Recenzje tematycznie

niedziela, 28 marca 2021

89) O wilkach mowa będzie, czyli "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa

    Zwierzęta są nieodłącznym elementem naszego środowiska. Każde z nich jest niezwykłe, wspaniałe i wyjątkowe na swój sposób. Każde odgrywa ważną rolę w ekosystemie. Jedne żyją w pobliżu ludzi, inne w dzikich ostępach przyrody, korzystając z wolności. Literatury o nich jest naprawdę sporo na rynku wydawniczym, od typowo naukowych po powieści. Co kto lubi, od wyboru do koloru.

   Moją słabością są wilki. Dzikie, nieujarzmione, chodzące swoimi drogami, bardzo rodzinne i terytorialne, bystre i bardzo inteligentne. Na przykładzie parku Yellowstone widać jak ich powrót do tamtejszego ekosystemu pozytywnie wpłynął na całe środowisko, one naturalnie uregulowały liczebność roślinożerców (należy zaznaczyć, że wilki głównie polują na starsze, schorowane lub samotne osobniki), co pozwoliło florze na odbudowę swego królestwa. Pojawiły się nowe gatunki fauny. Wilki przywróciły równowagę. O tej ich roli nieraz wspomina polski filmowiec przyrody i miłośnik lasu Marcin Kostrzyński. 

  Parę miesięcy temu w poznańskim Arsenale na Starym Rynku natknęłam się na książkę Nicka Jansa pt. "Wilk zwany Romeo". Na okładce widnieje krajobraz rodem z Alaski i czarnym wilkiem. Opis od wydawcy Marginesy również przykuwa uwagę. Obiecuje historię o pewnym starszym psim bracie, który zjawił się w latach 2000 w pobliżu lodowca Mendenhalla i miasta Juneau. Wilk był sam, być może szukał swojej watahy albo nowego terytorium. Niby nic dziwnego, a jednak. Basior zaczął towarzyszyć ludziom, a raczej ich psom w codziennych zabawach i spacerach. Był łagodny i cierpliwy. Jak do tego doszło? Ile lat Romeo towarzyszył mieszkańcom Juneau?

   Nick Jans na prawie 350 stronach opowiedział czytelnikom historię niezwykłego czarnego wilka o wyjątkowym charakterze, który niejeden raz udowodnił jak bardzo był inteligentny, jak doskonale rozróżniał ludzi i psy, dzieląc ich na tych przyjaznych i tych, których lepiej unikać. Romeo to przykład, jakie są te zwierzęta, jak działają i jak się zachowują. Jednocześnie autor jako znawca przyrody na kartach książki przestrzega jak powinien zachowywać się człowiek w ich stosunku dla dobra tych stworzeń, by nie wzbudzać ich zbyt dużej poufałości, ponieważ niektórzy przedstawiciele naszego gatunku mogą to wykorzystać przeciw nim. Opowiada o bezmyślności rodziców i właścicieli psów, nie kontrolując swoich pociech czy pupili w kontakcie z dzikim zwierzęciem. Należy zaznaczyć, że wina najczęściej leży po stronie głupiego i bezmyślnego człowieka, ale cenę za to płaci niewinne zwierzę, które tylko się broni. Jans zdradza nie tylko szczegóły z życia Romea, ale i zwierząt z Alaski w ogóle, warunków i sposobów przetrwania, spotkań międzygatunkowych, a także o prawie i instytucjach, które powinny chronić dziką przyrodę, a najczęściej nabierają wody w usta i siedzą cicho aż nie zdarzy się tragedia.

   Romea pokochałam całym sercem. Dzięki tej książce mogłam choć trochę przybliżyć się do owego cudownego zwierzęcia, poznać nieco jego charakter, metody działania, reakcje na otoczenie, spróbować zrozumieć jego motywacje. Może psy były dla niego namiastką utraconej watahy, a niektórzy ludzie z czasem przyjaciółmi, jak to miało miejsce z Harrym? Czarny wilk z Juneau udowodnił, że zwierzęta mają uczucia, indywidualne cechy charakteru, osobowość i myślą logicznie.

   Niestety, owa historia nie kończy się happy endem. Mordercy Romea, znani z imienia i nazwiska to kłusownicy, którzy nie ponieśli odpowiedniej kary za swój czyn. Mimo dowodów zgromadzonych przez przyjaciół Romea, organy władzy część spraw zatuszowały, wyroki złagodziły oraz pozwoliły na dalsze niecne czyny tych oprawców, a zwierzętom nikt życia nie przywróci...

   Sprawa kłusownictwa, znęcania się nad zwierzętami, mordowania w bestialski sposób czy torturowania... serce krwawi na samą myśl. Prawo wciąż jest za mało surowe, nieegzekwowane. Ofiara cierpi, kat się śmieje. Zwierzęta czują i myślą tak samo jak ludzie. Moim zdaniem kara powinna być tylko jedna. Oko za oko, ząb za ząb. Kara grzywny czy kara więzienia w zawieszeniu etc. nie zmieni bestii. Może kolejny potwór zastanowiłby się kilka razy zanim dopuściłby się takiego czynu, bojąc się utraty własnego życia? Zwierzęta zabijają, by przetrwać, a ludzie dla przyjemności... i kto tu jest dziką bestią bez serca?

   "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa to obowiązkowa lektura dla każdego miłośnika przyrody ciekawego wilczego życia. To świat pełen emocji, barw, bogaty i nie do podrobienia. Pozwala lepiej zrozumieć faunę, ten niedostępny dla większości z nas świat. Otwiera oczy i uwrażliwia, przewartościowuje priorytety i każe zastanowić się nad tym kim są ludzie, ile krzywdy i chaosu wprowadzają w tym świecie. W imię czego? Własnego poczucia wyższości, narcyzmu? A wystarczy spojrzeć tylko w oczy zwierzaka i otworzyć się na empatię. One są takie jak my, mają swój język i kulturę, tylko my ich nie rozumiemy w swoim ograniczeniu. One w swojej mądrości i inteligencji próbują nas i nasz sztuczny świat zrozumieć i dostosować się. To my zabieramy im przestrzeń życiową, niszcząc co i jak się da. Wystarczy tylko przestać być egoistą i spojrzeć nieco dalej. Niech Romeo będzie przykładem, że ludzie i zwierzęta mogą razem egzystować. Wystarczy wzajemne zrozumienie i odpowiednie działanie.

niedziela, 21 marca 2021

88) Ana Veloso - "Zapach kwiatów kawy", czyli wyprawa do Ameryki Południowej

   Była kolonia portugalska, Brazylia, wyrosła na wielobarwne kulturowo państwo z niezwykłą mozaiką krajobrazów i narodowości. Prawdziwy tygiel wywodzący się z czasów kolumbijskich, gdy do obu Ameryk zaczęto ściągać całe rzesze niewolników z Afryki. Coś, co przyniosło światu wiele cierpienia, ale i przyczyniło się do powstania kultury latino.

   Ana Veloso w "Zapachu kwiatów kawy" przenosi nas do XIX w., do Brazylii w okolice doliny Paraiby i Rio de Janeiro. Świat poznajemy poprzez obserwacje bogatych panów i niewolników. Te różnorodne perspektywy stanowią atut książki.

   Fabuła toczy się wokół życia Vitorii de Silva, najmłodszej córki fazenderów, czyli wielkich baronów kawowych, którzy zarabiali krocie na uprawie tejże rośliny, jak również na niewolnictwie. Cały ówczesny system opierał się na darmowej sile roboczej. Vita, dorastała na wsi, uczona szacunku do pracy, dobrze wychowana, doceniająca dobrą służbę, ale i surowa w osądach, gotowa do poświęceń w imię rodziny, sumiennie wypełniająca swoje obowiązki. Zbiór cnót, ale... pozory czasem mylą. Takie życie byłoby nudne, więc od czasu do czasu warto je urozmaicić tańcami, drobnym przyjęciem wśród znamienitych gości. Czasem z wielkiego miasta z wizytą wpadał Pedro de Silva ze znajomymi, m.in. żydowskim prawnikiem Aaronem, lekarzem Joanem i abolicjonistą Leonem Castro. To właśnie te odwiedziny miały odmienić los całej rodziny, ponieważ między Leonem a Vitą zrodziła się wątła nić porozumienia, pomimo istotnych różnić w światopoglądzie, pochodzeniu i sposobie życia. I tu zaczęła się właściwa historia, która już toczy się wedle schematu długo i szczęśliwie na końcu, lecz z wielkimi przebojami po drodze, by nie było za nudno.

   Sam zarys fabuły godny polecenia. Brazylia budząca się do decyzji o odrzuceniu niewolnictwa i dania wolności każdemu mieszkańcowi. Czytelnik ma możliwość obserwacji sposobu funkcjonowania fazend, traktowania niewolników, odmawiania im prawa do nauki (wiadomo, że ciemnotą łatwiej manipulować), pomiatania nimi i braku szacunku wobec ich ciężkiej pracy. Widać powolny upadek moralny kolonizatorów i ich potomków, stopniowe popadanie w pułapki bogactwa jak: alkoholizm i hazard. Upadek latyfundiów kawowych wymusza nowy sposób radzenia sobie z rzeczywistością całej rzeszy społeczeństwa. Zmienia się cały krajobraz Brazylii po uwolnieniu mas. Wsie pustoszeją i niszczeją, a miasta przeżywają oblężenie i stają się niebezpieczne po zmroku.

   Jak już wspomniałam, świat obserwujemy oczami bogaczy i niewolników. Spośród bogaczy to przede wszystkim Vita i jej matka Alma oraz brat Pedro. Kobiety z wyższych sfer miały zarządzać domem, być dobrze wychowane i umieć poruszać się w towarzystwie, będąc ozdobą dla swego męża. Mimo wolności, pieniędzy i pozycji tak naprawdę miały ograniczony wybór, tj. mąż, klasztor lub staropanieństwo na łasce rodziny. Silne i samodzielne jednostki istniały, ale ciągle spotykały się z problemami i uprzedzeniami. Nie oszczędziło to nawet Vity. Natomiast mężczyzna był zobowiązany do utrzymywania rodziny oraz pomnażania majątku. Miał wolność, co do wybory swej kariery zawodowej i rozwijania talentów. Nie ograniczało go nic poza finansami. A jak to było z niewolnikami? Głównym narratorem w tej kwestii stał się Felix, domowy służący de Silvów, niemowa, ale bardzo inteligentny. Dzięki pomocy pewnego człowieka nauczył się czytać i pisać, a koleje jego losu pokazały, że ciężką pracą można naprawdę wiele osiągnąć. Soavista, fazenda Vitorii, słynęła z dobrego i łagodnego traktowania niewolników, jak w przypadku Luizy czy Zelii. Jednakże Veloso wspomniała, że były to wyjątkowe sytuacje, bo większość białych panów źle obchodziła się ze "swoją darmową siłą roboczą", nie traktując ich jak ludzi, lecz jak przedmioty bez uczuć (np. rozdzielając rodziny, sprzedając ich w różne zakątki kraju). Pośrodku tego układu pojawił się Leon Castro. To właściciel fazendy, którą uprawiali wolni Murzyni. Sam głosił poglądy abolicjonistyczne, najpierw przedstawiając całą sprawę w Brazylii, a potem w USA i Europie. To jak walka z wiatrakami, ale możliwa do wygrania. Castro podczas swoich podróży zauważył pewien paradoks. Brytyjczycy potępiali niewolnictwo w Brazylii, ale nie widzieli niczego złego w tym, że ich rodacy we własnym kraju ciężko pracowali za grosze, nie mogąc wyżywić rodziny, snując się po ulicach miast, a malutkie dzieci wykorzystywano jako tanią siłę roboczą w kopalniach. Stary Kontynent nie stanowił dobrego wzoru. Czarno-biały świat nie istniał. Zawsze pojawiały się szarości i wyjątki. Podział na panów i niewolników był tylko umowny do czasu aż stary układ kolonizatorów się posypał. Siły się zmieniły, świat ewoluował, a ludzie musieli się dostosować. I to właśnie jest siłą napędową tej książki. Ona obnaża czytelnikowi ten układ, pokazując jego uczestników z różnych stron.

   Słabą stroną powieści są bohaterowie. Vita i Leon denerwują. Sami przeczyli swoim wartościom, czasem zachowywali się jak rozkapryszone dzieci, nie do końca świadome tego, co robią. Dziewczyna na początku wydawała się dojrzała nad wiek, poważna, rozsądna, może i uparta, ale dążąca do celu, szczera, bezpośrednia i lojalna. Jednak im dalej, te cechy się w niej rozmywały. Stała się gwałtowna, wybuchowa, zimna, wyrachowana, czasem działająca wbrew logice i swoim postanowieniom. Zamiast dojrzeć, wróciła do bycia typową nastolatką. Umiejętność zarabiania dużych pieniędzy w jej przypadku nie była wyznacznikiem poziomu dorosłości. A Leon? Poważany dziennikarz, polityk, abolicjonista. W życiu prywatnym - dziecko, które łase było na żarty i to głupie, rzucał nieprzemyślanymi i raniącymi tekstami w stronę ukochanej. Swoim zachowaniem przeczył wyznawanym ideom. Vita i Leon dorównali sobie poziomem wzbudzanej irytacji u czytelnika i niedojrzałością. 

   Książka została napisana pięknym i plastycznym językiem. Opisy krajobrazów zachwycają i przenoszą na pola kawowe, pozwalają wdychać słodki aromat dzikiej przyrody, podziwiać zachody słońca, a nawet szalejące burze nad doliną Paraiby. Dialogi postaci są naturalne, pozbawione sztucznych frazesów. Jednak to nie ratuje przed schematycznością. To moja trzecia książka tej autorki i za każdym razem bohaterka to kobieta silna, musząca walczyć o swoje miejsce w społeczeństwie, przeżywająca perypetie miłosne, postawiona przed próbą samotnego wychowywania dziecka. Veloso stosuje tą samą konstrukcję, osadzając ją w innych realiach czasoprzestrzennych. Przedstawione epoki i problemy są ciekawe, ale schemat psuje wrażenie. To trochę jak odgrzewane kotlety. Za którymś razem przestają smakować i przydałoby się wprowadzić nieco urozmaicenia, może nowych przypraw?

   "Zapach kwiatów kawy" porusza ważne problemy dot. m.in. niewolnictwa, próbie jego zniesienia oraz skutkach tego dla gospodarki Brazylii, obraz XIX-wiecznego społeczeństwa rodzącej się kultury latynoskiej, (np. muzyka, taniec capoeira), zmieniającej się mentalności i uwrażliwienia na kwestie równouprawnienia, pozycję i znaczenie kobiety w społeczeństwie. Pod tym względem to powieść godna polecenia, ale radzę uważać na schematyczność, która w pewnym momencie może znużyć. Książka na raz. Nie więcej. 

niedziela, 7 marca 2021

87) W poszukiwaniu wiosny, czyli podróż do Portugalii... Ana Veloso "Bądź zdrowa, Lizbono"

   Są książki, które zawierają w sobie część duszy autora, który przelewa na ich karty swoje wspomnienia, przeżycia, marzenia lub, co bardziej prawdopodobne, zasłyszane opowieści bliskich czy przypadkiem napotkanych osób. Ana Veloso w swoich utworach przemyca miłość do ojczyzny, czyniąc ją głównym miejscem akcji lub drugorzędnym tłem. W "Woalu" zachwyca, umiejętnie łącząc kulturę Indii i Portugalii, skupiając się na kolonialnej Goa i jej mieszkańcach. Jaka jest jej kolejna książka, którą udało mi się przeczytać?

   "Bądź zdrowa, Lizbono" opowiada o losach trzech pokoleń wywodzących się z ciepłego południa Portugalii na przestrzeni XX wieku. Tak, można rzec, że to saga rodzinna, lecz skomplikowana, o wielu zakamarkach i labiryntach, o których główni bohaterowie dowiadują się po kilkudziesięciu latach. Czytelnik ma okazję obserwować ich dorastanie, od dziecka aż po grób, widzieć wpływ otoczenia i zwyczajów na podejmowanie decyzje i ich konsekwencje, nie zawsze dobre, towarzyszyć w dobrych i złych chwilach, być świadkiem momentów załamania i radości, chwil intymnych i bardziej oficjalnych. Dzięki bezstronnemu narratorowi można poznać myśli bohaterów, ich świat wewnętrzny, bogaty, złożony, różnorodny. I to jest piękne.

   Ana Veloso przedstawia nam całą panoramę ówczesnego społeczeństwa. Od małego, nic nieznaczącego rolnika po wielkiego pana, właściciela latyfundium, od konserwatywnego mieszkańca wsi po swobodnego mieszczanina, od komunisty po demokratę, od człowieka religijnego po totalnego bezbożnika, od szarej myszki po najpospolitszego drania, od szpicla i donosiciela po generała wojsk, od brazylijskiego emigranta po niemieckiego Żyda uciekającego przed wojną. Mamy wgląd w cały przekrój, nie pozostając przy tym obojętnym. Bohaterowie "Bądź zdrowa, Lizbono" są żywymi ludźmi, z krwi i kości, z trudną przeszłością o skomplikowanych charakterach, masą doświadczeń. Autorka nie bawi się w schematy. Zaskakuje znajomością ludzkiej psychiki. Chociaż, jedynym schematem, który można jej zarzucić to powtórka losów matki i córki, zbieżność ich wyborów, podobne nastawienie, choć nie łączy je zbyt silna więź. Wydaje mi się, że Veloso chce przy tym podkreślić znaczenie więzów krwi i przeznaczenie.

   Największą sympatię spośród postaci książki wzbudza we mnie Fernando i Mariana. Ona jest siostrą jednej z głównych bohaterek. Ciepła, troskliwa, bezpośrednia, ciekawa i bystra, choć nieliczni to dostrzegają. Udowadnia, że pozory mogą mylić. To rodzina jest dla niej najważniejsza, jej dobro. Miłość ją napędza i uskrzydla. Mariana to wzór dobrej przyjaciółki, siostry, matki i żony. Kogoś, kogo chciałoby się mieć przy sobie w trudnych chwilach, gdy szuka się pocieszenia i ostoi, domu. A kim jest Fernando? Głównym bohaterem, szaleńczo zakochanym w Juju, dziewczynie z wyższych sfer, choć sam wywodzi się z chłopstwa. To nie tylko mężczyzna o zniewalającym spojrzeniu zielonych oczu, lecz przede wszystkim niezwykły umysł, przed którym przedmioty ścisłe nie mają tajemnic. Genialny konstruktor, matematyk. Zawsze rzeczowy i twardo stąpający po ziemi, wierny swoim zasadom, lojalny, godny zaufania, pełen żaru i pasji, szczerze oddany rodzinie. Gotowy do poświęceń, walki z uprzedzeniami, dążący do spełnienia marzeń. Mężczyzna, za którym niejedna kobieta przeszłaby pół świata. Ale nie Juju, której oddał swoje serce, która niejednokrotnie stawia go w trudnej sytuacji, zmusza do niebywałych wyborów. Czego to człowiek nie zrobi dla miłości? 

   Prawdziwym czarnym charakterem Veloso uczyniła Paulo, wnuka Juju. Wredna szumowina, gotowa utopić w łyżce wody własną matkę, byle tylko odnieść korzyść. Sprzedawczyk, szpicel, donosiciel, tajny współpracownik PIDE (coś na kształt KGB czy naszego UB). Nie ma wyrzutów sumienia, szantażuje kogo i jak się da, tortury przynoszą mu niemałą satysfakcję. Wyrachowany od dziecka. Z wiekiem to mu się tylko nasila.

   Wątki historyczne poruszone w książce takie jak: zmiana władzy w Portugalii, reżim Salazara, obydwie wojny światowe czy lot na księżyc są tylko delikatnie zarysowane. To tło dla fabuły książki, ale ważne, które wpływa na losy bohaterów. Veloso nie zarzuca czytelnika zbędnymi szczegółami. Ona tylko sygnalizuje pewne fakty. I chwała jej za to. Kto zaciekawiony, sam zgłębi temat. Reszta przejdzie nad tym do porządku dziennego. Świetna równowaga.

   Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami jak: nieślubna ciąża, samotne wychowywanie dziecka, uzależnienie od alkoholu czy hazardu, fanatyzm religijny, nietolerancja, rozwarstwienie społeczne, trudne relacje rodzinne, swobodne zwyczaje seksualne, homoseksualizm w XX wieku, wojny kolonialne. Podobnie jak w przypadku wątków historycznych tu również Veloso wykazuje się wyczuciem smaku. Nie ma tu przejaskrawień, treści są wyważone. Żaden wątek nie przejmuje dominacji nad pozostałymi. Każdy jest ciekawy i dobrze przedstawiony.

   Powieść prowadzi trzecioosobowy narrator. Posługuje się lekkim i prostym językiem. Opisy są plastyczne i przenoszą czytelnika do innego świata, dzięki czemu czytelnik może zwiedzać XX-wieczną Lizbonę, portugalskie winnice, gorące i rolnicze południe, chłopskie i pańskie domy. Dialogi są naturalne, jakby żywcem wyjęte z naszej rzeczywistości. To sprawia, że powieść czyta się szybko i płynnie. Stylowi autorki nic nie można zarzucić. Ma sporą wyobraźnię, dzięki której może wykorzystać swą wiedzę i tworzyć nowe historie.

   Polskie wydanie "Bądź zdrowa, Lizbono" ma ponad 520 stron, znajduje się w nim kilkanaście drobnych literówek, lecz niewybaczalnym jest mylenie imion bohaterów. W kilku sytuacjach Ricardo zostaje nazwany przez narratora Fernandem. Jest to jednoznaczna pomyłka tłumacza lub redaktora. Kontekst sytuacji jasno wskazuje na młodszego mężczyznę. Jak zdanie po zdaniu można zmienić imię? I nie, nie ma tu mowy o pomyłce schorowanej Mariany. Takie błędy niepotrzebnie wytrącają z równowagi.

   Do autorki mam tylko jeden zarzut, a mianowicie, głównych bohaterów, Fernanda i Julianę od połowy książki zaczyna traktować nieco obcesowo, poświęcając im coraz mniej uwagi. To właśnie ich poznajemy na samym początku, z nimi się zżywamy i mamy nadzieję na więcej. Im dalej biegnie fabuła, tym ich mniej. Młodsze pokolenia przejmują schedę, lecz starszym też należy się szacunek. Im starszy bohater, tym więcej może nauczyć czytelnika, bo ma większe doświadczenie życiowe, ciekawsze przemyślenia, dojrzalsze podejście do różnych spraw. Śmierć kobiety jest potraktowana po macoszemu. Nie wiadomo jak reaguje na to jej rodzina, jak wygląda pogrzeb. Podobnie ma się sprawa z życiem Fernanda na emeryturze w Alentejo. Przydałoby się więcej szczegółów, anegdot. I nie byłoby to przegadanie książki, lecz dodanie jej wartości.

   "Bądź zdrowa, Lizbono" Any Veloso jest powieścią o życiu, dosłownie i w przenośni. Oczami XX-wiecznych Portugalczyków widzimy powolny upadek jednej z kolonialnych potęg. Obserwujemy wpływ światowych wydarzeń na życie mieszkańca prowincji, choćby w cenach żywności i podstawowych produktów. Poznajemy intrygi i waśnie rodzinne zwykłych ludzi, tak nam bliskich. Mamy możliwość wniknięcia w ich życie, poznanie rządzących nimi pobudek i pragnień. Veloso pokazuje nam jak jedna decyzja może wpłynąć na losy całych pokoleń. Daje też sygnał, żeby się nie poddawać i kierować się swoim zdaniem, nie zawsze licząc się z opinią otoczenia, "bo co inni powiedzą". To nasze życie, a nie tej reszty. Nikt go za nas nie przeżyje, nikt za nas nie będzie cierpiał ani śmiał się. Warto być sobą i wyzwolić się z okowów społecznego schematu, tak jak robi to Laura i Ricardo. Warto walczyć o swoje marzenia, realizować pasje, znaleźć cel i sens istnienia. Pieniądze to nie wszystko jak pokazuje życie Juju. One nie zapełnią samotności i pustki. One mogą pomóc, ale nie są najważniejsze.

   Veloso ma dar opowiadania trudnych historii w plastyczny i przykuwający uwagę sposób. Jej powieść "Bądź zdrowa, Lizbono", tak jak "Woal", zahipnotyzowała mnie i jeszcze długo zostanie w mojej pamięci. Sądzę, że to książka godna polecenia i warta przeczytania. Otwiera oczy.

niedziela, 21 lutego 2021

86) Wszystkie drogi wiodą do Poznania, czyli stolica Wielkopolski okiem "Legend Poznańskich" Krzysztofa Kwaśniewskiego

 

   Mała Ojczyzna... któż z nas się z nią w pewien sposób nie utożsamia? Emigrujemy po całym świecie, ale kraj pochodzenia, miejsce, w którym się wychowaliśmy, cenimy, a pamięć o nim pielęgnujemy. Na stare lata powracamy do niego wspomnieniami i niejednokrotnie idealizujemy. Do pamięci nie przechodzą raczej wątki polityczne czy gospodarcze, a głównie lokalne drobiazgi, jakieś zdarzenia towarzyskie, charyzmatyczne osobowości, a nawet plotki. Po latach, dziesiątkach lat one ewoluują, podawane z ust do ust zmieniają pewne elementy, nabierają barw. Mogą stać się podaniem, świadectwem lokalnego kolorytu kulturalnego. Ludowym wspomnieniem przeszłości dnia codziennego, czegoś, co było ważne dla miejscowych, a nieistotne dla ogółu narodu.

   W dzisiejszych, zabieganych czasach, wiele osób nagle zatrzymuje się i szuka sensu tego wszystkiego dookoła. Jedni podróżują po świecie, inni odnajdują nowe pasje, a niektórzy wracają do korzeni w poszukiwaniu swojej tożsamości.

   Myślę, że w przypadku mieszkańców Wielkopolski związanych z Poznaniem może pomóc zbiór podań Krzysztofa Kwaśniewskiego pt. "Legendy Poznańskie". Zawiera on 92 opowieści baśniowe i historyczne, od zarania dziejów państwa polskiego aż do czasów nam współczesnych. Tym samym stanowi niezwykłą panoramę życia stolicy macierzy naszej Ojczyzny, od chłopów zaczynając, a na szlachcie i duchownych kończąc. Mamy tu wiersze, ludowe i pełne gwary, podania oraz bardziej uczone dysputy czy fragmenty wspomnień. Pełne bogactwo form, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Historie wesołe i smutne, o ludziach, duchach, zjawach i istotach magicznych. Te światy tu się przenikają i tworzą niezwykły teatr życia poznaniaków (tak drogi autorze, ta forma przyjęła się niecałe 30 km od Poznania, więc będę jej wierna). "Legendy Poznańskie" zawierają podania już znane, m.in. o ratuszu poznańskim, koziołkach, trąbie w ratuszu czy królu kruków oraz powoli ginące w pamięci jak o Stanisławie Górce, profesorze i sierotce czy silnym Jaśku. Część z nas poznała je dzięki dziadkom i rodzicom, inne napotkaliśmy sami. Zbiór Kwaśniewskiego je systematyzuje na te o Poznaniu i jego dziejach oraz inne z nim związane lub z niego się wywodzące. To powoduje, że treściowo  książka jest spójna i ciekawa, lecz każde podanie różni się stylem, co nieco wybija z rytmu przy czytaniu, ale to dlatego, że autor stara się zachować oryginalne formy opowieści (niektóre z nich były nawet tłumaczone ze źródeł niemieckich). Dzięki zachowaniu oryginalnej formy podań w gwarze jesteśmy w stanie odtworzyć brzmienie języka z XVIII-XIX wieku. Już samo to zbliża nas do przodków, nie mówiąc już o tym, że czasem nadal słyszymy ją w domu.

  Od strony czysto merytorycznej - Kwaśniewskiemu należy się pokłon za porządną kwerendę źródłową, bogatą bibliografię i naukowy aparat w postaci wyczerpujących przypisów i autorskich komentarzy (mówiących nie tylko o samym tekście, ale osadzających go także w kontekście historycznym i kulturalnym, gdzie zwraca się uwagę na przypuszczalne motywy twórcy i siłę oddziaływania na lokalną społeczność). To dodatkowy atut tej książki.

  "Legendy Poznańskie" zostały wydane w twardej oprawie przez Wydawnictwo Poznańskie z okładką nawiązującą do Ratusza na Starym Rynku. Książkę zdobią liczne ilustracje związane z podaniami, często już o wartości historycznej, bo przedstawiające budynki czy elementy zabudowy, których już nie ma. Nowy rozdział zwiastuje symbol latarni ulicznej, która być może oznacza oświecenie ciemności przeszłości dla przyszłych pokoleń. Dobrej jakości papier gwarantuje, że ta pozycja przetrwa co najmniej kilka pokoleń (przy odpowiedzialnym użytkowaniu). 

   "Legendy Poznańskie" K. Kwaśniewskiego to nie lada gratka dla kolekcjonera historii kultury Wielkopolski, bo nie tylko przytacza podania, ale przede wszystkim zawiera bogaty komentarz naukowy. Wg mnie to książka warta poznania przez poznaniaków i generalnie Wielkopolan, ponieważ pomaga odnaleźć korzenie i rozmiłować się w ich poszukiwaniach.


PS A tu Zamek, obok którego spędziłam najlepsze pięć lat swojego naukowego życia, na Wydziale Historycznym UAM (teraz podzielony na kilka pomniejszych) na św. Marcinie. Najlepsze miejsca do nauki - I piętro w prawym korytarzu należącym do Zakładu Historii Gospodarczej oraz IV piętro należące do Instytutu Prahistorii (czyli archeo). Piękne wspomnienia, a ileż prawdziwych, wydeptanych historii i legend wydziału... 

sobota, 13 lutego 2021

85) Proroczy sen? "Miasto Nawiedzonych" Witolda Jabłońskiego

   Są książki, które zadziwiają, intrygują i zabierają w podróż dziwną, niezwykłą, szaloną, niezrozumiałą, wciągając w świat przedstawiony... Do tego grona zdecydowanie należy powieść Witolda Jabłońskiego pt. "Miasto Nawiedzonych". 

   Tegoż autora poznałam poprzez fantastykę historyczną, w której jest mistrzem. Ta pozycja jest zupełnie inna, zarówno pod względem fabuły jak i stylu. Czemu?

   Do Miasta przyjeżdża Niemka z Argentyny, dziedziczka rodu Herzenglasów (ach, ta gra słów! Doceni każdy znający nawet trochę ten język), kamienicy i fabryki. Chcąc odzyskać swoje, musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, tj. niechętnymi jej lokatorami, biurokracją władz, układami kościoła i polityki. Sama panna Lilli kryształowa nie jest. Swoje za uszami ma, chętnie z paskudnych forteli korzysta, by dopiąć swego. Typowy czarny charakter w dodatku powiązany z magią nie do końca służącą dobru lokatorów kamienicy. A któż ją zamieszkuje? Zgraja osobliwości, które lubi się mniej lub bardziej. Niemka budzi dawne koszmary, demony przeszłości I i II wojny światowej, zagrzebane wspomnienia, które za wszelką cenę chcą się uwolnić i powrócić, burząc dotychczasowy ład. Naprzeciw nim stoi owa wcześniej wspomniana zgraja, która pod przewodem Opiekuna walczy o swoje oraz zachowanie czystości Źródła, czymkolwiek ono było i jest. Szalony świat...

   Wykreowani przez Witolda Jabłońskiego bohaterowie są inni, dziwni, skomplikowani, jedyni w swoim rodzaju, nieco szaleni, może czasem zagubieni, ale intrygujący, nieco przejaskrawieni, ale uważam, że to celowy zabieg mający podkreślić osobowość danej jednostki i jej roli w powieści, np. silne zaznaczanie na każdym kroku dewocji Aurelii czy bezmózgiego działania Bolka i Lolka. To chodzące stereotypy ożywione wyobraźnią autora z domieszką ekstrawaganckich pomysłów. Tygiel osobowości, różnorodny, acz świetnie podany.

  To nie tylko powieść o Mieście i jego ciemnych stronach jak brudne ulice, urzędowy nepotyzm, zaniedbane dzielnice, ogłupieni mieszkańcy. Ona przedstawia dramat osieroconych dzieci i ich zmagań, a może skutków życia w patologii, samotne starsze panie uciekające w bezpieczny i znany sobie świat, Boga i wróżb, niespełnioną miłość nieheteronormatywną, poszukiwanie swojej drogi, obsesyjną miłość rodzica, strach przed utratą władzy, uzależnienie się od niej, toksyczne zależności między kościołem a polityką, omamianie nieświadomych ludzi i żerowanie na ich naiwności, ciemne interesy medycyny i branży funeralnej. Ukazuje cierpienia dawnych mieszkańców, Żydów, dzieci i kobiet, wykorzystywanych przez miejscowych notabli wedle własnych potrzeb. Świat bez prawa, sprawiedliwości, empatii. Można liczyć tylko na siebie i swoich przyjaciół, bo reszta liczy tylko na zyski. Pełno tu niemego bólu, zawodu, rozczarowania, choć tli się iskierka nadziei, że prawda zatriumfuje, a miłość oczyści ten padół. 

   Autor opowiada o tym między wierszami, gdzieś pomiędzy zawieszając niewypowiedziane prawdy, brnąc przez dialogi i opisy, przeskakując z wątku na wątek, ukazując różne perspektywy. Jak świat widzi młody artysta, starsza pani, dziedziczka fortuny i niepełnosprawny Żyd? Każdy ma inną historię, inne doświadczenie, inną wiedzę. Ich światy są różne, choć są w tym samym Mieście, w tej samej przestrzeni, w tej samej kamienicy, w tym samym czasie. Ich perspektywa to ich odbicie lustrzane. Widzą świat poprzez własną historię, szukając punktu zaczepienia. Gdy znajdą podobny ogląd u kogoś innego, staje się on bliski. Rodzi się powolnie wspólnota doświadczeń, nawiązuje się więź. Przyjaźń i zaufanie. Na wszystko potrzeba czasu, ale co gdy go nie ma? Co gdy prawda ujawnia się zbyt późno?

   "Miasto Nawiedzonych" jest pełne niedomówień, krzyków nanizanych na otoczkę ciszy, specyficzne, inne, na swój sposób wyjątkowe. Być może dla autora była to zabawa pisarska, próba nowego gatunku, wg mnie bardzo udana, bo wiele można z niej wyciągnąć dla siebie. Świetnie skonstruowana, wykreowana i napisana. 

   Ponadto to powieść bardzo aktualna, jakby prorocza. Wydana w 2013r., a mam wrażenie, że pisana pod obecną sytuację polityczną z owym Ojcem Dobrodziejem, Prezydentem Miasta i eksperymentami pewnego doktorka. Dobrze oddaje przywary naszego narodu, sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej zakorzenionej głęboko w przeszłości naszej mentalności.

   Wielu może uznać, że to książka-wybryk, żart, ale wg mnie ma ona swoje drugie dno, nad którym warto się pochylić i zastanowić. Choć fabuła wciąga, warto rozglądać się uważnie dookoła, by nie przegapić tych drobnostek, pewnych wskazówek, zostawionych przez pisarza dla czytelnika.

   Dziwna, inna, niezwykła, może nieco szalona, ale istotna, ważna. Taka, po którą warto sięgnąć, by zrozumieć świat dookoła siebie. "Miasto Nawiedzonych". A może już Kraj Nawiedzonych? Czy to nie poszło już o krok dalej? 

niedziela, 31 stycznia 2021

84) "Ślepy demon. Sieciech" Witolda Jabłońskiego, czyli buntu pogan ciąg dalszy


  Koło dziejów biegnie, mijają pokolenia, zmienia się wiara i zwyczaje, stare przemija, nowe nastaje... Tylko czas wciąż płynie tak samo, nieubłaganie...

   Witold Jabłoński jako miłośnik rodzimej, słowiańskiej kultury dał już temu wyraz w niejednej ze swych książek. W ostatniej przeczytanej przeze mnie pt. "Ślepy demon. Sieciech" ukazuje to szczególnie, łącząc to z perspektywą upływającego czasu.

   Akcja powieści rozgrywa się średniowiecznej Polsce za rządów Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmiałego. Główny wątek fabuły opiera się na walce chrześcijan z poganami, ukazanej nie tylko na tle dynastii Piastów, ale również Jadźwingów, zamieszkujących lasy na wschód od Mazowsza oraz spory na tronie kijowskim. Wielość sytuacji, a problem tak naprawdę jeden: kto ma władzę świecką, zyskuje również władzę nad duszami poddanych, decydując o wierze dominującej. Nie musi to być bezpośrednie zarządzenie, wystarczą tylko umiejętnie dobrane pionki, którymi łatwo da się manipulować. Jak z tym walczyć? Otwarcie czy pod maską? Dostosować się? Przyjąć nowe rozwiązania, nową wiarę?

   Głównym bohaterem powieści teoretycznie jest tytułowy Sieciech. Wywodzi się z rodu Toporczyków, szanowanego i poważanego. Mimo trudnego dzieciństwa wyrasta na rozsądnego, silnego i ambitnego mężczyznę, jednak gdzieś pod spodem przebija się chęć zemsty, pomszczenia doznanych krzywd i odzyskania wolności dla wiary przodków. Wie, czego chce, jednak pewnej osobie łatwo na niego wpłynąć samymi obietnicami, przez co staje się bezwolną kukiełką w rękach wytrawnego gracza. 

   Sieciech jest jeden, ale to niejedyna postać, która wybija się na pierwszy plan. Trafia się tu jeszcze nie przez przypadek sam Kościej Nieśmiertelny. Czarodziej, wyznawca i posłannik Chorsa, ciemnych mocy, obudzony ze snu po wielu latach przez upiory krwawą ofiarą, by dokonać zemsty na krystowiercach, pomieszać ich szyki i wzbudzić na nowo chwałę dawnych bogów. Mężczyzna z kosturem, kryjący się pod niedźwiedzim futrem z nieodgadnionym wyrazem oczu, czający się z boku, by dopaść nieświadomą ofiarę i zmanipulować ją. Potrafi też zmieniać swą postać, z łatwością się kamufluje, wtapia w otoczenie, choć jest coś, co go zdradza. Gra na gęślach, zna się na ziołach, prowadzi konszachty z pewną damą oraz nagle znika. Kto uważny, może pozna się na jego naturze, lecz tym samym jego życie zagrożone. Działa sobie tylko znaną logiką, czasem jego czyny zdają się nietrafione, lecz kto wie, co czyha za rogiem przyszłości?

   Luba i Krystyna grają tu chyba tylko epizodycznie, są ozdobą, siłą napędową niesnasek między mężczyznami. Znają się na ziołach, mają intuicję, lecz nic ponad to. W tle wydarzeń rozmywają się i  nikną. Jako wyznawczynie starej wiary, muszą kryć się z tym, by nie popaść w niełaskę otoczenia. Ich świat mija, powoli, lecz nieubłaganie.

   Nie można też zapomnieć o dwóch najważniejszych postaciach historycznych, Bolesławie Śmiałym i Władysławie Hermanie. U Jabłońskiego dwie skrajności, choć bracia. Jeden piękny, silny, ambitny i charakterny, drugi - brzydki, słaby, chorowity i bezrozumnie dający sobą manipulować. W rodzinnym łonie tkwi zarzewie nieszczęścia Polski. Konflikt o władzę, kobietę, może dary Doli. Jednak nie można dać się zwieść na manowce. Bolesław nie jest tak idealny, a Władysław tak zły. U tego pisarza nie spodziewajcie się łatwych schematów. Do jasnych i ciemnych charakterów dolewa szarości, przez co kreacja bohaterów zyskuje i staje się bardziej autentyczna, a najlepiej zobaczycie to właśnie na przykładzie tych dwóch Piastów.

   Powieść skupia się wokół, już wspomnianego, konfliktu chrześcijaństwa i pogaństwa. Obydwa nie stronią od przemocy i przelewu krwi. Krystowiercy pod maską miłości i miłosierdzia nawracają mieczem, wybijając nieraz całe rodziny. Poganie walczą między sobą o ziemie oraz przeciw nowej wierze. Bez względu na przypisanie się do konkretnej grupy, ludzie są tacy sami, kieruje nimi ten sam instynkt, te same potrzeby. Braciszek Terlik, Otto a Kościej - jak niewiele trzeba, by wmieszać się w tłum. Ponadto spójrzcie na zachowanie księdza Stanisława czy jego niemieckich przyjaciół. O czym prawią? Co jest dla nich najważniejsze? Władza czy ludzie? Jak chcą osiągnąć swoje cele? Tak, w tym momencie otwierają się oczy. To nie tylko wyobraźnia autora, takie rzeczy działy się przez całe wieki i zapewne dziś nie są odosobnione. Jak świat światem, chciwość ludzka nie zna granic.

   Lud Słowa, czyli Słowianie muszą ukrywać swą wiarę, jeśli chcą żyć. Ostatkiem sił walczy Arkona, gdzie chronią się niedobitki żerców i współplemieńców, ostoja dawnych dni i wartości. Świat, który gnie się pod mieczem krzyża. Przeszłość ustępuje, lecz nie poddaje się tak łatwo. Słowiańska wiara, kultura, zwyczaje... w powieści Jabłońskiego to naprawdę bogaty wątek. To nie tylko Arkona, ale i zwyczaje codzienne jak przygotowywanie wywarów, zbieranie ziół, ludowe przyśpiewki, czasem pewne elementy opieki nad kobietą w połogu czy noworodkiem. Jest też składanie ofiar, przywoływanie bogów, np. Żemine, Swarożyca, Chorsa czy Welesa. Pojawiają się także biesy, m.in. wilkołak, strzygoń, zmora, wiła, utopiec, upiór i kilka innych, nienazwanych bezpośrednio.

   Autor próbuje tu też rozstrzygnąć zagadnienie zemsty. Czy oprawca nie wydaje sam na siebie wyroku? Czy zawsze jest tak słodka jak mówi przysłowie, czy jednak może mieć gorzkawy posmak? Mści się Kościej, Krystyna, Sieciech i Boranie, lecz dokąd ich to prowadzi? Czy sami siebie nie skazują na zgubę? Urażona duma czy honor domagają się pomsty, lecz czasem cena jest zbyt wysoka, więc lepiej zastanowić się nawet dwa razy.

   Kolejne rozdziały przeplatają życie Sieciecha, wątki kijowskie, dworskie, leśne Jadźwingów, przeskakując między nimi. Pozorny chaos, krok po kroku, rozjaśnia się, prowadząc do klamry fabuły, jaką jest Zbigniew, potomek Władysława Hermana. To, co pozornie odległe, zaczyna się łączyć dzięki niemu. Chors wiedzie ku niemu. Co planuje dla Piastów? Czym chce ich uraczyć?

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura napisana charakterystycznym dla Witolda Jabłońskiego stylem, ale mam wrażenie, że jest inna od pozostałych jego książek, tzn. dosadniejsza, brutalniejsza, ukazująca podłość ludzkiego charakteru w pełnej krasie. Występują tu wspaniałe opisy krajobrazów, bogata kreacja bohaterów, wielowątkowość, naturalne dialogi, poetyckie pieśni, tajemnicze rytuały, ale pod skórą czuje się zimny powiew wiatru zwiastującego kłopoty, wewnętrzny niepokój, jakby ktoś nas obserwował i czyhał na nasze najmniejsze potknięcie. Ten pisarz umie budować klimat i wie jak grać emocjami czytelnika.

   Samą książkę czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania, lecz odnoszę wrażenie, że niektóre z poruszanych wątków mogłyby być szerzej omówione, np. zmiana wierzeń Gandów, więź między Kościejem a Zbigniewem, ludowe zwyczaje Luby, tajemna gra Kościeja na gęślach, opanowany przez złe siły "klasztor" w Kijowie. Jednak jest nadzieja, ponieważ zapowiada się kolejny tom, gdzie być może część z tych zagadnień zostanie rozwiązana. 

   "Ślepy demon. Sieciech" to lektura z pogranicza fantastyki i przygodówki, inspirowana rodzimą historią i wiarą, którą spotkać można co krok. Warto wniknąć w bogaty świat malowany słowami Witolda Jabłońskiego, by choć trochę zrozumieć przed jakimi dylematami moralnymi stawali nasi przodkowie, będący na rozdrożu między pogaństwem a chrześcijaństwem, między młotem a kowadłem... To świat brutalny, pełen bólu i cierpienia z niewielką domieszką szczęścia i uśmiechu. Tu miłośnicy Słowiańszczyzny odnajdą coś dla siebie, tj. dawne zwyczaje i wartości, bogów i biesy, elementy świata minionego, nawet takie o których nie chce się pamiętać, ale i takie, które próbuje się reaktywować. Konflikt Piastowiców jest tylko tłem do znacznie poważniejszych spraw, których waga jest aktualna do dziś. Zatem, warto się pochylić nad tą pozycją pisarza i poświęcić jej nieco uwagi. Może ktoś odnajdzie tu wskazówkę dla siebie? Inspirację? Wg mnie takie książki uczą i nie pozostawiają obojętnym na poruszane kwestie. Dlatego, choćby tylko po to, warto po nie sięgnąć i zatopić się w świecie przedstawionym, by wyłowić te perełki i przemielić je tak, by wnioski z nich zastosować we własnym życiu i uniknąć błędów, nieraz bardzo kosztownych, bohaterów.

niedziela, 24 stycznia 2021

83) Bunt pogan... krótko o historii Miecława wg Witolda Jabłońskiego w powieści "Słowo i miecz"

   

   Ciemne, obce, niebezpiecznie wirujące słowa w ustach dziwnych ludzi, którzy krzyczą, wymachują jakimś amuletem, a za nimi wojowie z podniesionym orężem. Ledwie rozumiesz tę nieskładną mowę z ciężkim niemieckim akcentem. Co to jest ten grzech i męki piekielne? O jakich diabłach on mówi? Czemu ci za nim coś mruczą i podnoszą miecze? Kim są i czego od nas chcą? O jakim nawróceniu plotą? Każdy jest wolny i wierzy w co i kogo chce, bogów ci u nas pod dostatkiem, a ten gada i gada o jednym bogu w trójcy objawionym? Sami swego boga ukrzyżowali i tym się chwalą, nosząc te amulety na szyjach?

   Właśnie takie myśli mogły przychodzić naszym przodkom do głowy, gdy na obszary obecnej Polski zaczęli docierać księża nowej zachodniej wiary. Kto z tych zwykłych, często parających się rolą lub handlem ludzi rozumiał ich przemowy? Jak mogli pojąć definicję miłosiernego i kochającego boga, gdy jego wyznawcy jednocześnie wybijali całe miejscowości, zostawiając za sobą morze krwi i trupi odór? Jak mogli chcieć przyjąć ich pod swój dach i bez dyskusji zacząć wyznawać obce bóstwo, wyrzekając się własnej historii i tradycji? Tylko pod przymusem... Nowa wiara zaczęła się od nawracania przemocą i gwałtem.

   Niełatwą pierwszą połowę XI wieku odmalował w swym dziele mistrz fantastyki historycznej, Witold Jabłoński, główną oś powieści zahaczając o Mazowsze i tajemniczego Miecława oraz rządy kilkorga Piastowiców, od Mieszka I do Kazimierza Odnowiciela, chcąc przedstawić z własnej perspektywy "nawracanie" rzeszy pogan na chrześcijaństwo przy pomocy odpowiedniej perswazji, bunt Słowian przeciw tak jawnemu braku poszanowania dla historii, tradycji i przodków oraz żywe aspekty "wiary słowiańskiej". 

 "Słowo i miecz" to powieść wielowątkowa, zróżnicowana ze zbiorowym bohaterem w tle. Każdy jest inny, ma swoje własne motywacje i cele, do których dąży ponad wszystko, pragnąc się spełnić i zrealizować swoje własne życie zgodne z własnym sumieniem, priorytetami i wartościami, bez narzucania ich z góry przez kogokolwiek. Niestety, przybysze nie chcieli o tym słyszeć i dali się ponieść nauce, która od małego nie dawała im możliwości samodzielnego myślenia, dzieląc wszystko na dobre lub złe, bez żadnych odcieni szarości. Opozycja my - wy z wartościowaniem już na samym wstępie bez lepszego poznania i próby zrozumienia. Szalony świat, koło, które mieli do dziś...

   Wydaje się, że główną żeńską postacią jest Dziewanna z rodu Liwów, która przez nieszczęsne zbiegi okoliczności doświadcza chrześcijaństwa z jak najgorszej strony, będąc wychowaną w duchu wolności i tolerancyjności poganką. Ukochana przez Mokosz, obdarzona jej siłą, stara się na wszelkie możliwe sposoby przywrócić porządek dawnych dni, knując i siejąc intrygi, choć nieraz wystawia swe życie na niebezpieczeństwo. Przeszłość kształtuje jej przyszłość, rzucając w wir międzynarodowych konfliktów religijno-politycznych. Z niewinnej istoty musi przekształcić się w wyrachowaną, pewną siebie, charyzmatyczną i niebojącą się trudnych decyzji kobietę, walczącą o swoją rodzinę i lud. Postać złożona, skomplikowana, w której jasność i ciemność równoważą się, tworząc jej specyficzny urok, kusząc nie tylko powabami ciała, ale przede wszystkim umysłu.

   Spośród męskich bohaterów na większą uwagę zasługuje Syn Drzew, zwany Andajem. Należący do plemiona Jadźwingów, służący przyrodzie i wolności, wyznający wiarę w naszego Swarożyca, oprócz przymiotów ciała i ducha cechuje się niezłomnym charakterem, jaśniejąc w ciemnościach jak słońce. Przyjaźń i miłość, lojalność i szczerość to jego priorytety tak jak szacunek do tradycji i przodków oraz natury. Z obcego staje się swój. Okazuje się niezachwianym filarem niebezpiecznej wyprawy ku samej Ciemności. Oddany sprawie do samego końca. Takich jak on jest niewielu, a taki przyjaciel to skarb.

   Witold Jabłoński ukazuje w swej powieści cały szereg postaci, a każda ma ważną rolę do odegrania. Na przykładzie Piastów odmalowuje odejście od rodzinnych zwyczajów, uzależnienie od władzy oraz kościoła, częściowy brak autonomii we własnym kraju ze względu na zobowiązania wobec tych, którzy ową władzę iluzorycznie podtrzymywali swym błogosławieństwem. Ukazuje powiązanie losów państwa z decyzjami władcy, które mogły przynieść urodzaj lub klęskę i niewolę. Braciszkowie Lucjusz i Aron są wspaniałym przykładem dwulicowości kościoła w średniowieczu, gdzie owieczkom mówiło się o dobroci Boga, umiłowaniu bliźniego i jedynej, słusznej wierze wybawiającej od piekła, podczas gdy sami parali się czarną magią, torturami i znęcaniem się nad innymi, intrygami dworskimi, kłamstwem, zdobywaniem wpływów i pieniędzy. Mówienie jednego, robienie drugiego - taką wizję kreśli autor. Wiele z tych rzeczy było na porządku dziennym i stanowiło tylko preludium do czasów inkwizycji i powszechnego stosowania stosów. Żywia z Widunem i Mścigniewiem to echa przeszłości, wciąż żywe, lecz coraz bardziej spychane na margines. Słudzy dawnych bogów i obrzędów, życie w zgodzie z naturą i umiłowaniem życia. Ich walka to zapalczywa próba przetrwania tradycji, by nie ulec zapomnieniu w mroku dziejów. Obrazują sobą Słowiańszczyznę, to co nasi przodkowie cenili i kochali, czemu oddawali cześć, czego się bali.

   XI wiek w Polsce to etap przechodzenia z pogaństwa na chrześcijaństwo, dobrowolnie lub pod przymusem, choć jak było w istocie, domyślać możemy się sami. Dla ludzi spoza dworu panującego musiało to być niełatwe, porzucić korzenie i przyjąć nowe, nieznane i nie do końca zrozumiałe. Może dlatego kościół pewne dawne elementy miejscowej kultury przyswoił i dołączył do swoich świąt, by pozyskać jak najwięcej wiernych, dając złudzenie swojskości. Mimo wszystko, jak wspomniałam, w swoich praktykach nawracania nie znał litości i tolerancji dla inności, robiąc marionetki z podległych sobie władców, zapewniając im wsparcie i siatkę wywiadowczą. "Słowo i miecz" dobrze obrazuje to na przykładzie Kazimierza Odnowiciela, który jest nieodrodnym dzieckiem kościoła, idącym ślepo za jego wskazówkami, dla którego krew pobratymców ma mniejsze znaczenie od chwały waleczności wojsk krystowierców. Jabłoński świetnie ukazuje mechanizm manipulacji i pisania historii przez zwycięzców. Okrutne, ale jakie prawdziwe. Życie...

  Ta powieść to 648 stron wypełnionych od A do Z słowiańskością. Pojawiają się tacy bogowie jak m.in. Dziewanna, Żywia, Marzanna, Mokosz, Swarożyc, Perun, Weles, Chors, Czarnobóg czy  Strzybóg. Jest całe mrowie biesów takich jak: wilkołaki, strzygi, zmory, utopce i inne leśne licha. Autor zdradza jak mogły wyglądać przygotowania do Nocy Kupały, Szczodrych Godów i powitania wiosny. Przedstawia również ostatnią drogę pogan "ogniem i wodą". Ukazuje ową magię czerpaną z sił natury, inspirację jej korzeniami. Wierzenia, obrzędy, zwyczaje... pisarz rekonstruuje ze sporą dawką własnej fantazji dawne dzieje. Robi to tak, że czytelnikowi zapiera dech. Słowiańskość w jego wydaniu zachwyca, czaruje i uzależnia. Jak? Drobiazgowością, dbałością o szczegóły, barwnością i różnorodnością, od pańskiego stołu, chaty rolnika po wycieczkę do Nawii Chorsa czy spotkanie w cztery oczy z Welesem, spacer po chmurach pod opieką płanetników, odwiedziny u okrutnej królowej Wenedy czy spotkanie towarzyskie z wikingami zbratanymi ze sługami Strzyboga, lubujących się w ucztach i biesiadach. Pomysłowość w ukazaniu różnych aspektów owej słowiańskości jest zaskakująca. To ciągła przygoda, w której chce się uczestniczyć z pełnym zaangażowaniem.

   Rozdziały w książce są ułożone naprzemienne, tzn. jak jeden przedstawia pogańską perspektywę, to następny - chrześcijańską. Występują też skoki czasowe. Nie utrudnia to odbioru treści, powiedziałabym, że wręcz ją wzbogaca, ponieważ czytelnik ma czas na przemyślenie poruszanych kwestii i zobaczenia ich z różnych pkt widzenia. Nie jest to powieść jednostronna, broniąca pogaństwa za wszelką cenę. Warto zwrócić uwagę na postać brata Arona, jego niełatwą historię, charakter i szczere wątpliwości, co do niektórych kościelnych praktyk. Zabieg zastosowany przez Witolda Jabłońskiego pozwala lepiej wniknąć w umysł bohatera i zrozumieć jego motywacje oraz ukształtować własną opinię na ten temat.

   Sam styl pisania i pióro autora jak zawsze mnie zachwyciły. Lekkość, poetyckość opisów przyrody, dbałość o szczegóły i formę, naturalne dialogi, świetnie wykreowane postacie, logiczna fabuła z wciągającą i intrygującą akcją, genialne wykorzystanie faktów historycznych do splecenia własnej wersji XI wieków z elementami fantastycznymi. Pisarz maluje słowami świat, który przez wieki leżał zapomniany pod stertą jesiennych liści przeszłości. Niczym Jaryło i Dziewanna budzi go ze snu do życia, przywraca Słowianom ich korzenie. Mknie na rączych skrzydłach wiatru natchnienia, stając się prawdziwym magiem, bajarzem Welesa. Czysta magia! Oczywiście nie jestem obiektywna, bo już dawno przepadłam w uwielbieniu dla jego talentu, bo żadna z jego książek nie była rozczarowaniem, a miłością od pierwszego zdania.

   "Słowo i miecz" Witolda Jabłońskiego to powieść o walce przeszłości z nowym, starych bogów z krystem, miłości z nienawiścią, życiem ze śmiercią, chwałą z zapomnieniem. To książka opowiadająca o losach jedenastowiecznej Polski rozbitej między przywiązaniem do tradycji a nadciągającą siłą nowego boga będącego w przymierzu z dynastią panującą. Dotyka nie tylko dworskich intryg, ale i dramatów maluczkich. Przedstawia siłę prawdziwej przyjaźni, destrukcję rodzin z powodu zazdrości, waśni i braku wzajemnego zrozumienia, zagubionej miłości lat młodzieńczych, trudnych decyzji matek i ojców lękających się o swe dziatki, szacunku do przyrody i historii. To magia Welesa zaklęta w słowach Witolda Jabłońskiego, ukazująca tę późną słowiańskość w różnych aspektach.

   To książka, do której jeszcze niejednokrotnie wrócę. Mogę ją polecić z czystym sumieniem osobom zainteresowanym Słowiańszczyzną, średniowieczem, fanom fantastyki historycznej. Myślę, że każda z tych osób odnajdzie tu swój kawałek magii, która skłania do refleksji. Magii, zaklętej w piórze Witolda Jabłońskiego.