Recenzje tematycznie

sobota, 22 sierpnia 2020

67) O roli snów w życiu, czyli "Muza Koszmarów" Laini Taylor

  
  Sen mogący stać się koszmarem, lękiem przed ciemnością i mrokiem, zmierzeniem się z własnymi słabościami, czymś co paraliżuje i otacza jak klatka bez wyjścia, bez ratunku. Koszmar bez możliwości zbudzenia się...
   Laini Taylor kolejny raz zabiera nas w niezwykłą podróż. Pierwszy tom "Marzyciela" skupia się głównie na Lazlo Strange'u, dziecku-sierocie, który przypadkiem odkrywa w sobie niezwykłą magię, porywa czytelnika w wir uczuć za pomocą cudownej plastyki słowa ulepionego z boskiego mesartjum i poddanego woli pisarki. "Marzyciel" i jego przesłanie wciąż mi towarzyszą. Lazlo i jego życie pokazują wartość nadziei, miłości i dobroci oraz niezmierzoną siłę wyobraźni i marzeń, które stanowią motor napędowy życia samego w sobie. Czy "Muza Koszmarów", tom drugi, choć w połowie jest tak dobra jak część pierwsza? O kim opowiada?
   Jeśli już znacie historię Lazla i Sarai to wiecie kim jest tytułowa muza. Jeśli nie, to zdradzę Wam, że dziewczęciem, które potrafi zsyłać owe straszne sny, kontrolować je, wnikając w umysł ofiary, nie wypuszczając jej z klatki zbyt szybko.
   Książka opowiada o dalszych przygodach boskich pomiotów, ich zetknięciu się z nowym światem, światem ludzi ze Szlochu, ich strachem przed nimi, ale i nadzieją na lepsze jutro. Z jednej strony wspomnienie Rzezi, przelania krwi niewinnych dzieci, a z drugiej Wyzwolenie Szlochu spod panowania niebieskich bogów porywających ludzi i bawiących się nimi oraz ich życiem. Tragedia i nadzieja spotkały się w tym dniu, a ich przeznaczenia splotły się ze sobą, zasnuwając mgłą niepewności kolejne lata żywych i zmarłych, bo życie po życiu istnieje.
   Nad miastem unosi się cytadela z metalu, którą tylko Lazlo potrafi poruszyć siłą umysłu, otworzyć nieznane komnaty. Mesartjum poddaje się mu, tworzy z niego, co tylko chce. To kowal. Jednak w przeszłości ową twierdzą rządził ktoś inny, bezlitosny i chciwy Skathis. Ów podniebny statek podróżował przez światy, niosąc ze sobą przerażenie i chaos. Śmierć starego kowala przerwała pewien schemat. Nastało nowe. Niebieskie dzieci uczą się życia, a dowodzi nimi Minya, uparta i zawzięta, trzymająca w zanadrzu tajną broń, złapane dusze, poddane jej woli i zachciankom. Liczy się tylko przetrwanie. Pojawienie się Strange'a burzy ich ostoję bezpieczeństwa. Śmierć Sarai to tylko potwierdza. Szloch lub oni, tak rozumuje Minya. Łapiąc duszę Muzy Koszmarów, odnajduje słaby punkt Marzyciela. Może go szantażować, nie przewiduje jednak pomysłowości swoich podopiecznych.
   Chciałoby się jeszcze tyle rzec o treści książki, lecz nie zamierzam Wam odbierać przyjemności z lektury. Mocną stroną pierwszego i drugiego tomu jest plastyczna moc słowa, która otwiera przed nami bramy do innego świata, może nieco fantastycznego, ulepionego z wyobraźni, lecz tchnącego tymi samymi radościami i troskami, co nasz. Są i piękne opisy krajobrazów, sytuacji między bohaterami, ich rozterki i naturalne dialogi. Właśnie, ta powieść jest naturalna. Cudowny powiew świeżości! Nasi bohaterowie są tak różni, każdy z nich ma swoje własne małe marzenia. Każdy z nich tworzy osobliwą mieszankę dobra i zła. Lazlo czy Sarai budzą sympatię od razu, Eril-Fane może budzić współczucie, a Minya i Thyon potrzebują czasu na przemianę. Myślę, że chyba tych dwoje najbardziej mnie zdumiewa. Początkowo ich nastawienie wzbudza niechęć, niedowierzanie w takie wyrachowanie, złośliwość czy brak empatii. Jednak wnikając w ich historię, przeżycia, trzeba zrozumieć, że to życie i pewne zdarzenia ich ukształtowały. Thyon to narcyz zapatrzony w siebie, swoje zyski i pozycję, bo tak właśnie został wychowany i nawet nie podejrzewa, że może być traktowany inaczej niż złoty chrześniak, że ktokolwiek odważy się mu przeciwstawić. Z kolei niebieską dziewczynkę ukształtowała Rzeź, strach o inne maleństwa i chęć zemsty. To przez wszystkie lata dawało jej siłę. Nie zauważyła nawet, że to ją wyniszczało, krok po kroku, izolując nawet od czegoś tak prozaicznego jak spokojny sen. Dopiero Mesarthim pozwoliła jej poznać smak życia bez ciężaru na barkach, bez myśli o duchach, gdy świat nabrał nieco innych barw, nieco radośniejszych, bo nieskupionych już wokół zemsty jako celu życia. Postać piratki i Minyi ukazały kunszt autorki, jej drobiazgowe podejście do samej fabuły książki jak i poszczególnych bohaterów, ich charakteru i korzeni. Sarai również przechodzi tu przemianę. Jest nie tylko duchem, ale i na nowo odkrywa swój dar, stając się muzą snów nie tylko dla Lazla, ale i dla wszystkich zagubionych.
   Warto tu zwrócić również uwagę na umieszczenie historii w historii. Bajka o Korze i Novie, siostrach rozdzielonych przez niebieskich bogów, które były praktycznie jednością, ich rozpaczy i miłości, wzajemnych trudach i poszukiwaniach przykuwa uwagę i uczy. O miłości w rodzinie, sile przyjaźni i lojalności. Przestrzega też przed zaślepieniem, podążaniem za celem, który stracił już sens bytu i dążeniem do niego po trupach. Co było, to się nie odstanie, ale nie warto ciągle tego powtarzać. Przysparzanie cierpienia innym pozostawia głębokie rany, lecz można to przerwać, a nawet należy. Zresztą, dla boskich pomiotów to nie tylko bajka, lecz realne zagrożenie, choć oddzielone granicą świata.
   Taylor ukazuje nam potęgę przyjaźni i miłości, gdzie to, co sprzeczne, może być tożsame. Siła tkwi w najbliższych i wzajemnym zaufaniu. Ta wspólnota daje nadzieję, chęć do walki z przeciwnościami losu i wiarę w siebie. I szczęście też się za tym kryje. Autorka pokazuje, że czym innym jest samotność z wyboru, a czym innym ta narzucona jako wykluczenie z grupy. Nikogo nie można osądzać od razu, lecz dać drugą szansę, pozwolić dojrzeć i zrozumieć stare błędy, tak jak Sarai wyzwoliła oczyszczającą prawdę przez jedną z bliźniaczek. Świat dookoła nas nie jest tylko czarno-biały, ma całą gamę szarości. I w tym tkwi sens istnienia.
   "Muza Koszmarów" jest piękną powieścią, bardziej nostalgiczną niż tom pierwszy, przytłaczającą smutkiem, która stopniowo buduje napięcie. Trzyma czytelnika pod swym urokiem cały czas. W tym uniwersum się tkwi. Przeżywa się przygody bohaterów całym sobą, czuje się te same radości, troski i wątpliwości. Początkowo byłam przytłoczona brzemieniem cierpienia i rozterek postaci, lecz z czasem dojrzałam tam nadzieję na lepsze. Ta książka podbudowuje, że po mroku zawsze nastanie świt i skąpie świat w ciepłym świetle, gdzie zło nie ma już dostępu.
   Laini Taylor zastosowała otwarte zakończenie, pozwalając czytelnikom na dopisanie dalszej części przygód Lazla i spółki. Wyobraźnia rusza dalej, wiedząc już o sekretach serafinów, ich darach i niezmierzonych bezbrzeżach światów, które tylko czekają na odkrycie.
   "Muza Koszmarów" nie ma wad, jest według mnie cudowną opowieścią, świetnie napisaną, z genialną fabułą i bohaterami, dopracowanym światem i jego tajemnicami, rozbudzającą fantazję na każdym kroku, grającą na uczuciach i poruszającą każdą strunę duszy. Ta historia zostanie ze mną na długo. Pewnie jeszcze niejeden raz do niej wrócę.
   Książkę polecam z czystym sumieniem, tym małym i dużym, bo rzadko zdarzają się takie urocze i jednocześnie prawdziwe kwiatki jak "Marzyciel" i "Muza Koszmarów".

niedziela, 2 sierpnia 2020

66) Wyprawa do starożytnej Hellady z Witoldem Jabłońskim. "Fryne Hetera".

   Europa swe jednolite korzenie wywodzi z głębokich otchłani starożytności, czerpiąc pełnymi garściami z dziedzictwa Grecji, Rzymu, rzadko zdając sobie sprawę, że one z kolei przyswoiły sobie wiele z Bliskiego Wschodu. Myśliciele i artyści zainteresowani tą spuścizną kulturową tworzyli swe dzieła. Zresztą, to trwa do dziś. Czemu się dziwić? Na swój sposób każda epoka ma w sobie coś, co przykuwa uwagę, ale to korzenie przyciągają najmocniej.
   Świat starożytny mogłam ostatnio ujrzeć oczami jednego z moich ulubionych pisarzy, Witolda Jabłońskiego w książce "Fryne Hetera" (wydawnictwo Supernowa z 2008 roku). To powieść historyczna z elementami fantasy, której główna część akcji ma miejsce ok. IV w. p.n.e. na obszarze basenu Morza Śródziemnego, m.in. w Grecji i Persji. Poboczny wątek został osadzony w Aleksandrii roku 1923. Ponadto ma budowę szkatułkową, powieść w powieści. Ciekawe i świeże rozwiązanie, zwracające uwagę na powiązania między tymi historiami. Wyzwanie to i sztuka, łączyć ze sobą rzeczy na pozór odmienne, lecz mające wspólne korzenie.
   Na pierwszych stronach książki spotykamy niejakiego Kawafisa, zwanego również Konstantym, antyspołecznego poetę, dostrzegającego wraz z wiekiem nieubłagane przemijanie czasu. Nie jest to postać fikcyjna. Konstanty Kawafis, zwany też Aleksandryjskim, był greckim poetą, żyjącym na przełomie XIX i XX wieku, niedocenionym za życia, żyjącym skromnie i ubogo. Pamięć o nim przetrwała dzięki jego przyjaciołom, którzy publikowali jego dzieła po angielsku. Kawafis sam wobec siebie bywał bardzo krytyczny, potrafił wielokrotnie poprawiać swe wiersze. Był swego rodzaju propagatorem nowego stylu w poezji - prozaizowanego, bez określonych rymów i rytmu, liczyła się treść, bardzo często oscylująca wokół miłości, ale tej zakazanej, nieprzystającej współczesnemu mężczyźnie, lecz jakże kuszącej dla miłośnika starożytnej Grecji, gdzie była na porządku dziennym, a wręcz wskazana między starszym mistrzem a młodszym uczniem. Może dlatego Kawafis nie został dostrzeżony za życia?
   Witold Jabłoński wykorzystał go w swej powieści jako klamrę spinającą fabułę. To uosobienie dawnego świata, jego wartości i historii, jednocześnie przesiąknięty współczesnym chrześcijaństwem i związanymi z nim przesądami. Jest areną walki pomiędzy starym i nowym, co dobitnie uświadamia jedna z ostatnich scen w kawiarni. By dostrzec piękno świata i minione dzieje należy wyzbyć się ograniczeń wpajanych przez religię i cieszyć się życiem w imię miłości i szacunku do wszelkiego stworzenia.
   Kawafis jest jedynym godnym zainteresowania tajemniczej głównej bohaterki, a zarazem narratorki powieści, tancerki Fryne. Na jej specjalne zaproszenie Grek udaje się na jej występ oraz kabaretu "Orfeion". Jednak najpierw zostaje wplątany w istny wehikuł czasu, historię sprzed wieków, stając się słuchaczem naocznego świadka owych wydarzeń.
   Fryne to jedna z najsłynniejszych kurtyzan Aten, biegła w swym fachu, podobno piękna, zgrabna, urocza, a przy tym bystra i inteligentna. Prawdziwa hetera, która się ceniła, więc niewielu było na nią stać. Była muzą ówczesnych rzeźbiarzy, np. Praksytelesa, który uwiecznił ją pod postacią Afrodyty. Jej losy inspirowały także kolejne pokolenia, artystów wszelkiej maści. Żyła w IV w. p.n.e., zyskując sławę w Atenach, podróżując sporo na terenie basenu Morza Śródziemnego.
   Fryne Jabłońskiego to kolejna inspiracja tą słynną Tespijką. Ta starożytna jest niezwykle piękna, pociągająca mężczyzn nie tylko ciałem, ale i duchem, choć to tylko kobieta. Może i dlatego, że potrafi czytać i pisać. Ma kolekcję wielu uczonych pism, które namiętnie studiuje i którymi imponuje swoim klientom. Pełna życia i bardzo go ciekawa. Mimo pospolitego pochodzenia jako hetera cieszy się statutem wolnej osoby, mogącej o sobie decydować. Żaden mężczyzna nie stoi za jej plecami, nie wydaje jej poleceń, jest naprawdę wolna, choć majątkiem oficjalnie zarządza jej przyjaciel i protektor, Hyperejdes. Fryne potrafi owinąć sobie mężczyznę wokół palca, choć nie stroni od miłości z własną płcią. Dla niej to praca i przyjemność. Pod tym względem Ateny nie ograniczały swoich obywateli.
   Fryne dwudziestowieczna to już dojrzała kobieta o niezwykłej wiedzy i bogatym doświadczeniu, pewna siebie, tajemnicza, nieco dziwna, lecz intrygująca. Kobieta zagadka. Przykuwająca uwagę. O figlarnym spojrzeniu i łobuzerskim uśmiechu. Czemu? Bo zna swoją wartość. Łącząca w sobie estetykę pięknego ciała i umysłu, bogatego życia.
   Fabuła powieści skupia się na życiu starożytnej Fryne, jej przygodach w Atenach (sąd areopagu, krótki związek z Lizydasem), Macedonii i Epirze, a nawet Persji. To świat pełen tajemnic, intryg i niebezpieczeństw, choć główna bohaterka ma przede wszystkim dostarczać przyjemności i pożywki intelektualnej. Kapłanka Afrodyty Jabłońskiego znajduje się w samym centrum wydarzeń IV w p.n.e. Przewija się przez dwór Filipa Macedońskiego, Aleksandra Wielkiego, Aleksandra Mollosa, będąc jednocześnie zamieszaną w sprawy Olimpias (Myrtele) i jej córki Kleopatry. Przy tym na bieżąco relacjonuje wydarzenia ówczesnego życia politycznego Sparty, Aten, Macedonii i Persji z perspektywy przeciętnego mieszkańca Hellady ze wszystkimi plusami i minusami, tak często pomijanymi w oficjalnych rozprawach naukowych.
   Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy historyka jest dokładność Witolda Jabłońskiego w oddaniu realiów świata starożytnego. Pisarz trzyma się ram czasoprzestrzennych, stara się jak najlepiej odwzorować życie codzienne ówczesnych, skupiając się na takich detalach jak ubiór, wystrój wnętrz, zwyczaje. Dzięki temu czytelnik może cieszyć się udziałem w ucztach możnych tego świata, podróżami po świątyniach, rytuałach na cześć Afrodyty czy Dionizosa w różnych zakątkach Grecji, odmiennością form kultu tego samego bóstwa, przyjmowaniem strategii wojennych, formami rządów - demokracją, królestwem etc. Autor robi to tak sprawnie i malowniczo, że czytelnik daje się temu pochłonąć bez reszty.
   Wiele miejsca pisarz poświęcił starożytnej kulturze Hellady, a przede wszystkim relacjom międzyludzkim, przedstawiając związki między mężczyznami. Ówcześnie nie nazywano tego homoseksualizmem, lecz było to czymś naturalnym. Starszy mężczyzna wprowadzał w dorosłe życie młodzieńca, przy tym opiekując się nim, troszcząc o jego wykształcenie i przyszłą karierę. Z reguły mistrzem zostawał bogaty Grek, uczniem - piękny, młody chłopiec. Miało to wspomóc męską przyjaźń, utrwalić sojusze, a nieraz gwarantować wejście do rodziny opiekuna poprzez ślub jedną z jego córek. Podobnie rzecz ma się z najstarszym zawodem świata. Kurtyzany od początku były kształcone w swoim fachu, przy czym uczono je jak zapobiegać ciąży, jak czarować ciałem i rozmową klienta. Często ten zawód uprawiały kobiety samotne, porzucane jako dzieci z ubogich rodzin. Była to dla nich szansa na przetrwanie. Hetery traktowano jak kapłanki Afrodyty, bogini miłości. Zaspakajały potrzeby fizyczne i towarzyskie mężczyzn. Były wolne, a ich zajęcie nie było niczym gorszącym. Tym zawodem trudnili się również młodzieńcy. Męski kurtyzan brał za swe usługi pieniądze, uczeń od mistrza - prezenty. Tym właśnie różnili się z dzisiejszego punktu widzenia. Kobiety z wysokich rodów jako żony i córki były izolowane od męskiego świata, były naczyniem do przedłużania rodu, cichą ozdobą męża. Spotykały się w swoim gronie, nie stroniąc od plotek. Miały swój świat, swoje zajęcia i swoje marzenia, które mogły realizować jako bogate wdowy lub kapłanki.
   Większość akcji ma miejsce w Atenach, dzięki czemu czytelnik obserwuje naocznie rozwój demokracji w czasie pokoju i wojny, sposób funkcjonowania polityki, a nawet gospodarki (handel rzadkimi dobrami). System tak doskonale znany ze szkoły autor zestawił z monarchią oligarchiczną Sparty (bardzo przypomina mi juntę wojskową, tyle, że władza nie została przejęta w sposób nagły, rewolucyjny) przy pomocy opowieści Lizydasa, gdzie każdy bunt był krwawo tłumiony, ludzi dosłownie hodowano by służyli państwu, bez uczuć i zbędnych pytań. Jedna Hellada, a jakże odmienne oblicza. Jednocześnie ustroje te pisarz porównuje z Macedonią oraz Persją pod rządami króla, wskazując różnice w ich funkcjonowaniu.
   W. Jabłoński obnaża również ludzką psychikę. Robi to doskonale, ujawniając nie tylko jasne strony, ale i te ciemne, nieznające ni litości ni współczucia, zatracające się w zadawaniu bólu i cierpienia innym, nieznoszące słowa sprzeciwu jak Olimpias czy jej syn Aleksander, gubiąca się w hedonizmie jak siostra Aleksandra, Kleopatra czy żyjący dla śmierci Lizydas. Władza i bogactwo mogą zniszczyć, jeśli nie ma się silnego kręgosłupa moralnego. To, co prowadzi do potęgi, może równie szybko zrzucić z piedestału nawet najsłynniejszą postać. Mam tu na myśli dramat Aleksandra Wielkiego, który od boskiego pomazańca wyrasta na znienawidzonego okrutnika nawet wśród najbliższych zaufanych przyjaciół. Podobnie rzecz ma się z jego siostrą, która z rozsądnej i mądrej dziewczynki przemienia się w kobietę bez umiaru w cielesnych rozrywkach, co przeraża nawet zawodową kurtyzanę. W jaśniejszych barwach rysuje się Hyperejdes  i jemu podobni kochankowie Fryne. Inteligentni, świadomi świata, kulturalni, jednostki szanujące innych. Dziś powiedziałoby się o nich "ludzie na poziomie", z którymi można porozmawiać nie tylko o codziennych sprawach, ale i bardziej filozoficznych. Ta powieść to istna mozaika ludzkich charakterów i temperamentów. Różnorodna, bogata, zróżnicowana.
   Na tym tle Fryne jaśnieje niczym gwiazda polarna, uosobienie kobiecego ideału. Nic zatem dziwnego, że od początku jej życiu ma w nim miejsce magia, począwszy od Omfale po Apolloniosa. Przeznaczenie upomniało się o swoją wybrankę nie bez powodu. W końcu to ona, urodzona pewnej burzonej nocy, ma zmienić bieg historii i świata. Jabłoński przemyca elementy świata fantastycznego do powieści tak naturalnie jakby istniały w nim od zawsze, przy tym tłumacząc wiele jej przejawów w racjonalny sposób.
   Warto przy tym zwrócić uwagę na pewien element. Starożytne przepowiednie Apolloniosa i narzekania dwudziestowiecznej Fryne na ograniczenia nałożone na człowieka przez religię. Tyczy się to nie tylko tej, która zdominowała współczesną Europę. Gdzie w tym wszystkim wolna wola, wolny wybór, życie w zgodzie ze sobą, radość z niego, chęć doskonalenia się, bycie dumnym z osiągniętym sukcesów, gdzie wolność miłości i przyjaźni, równouprawnienie? Wszystko zostało wtłoczone w ramy zakazów i nakazów, co wolno, a co jest grzechem, z podziałem na lekkie i ciężkie etc. Autor przedstawia w tej powieści swoje zdanie i nikogo przy tym nie obrażając, uwypukla jedynie to, co wszyscy mają za normę. Choć wzbudza to potężne emocje w naszym państwie (co widać coraz dobitniej, niestety), to im jest się starszym i głębiej wnika się w historię, tym coraz więcej racji się mu przyznaje. Zasłona spada z oczu. Świat nie jest już tak jednoznaczny i schematyczny, zyskuje barwy decydowania samemu o swoich wartościach.
   "Fryne Hetera" nie jest powieścią lekką. Porusza wiele trudnych tematów jak przemoc, podejście do wiary i śmierci, prostytucja, okrutna władza, niesprawiedliwość społeczna, odrzucenie przez rodzinę, wyzucie z uczuć, bezlitosne rytuały religijne, szaleństwo władcy i jego skutki dla poddanych. Ma głęboką warstwę filozoficzną, która zostaje z czytelnikiem na dłużej. Pokazuje świat ze wszystkimi jego szarościami, nie gardząc żadnym jego elementem. Ona bierze je w swoje ramiona, przetwarza przez realia starożytne i oddaje w pełnej palecie barw, nie bojąc się kontrowersji wokół siebie.
   Witold Jabłoński po raz kolejny ukazał kunszt swego warsztatu. Jestem pełna podziwu dla jego znajomości historii, szacunku wobec niej i umiejętnego wykorzystania do stworzenia własnej opowieści o minionym świecie. Praca z historią wymaga skrupulatnej znajomości wielu źródeł, nie tylko pisanych, ale i materialnych, archeologicznych, wrażliwości, ale i umiejętności wyłapywania niuansów, drobnostek, które dobrze wykorzystane, dodadzą książce wzbogacających smaczków i autentyczności. Przy tym należy oddać pisarzowi, że potrafi tworzyć niezwykły klimat, który pochłania bez reszty i przenosi w czasie. Ogromną zasługę w tym ma jego barwny styl i język dostosowany do przedstawionej epoki i postaci. Dialogi są naturalne, żywe, raz humorystyczne, innym razem poważne, zawsze ukazujące emocje bohaterów. Opisy są prawdziwym majstersztykiem. W nich aż kapie od feerii barw, struktury materiałów, zapachów. Rozkosz dla zmysłów. Widać to zwłaszcza we fragmentach dotyczących ogrodów, posągów, uczty na perskim dworze Aleksandra czy przemiany Fryne. Sceny intymne między bohaterami są opisane ze smakiem, nie zatrzymując się tylko na fizycznym akcie, ale skupiając się również na uczuciach. Opisy batalii, morderstw etc. autor oddaje realnie, bez przesady i wielkiego rozlewu krwi. Witold Jabłoński słowem maluje ludzi, ich świat, historię. Moim zdaniem jest mistrzem w swoim fachu i naprawdę niewielu jest w stanie mu dorównać. Jego pióro wie czym jest finezja pisarstwa i znajomość ludzkiej duszy. Przed nim nic się nie ukryje. To tak jakby stał się jednością z duchem świata i przeniknął jego tajemnice, by w każdej ze swych powieści odkryć ich rąbek.
   "Fryne Hetera" to powieść wyjątkowa, piękna, przedstawiająca świat starożytnej Hellady z jej wadami i zaletami z perspektywy kurtyzany o niezwykłym żywocie. Porusza niełatwe tematy, zestawia je ze współczesnymi wartościami, a osąd ostateczny zostawia czytelnikowi, by wybrał to, co jest mu bliższe. Jednak nie można dać się zwieść pozorom, to powieść w powieści o równie aktualnej problematyce pod zasłoną Kawafisa w XX wieku w Aleksandrii tuż po I wojnie światowej. Autor pokazuje, że świat miniony i współczesny niewiele się różnią. Każda epoka ma swoje demony i zasady, ale ludzie się nie zmieniają. Wciąż mamy te same obawy i pragnienia, co przed wiekami, powodują nami te same pobudki. Zmieniają się tylko ramy wyznaczone przez kulturę. Tylko od nas zależy czy się im poddamy, czy pójdziemy własną drogą, wolną od ograniczeń naznaczonych przez religię panującą, zgodną z własnym sumieniem i wartościami. Wszystko to ubrane w piękne słowa Jabłońskiego, którego styl i wrażliwość niezmiennie zachwycają. To jedna z tych książek, która zostanie ze mną na dłużej. Porusza i uczy. Warta każdej wolnej chwili.

sobota, 20 czerwca 2020

65) "Na brzegu Jarynia. Powieść demonoligiczna" Aleksander Kondratiew

  
   Czasem potrzeba tak niewiele, by zyskać wiele. Wystarczy jedna rodzinna opowiastka, zasłyszane gdzieś podanie, a ciekawość rośnie. Nasza przeszłość to nasza tożsamość i dobrze poznać ją bliżej, zrozumieć naszych przodków, dziadków, którzy część swych zachowań mogą nieświadomie motywować... wiarą w słowiańskie bożki, a właściwie przekazywanymi przez pokolenia zwyczajami. Mimo, że nasze pomroki zniknęły, pewne elementy z tamtego świata pozostały z nami na dłużej.
   Aleksander Kondratiew to rosyjski poeta i prozaik, który przez wiele lat tworzył na emigracji, w tym na terenie ówczesnej RP, na Wołyniu, gdzie otworzył się literacko na swe słowiańskie korzenie, których źródłem były tamtejsze podania i legendy zaczerpnięte od miejscowej ludności. Folklor może inspirować. Pisarz nie był za życia zbyt popularny w ojczyźnie ze względu na swoje poglądy i sztukę, ale po śmierci, stopniowo wraz ze słabnięciem reżimu komunistycznego, jego twórczość zaczęła przemawiać do coraz większego groma, co przełożyło się na badania nad jego spuścizną. M.in. organizowano o tym konferencje naukowe, tłumaczono jego utwory na inne języki.
   Czym Kondratiew tak oczarował ludzi? Może charakterystycznym stylem, może umiejętnością chowania prawd przed wścibskimi oczami cenzury, a może tą bezpośredniością i wplataniem słabostek w codzienność?
   W 2014r. nakładem Wspólnoty Kulturowej Borussia w Olsztynie wydano książkę owego pisarza pt. "Na brzegu Jarynia. Powieść demonologiczna" w tłum. Halyny Dubyk. Zgodnie z opisem wydawcy to powieść, a raczej "studium rzeczywistości doszczętnie zmiatanej przez rewolucję", gdzie chowa się lęk przed zmianami, przed nowym czasem, nową władzą. Ile w tym prawdy?
  Akcja "Na brzegu Jarynia" rozgrywa się na wspomnianym już Wołyniu w XX wieku w małej wsi w pobliżu rzeki Jaryń (a dokładniej Horyń, w powieści przemianowanej na ów Jaryń). Bohaterami, co zaskakujące, nie są ludzie. Pierwsze skrzypce grają tu nasze swojskie pomroki. Kondratiew zwie je nieżyjątkami, nieczystymi siłami, biesami. Spotkamy tu władcę rzeki Wodnika i jego harem rusałek, Bagiennika i jego całą wielopokoleniową rodzinę bagiennych istot, leszych z bliskimi, biesy, błędne ogniki, wiedźmy czy znachorki. Każde z nich to chodzące indywiduum z charakterystycznym temperamentem, uosobieniem i słabościami. Tak, dobrze czytacie. One też mają swoje gorsze chwile, piętę Achillesa, potrafią ulec pokusie i same przez to narazić się na niebezpieczeństwo. Jedne mają pociąg do napojów wyskokowych, inne do hulaszczego i rozwiązłego trybu życia, a kolejne są zbyt sentymentalne. Wbrew pozorom bardzo przypominają ludzi. Popełniają błędy, mierzą się z konsekwencjami swoich czynów, umieją śmiać się i płakać. Żyją obok nas, dzielą nasze radości i troski, np. jak choćby w przypadku domowika czy dworowego, uosabiających duchy naszych domostw i podwórzy. Autor nie mówi o nich ogólnikowo. Przedstawia nam po jednym przedstawicielu z każdego gatunku, dzięki czemu możemy się z nimi zżyć, poznać i zgłębić ich naturę. 
   Wśród biesów największe zainteresowanie wzbudza leszy, a dokładniej Zielony Kozioł, Leszowa Brodawka i ich sługa Miś. Relacje między nimi są co najmniej intrygujące. Istna telenowela, ale w tym cały ich urok. Pomimo wzajemnych animozji kochają się i stanowią całkiem zgrany tercet (choć do wzorcowej rodziny im daleko).
  Ponadto warto zwrócić uwagę na formę przedstawienia rodzimych bóstw. Perun to zatopiony idol na dnie rzeki, wspominający z rozrzewnieniem dawne czasy, gdy panował nad niebem, zgarniając władzę od Welesa. Tu znaczące są słowa gromowładnego o tym, że stare bóstwa odchodzą w zapomnienie, a na ich miejsce przychodzą nowe, silniejsze. Świat się zmienia, wiara się zmienia, ale nie ludzka natura, chwiejna i podatna na wpływy. Widać to chociaż po coraz bardziej skąpych ofiarach dla Wodnika. Ale... mimo wiary w jednego Boga i cotygodniowych wizyt w kościele, ludzie dalej wierzą w pomroki, uroki i inne zabobony. 
   Powieść, a tak właściwie zbiór opowiadań, charakteryzuje się uczuciem melancholii nad tym, co przemija i jak szybko wszystko się zmienia. Nasze stwory odczuwają to coraz bardziej, budząc w nich niepokój i burząc ich koncentrację. Naraża je to na niebezpieczeństwo, a nawet unicestwienie. 
   Język autora jest prosty, ale i można znaleźć poetyckie fragmenty. Przykuwa uwagę. Jednocześnie sprawia, że płyniemy z prądem Jarynia przez całą fabułę i nie toniemy. Ta powieść wchłania, dosłownie. Niełatwo się od niej oderwać, choćby na moment, zwłaszcza jeśli interesuje nas temat słowiańskich wierzeń.
   "Na brzegu Jarynia" to nie tylko powieść o pomrokach. Opowiada też o demonach ludzi (m.in. Aniska). Moim zdaniem to raczej psychologiczne studium społeczeństwa żyjącego na granicy światów: ludzkiego i nadprzyrodzonego, nowoczesnego i dawnego, chrześcijańskiego i pogańskiego, dobra i zła. Mnogość poruszonych wątków i wielość możliwości interpretacji stanowi o jej niewątpliwym bogactwie. Niezaprzeczalnym walorem jest sposób ukazania bohaterów i wysunięcie nieżyjątek na pierwszy plan. Tym bardziej należy to docenić, biorąc pod uwagę czas powstania książki.
   Jedynym minusem powieści jest jej objętość. Żałuję, że nie ma tego więcej, bo chętnie na dłużej zanurzyłabym się w świecie przedstawionym przez Kondratiewa.
   Warto też zwrócić uwagę na piękne wydanie. Twarda okładka z nastrojowym obrazem sugerującym treść, bardzo wartościowym i pouczającym wstępem oraz co równie ważne - aneksem w postaci kartoteki demonów z ich omówieniem oraz porównaniem tych występujących w powieści. Borussia spisała się na medal.
   "Na brzegu Jarynia" A. Kondratiewa to pozycja godna uwagi dla słowianofila i osób zainteresowanych etnografią Kresów Wschodnich. Mnóstwo ciekawych informacji, wspaniała fabuła i niecodzienni bohaterowie. Warto poświęcić jej odrobinę czasu.

niedziela, 14 czerwca 2020

64) Wojowniczy Słowianie oczami Marcina Mortki w "Żółtych ślepiach"

   Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami... Tak z reguły zaczynają się baśnie, legendy, niesamowitości ze szczęśliwym zakończeniem. Iluż z nas lgnie do nich pomimo wieku, by zapomnieć o szarej codzienności i obudzić się nagle w nowej rzeczywistości? Czy na polskim rynku wydawniczym wciąż można napotkać takie lektury? Czy znajdzie się wśród nich taka z wątkami słowiańskimi?
   Marcin Mortka (pisarz, tłumacz, lektor, zamiłowany w pisaniu powieści z elementami fantasy inspirowanymi historią) pokusił się o nie lada wyzwanie, by sprostać oczekiwaniom miłośników rodzimej kultury i wiary, tworząc "Żółte ślepia" z całkiem ciekawą fabułą, przynajmniej moim zdaniem. Czemu tak uważam? O czym w sumie traktuje ta książka? Na czym się skupia? Na czym polegają jej mocne i słabe strony?
   Powieść Mortki przedstawia kilka miesięcy z życia grupki ludzi związanych w pewien sposób z grodem Gniezno pod rządami Bolka w okresie wczesnego średniowiecza w formie przygodówki z elementami fantasy i historii. Na czym polegają owe perypetie? Kraj wciąż będący na rozdrożu między pogaństwem a chrześcijaństwem, miewa wiele bolączek, zwłaszcza związanych z wiarą i krzewieniem nowych prawd przez odwiecznych, zniemczonych wrogów przy pomocy siły i groźby, bez uciekania się do głoszonych przez księży dobroci i miłosierdzia. Bolko i dwór oficjalnie chrzci się, przyjmuje nową wiarę, choć w głębi serca wciąż czuje powiew oddechu dawnych bogów i ich stworów. Władca przy swym boku ma tajemniczego Medvida, który służy mu radą i pomocą w trudnych sprawach, wymagających znajomości puszczy, wyjątkowej siły, sprytu i rozumienia tajemnic przodków, stworzeń dawnego kultu. Problem zaczyna się, gdy Bolko wraz z całym grodem zapada się pod ziemię, bez świadków, a jedynym śladem są wielkie ptasie odciski na glebie, prowadzące donikąd... Medvid musi zmierzyć się z tym, co nieznane, wraz z towarzyszami niedoli. Kto uprowadził Bolka? Po co, dlaczego? Czy porwani żyją? Czy można ich uwolnić i jak? Pytania się mnożą, ciekawość rośnie w miarę czytania...
   Głównym bohaterem książki jest wspomniany już Medvid, którego imię oznacza niedźwiedzia, czemu autor nieraz daje znać w krótkich fragmentach go charakteryzujących. Mężczyzna jest silny, barczysty, mocno owłosiony (dzięki czemu zyskał miano Kosmacza), ma brązowe oczy, jest synem puszczy, który kocha szczerość, prostotę i takież życie. Obce mu intrygi i spiski, choć wbrew sobie musi w nich uczestniczyć. Żyje w pobliżu Gniezna, nad jeziorem, szanuje księcia, lecz przy dworze trzyma go co innego. Miłość, pełna sekretów, cichych spotkań, ulotnych spojrzeń i tęsknych uśmiechów. Taka, która nie znika. Taka, która odciska piętno w sercu na zawsze. Mimo to Medvid nie jest typem szalonego romantyka. To prosty chłop, ale dobry. Wzbudza zainteresowanie czytelnika, choć nie jest najatrakcyjniejszą postacią tej powieści.
   Główną rolę kobiecą Mortka przyznał Gosławie, wiedźmie z chaty na kurzych stópkach, o niepospolicie zadziornym charakterze, z zawsze gotową ripostą, nieprzebierającą w słowach, niepatrzącą na kulturowe zahamowania. Ona jest tu i teraz, chce korzystać z życia. Towarzyszy jej koci chowaniec, Trutek, stanowiący częściowo tajemnicę jej mocy. Jest bystra, inteligentna. W drużynie Medvida odpowiada za rozum i rozsądek oraz planowanie. Stanowi jej spoiwo. Mimo czerpania finansowych korzyści z mieszkańców grodu i jego możnych, sama najlepiej czuje się wśród ludzi swojskich, prostych, wyznawców starej wiary, żyjących zgodnie z naturą.
   W skład ekipy Kosmacza wchodzi także Osmund, Niemiec, jedyny ocalały z pogromu Gniezna, służący za tłumacza cesarskiemu biskupowi. To zacny wojownik, gorliwy chrześcijanin, pełen niezachwianej wiary w zwalczanie pogaństwa... do czasu. W trakcie wędrówki okazuje się całkiem ogarnięty i życiowy, nie tylko religia mu w głowie. Swoją zasługę ma w tym także Gosława.  Osmund to prawdziwy przyjaciel, godny zaufania, nawet bardziej od niektórych swojskich Słowian, czatujących na schedę po zaginionym księciu. Jest dowodem na to, że nie pochodzenie, a osobowość stanowi o wartości człowieka.
   Autor niepozorną, małą, nieco humorystyczną rolę przeznaczył skrzatowi, zwanemu też domowikiem, opiekunem domu, pomocnikiem gospodarza. Niewielkiego wzrostu, potrafiący szybko znikać i pozostać niezauważonym, ale o całkiem sporym ego. Stworek lubi być w centrum uwagi, to straszny gaduła i maruda, choć całkiem użyteczny w trudnych misjach. Ma charakterek i to nie byle jaki. I język cięty jak brzytwa! Jego postać dodaje książce świeżości, rysu humorystycznego. Najbarwniejszy bohater bez dwóch zdań!
   W "Żółtych ślepiach" odnajdzie się całkiem sporo wątków słowiańskich. Na pierwszy plan wysuwają się pomroki, jak wspomniany już domowik, południca, brzeginka, wodnik, utopiec czy wilkołak. Są przedstawieni w ciekawy sposób, mogący zainteresować i zachęcić do dalszych, samodzielnych poszukiwań. Wspomniane zostały święte gaje, dęby poświęcone Perunowi, Swarożyc. W powieści pojawia się też wątek czterogłowego posągu z drewna w siedzibie Waligóry, który kryje całkiem sporo tajemnic. Czyżby to sam Światowid? Nie zostaje wymieniony z imienia, zatem interpretacja zostaje w ręku czytelnika.
   Owe gaje, zbiorowiska świętych drzew, pojawiają się w kontekście szerzenia siłą wśród miejscowych chrześcijaństwa, braku poszanowania lokalnych tradycji, wierzeń i zwyczajów. Rodzima słowiańska kultura jest dla Niemców czymś dzikim, obcym, stanowiącym zagrożenie dla ich Boga, być może traktowana jako uosobienie sił diabelskich. Czymś, co należy unicestwić, najlepiej wraz z jej nosicielami. Nowe płodne ziemie to nie lada gratka dla cesarza i jego popleczników. Mortka świetnie pokazuje konflikt starej i nowej religii z perspektywy Słowian. Przy okazji tego prezentuje również ten proces w odniesieniu do codziennego życia zwykłych kmieci, żyjących na uboczu, na wsi, skupionych na roli, dla których stara wiara była personifikacją ich stylu życia w zgodzie z naturą, cyklem pór roku, która w prosty sposób tłumaczyła trudny świat. Codzienność Mortka odmalowuje szczegółowo, ciekawie i barwnie, nie tylko na wsi, ale i na dworze. 
   Jak jaki się słowiański lud w "Żółtych ślepiach"? To ludzie gościnni, rozmiłowani w naturze, chętni do świętowania, waleczni, posłuszni i także mściwi (żeby nie było za słodko). Zwłaszcza ta ostatnia cecha uwidacznia się, co widać na przykładzie Jaźwca, mieszkańców wsi Zbyluta czy nawet Bolka. Pamiętliwi i dążący do zemsty za doznane krzywdy, niechętni chrześcijańskiemu nadstawianiu drugiego policzka. Czy tacy byli nasi przodkowie? Trudno orzec, ale brawa dla autora za poprowadzenie tego pomysłu od początku do końca, dzięki czemu ten obraz jest spójny.
   Na uwagę zasługuje również wątek Waligóry, jego synów i ich siły. Ze znanych mi legend to olbrzym, a w powieści Mortki czekała mnie miła niespodzianka zmiany perspektywy i użycia tej postaci w zaskakujący sposób. Nie lada wyzwanie dla Medvida i Goślinki. Urzekła mnie ta siła wiedzy i umiejętności w ułudzie niepozorności. Dobry przykład na to, że pozory jednak mylą i zawsze należy mieć się na baczności.
   Autor dał się ponieść fantazji przy tworzeniu świata Półmroku, do którego mogą przywędrować żywi, trzeba tylko wiedzieć jak, a gdzie schronienie znajdują wszelkie pomroki. To miejsce jakby zawieszone między Nawią a Prawią. Wizja dobrze wykorzystana przy tworzeniu fabuły, zwłaszcza biorąc pod uwagę Gnilce i ich pokrętną naturę (swoją drogą, ciekawe czy mają swój pierwowzór).
   Historyczność "Żółtych ślepi" staje pod dużym znakiem zapytania. Czemu? Mamy wspomnianego Gerona, który prawdopodobnie jest tożsamy z Geronem, margrabią Marchii Wschodniej, zmarły krótko przed chrztem Polski. Jest też Bolko, rezydujący w Gnieźnie, władający tą częścią kraju jako swą ojcowizną. Czyżby Bolesław Chrobry? Nie do końca mi to pasuje, biorąc pod uwagę najazdy niemieckich biskupów, skoro Polska przyjęła chrzest od Czechów, chcąc za wszelką cenę ustrzec się przed zakusami niemieckich cesarzy oraz niechęć Bolesława do swej niemieckiej macochy i braci, choć możliwe iż się mylę, bo ci to zawsze lubili wściubiać nosa w polskie sprawy. Uważam, że ta powieść jest mocno inspirowana historią, ale nie warto jej na siłę umiejscawiać w konkretnym czasie. Bolko nie musiał być TYM Bolesławem, a wszelkie domysły i upychanie dowodów do konkretnej tezy może zepsuć całą zabawę czytania.
   Powieść dotyka też problemu stereotypowego myślenia, wsadzania ludzi w pewne schematy, które jednym ułatwiają życie, innym je niszczą. Przykładem niech służy tu potraktowanie Gosławy jako złej wiedźmy przez Kwalimira czy szybka ocena Medvida przez ucztujących u Bolka. Takie powierzchowne traktowanie powoduje, że umykają nam istotne szczegóły, elementy wymagające dłuższej obserwacji. Jednak komu się chce? Łatwiej i szybciej kogoś zaszufladkować. Mortka udowadnia, ile się przez takie zachowanie traci i jak wiele cennych rzeczy nam umyka.
   Styl pisarza zauroczył mnie od pierwszej strony i nic pod tym względem się nie zmieniło aż do końca lektury. Bogactwo słów, archaizmy, ciekawe i dobre opisy świata przedstawionego, intrygujący bohaterowie, niecodzienne pomysły (Półmrok, Gnilce, Waligóra), akcja z potyczkami, naturalne dialogi i humorystyczne akcenty... to składa się na "Żółte ślepia" mogące odnieść komercyjny sukces. Autor swobodnie wędruje przez puszcze, samotnie dźwigając na barkach czteroosobową drużynę Kosmacza z dodatkowym bagażem w postaci Trutka o ciętym języku. Biegle odnajduje się wśród wiedzy o wczesnym średniowieczu i zgrabnie przekuwa to w treść książki przykuwającej uwagę.
   Plusy plusami, ale nie wszystko mi pasuje. Irytuje mnie Hajna, jej dwulicowa moralność, może nieświadoma zabawa uczuciami dwóch ważnych bohaterów powieści. Czerpie radość i przyjemność z kontaktu z nimi do pewnego momentu, gdy uzyska pewność, że już nic nie naruszy jej statusu na dworze. Czysta ułuda. Pod tym względem nie lepszy okazuje się Medvid, ale nie chcę tu za bardzo spoilerować. Uczucia uczuciami, ale honor i godność nie pozwalają na takie zachowanie, zwłaszcza takiemu uczciwemu mieszkańcowi kniei. Ponadto podczas lektury zabrakło mi jednego z podstawowych stworów słowiańskich, Leszego. Jako władca lasów powinien pojawić się choć na moment, gdyż spora część akcji rozgrywa się na leśnych rubieżach. Czemu Medvid bał się go spotkać, skoro nie łamał praw puszczy i żył w zgodzie z nią? Leszy wręcz wspomagał takie osobowości.
   "Żółte ślepia" Marcina Mortki są powieścią, w której odnajdą się miłośnicy fantasy z elementami inspirowanymi historią. Ciekawa, wartka akcja, interesująca fabuła, dobrze zarysowani bohaterowie, lekki i przyjemny styl autora, spora dawka Słowiańszczyzny. Czyta się naprawdę szybko. Czego chcieć więcej? Kolejnych powieści w duchu rodzimych historii. Zatem, moim zdaniem, warto się z tą książką zapoznać i dać jej szansę, wystarczy parę godzin, by wniknąć w ten świat, pełen swojskich stworów krążących po leśnych gęstwinach, chcących przetrwać najazd obcych, pełen cichych gajów, gdzie nasi przodkowie zażywali ciszy, skupienia i łączności z przyrodą oraz przeszłością, pełen kniei z jej mrocznymi sekretami i bogactwem form życia. Świat, który przeminął fizycznie, ale który dalej żyje w naszej pamięci i mentalności. 

Ta powieść jest dobrym przykładem na to, że historia inspiruje, mimo lat i technicznych nowinek. Nie jest tylko dla naukowców. Ona jest dla każdego. Niech bawi i uczy.

sobota, 6 czerwca 2020

63) "Powiernik. Bogowie i stwory" - Franciszek M. Piątkowski, czyli w lekkiej formie o słowiańskiej mitologii

   Słowiańskie gry, filmy, muzyka, książki. Czas na zbiór opowiadań. F. M. Piątkowski to autor "Powiernika" i "Widzącego", powieści z uniwersum słowiańskiego, które łączy postać Marka Lichockiego, zawodowo adwokata, a prywatnie wybrańca bogów. Mężczyzna przewija się również przez twór autora "Powiernik. Bogowie i stwory. Opowiadania".
   Zgodnie z tytułem - to zbiór opowiadań, których narratorem i głównym bohaterem jest wspomniany już prawnik. Poszczególne rozdziały książki dedykowano różnym słowiańskim demonom, dzięki czemu można je lepiej poznać. Ponadto świetnie uzupełniają treść powieści Piątkowskiego, np. o Bezmirze czy Radku wegetarianinie. Wydaje mi się, że układ rozdziałów został dobrze przemyślany i dostosowany do chronologii zdarzeń w powieściach.
   Marek to postać o zacięciu kryminalnym. Ze względu na swoje wykształcenie, zainteresowania, umiejętności i znajomości umie odnaleźć się w takichże zagadkach. Ma nosa do szukania śladów zostawionych przez złoczyńców, którzy nie są ludźmi. Jego wiedza w zakresie demonologii słowiańskiej pomaga mu w pracy nad trudnymi przypadkami, których nie są w stanie rozstrzygnąć policjanci, prokuratorzy, medycy. Można go określić mianem superbohatera, bo czego się nie dotknie, wszystko mu się udaje, ale wymaga to od niego wysiłku i ponoszenia ryzyka utraty zdrowia, a nawet życia. Jest inteligentny, oczytany, a jednocześnie zabawny. Nie zamyka się w schemacie prawnika. To równy chłop, na którego mogą liczyć przyjaciele i znajomi, a przede wszystkim rodzina, która stanowi jego oczko w głowie. Jako rodzimowierca i wybraniec bogów chroni Lublin przed stworami, ale ma czułe i wrażliwe serce na krzywdę każdej istoty, co udowadnia m.in. przy historii północnicy czy mściwca, choć może bardziej w tych przypadkach pasowałoby określenie sprawiedliwy.
   Opowiadania poświęcono pomrokom. Można tu spotkać bezkosta, strzygonia, wąpierza, licho, północnicę, kikimory, mściwca, bzionka, domowika, żmija, tęsknicę czy nawet rusałki. Każdy rozdział przybliża ich naturę, historię, sposób działania. Jedne są bezmyślne, działają instynktownie, inne - inteligentne i przebiegłe, polują na swoje ofiary. Czemu? Z chęci zemsty, mordu, zadania cierpienia, które same otrzymały za życia od  swych oprawców.
   Najbardziej zapadło mi w pamięci opowiadanie "Pragnienia" tyczące się tęsknicy. Porusza ono ważne współcześnie kwestie ludzkiego zobojętnienia na los innych przechodzącego w zainteresowanie, gdy tej drugiej osobie dzieje się krzywda, bo można poplotkować, a może nawet wykorzystać sytuację na swoją korzyść. To zimny, wyrachowany, pozbawiony uczuć świat, który spowija nas swoim mrokiem. Naprawdę, daje do myślenia.
   "Kupała" zaskakuje przeniesieniem w czasie. Piękne krajobrazy, zwyczaje, wspomnienia. Gdyby można było cofnąć się w czasie do wybranego miejsca, zobaczyć przeszłość i porównać z obecnym stanem wiedzy na ten temat, jak łatwiej byłoby naukowcom, historykom i archeologom, w odtwarzaniu przeszłości i krzewienia o niej wiedzy kolejnym pokoleniom. Wizja takiego Lublina bardzo mi się spodobała. Może autor mógłby ten pomysł rozwinąć w innej książce? Sądzę, że niejednego miłośnika Słowiańszczyzny mogłaby ona zainteresować. 
   Autor porusza tu ważne tematy jak gwałty, zabójstwa z zemsty, przemoc w rodzinie, morderstwa niemowląt, alkoholizm, samotność, złe lokowanie uczuć, samobójstwa itp. Każde opowiadanie, każda pomroka powstała z ludzkiej duszy to jakby osobisty dramat danej osoby. Nic nie jest proste w ocenie. Nie ma jednoznacznych sądów. Pisarz pokazuje tą drogą perspektywę, gdy ofiara może się zemścić, gdy to pragnienie ją zaślepia, krzywdzi przy tym niewinnych. Przykład Lichockiego udowadnia, że czasem wystarczy  kogoś wysłuchać i uzmysłowić mu, co robi, by przebudził się z letargu, który wyłącza jego człowiecze odruchy (choć czasem patrząc na to wszystko z boku, ma się wrażenie, że najgorszą bestią na ziemi jest człowiek, który zadaje cierpienie dla własnej przyjemności, a zwierzę zabija, by przetrwać. Z tej perspektywy to zwierzęta mają w sobie więcej odruchów człowieczeństwa niż ludzie, którzy znęcają się nad słabszymi. W tym miejscu żałuję, że nie ma takiego mściwca, który pomściłby wszystkie zwierzaki, które doznały krzywd z ludzkiej ręki. Oj, wtedy taka bestia dwa razy zastanowiłaby się nad tym, co robi, zanim zadały cierpienie niewinnej istocie). Piątkowski postawił przed sobą trudne zadanie, z którego wybrnął. Pozornie lekkie opowiadania, zawierają trudne tematy, nad którymi warto się pochylić i czytać między wierszami.
   Pisarz w zbiorze opowiadań użył bardzo prostego, klarownego języka, który ułatwia odbiór treści. Dialogi w porównaniu z jego poprzednimi utworami ewoluowały, stały się bardziej naturalne. Gdy sytuacja na to pozwala, pojawia się charakterystyczny humor autora, który tylko dodaje smaczku. Jego styl sprawdza się też w opisach przyrody, krajobrazów, co widać m.in. w opowiadaniu "Kupała", "Licho" czy "Gołębnik".
   Najbardziej żałuję, że tak niewiele miejsca poświęcono domowikowi. Uwielbiam tego gagatka. Dodaje życiu Lichockich lekkości, to przyjaciel na dobre i złe, jednocześnie strażnik domowego miru. Ponadto, może autor pokusiłby się o krótkie opowiadania dotyczące zwyczajów i obchodów świąt przez rodzimowierców, np. swaćby Asi i Marka, Jarych lub Szczodrych Godów, Dziadów w nieco rozszerzonej formie niż ma to miejsce w powieściach?
   Warto zwrócić też uwagę na formę wydania książki. Piękna okładka autorstwa Marty Żurawskiej przyciąga uwagę, intryguje. Pokazuje, że w każdym z nas oprócz człowieka, drzemie też ciemna strona, bies, którym możemy się stać. Pytanie tylko, który? Delikatne, czarno-białe ilustracje, tej samej autorki, wprowadzają w nastrój opowiadań. Są bardzo klimatyczne, surowe, bez zbędnych ozdobień. Odzwierciedlają to, co w nich najważniejsze. To sygnał dla czytelnika, na co zwrócić uwagę, gdzie tkwi klucz do zrozumienia danego utworu. Książka posiada dużą czcionkę, która ułatwia lekturę. Przyłożono się też do korekty redakcyjnej, ponieważ znane z poprzednich wydań literówki i powtórzenia znacznie się zmniejszyły, co jest niewątpliwym atutem. Tak dopracowane książki od graficznej i redaktorskiej strony naprawdę chce się czytać i podziwiać.
  "Powiernik. Bogowie i stwory" F. M. Piątkowskiego są przyjemną lekturą, którą dosłownie się pochłania. Miłośnicy Słowiańszczyzny odnajdą tu bogaty świat pomrok, które nie wyginęły wraz z przyjęciem chrześcijaństwa. To dobre uzupełnienie uniwersum ze świata Marka Lichockiego. Warto też nadmienić, że ten zbiór opowiadań dotyka wielu współczesnych problemów, które podano w lekkiej formie, ale nad którymi trzeba się zastanowić, dokąd jako ludzie zmierzamy, co jest w życiu najważniejsze, jakim wartościom hołdujemy. Polecam!

niedziela, 24 maja 2020

62) "Opowieści spod strzechy" Rafała Merskiego

   Słowiańska kultura, rodzima historia, przeszłość naszych przodków, zwyczaje i wierzenia żywe do dziś w nieco zmienionej formie... Świat wciąż skrywający przed nami swe tajemnice, choć powoli dobywane z mroków zapomnienia, oddzielane od zachodnich naleciałości. Jak to zrobić?
   "Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona bogów zapomnianych." Zorian Dołęga Chodakowski
   Tymi słowami zainspirował się Rafał Merski. Pisarz, publicysta, a przede wszystkim rodzimowierca i żerca postanowił opowiedzieć na nowo o pewnych aspektach wierzeń słowiańskich zachowanych w pamięci społeczności Europy Środkowo-Wschodniej i spisanych przez badaczy kultury. Swoje spostrzeżenia wydał w formie "Opowieści spod strzechy", podzielonych na trzy zasadnicze części, tj. opowieści ludowe, byliny i poematy doby romantyzmu.
   Opowieści ludowe zawierają zebrane opowiastki dotyczące słowiańskich stworów w życiu codziennym ludzi, np. wodnika, topielca, płanetnika, czasem zahaczając o bogów (tu na czoło wysuwa się Weles i jego zwierzęcy poplecznicy, np. wilki). Pierwsza część książki bazuje głównie na powieściach Jana Dekowskiego oraz Lucjana Siemieńskiego. Autor większość z nich opatrzył komentarzem, wyjaśniając niektóre zagadnienia związane z pomrokami, ich miejscem w kulturze, sposobem ich unicestwienia etc. Są one o tyle cenne, że pochodzą od osoby żywo zainteresowanej tematem.
   Byliny, druga część książki, skupia się na historiach bohaterów z okresu średniowiecza i późniejszych. Wybrane przez autora wywodzą się m.in. z Rosji, Ukrainy, co można poznać choćby po imionach postaci.

   Poematy doby romantyzmu zawierają fragmenty tychże utworów, m.in. R. Bermińskiego, N. Żmichowskiej i R. Zmorskiego, związane ze słowiańskimi zwyczajami.
   Pierwsza część "Opowieści spod strzechy" jest najciekawsza i opatrzona komentarzem od autora, pozostałe są tego pozbawione, co nieco je  przez to zubaża. Pokazują kulturę słowiańską przez pryzmat różnych epok i gatunków literackich.
   Opowieści ludowe cechują się raczej prostym językiem, dzięki czemu nawet laik odnajdzie się w prezentowanym materiale. Byliny i poematy polubiły się z licznymi powtórzeniami pewnych wersów, taka ich forma, jednak może to nieco nużyć podczas lektury.
   Do gustu przypadły mi owe komentarze autora oraz wstęp. Od razu widać, że Rafał Merski wie o czym pisze i jak wiele to dla niego znaczy. Wyszukane słownictwo, opisy bóstw i stworów to najmocniejsza część tej książki. Zaryzykuję i powiem, że najlepsza.
   Poważnym mankamentem "Opowieści spod strzechy" jest redakcja. Brakuje m.in. przecinków przed takimi słowami jak "ale", "lecz". Niektóre zdania zaczynają się od małej litery. Problemem są również liczne powtórzenia tego samego słowa w jednym akapicie, powielenia czasowników w jednym zdaniu (tu pewnie wkradł się chochlik z programu tekstowego, z którego korzystał autor). Jest to element, który odbiera przyjemność z czytania. Przed oddaniem do druku tekst powinien być ponownie przejrzany. 
   Książkę wydano w formacie z bardzo dużą czcionką, więc młodsze pokolenia czy osoby z dużą wadą wzroku nie będą miały problemu z lekturą. Myślę, że też dzięki temu jej przeczytanie zajęło mi ledwie parę godzin z przerwami. 
   Na uwagę zasługują także piękne ilustracje Judyty Widlińskiej, przedstawiające nasze rodzime biesy. Biało-czarne, delikatne, nastrojowe, klimatyczne. Świetnie pasujące do tego wydawnictwa.
   "Opowieści spod strzechy" Rafała Merskiego to taka książka ciekawostka dla pasjonatów kultury słowiańskiej, z którą można przyjemnie spędzić leniwe popołudnie. Polecam zwłaszcza uwadze czytelników komentarze autora, mogące poszerzyć wiedzę i zainspirować do dalszych, samodzielnych poszukiwań. 

Poniżej wybrane ilustracje z książki "Opowieści spod strzechy" na tle przydomowego skalniaka. Nic, tylko zachłysnąć się i szukać dalej korzeni rodzimej wiary w tych drobnych codziennych rzeczach jak powiedzonka, zwyczaje, gesty. W tym tkwi nasza tożsamość (by nikogo nie urazić, oczywiście mówię o osobach poczuwających się do bycia Słowianami).



niedziela, 3 maja 2020

61) Życie usłane cierniami... "Trupi korowód" Witolda Jabłońskiego

   Świat biegnie pędem, do przodu, byle szybciej i więcej, gubiąc się w dobrach doczesnych, zapominając o tym, co było kiedyś. Młodzi nie chcą wiedzieć jak toczy się koło historii, starców nikt słuchać nie chce, bo i często ogłuszani są współczesną propagandą. Ach, tak łatwo ogłupić społeczeństwo, zamydlić mu oczy, pieniądze i obietnice dają władzę, ale czasem warto się zatrzymać i przemyśleć co nieco. Wyłamać się z bezmyślnego tłumu, stanąć na uboczu i sprawdzić, co naprawdę kryje się pod piękną powłoką. Dokąd to wszystko zmierza? Gdzie cel ziemskiej podróży? Jaki jest sens życia? Jak naprawdę wygląda walka dobra ze złem? Czy w ogóle istnieje? Jakie to ma znaczenie dla człowieka?
   Ludzie nawzajem się nie oszczędzają, zadając sobie takie rany, których nie powstydziłby się najgroźniejszy potwór, czasem są fizyczne, czasem psychiczne. Jedno i drugie boli, przenosząc się na kolejne pokolenia jako stała część zachowania. Moralistom oceniać efekt tego, lecz gołym okiem widać, w jakim kierunku to zmierza. 
   Podobne tematy podejmuje w swoim cyklu Witold Jabłoński "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer", uwypuklając ich sens w ostatniej części. "Trupi korowód" opowiada o Witelonie, śląskim mędrcu i alchemiku w wieku dojrzałym, ba, nawet starczym, lecz zachowującym wciąż krzepkie ciało i bystry umysł, dzięki czemu wciąż jest w stanie skutecznie lawirować między meandrami życia. Po śmierci swego słodkiego, ukochanego księcia, obiera nowego protektora i pomaga mu na wszelkie możliwe sposoby uzyskać dostęp do polskiej korony, posuwając się przy tym do haniebnych czynów.
   Mężczyzna wciąż pozostaje głównym bohaterem cyklu i narratorem. To jego oczami czytelnik wędruje po średniowiecznej Polsce, zahaczając o dwór Henryka Głogowczyka, Przemysła Pogrobowca, Wacława II i III, Władysława Łokietka, a nawet zapuszcza się na nieprzyjazne tereny Pomorza, zagarnięte przez Krzyżaków. Witelo to uczony mąż, który wszystko dokładnie planuje, ale dopomaga mu w tym los, a raczej jego opiekuńczy demon, który czasem podsuwa mu pod nos gotowe rozwiązania. Mimo wieku, zachłanny wiedzy i nowych eksperymentów naukowych, kochający filozoficzne dysputy i gierki słowne (np. rozmowy z żydowskim lichwiarzem Jordanem czy Władysławem Łokietkiem). Roztacza wokół siebie niezwykłą aurę, łatwo zyskuje zaufanie, potrafi świetnie manipulować. Honor czy godność to pojęcia abstrakcyjne dla niego. Ważna jest miłość, osobisty cel i zysk. Nie jest typem chrześcijańskiego świętego, raczej buntownika przeciw obłudzie kościoła średniowiecznego i nieodpowiednich władców. Sam, wywodząc się z trudnych warunków, umie zrozumieć biedniejszych od siebie. Mimo służenia złu, wyrządza przy okazji wiele dobrego (ratunek Karlotty czy Ondraszka, zmiana życia Wioli Cieszyńskiej etc.).
   W "Trupim korowodzie" rodzina Witelona również odgrywa ważną rolę, choćby w postaci bratanka Jana Muskaty i wójta krakowskiego Alberta, siostrzeńca Piotra i powinowatego Dytryka. Rodzina Turyngów rozrosta się i wędruje wysoko, np. Muskata i jego uwielbienie dla praskiego władcy. Nasz śląski mag stara się dbać o rodzinę, choć nigdy nie był przez nią szczególnie uwielbiany (wyjątek stanowi Wisława i jej potomkowie). Jego czyny może do chwalebnych nie należą, jak podwójna gra wobec Janka, ale pamiętać należy, że Witelon na celu ma wyższe dobro Królestwa Polskiego. Przykład tej rodziny pokazuje jak wiele nieporozumień rodzi się w samym jej łonie, jak pieniądze i zaślepienie potrafią zniszczyć więzy, a świat odpłacić pięknym za nadobne.
   Po raz kolejny W. Jabłoński zachwyca mnie kreacją głównego bohatera. To postać niezwykle dobrze przemyślana. Każda cecha jego charakteru i temperamentu zostaje wykorzystana do granic możliwości, wysupłując z niej to, co najlepsze dla fabuły powieści. Skomplikowana osobowość i filozofia życia Witelona to nie lada wyzwanie, by połączyć to w harmonijną całość. Autorowi się to udaje, dzięki czemu nasz narrator jest autentyczny, choć niezwykły i wyjątkowy, wyrosły ponad miarę swej epoki. Geniusz, którego zna się od chłystka po lata dojrzałe, mogąc wejrzeć w najciemniejsze zakamarki jego duszy. Nie, to nie przeraża, raczej zachwyca, tak wielopoziomowe uchwycenie ludzkiej psychiki w różnych skrajnych sytuacjach na przestrzeni lat.
   "Trupi korowód" to nie tylko Witelon. Przewija się tu cała masa bohaterów, z czego na największą uwagę zasługuje Władysław Łokietek i Henryk Głogowczyk. Łokietka chyba wszyscy znają, bo uczyli się o nim w szkole jako o władcy Polski, ojcu Kazimierza Wielkiego. Król jak król, niby nic wielkiego, ale zdobycie wówczas tego tytułu nie było ani łatwe ani przyjemne, okupione trudną walką o złączenie jak największej ilości dzielnic Polski za zgodą możnowładców i coraz bogatszego mieszczaństwa w postaci kupców, dla których liczyły się tylko przywileje i jak największy zysk oraz ciągłej walce o granice z obcymi władcami, czającymi się na łakomy kąsek żyznych ziem i bogatych rud. Łokietek najprawdopodobniej był karłem, co w średniowieczu stanowiło piętno, traktowane jako następstwo grzechu rodziców. Samo to już było sporą przeszkodą. Mimo to, kujawski książę nie poddawał się i walczył o swoje. Jabłoński ukazuje go jako człowieka o mocnym charakterze, zaprawionego w boju codziennego życia, który porażki przekuwa w mądrość i siłę, by nie popełnić drugi raz tego samego błędu. Mądrze dobiera swoich doradców, powoli, lecz sukcesywnie usuwa kłody spod nóg, prze do przodu, nie bacząc na zawieruchę dookoła. Witelona czule nazywa ojczulkiem ze względu na wiek maga i jego więzi ze swą matką Eufrozyną. Pisarz ukazuje Łokietka jako swojskiego władcę o wszelkich przymiotach pretendujących go do roli króla Zjednoczonego Królestwa. Inna bajka to Henryk Głogowczyk, całkowite przeciwieństwo Władysława. Zimny, wyrachowany, podły, sadysta, nieznający litości dla nikogo, nawet własnej żony i dzieci. Potwór, pragnący niepodzielnej władzy, uwielbienia i szacunku wymuszonych przemocą pod pozorem zaprowadzania prawa i sprawiedliwości. Ileż w tym obłudy! Piast dążący po trupach do celu bez większego pomysłu na siebie i swoje dziedzictwo. Nie wzbudza sympatii, raczej nienawiść. W. Jabłoński przez większość cyklu maluje go w ten sposób, jednak na łożu śmierci tenże bohater wyjawia tajemnicę swego życia. Przez pryzmat tej opowieści można spojrzeć na niego inaczej, nieco łaskawiej. Jest dowodem na to jak przeszłość, złe relacje z rodzicami, nieszczęśliwa miłość, walka o przetrwanie mogą zburzyć charakter, przeistaczając człowieka w potwora bez serca, powtarzającego znane schematy z dzieciństwa. To naprawdę trudna osobowość. Można powiedzieć, że jak się chce, to można się temu przeciwstawić i walczyć o lepsze "ja", jednak słabsze jednostki się poddają i budują siebie na podstawie lub w opozycji do rodzica/opiekuna. Nieliczni godzą się z przeszłością i szczęśliwi podążają ku przyszłości własną drogą. Autor zawiera w tej postaci tak wiele dramatów, wciąż współczesnych, że chylę przed nim czoła. Niełatwa to rzecz tak przedstawić taką sytuację bez popadania w banał.
   Nieodmiennie od "Ucznia Czarnoksiężnika" pozostaję pod urokiem Witolda Jabłońskiego w kwestii jego znajomości historii średniowiecza, wyłapywania tych wszystkich drobnych niuansów i przekuwania ich w harmonijną fabułę, dla której oś stanowi Witelo z Borku. Dzięki niemu czytelnik odwiedza różne zakątki całej Europy, będąc świadkiem ważnych wydarzeń, które w oficjalnym nauczaniu się pomija jak szczegóły mariażu władców, sposoby dziedziczenia, prowadzenie się duchowieństwa kościelnego i zakonnego, formy działania świętych zakonów, np. templariuszy czy Krzyżaków, nie wspominając już o dworze papieskim. Tyle szczegółów, mających pokrycie w źródłach historycznych, celowo pomijanych w szkole. Pisarz potrafi przekuć owe fakty w elementy swojej własnej historii, uzupełniając je wyobraźnią, np. w przypadku dziwactw Wacława II i jego obsesji na punkcie relikwii, mariażu Wioli Cieszyńskiej z Wacławem III (tu świetne rozegranie upodobań seksualnych Czecha z figurą i wychowaniem córki Mieszka), powiązania Jana Muskaty z Witelonem i walką o koronę Chrobrego, niesnaski między Nałęczami a Zarembami, dziedziczenie Pomorza po Przemyśle II a pretensje Askańczyków prowadzące do przejęcia go przez Krzyżaków. Wielowątkowość powieści pod względem historycznym wzbudza mój podziw, bo niejeden mediewista mógłby mieć problem z tak zgrabnym ujęciem tylu drobiazgów w jedną, logiczną całość.
   Historia to nie tylko dwory i królowie, ale także zwykli ludzie, którzy nieśli na swych barkach ciężar utrzymania władców i ich fanaberii. "Trupi korowód" daje wgląd w życie różnych warstw społecznych, od chłopów po wielmoży, od niewolników po rybałtów, od litewskich pogan po Żydów. Różnorodna panorama życia w pełnym rozkwicie. Ciekawą kwestią jest poruszenie zagadnienia polskich Żydów w Polsce w średniowieczu, ich znaczenia w gospodarce, finansowania wojen, lichwiarstwa, praktyk kabalistycznych oraz powszechnie wzbudzanej zazdrości i nienawiści. W swoim cyklu Jabłoński posługuje się przykładem rodziny kupca Jordana i jego syna Lewka, zamieszanych w konszachty nawet z templariuszami i papiestwem. Autor nieraz pokazuje jak w chwili rozprężenia społecznego, np. buntu, pierwszy gniew kieruje się właśnie na Żydów i ich sklepy. Jak świat światem, zazdrość to koło napędowe nienawiści.
   Szczególnie interesujący w "Trupim korowodzie" jest wątek pogańskich Litwinów, dzielnie walczących z najeźdźcami. Witelo wraz ze swymi znajomymi świadkuje pogrzebowi ojca Witenesa i różnych praktyk temu towarzyszących. Poznaje tam także jego brata, Giedymina, postać znaną w historii. Ich wierzenia, sposób pożegnania ze zmarłym, podejście do natury wzbudzają większy respekt niż ówczesne chrześcijańskie zachowania, choćby z racji szczerości intencji, mimo iż dziś nazwalibyśmy je okrutnymi, zarówno w stosunku do zwierząt, jak i ludzi.
   Wątków typowo słowiańskich, oprócz wspomnianego wyżej i kilkoma wzmiankami o wierze w strzygi czy powracające zza grobu upiory tu niewiele.
   Filozofia życia jaką przedstawia Witold Jabłoński jest dość przewrotna jak na współczesne standardy. Nie da się uniknąć porównań. To bunt przeciw obłudnemu i sprzedajnemu chrześcijaństwu, walka o życie w zgodzie ze sobą i swoim przeznaczeniem, własnymi wartościami. Witelo, mimo wielu zbrodni na sumieniu, pozostaje godnym wzorem do naśladowania, choćby w kwestii wolności myśli, dążenia do wiedzy, lojalności. Mimo zła, czyni dobro. Uparcie dąży do wyznaczonego celu. Potrafi kochać i wierzy w miłość, choć niektórzy to wykorzystują. Pisarz daje literaturze bohatera skomplikowanego, wielopoziomowego, o niełatwym życiu i trudnych doświadczeniach, lecz o silnym charakterze, żyjącego zgodnie z własną wolą, po swojemu. Trudnego, lecz realnego. Niezwykłego, bo rzadko spotykanego, mogącego sporo namieszać w młodych umysłach.
   Autor cyklu nie boi się trudnych tematów. Bez krzty zawstydzenia pokazuje obłudę kapłanów kościoła, ich chciwość, seksualne wybryki wobec obojga płci, matactwa przy sporządzaniu dokumentów. Nie lęka się przedstawienia brutalności i przemocy wobec ludzi i zwierząt, gwałtu czy tortur. To trudne sceny, lecz napisane ze smakiem, bez wchodzenia w zbędne szczegóły. To książka autentyczna do bólu.
   Bogactwo świata przedstawionego zachwyca gamą barw, które pisarz używa, przebierając w środkach wyrazu. Jego specyficzny styl urzeka kolejny raz, udowadniając, że świetnie oddaje realia życia. Średniowiecze jest tu tylko czasem umownym. Sposób ukazania historii mógłby zostać wykorzystany do jakiejkolwiek epoki. Krótko mówiąc, autor ma wyczucie i dar ku temu. Śmiało odmalowuje przywary ludzi, nie omieszkując wspomnieć również o zaletach, tłumaczy logicznie koleje ich losu, stosując do tego zagrywki psychologiczne i podpierając się, a raczej wzbogacając, wątkami historycznymi. Nikogo nie pozostawia obojętnym. Jego się kocha lub nienawidzi. Wykreowani przez niego bohaterowie na czele z Witelonem porywają w zaklętą podróż, która odciska piętno na całe życie w czytelniku (tak, myślę o sobie).
   "Trupi korowód" to godne uwieńczenie cyklu "Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer". To lektura trudna, wymagająca, pełna zakrętów i labiryntów, lecz po stokroć odpłacająca się. Porusza serce i duszę, działa na wyobraźnię, znawcom historii daje pole do popisu do wyszukiwania znanych wątków, pochłania trudną fabułą i losami bohaterów, wywołuje całą gamę emocji. Jabłoński gra na strunach duszy czytelnika jak maestro i manipuluje z wprawą Witelona, prowadząc go na zgubę ku swemu uwielbieniu. Mimo okrutności przedstawionego świata, utożsamiamy się z nim z powodu analogii do współczesności. Pisarz po raz kolejny wyszedł zwycięsko z wojny wytoczonej własnej ambicji. Poprzeczka zawisła naprawdę wysoko.
   "Trupi korowód" to powieść pozornie o losach średniowiecznego mędrca. To historia o nas samych, trupim korowodzie do szczęścia i osiągnięcia marzeń, celów, droga ku śmierci, przed którą nikt z nas się nie uchroni. To książka dla ceniących inteligentne lektury i zdolnych pisarzy.
   Polecam ją z czystym sumieniem. To powieść otwierająca oczy, zmieniająca światopogląd, budująca i ujmująca zarazem, dodaje skrzydeł. Pozwala uwierzyć w siebie i daje siłę, by ruszyć swoją drogą.