie lektura najnowszego dzieła Franciszka Piątkowskiego była samą przyjemnością. Wspaniale wydana, pięknie zilustrowana, a przede wszystkim bogata w treść. To ważna książka, obok której nie da się przejść obojętnie. Jestem pod jej wrażeniem, bo po zakończeniu długo nie mogłam pozbierać szczęki z podłogi. To jedna z tych pozycji, która zmienia i pozostaje na długo w pamięci, jeśli nie do końca życia. Jest taka jaka powinna być. Nie mam żadnego "ale". Zatem, polecam ją z całego serca!

PS Dziękuję za książkę!

piątek, 16 lipca 2021

98) O słowiańskości inne ujęcie - "Ten Zły" Natalii Dziadury

 Książka książce nierówna tak jak gatunek gatunkowi czy autor autorowi. O gustach się nie dyskutuje, nie powinno porównywać się lektur z dwóch różnych światów, można jedynie powiedzieć jakie wrażenie wywarła na czytelniku, czy się podobała i czy jeszcze się kiedyś do niej wróci.
   Natalia Dziadura wybrała sobie na debiut gatunek literacki cieszący się skrajnością opinii, tj. jedni go uwielbiają, inni - nienawidzą. Erotyk czy też raczej powieść erotyczna powinna mieć ręce i nogi, czyli ciekawą fabułę usianą wątkiem właściwym. Ilu ludzi, tyle zdań. Można czytać dla wzruszenia, zabawy itd. Każdy powód jest dobry, bez dwóch zdań, dlatego już na wstępie zaznaczam, że nie wolno stereotypowo klasyfikować według jakiegoś kryterium przed poznaniem treści, bo można grubo się pomylić.
   "Ten Zły" to powieść erotyczna, której akcja toczy się w XXI wieku w niewielkiej miejscowości, Jarzębice. Główna bohaterka, Lila, dziedziczy po pradziadkach dom, a właściwie gospodarstwo i spory majątek, z którym sama nie do końca wie, co pocznie. Dziwnym trafem spadek jest w stanie idealnym - dom czysty, zwierzęta zadbane, mleko zebrane, wszystko naprawione. Kto się tym zajmuje? Sąsiedzi? Pracownicy? W dodatku podczas jednego ze spacerów z psem przodków, Hardą, Lila spotyka nieokiełznanego, bardzo bezpośredniego mężczyznę, Iwara Velsa, który znacząco wpłynie na jej plany życiowe. Ponadto okaże się, że w Jarzębicach dawne słowiańskie stwory to nie tylko wytwór wyobraźni. Erotyk ze słowiańskimi elementami? Pierwsza myśl, warto sprawdzić co w tym lesie literek się wyprawia i jakie biesy tam niesie...
   Lila to świeżo upieczona absolwentka studiów, prawdopodobnie informatyki, ponieważ zajmuje się programowaniem. To nieodłączne dziecko XXI wieku, które nie wyobraża sobie życia bez współczesnych wynalazków, np. telefonu czy internetu. Początkowo zagubiona, coraz śmielej poczyna sobie, funkcjonuje wśród miejscowych, nie zapominając o dawnych znajomych. Z jednej strony bywa  cicha, spokojna, lękliwa, a z drugiej - szalona, wybuchowa, uparta i dzika. Wpadająca ze skrajności w skrajność. Ma ciekawe pomysły. Stara się sobie radzić z niezwykłymi współlokatorami. Dba o swoich bliskich. Pragnie szczęścia i stabilizacji, choć wydaje się, że przy obecnym wybranku to raczej nie będzie możliwe. Liliana czasem irytuje, często sama zaprzecza swoim postanowieniom, idzie na oślep, choć lubi planować i organizować wszystko dookoła. Nieco to się gryzie, ale ludzie się zmieniają pod wpływem pewnych doświadczeń, są skomplikowani i robią różne rzeczy, które stanowią ich totalne zaprzeczenie. To ludzkie, a Lila jest postacią z krwi i kości, taką którą czytelnik może spotkać za rogiem następnej ulicy. 
   Pierwszoplanowym męskim bohaterem jest już wspomniany Iwar Vels. Słowianofile już mogą domyślać się, kto kryje się pod tym pseudonimem. Mężczyzna doskonale zbudowany fizycznie z licznymi tatuażami, z czego najciekawszym jest ten przedstawiający brzozę jako bramę do Wyraju. Bywa dziki, brutalny i gwałtowny. Kryje się w nim pierwotność puszczy. Jego uczucia są silne, dominujące nad zdrowym rozsądkiem, choć jak chce, to potrafi okiełznać je siłą woli, co udowadnia niejeden raz w obecności Lili. Jego świat to las, którym się opiekuje, świat zwężony do kilkorga bliskich znajomych, wśród których czuje się najlepiej. To postać o niełatwej przeszłości i kilku mrocznych tajemnicach.
   Do moich ulubieńców należą Kalina i Siwy. Może to ich charakter, może podejście do życia, wierność swoim zasadom i życie zgodne z rytmem przyrody lub ich korzenie... Trudno mi wskazać jednoznacznie. To postacie z największym potencjałem o ciekawej wspólnej historii, którzy są prawdziwymi przyjaciółmi, za którymi poszłoby się w ogień i to z wzajemnością. Wiedzą, czym jest miłość, przyjaźń, szacunek i zaufanie.
   Pewną przeciwwagą dla wyżej wymienionych jest pewien biznesmen i jego mroczna świta pełna tajemnic. Z nimi wiąże się też wątek kryminalny. Wydaje mi się, że miało to urozmaicić akcję. Owszem, tak się stało, ale za szybko się to rozwinęło, za mało szczegółów, za mało argumentacji. Odniosłam wrażenie, że czegoś w tym zabrakło.
   Jak erotyk to i życie seksualne bohaterów. Kilka pikantniejszych scen jest. Autorka nie bawi się w ceregiele. Język bywa dosadny, bezpośredni, czasem grubiański, w zależności od emocji postaci, jakie nimi targają i na co mają ochotę. Lila pod wpływem Velsa szaleje na tym punkcie, robi to, co lubi. Trzeba im przyznać, że dobrali się jak w korcu maku. Miłośnikom gatunku się spodoba, inni mogą przekartkować, bo z fabuły nic nie stracą.
   Najciekawszym wątkiem jest dla mnie historia gospodarstwa Lili, powiązania jej rodu z magią i elementy słowiańskie. Jedno wiąże się z drugim. Prababcia dziewczyny nie była zwykłą kobietą, a Mądrą Babą o sporej mocy. Wygląda na to, że w życiu nieco namieszała, za co przyszło zapłacić jej prawnuczce, tylko czy ten, który ma to odebrać, będzie w stanie to zrobić? Czy uczucia nie przysłonią mu oczu, czy życie wśród ludzi zrekompensuje mu utratę boskiej potęgi? W całą ową intrygę zamieszany jest bóg podziemi Weles, matka wszechrzeczy Mokosz i gromowładny Perun. Co ma do tego Lila? Sporo, sporo, ale treści książki nie będę zdradzać. Kto ciekaw, sam doczyta. Z pomrok pojawia się rusałka, demon księżycowy, bies, bożęta i domowniki, utopce i wąpierz. Ponadto warto zwrócić uwagę na sprawę dot. Doli (niewypowiedzianej z imienia) i Rodzanic, co przędą los żywych istot i o przyszłości sekretów słowa nie pisną śmiertelnikom, choć je znają. Bogowie są bardzo ludzcy, podobnie jak człowiecze stwory. Mają lepsze i gorsze dni, mocniejsze i słabsze strony, cierpią i kochają, płaczą i śmieją się. Różni ich tylko posiadana moc i nieśmiertelność, w tym przypadku warto przyjrzeć się Mokoszy i jej działalności. 
   Słowiański wątek to ten element powieści, dla którego w ogóle sięgnęłam po ową pozycję. Niepokojącą myślą jest zdanie Welesa mówiące o tym, że wraz ze wzrostem zainteresowania rodzimą wiarą, odradzają się dawne stwory, choć ludzie już inaczej podchodzą do bogów i demonów, z mniejszym lękiem, a większą nadzieją i radością. Czyżby tak było w istocie? Gdzie leży granica? Czy powrót do korzeni to dobry pomysł? Gdzie należy wyhamować, a dokąd się udać, by kontynuować? Moim zdaniem powieść daje podpowiedź, by iść własną drogą, ku temu, co podpowiada intuicja, serce i rozum. Żyć w zgodzie ze sobą, z własnymi wartościami, nie pozwalając obcym na kierowanie naszym życiem. Każdy musi je przeżyć po swojemu, by na końcu niczego nie żałować, że nie spróbowało się spełnić swoich marzeń.
   Natalia Dziadura me lekkie pióro, przyjemny styl, z łatwością opowiada czytelnikowi o swojej wizji rodzimych bogów i stworów. Wykreowała ciekawe postacie ze skomplikowaną historią, temperamentne, gotowe do działania. Stwarza świetny klimat poprzez język, plastyczne opisy i tajemniczość, która przyciąga. Dzięki temu jej książkę czyta się naprawdę szybko.
   "Ten Zły" to powieść z ciekawym pomysłem na fabułę, o sporym potencjale, ale nie do końca wykorzystanym. Akcja miejscami pędzi zbyt szybko, brakuje szczegółów, jest wiele niedomkniętych wątków, wiele pytań, mało odpowiedzi. Gdzieś umyka mi sens, np. rytuału prababci Lili. Po co wzywała tego konkretnego boga? Kim jest Antoni i gdzie podziało się Licho? Dlaczego je obudzono? Jako samodzielna historia ta powieść nie jest w stanie funkcjonować, ale jako początek serii - jak najbardziej, wstęp co więcej mąci w głowie czytelnika i intryguje "co dalej".
   To powieść-rozrywka, dla miłego i relaksującego popołudnia, na raz. Natalia Dziadura ma głowę pełną pomysłów, umie tworzyć klimat, więc czekam na jej dalsze twory, oczywiście ze słowiańskością w tle, ale może coś bardziej emocjonalnego, psychologicznego byłoby pewnym wyzwaniem dla autorki? Potencjał jest spory, więc warto rozsmakować się w różnych formach.

niedziela, 20 czerwca 2021

97) O Piastach z nutą przeszłości... "Ślepy demon. Zbigniew" Witolda Jabłońskiego

   Dolo, ma Dolo, gdzieżeś była, gdy Rodzanice przędły nici mego żywota, wplątując weń tyle bólu, cierpienia i goryczy, podszywając ulotne szczęście fałszem, a przyjaźń kaźnią krwi? Trwasz przy mnie, czyżeś swe imię na Niedolę zmieniła? Dokąd mnie prowadzisz? Gdzież ma ostoja i przeznaczenie? Cóż bogowie zamyślają wobec mnie?

   Tymi słowami mógłby dociekać sensu swego istnienia małoletni Zbigniew, bohater najnowszej książki mistrza pióra, Witolda Jabłońskiego, pt. "Ślepy demon. Zbigniew". Jest to powieść historyczna z elementami fantastycznymi, osadzona w XI wieku głównie na obszarze Polski i Rusi, od panowania Bolesława Śmiałego po rządy Władysława Hermana z elementami ich polityki zagranicznej, przystrojona słowiańską magią, biesami i bogami. Soczysta i pożywna mieszanka.

   Bolesław Szczodry poczyna sobie coraz śmielej na tronie, po niepowodzeniu misji na Rusi i zdradzie wuja, mści się na swoich wojach, co go przedwcześnie opuścili, zabierając majątki, nakładając nań surowe kary. Przy jego boku ponownie zjawia się Krystyna, chcąc lśnić niczym klejnot. Powoduje to, że dworskie intrygi rosną w siłę, wzbudza niesnaski. Gdzieś na obrzeżach królestwa czai się Sieciech, mający chrapkę na władzę, posługując się pionkiem, Władysławem Hermanem, bratem Bolesława. W tle wyrasta nowe pokolenie Piastów, Mieszko Bolesławic i Zbigniew, pierworodni, o odmiennych charakterach i usposobieniach, jednakowo uwikłani w dynastyczną politykę o skomplikowanej historii. Szalone czyny Śmiały przypieczętowuje zabójstwem biskupa Stanisława ze Szczepanowa, odstąpieniem od kościoła i ucieczką z kraju. Scena wolna. Czas na młodszego brata, skupionego na zagraniach umysłowych, a nie na wojaczce. Nowe układy, nowe przymierza, stare problemy, które rozwikłać mają kolejne małżeństwa. Kolejni pretendenci do tronu. Czy walka o władzę musi skończyć się bratobójstwem? Czy starszeństwo bądź przymioty ducha nie mogą stać ponad zawiścią i zazdrością?

 Witold Jabłoński osadza swą powieść w historycznych ramach, trzymając się znanych ze źródeł faktów. Kto interesuje się średniowieczem polskim, ten zarys fabuły zna. To pewien schemat, lecz nie dajcie się zwieść. Autor to prawdziwy mistrz pióra i nigdy nie stawia na łatwe rozwiązania. Zaprasza czytelnika na prawdziwą ucztę zmysłów, rozkosz dla podniebienia miłośnika przeszłości. Znane fakty uzupełnia niebanalnymi pomysłami, bohaterami i wątkami. Ze słów tka gobelin o Piastach, używając do tego najdroższych materiałów. Wyborna jakość, bez dwóch zdań. Wystarczy znać ogólne opracowania na temat XI wieku, by dostrzec ile pracy i wiedzy włożył autor w powstanie tej książki. Na te kwestie jestem szczególnie wyczulona i doceniam tak genialne wykorzystanie historii jako literackiej inspiracji w zgodzie z jej naturą.

   "Ślepy demon. Zbigniew" przedstawia nie tylko życie średniowiecznych elit dworskich skupionych w zamku władającego. Ukazuje też szarą codzienność wojów, zakonników oraz mieszczańskich rzezimieszków, nie oszczędzając szczegółów o ich przyzwyczajeniach, oczekiwaniach, odczuciach etc. Bogata fasada skrywa bogate wnętrze. Bohaterowie nie są kukiełkami losu, mają głębokie życie wewnętrzne, rozterki duchowe, wielość problemów, spore doświadczenie życiowe. Rys psychologiczny to ważny element wskazujący na świetny warsztat pisarza. Postacie tej książki zaskakują, wzruszają, wywołują złość lub uśmiech. Jednych się kocha (jak Synów Drzew), innych nienawidzi (np. Korgsa), choć poznając bliżej pewne historie i dramaty można się przekonać, że nie ma skutku bez przyczyny. Ludzie się zmieniają pod wpływem nowych doświadczeń, zewnętrznych bodźców. Ktoś kto doświadcza ciągłych upokorzeń, zsuwania na dalszy plan, wyśmiewania, podnosi się silniejszy lub upada całkowicie, lecz nigdy nie wybacza/zapomina swym prześladowcom doznanych krzywd. Uważam, że postać Zbigniewa świetnie ilustruje ową zależność w stosunku do dwóch mistrzów, prawdziwego i fałszywego.

   Wracając do meritum, powieść odsłania kulisy życia codziennego ludzi z różnych warstw społecznych. Mężczyzna to urodzony woj, strażnik bezpieczeństwa domowników, zapewniający trwanie. Ten pozbawiony tej iskry wojennej swą dolę odnaleźć może przy świętych księgach, zdobywaniu wiedzy i przekazywaniu jej innym. Są też ci, co trudnią się pracą rąk własnych, nie mniej chwalebnym zajęciem od pozostałych. Kobiety też odgrywają tu ważną rolę. To matki, opiekunki domowego ogniska, zielarki. Z jednej strony Ragana z Boraną, a z drugiej niemiecka Judyta czy Krystyna. Każda inna, lecz zabezpieczająca swych bliskich. Autor postanowił odnieść się do pozycji i znaczenia kobiety w średniowieczu. Krystyna chce wyzwolić się spod męskiej władzy, stać się niezależna, wolna, sama dyktować warunki. Rozdawana i traktowana jak przedmiot, ucieleśnienie męskich żądz, czuje się zniewolona. Czeska Jutta całkiem zdaje się na wolę ojca i męża. Za to jej niemiecka imienniczka gra pozorami, by rządzić jako szara eminencja, by mężczyzna stał się jej zabawką i robił dokładnie to, czego ona zażąda. Która gra pierwsze skrzypce z wszelkimi tego konsekwencjami? To już pokazuje fabuła. Dzieci możnych wcale nie mają lepiej. Pierworodny dziedziczy, a pozostali skazani są na zakon lub życie najemnego woja, szukającego swego szczęścia w świecie albo przejmującego schedę po teściu. W domach panujących córki to możliwość zawarcia sojuszu, synowie - pokusa o walkę po śmierci rodziciela, swady i wewnętrzne rozdarcie dynastii. I tak źle i tak niedobrze. Ludzka przypadłość.

   Warto zwrócić również uwagę na przedstawioną codzienność wojaków, co pisarz ilustruje na podstawie drogi Polaków na Ruś. Spalone wsie, problemy z wykarmieniem i napojeniem takiej zgrai ludzi i zwierząt, choroby, wycieńczenie, złe warunki bytowe, nieprzychylność miejscowych, pułapki. To także strach podbijanych, przed gwałtem, śmiercią, niewolą. Jedni i drudzy boją się, co będzie dalej, co jeszcze ich spotka. Każdy walczy o siebie i bliskich, o przetrwanie. Z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami.

   W całym tym zamieszaniu doskonale widać na czym polega polityka i dworskie intrygi, dwulicowy świat, pełen fałszu i zakłamania, udawania przyjaźni i dobrych rad, wbijania noża w plecy ofierze, będącej niczym rodzony brat, satysfakcji z bólu drugiej osoby, uciekania się do podstępnych sztuczek. Polityki o nieczystych zagraniach, pustych frazesach, przesiąkniętą chorą ambicją, złem, wykorzystującą do cna słabe strony przeciwnika, idącej po trupach do celu. Gdzie śmierć to siła nośna władzy, a nowe życie to strach o własne cztery litery. Warto przyjrzeć się grze Kościeja, Sieciecha czy nawet pozornie niewinnego Władysława Hermana. Polityka to brudna gra, w której zwycięża najbardziej inteligentny, silny i podstępny, bez uczuć. Bez empatii, litości i współczucia.

   Autor ukazuje również kulisy szaleństwa towarzyszącego władzy, czy to na polskim Wawelu czy w ruskim zakonie, gdzie słabsi muszą dostosować się do decyzji silniejszych, choć niekoniecznie mądrzejszych. Bolesław morduje biskupa, choć wie, że niszczy to podwaliny jego rządów, wynosi kochankę nad żonę, choć to tylko przysparza mu wrogów, ruga wojów, mimo iż są jego podporą. Emocje przesłaniają zdrowy rozsądek. Nie lepiej sytuacja ma się w Monasterze Pieczerskim, gdzie przemoc to codzienność, jakby opętanie przez złego demona, nieliczni pozostali przy zdrowych zmysłach kryją się po kątach, oczekując zmiany na lepsze, bojąc się opuścić swój jedyny dom. Pisarz nie boi się trudnych scen czy tematów, porusza je i przedstawia, nieraz ze szczegółami, by uzmysłowić czytelnikowi z czym borykali się ludzie tamtych czasów. Szalony władca, eksperymenty drążycieli wiedzy - wszystko kosztem poddanych, słabszych jednostek, niechronionych przez kogokolwiek i cokolwiek. Świat pełen bólu, niesprawiedliwości i łez. Prawdziwy.

   Przeciwwagą dla okrucieństwa jest ukazanie niezłomnej przyjaźni Boran, nieposkromionej miłości bez narzucania pęt moralnych kościoła, taką żywą między dorosłymi, kochającymi się ludźmi, szczerym oddaniem między zwierzęciem a człowiekiem (Pukis i Andaj), więzi między matką a dzieckiem, mistrzem a uczniem etc. Każda relacja nie pozostaje bez wpływu na inne sfery życiowe czy też stosunki międzyludzkie.

  Na przykładzie Zbigniewa można obserwować dojrzewanie nieopierzonego dziecka w niebezpiecznego młodzieńca, który dzięki opiece Kościeja radzi sobie coraz lepiej, swą dolę odnajdując w zdobywaniu wiedzy, choć nie zawsze w sposób łatwy i bezkrwawy. Każde doświadczenie odbija się w psychice Piastowica, wpływa na jego decyzje, wybory, tym samym kształtując go. Od zahukanego kociaka po przyczajonego rysia, gotowego do ostatecznego skoku. Tak moim zdaniem wygląda jego ewolucja, coraz bardziej świadomego swoich wad i zalet, a przede wszystkim posiadanych umiejętności. Świadomość swego jestestwa, przeznaczenia - to jego tajna broń. Tak jak wyciąganie wniosków z błędów innych, by samemu się ich ustrzec. 

   Wspominałam, że autorowi świetnie wychodzi zabawa historią. Zwróćcie na to uwagę przy postaci Martina Galla. Coś Wam to mówi? Ze szkoły? Mi intuicja podpowiada, że w życiu Piastów, bohaterów W. Jabłońskiego, jeszcze nieźle namiesza. Smakowity wątek dla miłośników przeszłości. Warto też wspomnieć o napomkniętym konflikcie papieża Grzegorza VII z cesarzem Henrykiem IV (tzw. spór o inwestyturę), który unaocznia władzę średniowiecznego kościoła na politykę Europy i dynastie rządzące. Podobnie jak konflikt Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem. Takich kąsków jest więcej.

  Zarówno "Słowo i miecz", jak i "Ślepy demon. Sieciech" opierały się na walce chrześcijaństwa z pogaństwem, wiarą w jednego z tą w wielu, gdzie ci z pozoru miłosierni i dobroduszni, kryli za skórą diabła. Kościół w powieści dąży do przejęcia władzy, uzurpuje ją sobie poprzez macki Gladius Dei, nie mając skrupułów przed sięganiem do czarnej magii i konszachtów z ciemną stroną, morderstwami etc. Kościół grabi mienie, gwałci nieletnich, fałszuje dokumenty, sieje zamęt i zniszczenie. Słowo Boże głosi poprzez siłę miecza i przelaną krew. Zamiast miłości wzbudza lęk. Lokalne tradycje przyobleka w swoje strojne szaty. Wymazuje historię poprzez uśmiercanie tych, co są żywą pamięcią ludu. To kłębowisko żmij, które patrzą tylko na to komu jeszcze wstrzyknąć swój jad, czego dobitną metaforą jest dół z biesami czy też robactwem w podziemiach monasteru. I to nie tylko XI wiek, wystarczy spojrzeć tysiąc lat później. Czy coś się zmieniło? Jest lepiej? Raczej nie, choć ludzie mają nieco większą odwagę do tego, by głośno się sprzeciwić, krytykować i nie liczyć się ze zdaniem owych czerńców. My mamy wybór, w średniowieczu za samodzielne myślenie i podążanie za własnym sercem wykonywano wyrok śmierci.

   Czy poganie w tej powieści są lepsi? Wydaje mi się, że nie. Też grają na dwa fronty, zabijają, zadają ból i cierpienie, ale nie udają. Wyznają bogów podobnych do siebie, oddają im cześć, składają nieraz krwawe ofiary, ale są sobą. Nie zakładają maski bogobojnych wyznawców Chrystusa, którzy tylko się umartwiają, a cierpienie traktują jak dar. Oni cieszą się życiem, biorą je jakim jest, nie nawracają innowierców na swą modłę, są bardziej tolerancyjni dla inności. Ich świat jest prostszy, bardziej logiczny, choć okrutny.

   Na kartach tej książki Witold Jabłoński przemycił sporo słowiańskich elementów. Są bogowie jak Mokosz, Chors czy Weles we własnej osobie, kontaktujący się z niektórymi ludźmi. Są pomroki takie jak wiły, bobo, wilkołaki, skrzaty, banniki. Są rytuały i obrzędy, jest magia - Luby, Kościeja czy Zbigniewa. Jest wreszcie i wędrówka do Nawii, która uczy jak odróżnić prawdę od kłamstwa, piękną maskę od wewnętrznej zgnilizny, jak obrać własną drogę, że prawdziwy dar zawsze ma swoją cenę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To fragmenty, które idealnie wkomponowują się w fabułę, nie są konkurencją dla głównej osi, lecz jej uzupełnieniem, dopełnieniem. Dzięki szeroko pojętej słowiańskości powieść zyskuje świeżość, intrygujący posmak przygody, trwania tradycji, przodków, niemożliwość zamazania kart historii własną wersją wydarzeń, ponieważ przeszłe echa wybrzmią w końcu w pełnej krasie z całą mocą. Tego głosu nie da się zagłuszyć, zwłaszcza przy pomocy obcych naleciałości, czego najlepszym przykładem jest Zbigniew. Mimo surowości obejścia bogów rodzimych, mimo ich intryg, autor przedstawia ich jako istoty nam bliskie, które możemy zrozumieć. Magiczne, bliskie, z lędźwi tych ziem zrodzone. Własne. Jak my. 

   Przy okazji warto zwrócić uwagę na obrane drogi i opiekuńcze bóstwo. Rozważania Zbyszka nad ścieżką Chorsa i Welesa zmuszają do głębszej refleksji nad własnym życiem, pasjami. Każda decyzja niesie brzemię konsekwencji, dlatego należy być świadomym i nie dążyć po omacku do celu. Iść świadomie, z rozwagą. Najdobitniej uwidacznia się to w poczynaniach Luby. Samo życie.

   Witolda Jabłońskiego cechuje lekkie pióro o magicznych walorach malowania słowem klimatu przeszłości, łączącego fakty historyczne z bogatą fantazją, dając wyborną ucztę czytelnikowi. Zróżnicowane, naturalne dialogi, plastyczne opisy, inteligentny narrator, charakterne i skomplikowane postacie z głębokim rysem psychologicznym, każda o indywidualnej historii, niecodzienne rozwiązania fabularne, akcja trzymająca w napięciu, bogate treści filozoficzne, czasem wręcz egzystencjalne, różnorodny świat przedstawiony, a to wszystko zilustrowane przy pomocy całej palety środków stylistycznych, poetyckich wersów etc. Magia słowa pochłaniająca bez reszty.

   W odniesieniu do dwóch pierwszych tomów "Ślepy demon. Zbigniew" to godny następca, domykający sporo starych wątków, lecz jednocześnie otwierający drzwi dla nowych pytań i domysłów. Pozostaje mi mieć nadzieję, że powstanie kolejna część o przygodach Zbyszka i Bolka Krzywoustego aż do nieszczęsnego testamentu z rozbiciem dzielnicowym w konsekwencji.

   Jedyne czego mi brakowało to większej ilości Boran, poznania tajemnicy Wsiewołoda czy oddziaływania Chorsa i Welesa na młodego Piastowica. Powieść ma nieco ponad 550 stron, a mi i tak mało. 

   Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego to majstersztyk, obok którego trudno przejść obojętnie. Przedstawia rządy dwóch braci, jakże odmiennych, lecz obydwoje skazanych na niepowodzenie za zdradę przodków na własnej wierze, wyparciu się bogów, zabijaniu żerców. Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem i własną drogą. Ciemność może wskazać ścieżkę do światła i rozwiązania problemów. Ta książka przestrzega przed chorobliwym pięknem, które może nieść w sobie zdradę i śmierć. Udowadnia, że każda decyzja to konsekwencje, przyczyna wywołuje skutek. Mówi też o tym, że każdy kij ma dwa końce, przed wydaniem końcowej oceny, warto zapoznać się z racjami z każdej ze stron. Na cenne rzeczy trzeba sobie zapracować tak jak Zbigniew. Udowadnia też siłę prawdziwej przyjaźni, na dobre i złe, która ratuje z każdej opresji. "Ślepy demon. Zbigniew" ukazuje dualizm świata, dobre i złe strony, zarówno kościoła jak i pogaństwa. Nie ocenia, a jedynie przedstawia fakty, dając czytelnikowi wybór. To powieść łącząca historię i fantazję autora w harmonijną całość. 

   Już dawno przepadłam w zachwycie nad piórem i inteligencją Witolda Jabłońskiego. Ta książka jedynie potwierdza jego umiejętności i wiedzę, a dla mnie jest dowodem na to, że się nie pomyliłam. Kto kocha historię lub jest miłośnikiem średniowiecza odnajdzie tu to, co tak ceni, tj. inspirację, zgodność z faktami, szczegóły codzienności i mentalności, fantastyczne słowiańskie elementy i kunszt autora, spajający owe treści w jedno.

   Czekam z niecierpliwością na nowe dzieła mistrza!

niedziela, 13 czerwca 2021

96) Archeo, czyli... "Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian" - Kamil Kajkowski

  Jako społeczeństwo coraz częściej i chętniej sięgamy do swego dziedzictwa kulturowego, szukając korzeni. Ważną rolę odgrywają w tym projekty popularyzujące przeszłość, np. festiwale, inscenizacje, a przede wszystkim filmy, gry i powieści. Jednak skąd twórcy owych artystycznych kreacji czerpią swą wiedzę? Gdzie my sami jej szukamy?

   Po nitce do kłębka. Część osób zadowoli się łatwymi w odbiorze ogólnymi opracowaniami, część z nich, chcąc zgłębić temat, sięgnie po historyczne podręczniki, może jakieś drobniejsze artykuły. Znacznie trudniejszym wyzwaniem okażą się opracowania archeologiczne ze swoją terminologią, ale czego nie robi się z ciekawości?

   Jedną z bardziej interesujących pozycji dostępnych na polskim rynku wydawniczym o tematyce słowiańskiej jest książka Kamila Kajkowskiego pt. "Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian" wydanej przez Triglav. Właściwie jest to zbiór artykułów, które autor już gdzieś wcześniej opublikował. Całość została podzielona na cztery rozdziały dotyczące przestrzeni, mocy, człowieka i zwierząt.

  Mnie osobiście ta książka porwała w niezwykłą przygodę. O przestrzeni w pojęciu duchowości Słowian Kajkowski poruszył temat wody, wyspy, gajów i kamienia, z czego te mikroregiony zielonych ostoi świętości są najbardziej zagadkowe, ponieważ zostawiły po sobie najmniej materialnych śladów, ale ze samych źródeł pisanych wiemy jak wiele znaczyły dla naszych przodków. Na przykładzie wysp i ich wodnego otoczenia autor pokazuje jak wiele można wyczytać z artefaktów i ich kontekstu. Rozdział o mocy traktuje m.in. o ofiarach dla bogów, znaczeniu ludzkiej głowy dla Pomorzan oraz nieco o tym, kim mógł być czarny i biały bóg dla mieszkańców obszaru nadbałtyckiego. Część poświęcona człowiekowi opowiada co nieco o wczesnośredniowiecznych rozrywkach Słowian w postaci tańca, muzyki, śpiewu oraz znaczeniu alkoholu w obrzędowości. Jednak by nie było zbyt wesoło pojawia się również bardziej nostalgiczny temat słowiańskich zaświatów, a dokładniej wędrówki do nich i kilku słowach o wyposażeniu grobowym oraz ich możliwym znaczeniu dla ówczesnych ludzi. Rozdział poświęcony zwierzętom porusza temat psa i dzika w wierzeniach Słowian. Szczególnie spodobał mi się ten związany z najlepszym przyjacielem człowieka. Kamil Kajkowski przytacza wiele archeoargumentów w postaci pochówków tych zwierząt z dokładnym omówieniem kontekstu grobowego i hipotez dotyczących ich umieszczania m.in. w przypuszczalnych strukturach sanktuariów, osad czy cmentarzach, odwołując się do sfery symbolicznej i szerszego kontekstu kulturowego, biorąc pod uwagę ich znaczenie w kręgu helleńskim, wschodniosłowiańskim i indoeuropejskim. Ten artykuł to dla mnie kwintesencja współczesnego podejścia archeologa do popularyzacji badań. Przedmiot/podmiot zainteresowania zostaje poddany badaniom interdyscyplinarnym, łącząc dobytek wielu nauk w celu ustalenia przypuszczalnej prawdy. Archeologia, historia, zoologia, geologia etc. by móc podjąć próbę zrekonstruowania pewnego elementu przeszłej rzeczywistości, by bliżej poznać i zrozumieć przodków, ich mentalność i ich wpływ na nas i nasze otoczenie. Warto też wspomnieć o bogatej bibliografii, w której każdy znajdzie wskazówki do dalszych badań własnych.

   Autora tej pozycji cechuje łatwość pisania o trudnych rzeczach w sposób ciekawy, ale i rzeczowy. Dobór tematyki znacząco przybliża czytelnikowi życie duchowe wczesnośredniowiecznych Pomorzan, biorąc pod uwagę różne jego aspekty, które archeolog może wnioskować z prac wykopaliskowych.

   Tę publikację Kamila Kajkowskiego polecam z czystym sumieniem każdemu  zainteresowanemu słowiańską przeszłością, ponieważ zawiera wiele godnych uwagi kwestii przedstawionych w sposób klarowny. Przybliża też nieco warsztat pracy archeologa, jego "narzędzi poznawczych", bazując na interdyscyplinarnym podejściu do wybranego zagadnienia. Świetna!


Wszystkie powyższe ilustracje pochodzą
 oczywiście z recenzowanej książki. 
Są formą przedstawienia zawartości czytelnikowi.
Wszelkie prawa należą do autora i wydawnictwa.

niedziela, 30 maja 2021

95) "Fantazmat Wielkiej Lechii" - Artur Wójcik

 
  Historia to nauka, która kusi. Dziesięciolecia od minionych wydarzeń, określona liczba źródeł i mnogość interpretacji. Jakaż pokusa, by dodać coś od siebie, by zabłysnąć, zrobić coś na przekór i głosić alternatywne przekonania o tym czy innym fakcie historycznym...

   Artur Wójcik, historyk, postanowił zdemaskować jedną z coraz bardziej popularnych teorii na temat Wielkiej Lechii. W książce "Fantazmat Wielkiej Lechii" podejmuje to wyzwanie.

  Praca składa się z dwóch części. Pierwsza przedstawia korzenie owej teorii, jej pierwszych popularyzatorów, główne założenia i charakterystykę tegoż zjawiska. Druga część polega na zbijaniu argumentów, podając przykład za przykładem, na czym bazują wyznawcy Wielkiej Lechii i jakie ma to odzwierciedlenie w źródłach historycznych.

   Możecie zapytać czym jest owa Wielka Lechia i o co w tym wszystkim chodzi. Na ten temat autor wypowiada się już w pierwszym rozdziale. Przytaczając definicje osób przychylnym tej teorii można powiedzieć, że to organizacja ludów słowiańskich licząca wiele setek, a może i tysięcy lat o wspaniałej i dumnej historii, przed którą czoła chylili nawet Rzymianie, dając jednemu z władców za żonę córkę Juliusza Cezara, a później haniebnie wymazaną przez chrześcijan i kościół katolicki, będący w zmowie m.in. z Niemcami. Terytorium Lechii miałoby obejmować ogromną część Europy. 

   To wszystko tak pięknie brzmi, tłumaczy tak wiele zawiłości, sprawia, że serce rośnie i może wywoływać dumę ze swego pochodzenia. Jednak to tylko pozory, niepoparte ani źródłami historycznymi ani archeologicznymi. Turbosłowianie w swoich publikacjach często powołują się na sfalsyfikowane źródła pisemne, a te, które są uznawane przez naukę za prawdziwe, interpretują pod własną tezę, odrzucając narzędzia badawcze historii, zmieniając nawet tłumaczenia dokumentów. Wójcik krok po kroku demaskuje założenia i źródła Wielkiej Lechii w sposób rzetelny i bardzo szczegółowy. Ujawnia sposób pracy historyka ze źródłami, sposoby dochodzenia do interpretacji i przede wszystkim jego weryfikacji pod względem treści, językowym, merytorycznym, a nawet wizualnym (na czym jest spisane, za pomocą jakiego tuszu, jaką czcionką). Historyk musi być podejrzliwy, bo próby falsyfikowania źródeł pojawiają się już od starożytności.

   Autor podejmuje również temat konsekwencji wiary w Wielką Lechię i jej coraz bardziej popularnego wydźwięku wśród społeczeństwa, czego dowodem jest umieszczanie książek z takąż treścią wśród historycznych na półkach księgarń w całej Polsce i ich wysoka sprzedaż. Zaczyna liczyć się zysk, a nie prawda i nauka. Osoby spoza środowiska naukowego mogą łatwo uwierzyć w ową teorię i łatwo dać się zmanipulować, tym bardziej, że teorie spiskowe w dziejach mają coraz większe wzięcie. Wciąż powtarzane kłamstwo w końcu staje się prawdą dla ogółu społeczeństwa.

   Za Arturem Wójcikiem przemawia nie tylko wykształcenie, ale i rzeczowe podejście do tematu Wielkiej Lechii, logiczna argumentacja, bogata bibliografia przedmiotu, a przede wszystkim szacunek i rzetelne podejście do źródeł.

   "Fantazmat Wielkiej Lechii" napisano językiem klarownym, prostym w odbiorze nawet dla laika historycznego. Rozdziały są przemyślane, bogate w treść, ułożone tak, by wspomóc czytelnika w podróży przez historię Polski i teorie turbosłowian. To ciekawa pozycja, którą się pochłania (wystarczy parę godzin). Daje motywację do dalszych, samodzielnych badań w poruszanej tematyce (jednocześnie wskazuje jak to robić, z czego korzystać, jak i po co). Warto się z nią zapoznać, bo "nauka to myślenie i dochodzenie do prawdy" (ostatnie zdanie z rzeczonej książki).

niedziela, 23 maja 2021

94) "Słowianie. Wiara i kult" - Rafał Merski, Grzegorz Antosik

   Fundacja na Rzecz Kultury Słowiańskiej WATRA w 2019 roku patronowała wydaniu książki Rafała Merskiego i Grzegorz Antosika pt. "Słowianie. Wiara i kult". To krótka lektura licząca niewiele ponad sto stron. Jej zadaniem jest przedstawienie sfery duchowej Słowian i ich dziedzictwa w sposób prosty oraz przystępny, by dotrzeć do szerszego kręgu czytelników. Czy autorom udało się osiągnąć zamierzony cel?

   Pierwszy rozdział traktuje o najważniejszych bogach, m.in. Perunie, Welesie czy Świętowicie. W zestawieniu zabrakło kobiecych bogiń, np. Mokoszy. Krótki spis, czasem opatrzony cytatem z jakiejś kroniki. Rzecz ciekawa, acz niewyczerpująca tematu.

   Rozdział drugi przedstawia w dużym uproszczeniu demonologię słowiańską, dzieląc pomroki na polne, powietrzne, leśne, wodne, domowe oraz wilkołaki. Interesujące opisy mogące zaintrygować czytelnika na tyle, by skłonić go do dalszych samodzielnych poszukiwań.

   Rozdział trzeci opisuje święte miejsca Słowian, skupiając się przede wszystkim na znanych ze źródeł historycznych świątyniach, gajach oraz wyspach. Tu występuje prawdziwy wysyp cytatów z krótkimi komentarzami, co znacząco wzbogaca merytoryczność tekstu.

  Rozdział czwarty pokrótce omawia ofiary w kulturze słowiańskiej, sporo miejsca poświęcając tym krwawym ze zwierząt. Autorzy posiłkują się licznymi cytatami. Bardzo ciekawym fragmentem jest wskazanie pewnych rytuałów, nawet w XIX i XX wieku występujących licznie na terenie wschodniej Słowiańszczyzny. 

   Książka pod względem treściowym jest bardzo interesująca i idealna dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z rodzimą kulturą. Napisana prostym językiem. Tłumaczy najważniejsze zagadnienia sfery duchowej. Pod tym względem spełnia swoje zadanie.

   Największą bolączką tego wydania jest jego redakcja, a raczej brak korekty jako takiej. Nazwy własne pisane małą literą, liczne powtórzenia, błędy interpunkcyjne związane głównie z przecinkami, błędy ortograficzne i stylistyczne (zła odmiana przez przypadki, nieodpowiednie końcówki wyrazów, niepoprawne zapisy z "nie"), brak ujednoliconego formatu cytowania, np. raz kursywą, innym razem jako cudzysłów lub kompletnie bez zaznaczenia tego. Problemem jest również brak przypisów, a w takiej pracy powinny się one znaleźć. Momentami bardziej skupiałam się na błędach niż na treści. Czasem to tak mnie denerwowało, że miałam ochotę zostawić lekturę (albo mówiąc dosadniej - rzucić w kąt).

   "Słowianie. Wiara i kult" Rafała Merskiego i Grzegorza Antosika to lektura - ciekawostka. Dobra na leniwe popołudnie. Na pewno przypadnie do gustu mniej wymagającym słowianofilom i okaże się pomocna dla początkujących.