Recenzje tematycznie

poniedziałek, 11 listopada 2019

45) O życiu w powieści Damiana Dibbena "Mam na imię jutro"

   Książek o zwierzętach i ludziach powstały już setki, jedne lepsze, inne gorsze, ale ten temat zawsze wywołuje emocje, bo kogóż nie rozczula widok słodkich ślepiów wpatrujących się w nas z nadzieją? Dzikie czy udomowione, każde zasługuje na szacunek. 
   Sięgając po powieść "Mam na imię Jutro" Damiana Dibbena liczyłam na lekką, przyjemną lekturę o więzi łączącej człowieka i jego psa osadzonej w historycznych realiach. Miało być o zagubionym psie, zaginionym mężczyźnie, poszukiwaniach, podróżach po całej Europie. Miało być. Było, ale w o wiele ciekawszej i bogatszej formie pod względem treściowym, fabularnym i stylistycznym. Jednak po kolei.

    Dwa prologi opowiadają nam o niezwykłej więzi łączącej psa i jego człowieka. Czempion, bo tak mężczyzna go zwał, nie był zwykłym zwierzęciem. Wiele rozumiał, obserwował i analizował otaczającą go rzeczywistość. Razem ze swym panem przemierzał dwory Europy, podziwiał sztukę i muzykę, był świadkiem intryg dworskich, przewrotów pałacowych, licznych wojen. Jego właściciel trudnił się leczeniem i chemią, próbował zrozumieć świat, odnaleźć sens istnienia, pogłębiać wiedzę i podziwiać barwy wszechświata jak najdłużej. Czempion stał się jego nieodłącznym towarzyszem, nie tylko jako zwierzę. Słuchał jego wywodów filozoficznych, stał się przyjacielem, uczniem, który przejął jego sposób widzenia. Wszystko byłoby piękne i sielankowe, gdyby nie pewien pechowy dzień i odwiedziny jednego z kościołów w Wenecji. Przyszli tam obydwoje, jednak los ich rozłączył. Zagubili się. Człowiek przepadł, zniknął nagle, ale pies pamiętał jego słowa, by czekać tam, w Wenecji, przy schodach, bo tam się odnajdą. Słowa, które nakreśliły żywot Czempiona na kolejne lata, dziesiątki lat...
   "Mam na imię Jutro" to podróż przez wspomnienia psa o szczęśliwych chwilach i momentach zwątpienia, bólu i cierpieniu, gryzącej samotności, strachu o swojego człowieka, poznaniu smaku prawdziwej przyjaźni i miłości w różnych wymiarach i odcieniach, prostych i skomplikowanych. To powieść o wierności i lojalności, zwierzęcym przywiązaniu i bezwarunkowej miłości. To także książka o poszukiwaniu sensu życia i istnienia, próbie zrozumienia siebie poprzez otaczający świat i zdobywaniu wiedzy. To emocjonalna wędrówka od pierwszej do ostatniej litery, wędrówka przez wyboistą drogę życia, wędrówka w głąb duszy i umysłu oraz wędrówka przez świat, relacje między ludźmi, ludźmi a zwierzętami i przyrodą. To dzieło pełne emocji i refleksji. Bogate, genialne.

 Głównym bohaterem stał się wspomniany już pies. Jednocześnie autor uczynił go narratorem tej niezwykłej historii. Nie ma tu miejsca na banalność, proste słowa i bezmyślne wodzenie spojrzeniem po literach. Pies to inteligentna i mądra istota, godna szacunku, uwagi, miłości i dozgonnej przyjaźni. Czempion to wzór cnót, do których sami tęsknimy. Zawsze szczery, troskliwy, pełen ciepła i zrozumienia. Odważny, pomysłowy, pomagający słabszym (La Perle, Sporco), wzbudzający zaufanie. Niezdolny do okrucieństwa i nienawiści. Gotowy do przebaczenia, nawet temu, który go skrzywdził, a zwłaszcza jego pana. Dobry, swojski, równo traktujący wszystkich, współczujący. On rozumiał więcej niż ludzie, a mimo to pozostał sobą, nie wywyższał się. Był wytrwały, czekał za panem i pędził za marzeniem o nim, nie zważając na własne bezpieczeństwo.
   Jego antagonistą autor uczynił Vildera, uosobienie zła i demoralizacji. To bogacz o zepsutym sercu, złej reputacji, czarnym humorze, mrocznym spojrzeniu, lecz o bystrym umyśle, który co rusz zaskakiwał. Nieprzewidywalny, złośliwy, pełen jadu. Jego pojawienie się wywoływało przerażenie, ale i ekscytację. Cóż tym razem zwiastowała jego wizyta? Kim był? Człowiekiem, starym znajomym właściciela Czempiona, dawnym współpracownikiem i dzielącym z nim ten sam los. Vilder zaskoczył mnie swoją powolną przemianą, ewolucją, którą widać nie tylko w jego zachowaniu, ale i w wyglądzie.
   Na przykładzie Vildera Dibben ukazał obraz ludzkości, pełen przeciwieństw, odwiecznej walki dobra ze złem, demonów, które w nas toczą bitwy. To dowód, że sami siebie ograniczamy i sami sobie jesteśmy najgorszym wrogiem. Często, tak jak u Vildera, skrajne sytuacje, trudny wybór, tragizm doprowadza nas na właściwy tor, choć wymaga poświęcenia, lecz oświeca i pozwala spojrzeć z innej perspektywy na swoją przeszłość oraz zmienić się.

  Mimo iż narratorem ustanowiono pies, to "Mam na imię Jutro" zostało napisane wspaniałym, nieraz poetyckim językiem, szczegółowo omawiającym daną epokę i jej konwenanse. Czempion posiadł ogromną wiedzę i ujawniał ją nawet w najmniej oczekiwanym momencie w naturalny i nienachalny sposób. Od średniowiecza do XIX wieku przez dwory, pola bitew, sale muzealne i kościoły. On widział, słuchał, obserwował. Dla siebie i właściciela. By móc pojąć jego świat, jego tajemnice i cieszyć się każdym dniem. W książce teraźniejszość przeplata się z przeszłością, bo tworzą jeden obraz, obraz życia Czempiona.
   "Mam na imię Jutro" to wielowymiarowa powieść z bogatym przesłaniem. Jej lektura wzrusza. Czytelnik dostaje cały bagaż emocji. Ona skłania do przemyśleń nad sobą, swoim życiem, hierarchią wartości i sensem tego, co się robi. To książka do smakowania, powoli, by nie zachłysnąć się jej treścią, by ją przyswoić i przeanalizować. Ona zmienia, pochłania i nie pozwala o sobie zapomnieć.  

   Autor wyborem narratora oddaje hołd naszym braciom mniejszym. To wierni przyjaciele, na zawsze, członkowie rodziny, którym należy się szacunek i miłość, dozgonna i bezkresna, taka jak ich wielkie i czułe serca. One czują, myślą i rozumieją. Są mądrzejsze od nas, bo wiedzą co tak naprawdę się liczy.
   Damian Dibben zaczarował mnie swoim piórem. Pokochałam Jutro i Sporca, zapałałam sympatią nawet do Vildera (w końcu zrozumiał swój błąd i starał się go naprawić). Świat widziany oczyma zwierzęcia zyskuje i to podwójnie. Ta wędrówka w czasie i przestrzeni była niezwykła. Żałuję, że tak szybko się skończyła, ale wrócę ponownie na szlak z Czempionem. Uczyć się życia od niego to zaszczyt.
   "Mam na imię Jutro" Damiana Dibbena jest warta każdej minuty naszego czasu. Może i pozostawi nas w rozsypce, ale w pozytywnym sensie, bo pozwoli nabrać dystansu i zacząć od nowa, tak, "jutro zaczniemy od nowa".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz